Henryk Jędrusik

W obronie oświaty powszechnej przed jej ruiną w Polsce

[1936]

Zagadnienie oświatowe w Polsce, do dziś jeszcze traktowane jako zagadnienie szkoły, i to szkoły w najwęższym znaczeniu, urosło do rozmiarów niebywałych po sześcioletnim okresie kryzysu i szkolnego, i gospodarczego. Stan obecny w dziedzinie oświaty – jest już tylko katastrofą. Czy uda się uniknąć ruiny w tej dziedzinie, ruiny która pociągnąć musi nieobliczalne w następstwach swych skutki dla przyszłości Państwa – zależeć to będzie li tylko od zdecydowanej, nieugiętej postawy tych, którzy zdają sobie sprawę z rozmiarów tej klęski i którzy spowodują już dziś zmianę nastawienia do szkoły i nauczyciela.

Prawdą jest, niestety, że pogłębiający się z roku na rok kryzys gospodarczy nie pozostał bez wpływu na sytuację oświaty w tym sensie, że utrudniał wypełnienie zadań, jakie przed czynnikami rządzącymi stawiało życie. Jednak, i również niestety, katastrofalny ten stan nie jest dziełem tylko kryzysu gospodarczego. Złożyło się na niego wiele innych przyczyn.

Najistotniejszą jest dotychczas stały przyrost dzieci, których liczba z trzech i pół miliona w roku 1928/29 wzrosła do pięć i pół miliona w roku obecnym i nadal stale wzrastać będzie.

Jeszcze w roku 1919 na Sejmie Nauczycielskim w Warszawie zapadła uchwała, by organizacja szkolnictwa oparta została na siedmioletniej szkole powszechnej jako podstawie wykształcenia, przy czym wyrażono nadzieję, żeby realizacja powyższej uchwały mogła być uskuteczniona w przeciągu lat dwudziestu. Wszystkie dane oraz okoliczności uzasadniały tę nadzieję.

Jakiż bowiem był stan szkolnictwa, względnie dzieci szkolnych, w zaraniu naszej niepodległości?

Według danych statystycznych z roku 1919/20 do szkół uczęszczał prawie 1 milion dzieci; w roku 1921/22 było w całej Rzeczypospolitej w wieku szkolnym ponad 5 milionów dzieci, przy czym do szkoły uczęszczało okrągło 3 214 000. Na pomieszczenie tej armii dziecięcej Państwo rozporządzało ilością 27585 szkół. W latach następnych liczba dzieci objętych nauczaniem powszechnym nie ulega wzrostowi, raczej się zmniejsza. Dzięki temu zmniejsza się również ilość dzieci wychowujących się bez szkoły. Że tak było, świadczą liczby: z 3 214 000 dzieci, uczęszczających w roku 1921/22 do szkoły – liczba ta wzrasta zaledwie do 3 575 000 w r. 1928/29, a więc na przestrzeni lat siedmiu o 350 000, przy czym, jak zaznaczyłem, ilość wszystkich dzieci w wieku szkolnym ulega obniżeniu. W tym to roku (1928/29) prawie 95,3% wszystkich dzieci uczy się w szkole. Dzięki temu słabemu przyrostowi rocznemu realizacja powszechnego nauczania z 64% w roku 1921/22 do 95,3% w roku 1928/29 dokonała się prawie automatycznie. Stan taki pozwolił cały wysiłek skierować na podniesienie lat nauki do siedmiu, na komasację jedno i dwuklasówek na szkoły typu wyższego oraz na pomieszczenie wszystkich do szkoły uczęszczających dzieci w budynkach szkolnych.

W tym samym 1928/29 roku istniało 25170 obwodów szkolnych, z czego jedno i dwuklasówek było prawie 18000 (11849 + 6061), a siedmioklasówek – 2400. Ogromna przewaga szkół niżej zorganizowanych, bo prawie 23000, była na wsiach – zaledwie 13% dzieci wiejskich uczęszczało do szkół siedmioklasowych. W szczęśliwszych warunkach były miasta, w których powszechnie istniały już tylko szkoły siedmioklasowe, grupując prawie 93% wszystkich dzieci.

Można by powiedzieć, że lata do roku 1928/29 były szczęśliwe, bowiem szczyciły się:

1) realizacją powszechności nauczania,

2) realizacją zasady siedmioletniego nauczania, całkowicie powszechnego w miastach i w dużym stopniu po wsiach.

Dawało to nam pewność, że idąc dalej tą drogą – niedaleka będzie w Rzeczpospolitej chwila zrównania naszego narodu na poziomie oświatowym z takimi narodami-państwami, jak Francja i Belgia.

Te „szczęśliwe” chwile i horoskopy przyciemniane jednak były już w owym czasie materialnym wyposażeniem szkolnictwa. Całe bowiem zagadnienie pomieszczenia dzieci szkolnych rozwiązywano za pomocą wynajmowania izb mieszkalnych i przeznaczania ich na sale szkolne. Dzięki temu 3,5 miliona dzieci w 1928/29 można było pomieścić w 59000 izbach szkolnych, z czego jednak 25000, tj. 43% było wynajętych.

I tu już tkwiła pewna tragedia, bowiem przeciętna powierzchnia izb wynajętych nie przekraczała 30 metrów kw. Rezultatem takiego stanu był fakt, iż przeciętnie np. w województwie kieleckim na 1 m kw. podłogi izby szkolnej przypadało 2 dzieci. Grozę tego położenia uwidocznić może i to, że w owym czasie istniały w Polsce trzy miejscowości – niestety – w województwie kieleckim, w których powierzchnia izby szkolnej ledwo ledwo przekraczała 6 m kw. Były to: Zajeziorze w powiecie sandomierskim o powierzchni 6,3 m kw. z 53 dzieci, a więc 8 dzieci na 1 m kw.; Małe Końskie w powiecie opoczyńskim o powierzchni 6,6 m kw. z 51 dzieci, a więc 7,8 dziecka na 1 m kw.; Wolica w powiecie jędrzejowskim o powierzchni 6,2 m kw. z 59 dzieci, a więc 9,5 dziecka na 1 m kw.

Świadczy to, że w nienadających się nawet na pomieszczenie kilkunastu sztuk drobiu klatkach o 6,2 m kw. powierzchni mieści się „szkoła” z 60 dzieci, na to chyba, by w ciasnocie i zaduchu chorobami dziesiątkować tę dziatwę, rzekomo dla jej dobra.

Nic też dziwnego, że w takich warunkach mieszkaniowych prawie 50% dziatwy szkolnej znaleźć się musiało w objęciach gruźlicy.

To właśnie, po pobieżnym tylko rzucie oka na katastrofalny pod względem zdrowotnym stan przyszłych pokoleń Polski, spowodowało, że odezwał się głos zrzeszonego w Związku [Nauczycielstwa Polskiego] nauczycielstwa pytaniem:

co zawiniły te rzesze dziecięce, w tak okrutny sposób gnębione, masowo pozbawiane sił i życia?

I jednocześnie, w zrozumieniu powagi chwili i współodpowiedzialności za losy Państwa, Związek Nauczycielstwa Polskiego przyszedł z gotowym projektem rozwiązania tego bolesnego zagadnienia. Stwierdziliśmy wtedy, że rekordowe wyniki w zakresie realizacji powszechnego i siedmioletniego nauczania osiągnięte zostały kosztem zdrowia i zmarnowania najdroższego skarbu narodu – dzieci, i że uniknąć tego można było, gdyby, łącznie z tworzeniem organizacji szkolnej, wzrastały budynki szkolne i mieszkania nauczycielskie.

Ale nie tylko to stwierdziliśmy.

Wskazaliśmy na inne zjawisko, które w owych czasach napawać nas zaczęło już nie tylko niepokojem, ale czymś gorszym!

Cóż to było za zjawisko?

W latach 1921-1928 obniżała się stale ilość dzieci w wieku szkolnym: z 5 milionów na 3,5, co znacznie ułatwiło realizację powszechności i podnoszenie poziomu nauczania.

Jednak w roku 1929 rozpoczął się okres gwałtownego wzrastania przyrostu dzieci tak, że już w 1932 r. było prawie 5 milionów dzieci, a w roku 1940 będzie więcej niż 6 milionów. W stosunku do roku 1928 przyrost wyniesie za 11 lat z górą 2,5 miliona dzieci.

Stan ówczesny i przypuszczenia kazały nam już wcześnie wystąpić z ostrzeżeniem przed grożącą katastrofą i zamiast pustych haseł dać gotowe projekty, w zupełności rozwiązujące zagadnienie oświatowe: dzieci, nauczyciela i budynku szkolnego.

Wskazaliśmy wtedy, że gospodarując oszczędnie. Państwo winno do roku 1940 dostarczyć:

izb szkolnych – 66000

etatów nauczycielskich – 31000

mieszkań nauczycielskich – 47000

Liczba 31000 nowych sił nauczycielskich podana została w zrozumieniu ciężkiej sytuacji Państwa – w warunkach, że na 1 nauczyciela przypadnie 60 dzieci. Jeżeli porównać tę liczbę z tym, że na jednego nauczyciela w Danii lub Finlandii przypada 30 dzieci – to łatwo zrozumieć, że kosztem zdrowia nauczyciela zaoszczędzone zostaną tak poważne kapitały, iż za nie będą mogły stanąć wszystkie potrzebne budynki szkolne.

A nie były to kapitały małe: biorąc za miernik rok 1928 wyniosłyby one 120 milionów złotych rocznie. Rozumieliśmy, że zagadnieniem kapitalnym, sedna sprawy sięgającym, jest sprawa budowy szkół. Twierdziliśmy: za wszelką cenę należy natychmiast zacząć budować szkoły.

I w swoim czasie daliśmy gotowy do zrealizowania projekt budowy potrzebnych w ciągu najbliższych lat dwudziestu szkół, by uniknąć KATASTROFY, wiedzieliśmy bowiem, że tylko zupełny zanik myśli państwowej może powodować dalsze odwlekanie realizacji potrzeb oświatowych.

Jakąż się okazała rzeczywistość polska w dziedzinie oświaty: szkoły, dziecka i nauczyciela? Jest nią KATASTROFA!

Przewidywaliśmy ją. Brak planu działania czy dążenia do uchronienia oświaty powszechnej, bierne ustosunkowanie się władz państwowych do zagadnienia oświaty, papierowe załatwienie tej palącej sprawy przez zarządzenia oszczędnościowe i redukcyjne – doprowadziły do:

1) przekreślenia naszego dorobku w dziedzinie realizacji nauczania powszechnego,

2) obniżenia poziomu nauczania.

Jeśli dodać do tego, że poprawie nie uległa ilość budynków szkolnych, że nie tylko nie powiększono liczby etatów nauczycielskich, lecz je zmniejszono – to stan w jakim się obecnie oświata znajduje jest już tylko – KLĘSKĄ!

Przyjrzymy się jej rozmiarom.

Wykazać się starałem, że w roku 1928/29 prawie 96% dzieci w wieku szkolnym chodziło do szkół i że prawie 48% tych dzieci uczyło się w dość dobrze zorganizowanych od trzech do siedmiu – klasówkach.

Rok 1928/29 był przełomem.

Dobitnie załamywanie się powszechności nauczania ilustrują liczby:

tab
Jasne jest, że liczba dzieci w ogóle wzrasta, że wzrasta również liczba dzieci przyjętych do szkoły. Ale równocześnie wzrasta liczba tych dzieci, które zostają poza szkołą. Z 96,4 % uczęszczających w roku 1928-29, w roku 1934-35 uczęszcza już tylko 83,4%. Daje to w okrągłej liczbie PRAWIE MILION DZIECI POZA SZKOŁĄ!

Nie jest to jeszcze zło największe. Jest sprawa inna, o wiele gorsza.

W porównaniu z rokiem 1928-29, liczba dzieci zapisanych w roku 1934-35 wzrosła również prawie o milion. A ponieważ w ciągu siedmiolecia tego nie tylko nie zwiększono etatów nauczycielskich, lecz zmniejszono ich liczbę o 4000 – to ten nadwyżkowy milion dzieci, wepchnięty wprost fizycznie do szkoły jak do worka, uczy mniejsza ilość nauczycieli niż dawniej. Rezultat:

1)    przepełnione do niemożliwości izby szkolne,

2)    zmniejszony wymiar godzin nauczania.

Czyż wspomnieć mam o tym w jakich warunkach uczyły się dzieci w Wolicy jędrzejowskiej w roku 1928 i przypomnieć, że już wówczas połowa dzieci. znajdowała się w objęciach gruźlicy? Że dzięki takiej jak w roku 1935 sytuacji szkoła stała się wylęgarnią gruźlików?! Czy to, co miało rosnąć na chwałę i pożytek Polski – rośnie rzeczywiście na jej chwałę? Czy fundament Polski, która idzie, ma się wspierać na gruźlicy jej dzieci?

Któż winien, że stan taki mógł zaistnieć?

Odpowiedzią na wszystkie nasze przestrogi, nieledwie prośby, o poprawę stanu oświaty w Polsce było: „walczymy o utrzymanie złotego! Równowaga budżetu jest wszystkim”.

I w konsekwencji rok po roku budżet Ministerstwa Oświaty był obniżany, byleby istniała równowaga budżetowa. Gdy w roku 1928-29 przy 3,5 milionach dzieci wydatki Ministerstwa Oświaty wynosiły 462 miliony, a więc około 150 zł na dziecko, w roku 1935-36 wydatki te przy 5 milionach dzieci wynoszą 311 milionów złotych, a więc około 60 zł na dziecko. Cyfry te są krzyczącym świadectwem, że nie gdzie indziej, lecz na oświacie powszechnej czyniono najdotkliwsze oszczędności. Są świadectwem, że za obecny stan utrzymania złotego – płaci się zdrowiem dziecka.

Nie dość jednak na tym. Równolegle oszczędzano i na drugim podstawowym czynniku oświaty: nauczycielu. Gdy w roku 1925-26 60400 nauczycieli uczyło 3 miliony dzieci, co przeciętnie dawało obciążenie 50 dzieci na nauczyciela, to w roku 1934-35 66500 nauczycieli uczy 4 401 000 dzieci, a więc przeciętnie 70 dzieci na nauczyciela. To tylko „przeciętnie”, bo przecież nierzadkie są przypadki, gdy jeden nauczyciel uczy 100 i 150 dzieci. Takich szkół w Polsce jest prawie 5000!

I czyż znów mam przypomnieć, że w Danii i Finlandii jeden nauczyciel uczy 30 dzieci, a w Szwecji – tylko 25!

Jakąż ironią kulturalną jest zestawienie: 70 dzieci uczy nauczyciel polski – 25 dzieci uczy nauczyciel szwedzki.

Zaiste „kulturalnym” jest stosunek czy równanie: trzeba aż trzech nauczycieli Szwedów na jednego nauczyciela Polaka.

Równolegle również z tą drugą „kulturalną” oszczędnością poszła trzecia. Zaczęto obniżać liczbę godzin nauki w klasach, obniżać organizację szkół, obniżać poziom oświaty w ogóle.

Zaczął się nawrót do jednoklasówek!

I tu przypomnieć muszę ten „cudowny” zaiste projekt naszych rodzimych wsteczników spod znaku panów Kozłowskich, aby w każdej wsi była szkoła. A jakąż ona być może – jeśli nie jednoklasówką?! Czyż daleko stąd do marzeń o pokryciu Polski jednoklasówkami! Porównajmy pomysły te z faktem, że w roku 1928/29 prawie 48% dzieci uczęszczających do szkół, miało zagwarantowaną siedmioklasowa szkołę powszechną.

Mamy ustawę o ustroju szkolnictwa. Pisaliśmy się na nią, uważając, że realizuje ona najważniejszy nasz postulat – jednolitość szkolnictwa, tzn. ciągłość w przechodzeniu z jednej kategorii szkół do drugiej: z przedszkola do szkoły powszechnej, stąd do zawodowych lub ogólnokształcących gimnazjów, by poprzez licea dojść do zakładów wyższych.

Cóż wyczynia z ustawą rzeczywistość? Oto obok publicznych szkół powszechnych, z których niby to młodzież miała przechodzić do szkół średnich, powstają prywatne szkoły powszechne, prowadzone przy szkołach średnich – pisze się sześcioletnie, w praktyce dwuletnie – dla dzieci tych wybrańców, którzy mogą opłacać duże sumy miesięczne na nauczycieli. Nikt chyba nie będzie tak naiwny, iżby wierzył, że dziecko uczęszczające do prywatnej szkoły powszechnej przy szkole średniej, jako „wybitnie zdolne” pozostanie na bruku! I nic też dziwnego, że tak trudno dziecku z publicznej szkoły powszechnej dostać się do szkoły średniej.

Rzeczywistość więc przekreśliła jednolitość szkolnictwa na tym odcinku.

Jest jedno dziwne tłumaczenie takiego stanu rzeczy: publiczne szkoły powszechne nie przygotowują odpowiednio do poziomu wymaganego przez szkołę średnią! A skądże ten stan znowu? Jest i tu wytłumaczenie: ciągłe redukcje i oszczędności obniżają rolę szkoły powszechnej w ustroju szkolnictwa. Na publicznej wystawie zarządzeń Ministerstwa Oświaty stosuje się obecnie w nauczaniu w szkole powszechnej aż 16 różnych tzw. wariantów nauczania. Stan taki, te 16 wariantów, w których nikt z nas się nie orientuje, aż nadto jest powodem do tłumaczenia, że stopień wykształcenia dzieci, chociażby tylko 16 szkół powszechnych, każda o innym wariancie – jest różny. Nic też dziwnego, że często usłyszeć można uwagę, że „dziecko nie jest dobrze przygotowane do szkoły średniej”. W praktyce życiowej tylko ten wariant, który stosuje prywatna przy gimnazjum szkoła powszechna – jest dobry. Inne są również dobre – ale… w miarę.

A co najgorsze, to takie tłumaczenie jest… prawdziwe. Przecież w dzisiejszych czasach jest jeden taki wariant nauczania, który pozwala dziecku klasy I uczyć się trzech godzin polskiego i dwóch rachunków, razem 5 godzin tygodniowo, gdy przed niedawnymi czasami liczba godzin dla oddziału I wynosiła 18 lub 16 godzin tygodniowo nauki głośnej.

Czy to jest naprawdę realizacja powszechnego nauczania i jednolity ustrój szkolnictwa? I czy to jest wszystko?

Nie! Przecież my nauczyciele dobrze wiemy jak praca nasza jest niekiedy bez rezultatów. Ileż to razy załamać się musi z nas każdy, gdy widzi, że z gromady 60-70 dzieci właściwie promować powinno tylko kilkunastu. A reszta? Resztę… promuje okólnik, bo jest taki, nakazujący, iżby w klasach nie zostawiać na drugi rok nikogo, albo też najwyżej – 10-15%.

„Przepełnianie klas dziećmi, obniżanie godzin nauczania w połączeniu z nieregularnym wykonywaniem obowiązku szkolnego doprowadza do tego, iż olbrzymia większość dzieci szkolnych nie może robić postępów w nauce i nie może ukończyć pełnej szkoły powszechnej. W takich warunkach w ciągu siedmioletniego chodzenia do szkoły dziecko zaledwie kończy 3-4 oddziały, choć ma możność skończenia 7 oddziałów. Z tą oświatą pójdzie w świat, będzie radnym czy działaczem samorządowym. Z tym poziomem ideowym i umysłowym, z tym uświadomieniem państwowym, stanie się obywatelem. Ono nie będzie nigdy nawet czytającym obywatelem, bo wobec dzisiejszego braku pieniędzy na oświatę i dokształcanie pozaszkolne, za kilka lat stanie się z powrotem analfabetą. Dziś już stwierdza się gwałtowny wzrost powrotnego analfabetyzmu. Jeśli wziąć poborowych, to ci, którzy przed laty chodzili do szkoły i ukończyli parę klas, mogą się dziś tylko zaledwie podpisać, z książek ledwie czytają i rozumieją piąte przez dziesiąte i trzeba ich dopiero w wojsku zasadzać ponownie na ławie” (St. Machowski – „Katastrofa oświaty powszechnej”).

Stwierdzić więc można, że jeśli mówić o szkolnictwie i nauczaniu dziś – to jest to raczej fikcja, że tak jedno, jak i drugie nie istnieje. I ten fakt jest ogromną krzywdą dzieci, które chodzą jeszcze do szkoły, to jest zaprzepaszczenie tego dorobku, jaki nauczyciel polski przez lat kilkanaście składał.

Ale w tej dziedzinie i o takich dzieciach mówić mimo wszystko można, że się uczą, że „korzystają z dobrodziejstwa oświaty”.

Jest jednak inna rzecz, która jest krzywdą tak straszną, że ona właśnie milczeć nam nie pozwala, że dzięki niej tu w tej chwili stajemy. Ona to daje nam prawo, nam nauczycielom, do wezwania wszystkich w obronie oświaty powszechnej – dla wszystkich dzieci.

Prawo to – to krzywda miliona dzieci, które z oświaty nie korzystają. Dziś one mówić nie mogą i nie umieją. Upomną się kiedyś o to pozbawienie ich prawa bycia pełnowartościowymi obywatelami. Dziś są kandydatami na analfabetów i… podpory przyszłego państwa. Cóż się dla nich, dla tego miliona ofiar, czyni? W tej chwili – nic. Czeka się, aż dorosną, aż będą mieć lat więcej niż 14, iżby ich wtedy „dokształcić”. Uczyni to wieczorami na polecenie „pana instruktora” ten sam nauczyciel, który powinien był dać im dostęp do źródła oświaty wtedy, gdy było ich prawo. A może uczynią to jacyś dobrzy panowie lub dobrotliwe paniusie, które „z litości i z sumienia” interesować się będą „biednymi, pozbawionymi nauki” dziećmi.

Z tym zagadnieniem łączy się zagadnienie bezpłatności nauk w szkole powszechnej. Zagwarantowana ona była w dawnej Konstytucji – brak tej gwarancji w nowej.

Wynikać stąd mogą takie projekty, jakimi już nas częstowano, żeby za naukę w szkole powszechnej pobierać opłatę. „Nie darmo, lecz tanio” było hasłem poszukiwaczy nowych źródeł, którymi zasilić miano Skarb Państwa. Miał to być znów podatek – jak zwykle – nakładany na tego, który nic lub prawie nic nie miał.

Taką jest w najogólniejszych zarysach krzywda dziecka.

Czyż lepiej się dzieje nauczycielowi? Starałem się poprzednio wykazać, jak obarczano stopniowo nauczyciela coraz to większą ilością dzieci, a przez to zmuszano do pracy w coraz gorszych warunkach higienicznych.

Ale tego nie dosyć. Wprzęgnięto nauczyciela do przymusowej pracy społecznej. Każdy, kto tylko w mniemaniu swoim czuje się uprawniony, sięga po pracę nauczyciela w czasie, gdy jest on niby wolny od zajęć szkolnych. Każdy ma nadzór nad jego pracą, nawet zawodową, i każdy uważa, że pracować on tak powinien, jak dany „zwierzchnik” lub społecznik sobie tego życzy.

I jakże łatwo w takich warunkach wpaść w kolizję z prawem, jak często sypią się kary na nauczyciela, że nie zastosował się do takich czy innych poleceń.

Dyscyplinarki, kosztowne dla kieszeni nauczycielskiej przeniesienia, posądzenia, anonimy, nawet kwalifikowanie na podstawie pożycia rodzinnego i „pracy społecznej” – oto kwiatki codziennego prawie życia nauczyciela.

Do tego dołącza się wyraźna krzywda nauczyciela pod względem materialnym. Przecież to tylko w zawodzie nauczycielskim istnieje instytucja bezpłatnych praktykantów; tylko nauczycielstwu od roku 1931 przestano wypłacać dodatek mieszkaniowy ze Skarbu Państwa, a przerzucono go na samorządy, stwarzając przez to stałą kość niezgody; przecież to nauczyciel pracujący na wsi, dzięki marnym warunkom materialnym nie może myśleć, kształcąc inne, o kształceniu własnych dorastających dzieci. Czyż i to stwierdzić mam, że podobnie jak dzieci w ciemnych i zatęchłych izbach płacą swym zdrowiem, tak i nauczyciel płaci tej samej chorobie zawodowej, jaką jest gruźlica, haracz największy!

Nie chcę poruszać i oświetlać tych i innych krzywd: pragnę tylko oświadczyć, że najofiarniejszy pracownik w Polsce, jakim jest nauczyciel w szkole powszechnej, gotów jest do jeszcze większych ofiar, byleby ukrócona została krzywda dziecka i byleby widział, że istnieje sprawiedliwość, odpowiednio równy podział dóbr i ciężarów.

Tak jednak nie jest. Widzimy, że jest inaczej. Że jest źle. Że czas najwyższy z tym skończyć.

Nie mniej tragicznie przedstawia się sprawa z izbami szkolnymi. Stan jaki był przed rokiem 1928, gdy istniały izby o powierzchni 6,2 m kw., uległ pewnej poprawie: zarządzono, iżby sale szkolne nie miały mniej niż 40 m. kw. i bardzo często tak jest. Istniejące, wynajmowane, izby mają zwykle około 40 m kw. powierzchni, na której mieści się mniej więcej 70-80 dzieci. A więc jak na terenie kieleckiego stan taki sam, jak był: 2 dzieci na jeden metr kwadratowy podłogi. Czy jest w tej dziedzinie poprawa zasadnicza? Czy Państwo daje jakiekolwiek kwoty umożliwiające budowę szkół?

Kosztem utrzymania złotego i równowagi budżetowej i tu zastosowano pewne zarządzenia, których efekt, w ostatecznym rozrachunku, jest minimalny.

Po prostu: kazano i powstało nowe towarzystwo, nowa instytucja sekwestratorska, ubrana w ładne hasła, wyciągająca „wdowi grosz” od biedaków na biedaków. W ogromnej większości Koła Towarzystwa Popierania Budowy Publicznych Szkól Powszechnych, złożone głównie z nauczycieli, jak ostatnio i dzieci szkolnych, wpłacają nowy podatek, wyręczając Państwo w Jego zasadniczej funkcji.

Gdybyż to Towarzystwo w istocie swojej spełniło taką rolę, jaką sobie zakreśla! Gdybyż do świadczeń pociągnęło społeczeństwo. Dlaczego ciężar podatkowy przerzuca się na tych, którzy mają najmniej? Dlaczego do ofiar, jeśli nie do obowiązku, nie pociągnięto wszystkich, lecz „powołano” tylko niektórych… wybranych.

Pobudowano kilkaset izb, oddano je do użytku tam, gdzie dzieci szkolne ściśnięte były jak śledzie. Ofiarnością nadludzką czyż naprawdę stworzono warunki lepsze tym kilkudziesięciu tysiącom? A gdzież jest milion tych dzieci, które do szkół nie chodzą? Dlaczego drugi milion uczy się w warunkach, urągających prymitywom zasad nauczania i higieny? Czyż nie lepiej jest tym, którzy w ogóle do szkoły nie chodzą, bo przynajmniej zostaną fizycznie zdrowe?

Plaster, jakim jest Towarzystwo Popierania Budowy Szkół Powszechnych, nie zakryje tej ziejącej rany: uśpi być może wymagania, rozgrzeszy i tak tych, co nic nie dają na cele społeczne i wszystko zostanie po staremu. Potrzeba oświacie powszechnej nowych 60 tysięcy izb – nie ma ich nawet 6 tysięcy. Potrzeba 160 milionów rocznie na budowę szkół i mieszkań nauczycielskich – nie ma ich nawet 1 600 000, tj. tyle, ile rokrocznie wynosi dotacja na budowę i konserwację kaplic oraz kościołów.

Jako nauczyciele wychowawcy, jako Związek Nauczycielstwa Polskiego czyniliśmy we właściwym czasie wszystko, by nie dopuścić do dzisiejszego stanu. Niemniej głosy nasze, nasze przestrogi i wezwania nie zostały przez miarodajne czynniki wysłuchane. Stwierdzamy, iż władze oświatowe w Polsce w czasie właściwym nie poczyniły żadnych przygotowań, by sprostać zadaniom Państwa w dziedzinie oświaty powszechnej.

Winimy odpowiedzialne za oświatę w Polsce czynniki za to, że widząc, co grozi szkole powszechnej, nie przygotowały żadnego planu opanowania katastrofy, nie przygotowały żadnego planu racjonalnego uwzględniania potrzeb w miarę narastających trudności, jak tylko odmęt dzisiejszego upadku szkolnictwa oświaty powszechnej. Stwierdzamy i dowodzimy, iż zamiast planowych wysiłków były wyłącznie sporadyczne poczynania, były wydawane chaotyczne i nierealne zarządzenia, idące w kierunku przystosowania się do sytuacji, idące w kierunku przekreślenia dorobku szkoły polskiej. Zamiast szukania ratunku były wydawane jedynie okólniki, gmatwające tylko pracę i wysiłki nauczyciela. Okólniki te zostały zapomniane, została realna rzeczywistość: fikcja powszechności, fikcja nauczania i wychowania.

Wszystkich odpowiedzialnych za losy oświaty w Polsce winimy nie tylko za brak przewidywań, za brak zdecydowanej woli, winimy przede wszystkim za brak serca, za dopuszczenie do tego ogromu krzywdy wyrządzonej na całym życiu milionowi młodych obywateli. |

Było w Polsce serce, które odczuwało tę krzywdę. Lecz serce to bić przestało.

W swych „Strzępach meldunków” p. wiceminister spraw wojskowych gen. Sławoj-Składkowski zanotował słowa Marszałka Józefa Piłsudskiego, który jako Prezes Rady Ministrów – w dniu 6 listopada 1930 r. tak rozstrzygnął o hierarchii potrzeb Państwa.

„Mnie boli mój budżet i Ministra Czerwińskiego, gdzie 330 000 dzieci zostaje bez nauki!

To cóż mnie obchodzą drogi…

Można jeździć i po złej drodze”.

To jest dokument To jest przykazanie państwowe. Marszałek Piłsudski bolał nad tym, że 330 000 dzieci w roku 1930 roku było pozbawionych miejsca w szkole. Dziś liczba ich przekracza milion i nad tym nikt nie boleje!

Ten ogrom krzywd wyrządzonych dzieciom polskim, które nie mogą upomnieć się o swe prawa, musi wstrząsnąć sumieniem i musi być wynagrodzony. Nie możemy dalej kontynuować polityki stałego redukowania, stałego obniżania nauczania i wychowania najszerszych warstw społeczeństwa. Robiliśmy to tyle lat! Iw imię czego? W imię tak zwanej równowagi budżetu Państwa, której nigdy nie było. W imię tej równowagi zmuszało się każdego Ministra Oświaty do obcinania budżetu. Robiono to stale i systematycznie, bo najważniejszą rzeczą miała być równowaga budżetu

Okazało się jednak, że sześć lat robiliśmy równowagę budżetową, w żadnym roku tej równowagi nie było, dla osiągnięcia tej nieosiągalnej równowagi położono całe szkolnictwo. Zrobiono miliard deficytu. Deficyt ten robiono każdego roku. Gdyśmy co roku błagali o dotację w budżecie na nowe siły nauczycielskie, które były niezbędne, gdy setki tysięcy dzieci czekało na szkołę, dotacji tych odmawiano ze względu na potrzebę zrównoważenia budżetu. Jednak gdy zamykano budżet, okazywało się, że zamyka się setkami milionów deficytu, podczas gdy dwoma, trzema czy czterema milionami można było utrzymać i uratować szkolnictwo Okazuje się więc dziś, że kładliśmy świadomie szkolnictwo, aby uratować równowagę budżetu. Budżety nigdy nie zostawały zrównoważone, a szkolnictwo zostało zrujnowane.

I kto za to poniesie odpowiedzialność?

Nie umieliśmy sobie odmówić pokrycia różnych innych potrzeb i pozwoliliśmy sobie na miliardowy deficyt; tylko w wydatkach na wychowanie przyszłych pokoleń umieliśmy być tak bezwzględni, umieliśmy oszczędzać aż tak skutecznie, iż w niedługim czasie potrafiliśmy pozbawić oświaty milion dzieci, a ponadto olbrzymie masy młodzieży wepchnąć na drogę powrotnego analfabetyzmu.

Okazało się, iż wiele, wiele rzeczy jest ważniejszych, wiele potrzeb musi się zaspokoić, oprócz właśnie tej, która decyduje o przyszłości Państwa – oprócz wychowania dzieci na świadomych swych obowiązków obywateli Rzeczypospolitej

Przyszłość Państwa oparta została na milionowej i wciąż rosnącej masie analfabetów.

Tej błędnej, krótkowzrocznej i dla przyszłości Państwa tragicznej polityce należy położyć ostateczny kres! Musimy, wiedzeni głosem sumienia obywatelskiego i zrozumienia najważniejszej racji stanu, zdobyć się na czyn. Całe zorganizowane społeczeństwo żąda dziś od Rządu i Parlamentu, by niezwłocznie zostały podjęte wszystkie środki zaradcze w celu opanowania katastrofalnej sytuacji oświaty powszechnej.

W zrozumieniu trudnego położenia finansowego Państwa żądanie swe ograniczamy tylko do tych, najważniejszych potrzeb, bez natychmiastowego zaspokojenia których dzieło oświaty powszechnej zostanie zniszczone zupełnie.

Prosimy przeto zebranych o przyjęcie następujących rezolucji, które zostaną przesłane do Pana Prezydenta Rzeczypospolitej, Rządu i Ministerstwa Oświaty, Sejmu oraz Senatu.

Domagamy się od nich:

„1) planowego zaspakajania potrzeb szkolnictwa powszechnego w dziedzinie etatów nauczycielskich, tak, by w ciągu najbliższych trzech lat zostały wyrównane wszelkie braki w tym zakresie;

2) przywrócenia należytego i zgodnego z programami wymiaru godzin nauczania i wychowania w szkole powszechnej;

3) planowego i stałego podnoszenia stopnia organizacyjnego szkół powszechnych zarówno w mieście, jak i na wsi;

4) zagwarantowania prawdziwej bezpłatności nauczania w szkole powszechnej;

5) zaspakajania potrzeb rzeczowych szkoły powszechnej i zapewnienia opieki społecznej nad dzieckiem szkolnym;

6) zrealizowanie obowiązkowego dokształcenia młodzieży do lat 18 w ramach ustawy o ustroju szkolnictwa;

7) planowego pokrywania potrzeb w dziedzinie budowy szkół przez wydanie ustawy nakładającej na Państwo i Samorządy obowiązek budowania szkół powszechnych;

8) zagwarantowania nauczycielowi spokoju bezpieczeństwa i sprawiedliwej oceny jego pracy oraz jawnego, opartego na zaufaniu, opiniowania;

9) rewizji warunków uposażenia nauczyciela w kierunku zapewnienia kulturalnego bytu i możności kształcenia dzieci;

10) rewizji warunków pracy szkolnej, społecznej i obywatelskiej nauczyciela w kierunku usunięcia dzisiejszego przepracowania w szkole i przeciążenia pracą pozaszkolną,

11) organizowania przez Państwo powszechnych i bezpłatnych przedszkoli” (z przemówienia kol. Stanisława Machowskiego – „Katastrofa oświaty powszechnej w Polsce”, str. 25 i nast.)

Oto są te najskromniejsze nasze żądania. Wypełnienie tych warunków jest koniecznością, a staje się nakazem sumienia i obowiązkiem wobec Państwa.

Jest wreszcie tym wielkim głosem, już nie tylko nas, nauczycielstwa, ale świadomego i odpowiedzialnego społeczeństwa, że przyszłości Polski takiej o jakiej marzyli ci, którzy Jej wolnej nigdy nie widzieli – zmarnować nie można i nie wolno. Nikomu!!!

Henryk Jędrusik
_______________________
Powyższy tekst to zapis referatu wygłoszonego przez Henryka Jędrusika, członka Zarządu Głównego ZNP, w imieniu Zarządu Okręgu Kieleckiego Związku Nauczycielstwa Polskiego w dniu 23.02.1936 r. w Kielcach na zebraniu stowarzyszeń społecznych i oświatowych, zorganizowanym przez ZNP oddział Kielce. Zapis przemówienia przedrukowujemy za pismem „Głos Kielecki. Organ okręgu kieleckiego Związku Nauczycielstwa Polskiego” nr 7-8, marzec-kwiecień 1936. Tekst od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *