Tadeusz Podgórski

Przetrawianie komunizmu. Uwagi o narastaniu opozycji demokratycznej w PRL

[1975]

Jesienią roku 1974 paryska „Kultura” zainicjowała dyskusję pod hasłem: „Co robić”? Chodziło w pierwszym rzędzie o próbę nowego określenia zadań niezależnej polityki polskiej w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. Rzecz oczywista, zawadzono przy tym siłą rzeczy o zagadnienie opozycji politycznej w kraju. Oceny były różne: od pesymistycznych po optymistyczne, od wskazujących na przejawy opozycji – po kwestionujące możliwości opozycyjnego działania w kraju. Padły nawet głosy, jakoby opozycja „sensu stricto” nie była pod rządami komunistów możliwa.

Czy takie oceny mają uzasadnienie?

Jest faktem niezaprzeczalnym, że system komunistyczny, oparty na dyktaturze oligarchii monopartyjnej oraz zetatyzowanym aparacie władzy, nie uznaje istnienia otwarcie działającej opozycji. Nie znaczy to przecież, aby społeczeństwa przez komunistów rządzone godziły się z tym systemem. Nie znaczy to również, aby brak uprawnień dla opozycji oznaczał akceptowanie przez społeczeństwo komunistycznej doktryny sprawowania władzy. Cóż z tego, że komuniści odmawiają rządzonym przez siebie społeczeństwom prawa kwestionowania leninowskich form sprawowania władzy, że nie pozwalają na krytykę poczynań swoich partii? Zakaz nie powstrzymuje obywateli od myślenia. Przeciwnie, wytwarza się wówczas szczególna sytuacja, typowa właściwie dla wszystkich reżimów totalitarnych. Sytuacja, która zmusza społeczeństwo do szukania i stosowania takich form sprzeciwu wobec niechcianej władzy, które na różny sposób powodują zmiany w biegu wydarzeń po linii przeciwnej założeniom panującej w danym kraju dyktatury.

Jeśli zatem leninowski system „dyktatury proletariatu” uniemożliwia formowanie się i działanie jawnej, legalnej opozycji – powstaje w jej miejsce spontaniczna opozycja niezorganizowana, jak gdyby „podskórna”, która kanalizuje nurt niezadowolenia społeczeństwa. Z taką opozycją mamy teraz do czynienia w Polsce. Jest ona widoczna we wszystkich dziedzinach współczesnego polskiego życia, gdyż wszędzie znajduje dla siebie naturalną pożywkę w postaci niezadowolenia i sprzeciwu społeczeństwa wobec rządów komunistycznych. Wszędzie wyzwala odpowiednie dla dzisiejszych warunków i czasów formy opozycyjnego działania.

W państwach tzw. demokracji ludowej uprawiana jest mistyfikacja rządów parlamentarnych. W polskim wypadku mamy nawet dwa takie twory: Zjednoczone Stronnictwo Ludowe (ZSL) i Stronnictwo Demokratyczne (SD). Wiadomo jednak, że oba te twory pseudoniezależne, są w istocie rzeczy koncesjonowane. Nie posiadają więc poważniejszego znaczenia politycznego właśnie z tej racji, że nie mają prawa oponowania polskiej kompartii, która działa pod nazwą Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR). Przeciwnie, jak na ironię z zasad demokracji ZSL i SD głoszą, że uznają „kierowniczą rolę” PZPR i nie ukrywają, że stosują się we wszystkim do wymagań i poleceń sekretariatu i Biura Politycznego polskiej kompartii.

Nie ma kwestii, że to także przyczynia się do narastania w Polsce niezależnej, właśnie tej „podskórnej”, opozycji demokratycznej, która raz po raz daje o sobie znać. Czyni to oczywiście poza oszukańczym sejmem i poza innymi instytucjami pozorowanej demokracji, którymi obywatele pogardzają. A więc również takimi, jak rady narodowe czy wyzywająco zakłamany Front Jedności Narodu, stanowiący rodzaj ogólnonarodowego parawanu, za którym chowają się komuniści.

Zaznaczmy, że istnienie i działanie opozycji w PRL potwierdzone zostało także – i to wielokrotnie – przez czołowych przywódców PZPR. Na przykład w okresach, gdy atakowano ludzi i środowiska, które kwestionowały dogmatyczny kurs polityczny polskiej kompartii. M.in. znajdowało to wyraz w drugiej połowie lat pięćdziesiątych i w latach sześćdziesiątych, gdy mnożyły się napaści dogmatyków na tzw. rewizjonistów, dążących po swojemu do „naprawiania komunizmu”. Inny przykład, podobnej zresztą opozycji, stanowiły dwa procesy młodych naukowców warszawskich – Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego, typowych przedstawicieli – przynajmniej wówczas – „opozycji wewnątrzpartyjnej”. Świadomym i ryzykownym aktem opozycyjnym była akcja grupy tzw. taterników, prowadzona w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, a polegająca na rozpowszechnianiu pism i wypowiedzi kwestionujących założenia i praktyki doktryny komunistycznej. Podobny charakter miała również tajna organizacji grupy idealistów „Ruch”, wykryta przez bezpiekę pod koniec rządów Gomułki. Grupę tę sądzono jednak już za rządów Gierka – i to w procesie przy drzwiach zamkniętych – skazując jej członków na wieloletnie więzienie. O istnieniu innych form opozycji można wnioskować na podstawie rugów i czystek przeprowadzanych co jakiś czas w różnych instytucjach naukowych, na uniwersytetach oraz w towarzystwach społeczno-kulturalnych. Wreszcie znamiennym świadectwem istnienia opozycji spontanicznej są wypowiedzi zdarzające się w zmonopolizowanej prasie i wydawnictwach naukowych, traktujące o mnożących się w określonych warunkach tzw. grupach nieformalnych, powstających niezależnie od woli władz, a działających na zasadzie środowiskowej solidarności. Chodzi tu rzecz oczywista o wyraźne społeczne kwestionowanie form zetatyzowanej reprezentacji społecznej, przewidzianej w ramach doktryny leninowskiej. Zaznaczmy, że te „grupy nieformalne” powstają nie tylko w środowisku naukowym czy w ośrodkach inteligenckich, ale tworzą się one i rozwijają – nawet masowo – w typowych ośrodkach robotniczych, w poszczególnych fabrykach, kopalniach, hutach czy stoczniach. Wyrazem opozycyjnego działania był także zeszłoroczny list (grudzień 1974) do władz PRL, pod którym złożyło podpisy 15 wybitnych intelektualistów, a chodziło im o ważną sprawę obrony Polaków przetrzymywanych lub żyjących w Związku Sowieckim. Techniczną stroną tej akcji zajmował się przedstawiciel młodego pokolenia, buntownik z marca roku 1968 – Adam Michnik, sekretarz wybitnego poety i b. przewodniczącego Związku Pisarzy Polskich Antoniego Słonimskiego.

Wszystkie przytoczone zjawiska i fakty dają niezbite świadectwo, że opozycja demokratyczna nabiera w Polsce na sile, że rozwija się systematycznie, poczynając gdzieś od roku 1955 czy 1956. Właśnie od tamtych, przełomowych pod wieloma względami dni postalinowskiej „odwilży” i polskiej „październikowej wiosny”. Wszystko także wskazuje, że żaden komunistyczny aparat terroru nie jest już w stanie zahamować tego procesu, chociaż możliwe jest jeszcze okresowe opóźnianie jego rozwoju.

Aktywność opozycji demokratycznej w kraju bywa – jak wszędzie na świecie – różna: raz rzucająca się w oczy i dająca głośno o sobie znać, gdy po okresach kryzysowych jak gdyby przycicha. Wyjaśnijmy więc, że nasilenie nastrojów opozycyjnych w warunkach dyktatury komunistycznej zależy głównie od dwóch czynników: ogólnej sytuacji społeczno-gospodarczej kraju oraz od konkretnych decyzji i posunięć podejmowanych przez komunistyczny aparat władzy. Mogą bowiem zdarzać się posunięcia łagodzące nastroje opozycyjne – jak po październiku roku 1956 czy po grudniu roku 1970, lub wzmagające te nastroje, jak w roku 1968-1970. Można po prostu przyjąć jako pewnik, że każde pogorszenie sytuacji społeczno-gospodarczej wzmaga automatycznie aktywność opozycjonistów i środowisk nastrojonych opozycyjnie. Także każde źle skalkulowane, a zwłaszcza wyraźnie sprzeczne z wolą społeczeństwa pociągnięcie władz – powoduje wzrost niezadowolenia opinii, co jest zrozumiałe samo przez się.

Zjawisko gwałtownie rosnącej opozycji dało się zaobserwować w środowisku robotniczym jesienią roku 1969. Mnożyły się wtedy konflikty w fabrykach związane z wprowadzaniem w życie zakłamanych zarządzeń „usprawniających” sekretarza ekonomicznego KC PZPR Bolesława Jaszczuka, który w dodatku nazwał swój program „dokręcania śruby” wdrażaniem nowych bodźców „zainteresowania materialnego”. We wrześniu i październiku roku 1970, z tych właśnie powodów, było już o pół kroku od gwałtownego wybuchu buntu w kopalniach, hutach i fabrykach na Górnym Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim. Nie doszło do wybuchu, gdyż Gierek umiał na czas wymusić na Gomułce pewne ustępstwa dla robotników województwa katowickiego. Natomiast zlekceważenie przez ekipę Gomułki podstawowych interesów mas pracowniczych w grudniu roku 1970 i ogłoszenie bez przygotowania i wyrównań płacowych drastycznej podwyżki cen artykułów powszechnego użytku spowodowało dramatyczny i krwawy wybuch na Wybrzeżu, to znaczy otwarty bunt stoczniowców i portowców w Gdańsku, Gdyni, Elblągu, Słupsku i Szczecinie, który to bunt doprowadził w konsekwencji do upadku Gomułki i dużych zmian w partyjno-rządowej ekipie PRL.

Zaznaczmy tu od razu, że po przejęciu rządów przez Gierka nastroje opozycyjne bynajmniej w PRL nie wygasły. Był nawet taki okres – styczeń, luty, marzec 1971 – gdy pod wieloma względami przybrały one nawet na sile, chociaż wyrażały się w spokojniejszej formie niż na Wybrzeżu. O drugim buncie robotników w stoczniach Szczecina i Gdańska w styczniu roku 1971 – głośno było w całym świecie. To samo dotyczyło gwałtownego i masowego strajku włókniarek i włókniarzy łódzkich w lutym roku 1971, bardzo dla reżymu Gierka i Jaroszewicza kłopotliwym, po którym cofnięto gomułkowską podwyżkę cen i zamrożono na kilka lat ceny podstawowych artykułów żywnościowych. I to dopiero przyczyniło się praktycznie do odczuwalnego wzrostu stopy życiowej polskiego świata pracy. Mniej natomiast wiadomo o równie groźnych dla Gierka i PZPR strajkach w marcu roku 1971, na przykład w Nowej Hucie, gdzie przegoniono wszystkich sekretarzy PZPR oraz w częstochowsko-kłobuckim zagłębiu rud żelaza, gdzie komitety robotnicze wymusiły na aparacie partyjnym i gospodarczym daleko idące ustępstwa socjalne i płacowe. Ale można powiedzieć, że rok 1971 był pod tym względem rokiem wyjątkowym, gdyż fala rewindykacji społecznych i otwartych strajków przewaliła się wtedy przez wszystkie bodajże ośrodki przemysłowe kraju. Dlatego dla wyjaśnienia zjawiska trwałej opozycji ważniejsze są pod tym względem niepokoje robotnicze w kopalniach śląskich jesienią roku 1973, w wyniku których doszło następnie w krótkim czasie do trzech kolejnych podwyżek płac w górnictwie węglowym oraz do poważnej zmiany w traktowaniu aktualnych żądań i postulatów braci górniczej. Podobny, chociaż mniej gwałtowny charakter miały akcje protestacyjne półmilionowej rzeszy pracowników służby zdrowia w latach 1972-73, naciski kolejarzy z tego samego okresu, walka o nowy system płac w przemysłach włókienniczym i odzieżowym czy późniejsza nieco akcja protestacyjna marynarzy floty handlowej i rybackiej. Marynarze także przeprowadzili szereg swoich postulatów płacowych i socjalnych.

Ale największy zasięg miały przejawy niezadowolenia obywateli z polityki zaopatrzenia rynku, zarejestrowane zimą i wiosną roku 1975 we wszystkich ważniejszych okręgach przemysłowych kraju i bodajże we wszystkich kluczowych zakładach przemysłowych. Rozjeżdżali się wtedy – luty, marzec, kwiecień – po całej Polsce prawie wszyscy członkowie kierownictwa PZPR, aby łagodzić robotnicze wybuchy oczywistego niezadowolenia.

Do najgłośniejszych tego rodzaju robotniczych akcji protestacyjnych należały: wrzenie w Zakładach Mechanicznych im. Waryńskiego w Warszawie, zarejestrowane w marcu br., gdzie grożono dyrekcji strajkiem, jeśli nie nastąpi natychmiastowa poprawa zaopatrzenia.

„Szeptania”, przestoje i zgłaszanie żądań w Fabryce Samochodów Osobowych na Żeraniu. Interweniował tam najpierw Gierek (w lutym 1975), a następnie aż trzykrotnie (już w kwietniu) Jaroszewicz, który jest członkiem organizacji PZPR w tych zakładach.

Przewlekła seria konfliktów i napięć w Kombinacie Metalurgicznym w Nowej Hucie. W kwietniu zjawił się tam nagle Gierek, aby dosłownie w ostatniej chwili zapobiec akcji strajkowej. Wraz z nim wjechała do Nowej Huty kolumna samochodów dostawczych z mięsem i innymi artykułami dla sklepów fabrycznych. Chodziło najwyraźniej o ułatwienie Gierkowi „dialogu” z hutnikami i ich przedstawicielami. Następnie w czerwcu i lipcu 1975, w tej samej Nowej Hucie toczył się ostry spór o premie produkcyjne i rytmiczną organizację produkcji.

W płockiej „Petrochemii” oraz w radomskim „Radoskórze” załogi zakwestionowały podwyżki cen posiłków w stołówkach zakładowych. Były także przestoje na znak niezadowolenia ze złego zaopatrzenia rynku i ukrytych podwyżek cen.

Podobne wystąpienia i zachowanie załóg robotniczych miało miejsce w Częstochowie (huta im. Bieruta i Zakłady Przemysłu Włókienniczego im. Modzelewskiego), w Poznaniu – w zakładach Cegielskiego, „Pomecie” i na węźle kolejowym, we Wrocławiu – zakłady „Elwro”, „Pafawag”, zakłady włókiennicze, w Białymstoku – Zakłady Przemysłu Włókienniczego im. Sierżana, w hucie „Stalowa Wola”, w Rzeszowie – Wytwórnia Sprzętu Komunikacyjnego, w Lublinie – Fabryka Samochodów Ciężarowych, w Andrychowie – w zakładach włókienniczych i w zakładach radiowych, w Sosnowcu – głównie w miejscowej kopalni oraz w hucie i kilku fabrykach, w Wałbrzychu – przede wszystkim w kopalniach, w Głogowie – w hucie aluminium, w Starachowicach – w Fabryce Samochodów Ciężarowych oraz w miejscowej hucie, w Koninie w kopalni węgla brunatnego, w Kraśniku – w Fabryce Łożysk, w Chełmie – w cementowni, w Łodzi – szeregu zakładów włókienniczych i w zakładach mechanicznych im. Strzelczyka, w „Ursusie” pod Warszawą, w Żyrardowie – w Zakładach Przemysłu Lniarskiego, w Gdańsku – na budowie Portu Północnego, w wielu kopalniach i hutach na Górnym Śląsku.

Wszędzie domagano się poprawy zaopatrzenia i zwracano uwagę na stałe opóźnienia w dostawach mięsa i wędlin oraz na ukryte podwyżki cen. Członkowie politbiura PZPR tłumaczyli się robotnikom „okresowymi trudnościami”, ale zarazem powodowali doraźne zwiększenie dostaw, zwłaszcza do sklepów fabrycznych, które w najgorszym okresie racjonowały sprzedaż mięsa po kilogramie na pracownika (za ostemplowaniem datownikiem odpowiedniej karty pracowniczej). Na przełomie lutego i marca sytuacja zaopatrzeniowa była dla kierownictwa partii tak groźna, że dla złagodzenie kryzysu mięsnego rzucono na rynek część zapasów wojskowych.

Wiadomości napływające z wielkich fabryk świadczą o zastraszeniu aparatu postawą załóg. W niektórych ośrodkach przemysłowych wprowadzono nawet z tego właśnie powodu stan alarmowy milicji i zwiększono aktywność ORMO. Ale z reguły aparat operuje obietnicami, że w niedługim czasie ma nastąpić poprawa zaopatrzenia. Niemniej prasa nadmienia co jakiś czas o braku różnych artykułów i pladze kolejek w sklepach i przed sklepami.

Na tej podstawie można już stwierdzić, że opozycja demokratyczna sięga szeroko do mas robotniczych niezadowolonych z rządów komunistycznych. Rośnie ona w PRL w ostatnich latach szybko i systematycznie i wszystko wskazuje, że będzie rosła nadal. Przesądzają o tym przede wszystkim sprzeczności społeczno-gospodarcze rządów PZPR oraz towarzyszący tym sprzecznościom bardzo ostry podział na rządzących i rządzonych, co tak mocno zaznaczają ludzie pracy używający wymownego określenia „my” i „oni”. Wreszcie liczy się w tym układzie zdecydowanie negatywny stosunek Polaków do rozwiązań i akcji politycznych dyktowanych rządowi PRL przez soc-imperialistów z Kremla.

Słowo o programie opozycji

Program działania opozycji demokratycznej w warunkach dyktatury typu leninowskiego nie został w kraju spisany. Nie ogłoszono go nawet w uporządkowanych podstawowych punktach czy artykułach, chociaż marginesowo podejmowano i takie próby. Należy też wyraźnie zaznaczyć, że za istniejącym programem nie stoi żadna zdyscyplinowana organizacja o charakterze politycznym. W warunkach totalnego terroru policyjnego jest to dziś w Polsce praktycznie niemożliwe. Lecz nie ma kwestii, że w zasadniczych zrębach program opozycji demokratycznej został w kraju sformułowany i jest dla społeczeństwa powszechnie zrozumiały.

Do czego się ten program sprowadza?

Przede wszystkim do szeroko pojmowanej walki z dominacją polityczną Moskwy, co m.in. znajduje wyraz w powszechnym kwestionowaniu wszystkiego, co sowieckie, a zwłaszcza wszystkiego, co służy lub służyć może interesom Związku Sowieckiego. Odnosi się to np. do tych poczynań Kremla, które są jaskrawo sprzeczne z interesami narodu i państwa polskiego. Z tego też powodu tak bardzo drażni nasze społeczeństwo bierność kierownictwa PZPR wobec eksploatacyjnych zakusów Moskwy w dziedzinie gospodarczej oraz metoda narzucania PRL zadań pomocniczych w tzw. trzecim świecie, związanych w widoczny sposób z grą imperialną Moskwy. Wymowny przykład tego rodzaju eksploatacji stanowiła „braterska” pomoc PRL dla Wietnamu Północnego. Szacowano ją w dobrze zorientowanych kołach gospodarczych w granicach od 500 do 600 mln dolarów rocznie, jak to przyjmowano dla roku 1970. Po tragedii „gorącego grudnia” rozmiary tej „pomocy”, a raczej haraczu imperialnego Moskwy zostały okresowo zmniejszone. Natomiast ostatnio odzywają się głosy, że po tragedii Wietnamu Południowego wkład PRL w odbudowę gospodarczą obu Wietnamów jest poważnie zwiększany. Deficytowy, „braterski” charakter miała również „wymiana” gospodarcza PRL z Kubą oraz okresowe wspieranie niektórych państw arabskich czy afrykańskich, na których Moskwie w pewnych momentach szczególnie zależało. W związku z tym mówiło się nawet w środowiskach robotniczych: „Trudno nam żyć dopóki każda polska przeciętna rodzina składa się z ojca i matki, dwojga lub trojga dzieci, czasem z babki lub dziadka i z reguły ma na utrzymaniu jednego Wietnamczyka, jednego Araba i po paru Murzynów”.

Oddzielne zagadnienie stanowi wymiana gospodarcza PRL – ZSRR. Czynniki oficjalne często nadmieniają o „pomocy radzieckiej” dla PRL, ale w społeczeństwie polskim przeważa przekonanie, że sprawa ma się całkiem odwrotnie. Pomoc nie idzie ze wschodu na zachód, tylko z zachodu na wschód. W wielu rozmowach, jakie miałem z przyjezdnymi z kraju, powtarzano z reguły opinię, że to Polacy „dokarmiają” wschodniego sojusznika i protektora. Dlatego też zalewa Polaków zła krew, gdy od przyjeżdżających do Polski Rosjan lub innych obywateli Związku Sowieckiego słyszą niejednokrotnie uwagi o tym, że w ojczyźnie Lenina żyje się jeszcze ludziom dość ciężko, bowiem „ludzie radzieccy pomagają bratnim krajom i narodom”, w tym również Polakom. Jakie nastroje i uczucia budzi tego rodzaju propaganda nie ma potrzeby wyjaśniać. Wystarczy stwierdzić fakt, że najbardziej lekceważoną i opluwaną w PRL organizacją nie jest bynajmniej PZPR, lecz wielomilionowe, popierane odgórnie Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej (TPPR). Jego liczebność, nie tyle przymusowa, co administracyjnie wymanipulowana, jest odwrotnie proporcjonalna do faktycznego zainteresowania obywateli tym gigantycznym tworem. Ponieważ jednak nie można wykrzesać z Polaków chociażby cienia sympatii dla leninowskiej „ojczyzny proletariatu”, kierownictwo PZPR pragnie przynajmniej wykazać się swoim protektorom utrzymywaniem papierowej, wielomilionowej TPPR. Temu samemu celowi służy również otwieranie w wielu miastach i ośrodkach przemysłowych świecących pustkami Domów Kultury Radzieckiej. Po prostu powszechna niechęć do Moskwy i jej polityki jest przesłaniana w PRL oficjalnymi symbolami przyjaźni.

Nie pomijajmy jednak milczeniem drugiej strony tego zagadnienia. Mamy w kraju taki stan rzeczy, że ze względu na swoistą stabilizację międzynarodową, wypływającą z „równowagi strachu”, obserwujemy zjawisko, któremu na imię „utrwalanie się rządów komunistycznych”. Albowiem mimo oczywistego niezadowolenia społeczeństwa z komunizmu, mimo narastania spontanicznej, podskórnej opozycji przeciwko bonzom z PZPR, opozycji ogarniającej wszystkie warstwy i środowiska – powiększa się równolegle gromada ludzka, która wiąże swoje osobiste kariery i ambicje z rządami polskiej kompartii.

Postawmy sprawę bez niedomówień. Komuniści wiedzą dobrze, że rządzą bez zgody społeczeństwa. Sami niejednokrotnie przyznawali, że na większość w wyborach liczyć nie mogą. Sami podkreślali wyjątkowy charakter swoich rządów, jak je ciągle nazywają – rewolucyjnych. Głoszą nawet, że w procesie rewolucji, którą realizują, dążą dopiero do „wychowania społeczeństwa” w założeniach swojego programu. Naturalnie, pomagają sobie w tym „historycznym dziele” środkami terroru, którymi ich rządy stoją. Jednak ludzie związani bezpośrednio z aparatem ich rządów, a zwłaszcza z aparatem terroru, stawiają po swojemu na „komunistycznego konia”. To znaczy, że stabilizacja komunistyczna sprowadza się do narzucania Polakom niechcianej doktryny, stylu i warunków życia, lecz jednocześnie wiąże ona ze sobą wspólnymi interesami ludzi zatrudnionych w potwornej maszynerii komunistycznego porządku rzeczy. Inaczej mówiąc na przeciw narodu, którego dążenia wyraża demokratyczna opozycja, ustawiony jest od trzech dziesięcioleci komunistyczny aparat władzy, którego siły lekceważyć społeczeństwu – i opozycjonistom – nie wolno. Jednak ze względu na liczebność i koszty utrzymania tego aparatu terroru (a są to koszty olbrzymie, które uszczuplają środki przeznaczane na inne, ważniejsze dla społeczeństwa cele) rośnie w narodzie nienawiść do tych, którzy rozbudowali aparat partyjny i propagandowy, rezerwy milicji, paramilitarne formacje ORMO (Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej, licząca około 300 tys. osób), SP (Straż Przemysłowa, dochodząca w niektórych wypadkach do 10% stanu załóg produkcyjnych) i podobne narzędzia różnego nadzoru [1].

To także jedna z poważnych przyczyn wywołujących społeczny sprzeciw obywateli. I to właśnie przesądza o konieczności podejmowania przez opozycjonistów takich działań, które w ostatecznym rachunku mają doprowadzić – nie wnikamy tu, w jakim czasie, szybko czy po długich latach zbiorowego wysiłku – do złamania monopolu rządów PZPR i do zerwania zależności Polski od Związku Sowieckiego.

Kto zna realia sytuacji politycznej w kraju, kto zdaje sobie sprawę, do jakich rozmiarów rozbudowano tam – także w ostatnich latach, a więc już za Gierka – aparat terroru – ten wie również, że natychmiastowe złamanie systemu rządów komunistycznych jest po prostu niemożliwe. Możliwe jest natomiast systematyczne osłabianie władzy komunistów i stopniowe paraliżowanie ich dogmatycznej działalności. Jeśli bowiem naród polski nie ma możliwości odrzucenia tego systemu, musi się przed nim bronić wszelkimi dostępnymi środkami i metodami w oparciu o solidarną i powszechną negację władzy opartej na naukowo zorganizowanym terrorze.

Dodajmy, że jednym z pierwszych posunięć Gierka po objęciu władzy było rozbudowanie i przezbrojenie w nowocześniejszy sprzęt milicji, jej specjalnych, wydzielonych rezerw i całego aparatu bezpieki. Na tej samej „liberalnej” zasadzie utworzono lotnicze i pancerne formacje MO, a jednocześnie rozbudowano sieć agentów i informatorów bezpieki w zakładach pracy i w środowisku robotniczym. Gdy i to okazało się dla władz PZPR niewystarczające, osadza się milicjantów w poszczególnych blokach i na poszczególnych ulicach, aby stale mieli na oku, w dzień i w noc, środowisko robotnicze. Takie postępowanie PZPR ma z komunistycznego punktu widzenia swoje uzasadnienie, gdyż w przeciwnym wypadku ich „władza ludowa” nie ubezpieczałaby się aż do tego stopnia przed własnym ludem!

Tak przedstawia się dziś w PRL układ stosunków polityczno-społecznych, który determinuje wystąpienia opozycyjne. Nie chodzi tu już o budzenie się opozycji, jak w latach pięćdziesiątych, bezpośrednio po śmierci Stalina, lecz o dość szybki jej rozwój, spontaniczny i masowy, przy jednoczesnym odrzuceniu złudzeń, że system komunistyczny można będzie z czasem zliberalizować.

W innych rozmiarach i formach zjawisko opozycji wobec partii komunistycznej obserwowane jest również w samym Związku Sowieckim, gdzie za Stalina jakikolwiek ruch dysydentów był w ogóle nie do pomyślenia. Prawda, dysydenci są jeszcze w Związku Sowieckim stosunkowo nieliczni, ich ruch nabiera dopiero na sile od kilku lat, ale warto mieć na uwadze że od dłuższego już czasu władze sowieckie mają również bardzo poważne kłopoty z masową ucieczką dużych grup „ludzi radzieckich” do przeróżnych związków i sekt religijnych. KGB, sowiecka bezpieka, tępi takich „nieodpowiedzialnych” obywateli, jednak wytępić ich nie może. Sekty wyznaniowe odradzają się tam błyskawicznie jak stugłowa hydra. Dalszych konsekwencji tego zjawiska, w gruncie rzeczy także opozycyjnego, niepodobna jeszcze przewidzieć, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę skłonność Rosjan do swoistego ofiarnictwa. Pewne jest jednak, że mamy tu do czynienia z działalnością i ruchami osłabiającymi w dużym stopniu cały system leninowskiej „dyktatury proletariatu” i rządów aparatczyków.

Inny charakter, ale bynajmniej nie mniejsze znaczenie, posiada proces narastania, także nieznanych w okresie stalinowskim, form opozycji „wewnątrzpartyjnej”, a więc uplasowanej w samym aparacie władzy. W pewnych wypadkach będą to jeszcze po dawnemu tylko frakcje personalne, wygrywające we własnym, egoistycznym interesie takie czy inne kłopoty aktualnego kierownictwa. Ale zdarzają się także frakcje o charakterze pośrednim, personalno-doktrynalnym, które z różnych względów popularyzują hasła i slogany mogące mobilizować do pewnego stopnia większe odłamy opinii. Frakcjom tym chodzi niezawodnie o to, aby w samej partii musiano się z nimi bardziej liczyć, właśnie ze względu na zwiększony zasięg oddziaływania. Jedną z typowych takich grup była np., przynajmniej pod pewnymi względami, rozbita po grudniu roku 1970 – frakcja moczarowców, której bazę stanowiły elementy i odwołania kombatanckie. W tym wypadku można było nawet mówić o swoistym „nacjonal-komunizmie”, oglądającym się pod pewnymi względami na wzory rumuńskie. Powtórzmy: frakcja Moczara została rozbita, ale pozostały po niej w PZPR różne „ciągoty” i grupy pomoczarowskie.

Na innym skrzydle aparatu PZPR ustawiają się co pewien czas różni rzecznicy „komuno-liberalizmu”, tolerowanego do pewnych granic przez oficjalne kierownictwo kompartii zarówno dla celów taktycznych, jak też dla potrzeby oddziaływania na społeczeństwo. Przecież na wypadek jakiej nowej „godziny gniewu ludu” znowu może zajść w PZPR potrzeba odwołania się do własnych „liberałów”, strawniejszych dla społeczeństwa, lecz praktykujących również leninowską linię „centralizmu demokratycznego”. Wymaga to jednak tolerowania w pewnych okolicznościach subtelnych odchyleń od czystej formy leninizmu-zamordyzmu.

Wewnątrzpartyjna opozycja w aparacie PZPR nie ma bezpośredniego związku z narastającą w społeczeństwie opozycją demokratyczną. Nietrudno wszakże dostrzec, że oba te nurty są ze sobą do pewnego stopnia związane. Wszakże silna opozycja w społeczeństwie budzi automatycznie różne rozdźwięki w kierownictwie kompartii i wzmaga tam tendencje rozrachunkowe. Zawsze też ścierają się na szczytach PZPR dwa kierunki: jeden reprezentują ci, którzy wszystko chcieliby załatwiać metodą „dokręcania śruby”, drugi zwolennicy częściowego przynajmniej „dogadania się” ze społeczeństwem, chociażby w imię potrzeb programu gospodarczego oraz niezakłócania „budownictwa socjalistycznego”. Na tym m.in. opiera się reguła narastania w partiach komunistycznych opozycji rewizjonistycznej, ścierającej się po swojemu z dogmatykami. Frakcje rewizjonistyczne są w rządzących partiach komunistycznych systematycznie rozbijane, ale odradzają się po pewnym czasie z nieodmienną prawidłowością choroby dziedzicznej.

Znaczy to, że komuniści w Europie wschodniej borykają się z każdym rokiem z coraz poważniejszymi trudnościami, których Lenin nie przewidział i nie wymyślił na nie skutecznego lekarstwa. Stąd wewnątrzpartyjne kwestionowanie prawidłowości doktryny, która teoretycznie ma być szczytem doskonałości. Głównie jako wzór powiązania biurokracji z terrorem, gdyż zasadnicze założenie tej doktryny polega na praktykowaniu rządów aparatu wbrew woli społeczeństwa. Jednak od tego momentu, gdy dane społeczeństwo przestaje paraliżować lęk przed aparatem terroru – rządy aparatu tracą sens.

Powtórzmy: na dalszą metę, bo w danej chwili mamy do czynienia dopiero z pierwszym aktem procesu wyzwalania się spontanicznej opozycji, społeczeństwa rządzone przez komunistów mogą mieć nadzieję, że buntując się systematycznie przeciwko swoim obecnym władcom przetrawią komunizm i odrzucą go na śmietnik historii.

Emigracja polityczna a opozycja w kraju

Wiemy z bolesnych doświadczeń polskich, że bezpośrednio po wojnie systematyczna i trwała opozycja antykomunistyczna była w kraju niemożliwa. Próby tworzenia legalnej, półlegalnej czy konspiracyjnej opozycji demokratycznej zostały brutalnie złamane przez bezpiekę. Czynny opór patriotycznej młodzieży, która w akcie rozpaczy poszła walczyć w oparciu o lasy – wytępiono środkami przemocy militarnej. W zasięgu okupacyjnej kontroli Armii Czerwonej na naszych ziemiach złamanie oporu narodu wyczerpanego przewlekłą, totalną wojną nie było zbyt trudne. Ale przecież przeżyła w narodzie pamięć tamtego oporu. Utrwaliła się również świadomość, że system rządów komunistycznych został nam narzucony z zewnątrz oraz że służy on w pierwszym rzędzie interesom Związku Sowieckiego. Taka świadomość posiada również młode pokolenie Polaków, wychowanych całkowicie przez szkołę komunistyczną.

Ważny jest jeszcze jeden czynnik. Doświadczenia pierwszych lat powojennych przesądziły o tym, że w walce z dyktaturą komunistyczną należy postępować ostrożnie, ale konsekwentnie ją negować. Dlatego właśnie przed pokazowymi aktami polskiego sprzeciwu wobec Moskwy ma teraz w naszym kraju pierwszeństwo skuteczność przemyślanego działania. Chodzi w pierwszym rzędzie o zachowanie pod każdym względem odrębności od wzorów sowieckich i stosowanie takich, chociażby nawet przejściowych rozwiązań, które mają rodzimy polski charakter. Chodzi także o to, aby przy nieuniknionej konfrontacji interesów polskich i sowieckich narażać kraj na minimum strat własnych, a wyrządzać maksimum szkód – użyjmy tu głośnej terminologii chińskiej – „soc-imperializmowi” Kremla.

W walce tej – mowa o aktualnym etapie – chodzi głównie o stopniowe poszerzanie praw obywatelskich, chodzi o stopniową poprawę warunków bytu całej ludności kraju, co wiąże się jednocześnie z ograniczeniem stopnia eksploatacji naszego kraju przez Związek Sowiecki. Chodzi o stawianie kierownictwu PZPR coraz większych wymagań i zrzucanie na nie odpowiedzialności za wszystkie błędy popełniane ze względów doktrynalnych. Chodzi także o to, aby po nieuniknionych momentach ostrych spięć politycznych i społecznych, czyli po pewnych zmianach na szczycie władzy, okresy konsolidacji aparatu tej władzy były możliwie jak najkrótsze. Chodzi o utrwalanie znaczenia opozycji moralnej i kształtowanie takich postaw społeczeństwa, które zmuszają reżym do stopniowej demokratyzacji ustroju. Na tym właśnie ma polegać opozycyjne „przetrawianie” komunizmu, który przestanie być komunizmem, gdy straci dogmatyczny i totalitarny charakter.

Nie wolno mieć złudzeń, że będzie to proces szybki, chociaż tempo tego procesu wzmaga się z każdym rokiem. Przy obojętności mocarstw zachodnich, które w ostatnim czasie raczej wspomagają rządy komunistyczne, na przykład gospodarczo i dyplomatycznie, walka o wyzwolenie z dogmatów może być jeszcze długa. Pewne jest już jednak, że komunizm, nawet tam gdzie sprawuje władzę, a może właśnie przede wszystkim tam – znajduje się w stopniowym odwrocie. Należy więc bardzo mocno zaznaczyć, że w dobie polityki odprężenia w stosunkach międzynarodowych opozycja demokratyczna w PRL, podobnie jak w Związku Sowieckim i innych krajach bloku wschodniego – skazana jest głównie na własne siły.

Bezpośrednio po wojnie oglądano się w kraju na Zachód. Liczono, że prędzej czy później dojdzie do takiej lub innej konfrontacji między demokracjami zachodnimi i tyranią sowiecką. Stąd znaczenie i rola powojennej emigracji politycznej, bowiem społeczeństwo w kraju musiało milczeć i cierpieć. Emigracja stała się aktem masowego protestu. Nawet w kraju istniało w pewnym okresie zjawisko „emigracji wewnętrznej” – złożonej z tych, którzy się z reżymem komunistycznym nie pogodzili, ale już nie mieli sił i szans, aby mu się na miejscu otwarcie przeciwstawiać.

Przypomnijmy: takie właśnie postawy przeważały w społeczeństwie w latach 1948-54, to znaczy po nieudanej próbie opozycyjnej Stanisława Mikołajczyka i Polskiego Stronnictwa Ludowego (PSL), po rozgromieniu przez bezpiekę resztek opozycji socjalistycznej, po wypaleniu się aktu rozpaczy, jaki stanowiła poakowska akcja oporu w lasach, po zdradzie Cyrankiewicza na pozycjach koncesjonowanego skrzydła PPS, po wytrzebieniu podstępem i terrorem szlachetnych straceńców, którzy powołali antykomunistyczną konspirację WiN-u.

Nadzieje, że „wyzwolenie przyjdzie z Zachodu” – zawiodły. Jedni zdali sobie z tego sprawę wcześniej, inni dopiero ostatnio, gdy wskutek uporczywych zabiegów sowieckich doszło do zakłamanej konferencji Helsinki – Genewa – Helsinki w sprawie bezpieczeństwa i współpracy w Europie. W rozumieniu sowieckim konferencja ta miała przypieczętować formalnie stan posiadania Moskwy i rozbroić moralnie wolną część Europy. Nie wypadła ona jednak całkowicie po myśli władców z Kremla. Jednak współczesne pokolenie Polaków wyciągnęło z niej taki wniosek, że musi liczyć przede wszystkim na własne siły.

Dysproporcja sił polskich i sowieckich jest dla wszystkich oczywista. Wyklucza to w zasadzie możliwość jednorazowych, zasadniczych zmian w naszym narodowym położeniu. Z tego w kraju zdają sobie sprawę. Nie wolno jednak zapominać, że w ramach bloku moskiewskiego komunistyczna PRL jest pierwszym co do rangi, obszaru i znaczenia satelitą Moskwy. Oznacza to, że w warszawskim satelickim ośrodku władzy muszą się rodzić pewne ambicje nie zawsze wygodne dla Kremla. W tych okolicznościach próby łamania postaw społeczeństwa niechętnych wobec Moskwy stały się bardziej skomplikowane niż w poprzednim dziesięcioleciu. Wydaje się, że obecnie powtórka operacji „Czechosłowacja 1968” – jest już znacznie mniej możliwa. I to zarówno na wewnętrzne trudności bloku moskiewskiego i całego obozu komunistycznego, jak też ze względu na złożone interesy imperializmu sowieckiego w świecie. Kierownictwo sowieckie przekonało się zresztą, że okupacja Czechosłowacji nie wypleniła tam bynajmniej ruchu opozycyjnego. Ponadto dogmatyczna „normalizacja” ustroju w Pradze kosztowała Kreml bez porównania więcej, niż tolerancyjny stosunek do nacjonal-komunistów w Rumunii.

Nie oznacza to, by Związku Sowieckiego nie było już stać na przywoływanie satelitów do porządku. Ale wolno uważać, że takie poczynania mogą być dla Kremla politycznie nieopłacalne. Jak to będzie wykorzystane w przyszłości przez poszczególne reżimy satelickie można tylko zgadywać. Będzie to miało jednak poważne, nawet historyczne konsekwencje.

Element ten brany jest pod uwagę przez opozycjonistów w kraju, chociaż mało kto docenia go na emigracji. Tym się również tłumaczy opozycja „na długiej fali”. Tymczasem na emigracji podział ról między emigracją a krajem nie jest dostatecznie przemyślany. Dotyczy to zwłaszcza starzejącego się środowiska kombatanckiego i organizacji prawicowych. Rola tych kół na emigracji jest niewspółmiernie duża zwłaszcza na tle aktualnego układu sił i orientacji społeczno-politycznych w kraju, gdzie prawicy kapitalistycznej, czy jeśli kto woli burżuazyjnej, ludzie myślący krytycznie nie mogą brać na serio.

Na emigracji przeważają szablony myślenia politycznego przyjęte w pierwszych latach powojennych, a więc mocno oderwane od dzisiejszej rzeczywistości. Stąd tak trudno o porozumienie nowych i starych emigrantów. Stara emigracja żołnierska chlubnie spełniła swoje podstawowe zadanie historycznego protestu przeciwko pozbawieniu Polski pełnej niepodległości, gdy odmówiono Polsce prawa wyboru ustroju po zwycięskiej wojnie z hitlerowską III Rzeszą. Natomiast wielu nowych emigrantów zapisało się chlubnie na kartach najnowszej historii w walce z dyktaturą komunistyczną. Powiedzmy sobie szczerze: znaczenie opozycji politycznej w kraju będzie teraz z roku na rok wzrastało, gdy znaczenie działalności emigracyjnej będzie systematycznie malało. Istota zagadnienia polega więc przede wszystkim na tym, aby organizacje polityczne emigracji podnosiły gdzie należy te kwestie, wokół których formuje się opozycja demokratyczna w kraju.

W zasadzie stanowi to podstawowe zadanie nowej fali emigrantów politycznych, tych z lat 1965-1975, ale stałoby się bardzo niedobrze, gdyby drogi emigracji starej i nowej, żołnierskiej i – nazwijmy ją tak – „ludowodemokratycznej” musiały się rozchodzić. Przesądziłoby to tylko o wielkim marnotrawstwie i tak przecież skromnych sił polskich na Zachodzie. Ale oznaczałoby to również poważne opóźnienie procesu wzmacniania opozycji w kraju. Takie są bowiem reguły gry w tej wielkiej sprawie, że emigracja nie może przewodzić opozycji w kraju, ale może ją skutecznie wzmacniać. Innymi słowy chodzi po prostu o to, aby emigracja zaprzestała ciągłego oglądania się w przeszłość, a zaczęła także patrzeć w przyszłość i działać na rzecz przyszłości. Konieczne jest zatem upowszechnienie w skupiskach emigracyjnych dobrej znajomości zagadnień i stosunków krajowych i śmiałe podejmowanie tych problemów politycznych, społecznych, gospodarczych i kulturalnych, które podejmuje spontaniczny ruch opozycyjny w Polsce.

Uwarunkowania ruchu opozycyjnego w PRL

Należy stwierdzić z całą odpowiedzialnością tego faktu, że obecnie nikt chyba komunizmu w kraju nie lekceważy, chociaż ogromna większość narodu polskiego odmawia komunistom (PZPR) prawa do sprawowania władzy. To właśnie stanowi podstawowy czynnik, który przesądza o nieuniknionym narastaniu opozycji demokratycznej. Zaznaczałem już wcześniej, że opozycja ma przeciwko sobie potężny aparat władzy, złożony po większej części z oportunistów i prominentów rządów komunistycznych, a w pewnym stopniu także z zakapturzonych fanatyków. To zaplecze reżimowe liczy co najmniej 126 tys. osób kadrowego aparatu PZPR; z grubsza biorąc co najmniej czterysta tysięcy ludzi noszących mundury MO i ORMO, chociaż ta druga – i liczniejsza – formacja posiłkowa jest oczywiście mniej ważna; kilkadziesiąt tysięcy komunistycznej kadry oficerskiej i podoficerskiej w wojsku; co najmniej siedemdziesiąt tysięcy uzależnionej od PZPR kadry kierowniczej najwyższego szczebla w przemyśle, transporcie i budownictwie; krocie partyjnych urzędników w administracji państwowej i samorządzie terytorialnym; 20 tys. etatowej kadry partyjnej w upaństwowionym ruchu zawodowym oraz parę innych, podobnego rodzaju grup posiłkowych w innych instytucjach ogólnokrajowych. Łącznie biorąc w służbie reżimu komunistycznego zaangażowanych jest co najmniej milion dwieście tysięcy różnych etatowców, którym nagła zmiana ustroju mogłaby zupełnie nie odpowiadać.

Z faktem tym ruch opozycyjny liczy się w dużym stopniu i ze zrozumiałych względów postępuje w taki sposób, aby wszystkich komunistów i wszystkich aparatczyków nie odpisywać z góry na straty. Słuszność tego założenia została potwierdzona w dniach „polskiego października”, gdy duża część aparatu PZPR przeszła ostentacyjnie na pozycje reformistyczne i patriotyczne. To samo stało się również w grudniu roku 1970, gdy cały aparat PZPR „trząsł portkami” w obliczu powszechnego buntu robotników. To ostatnie potwierdził w pełni zastępca Gomułki, sekretarz ideologiczny KC PZPR – Zenon Kliszko, który oświadczył zaraz po grudniu, na tzw. obrachunkowym plenum KC PZPR w lutym roku 1971, że w dniach robotniczego buntu na Wybrzeżu wielotysięczne zakładowe organizacje PZPR „rozsypywały się” z godziny ma godzinę jak garść piasku. Znaczy to, że liczebność szeregów PZPR jest politycznie bez większego znaczenia. Jeśli tylko załamie się z jakichś powodów aparat rządzenia i aparat terroru. Zwykli członkowie PZPR w ogromnej większości, w godzinie próby komunizmu bronić na pewno nie będą.

To w rachubach opozycjonistów demokratycznych odgrywa dużą rolę. Lecz na pierwszym planie akcji ruchu opozycyjnego znajduje się – jak to już wcześniej było zaznaczone – przekonanie o daleko idącej sowieckiej eksploatacji gospodarki polskiej, bo to właśnie powoduje różne niedobory i ograniczenia rynkowe, chociaż stopa wzrostu gospodarczego jest w PRL bardzo wysoka.

Inny, nie mniej ważny czynnik sprzyjający nastrojom opozycyjnym – to zwykła niewiara w możliwości rozwojowe systemu komunistycznego. A także jego niepowodzenia w dziedzinie zaspakajania współczesnych potrzeb i wymagań obywateli. Stało się bowiem dla Polaków oczywiste, że pod rządami PZPR i stale rośnie rozpiętość między zwiększającymi się wymaganiami i żądaniami społeczeństwa, a zdolnością rządu komunistycznego do zaspokojenia tych wymagań i żądań. Przykład: tegoroczny kryzys zaopatrzeniowy, szczególnie ostrzy w lutym, marcu i kwietniu, tym trudniejszy do zrozumienia, że prasa PZPR rozpisywała się szeroko o rekordowych osiągnięciach produkcyjnych. Utrwala się więc w społeczeństwie świadomość o niesprawności rządów komunistycznych w dziedzinie administracyjnej i gospodarczej, a zwłaszcza o niezmiernie wysokich tzw. społecznych kosztach produkcji. Typowy przykład: przy samym przepisywaniu i przekazywaniu urzędowych sprawozdań, sprawozdań w większości wypadków nikomu praktycznie niepotrzebnych, zatrudnionych jest w PRL około 600 tysięcy osób. To znaczy więcej niż stan ludności Krakowa razem z Nową Hutą, więcej niż w całym górnictwie, które uważane jest za polski przemysł narodowy i więcej niż zatrudnia tak społeczeństwu potrzebna, a skąpo wyposażona w ludzi cała krajowa służba zdrowia. Ponadto jakieś szczególne okoliczności kazały ostatnio władzom PRL ujawnić publicznie inny, równie kompromitujący fakt, a mianowicie, że na kierowniczych i ważnych stanowiskach znajduje się co najmniej 350 tysięcy osób bez wymaganych na danym szczeblu formalnych kwalifikacji. Naturalnie, chodzi tu głównie o pewną kategorię funkcjonariuszy i aparatczyków z partyjnego, PZPR-owskiego awansu.

Niemałe znaczenie przy narastaniu w społeczeństwie niezadowolenia ma także powszechnie stosowany protekcjonizm aparatu PZPR i związane z tym protekcjonizmem nadużycia gospodarcze, malwersacje i afery, od których aż się w PRL roi. A przecież wiadomo, że tylko część tych matactw i spekulacji wychodzi na światło dzienne, bo ludzie wszechwładnego aparatu kryją swoich „podopiecznych” przed odpowiedzialnością karną. Były już afery na wszystkie litery alfabetu, od alkoholowej i bursztynowej po warzywniczą i zakopiańską. Pleni się po wszystkich urzędach i instytucjach kumoterstwo i łapówkarstwo. Dokucza obywatelom znieczulica aparatczyków i dygnitarzy ze „szczebla”, z reguły obojętnych na codzienne troski i bolączki społeczeństwa. Wszystko to ma wiadomy skutek: wzrost niezadowolenia i rozwój nastrojów opozycyjnych.

Prawda, wiele w porównaniu z tym, co działo się w PRL bezpośrednio po wojnie – zmieniło się na lepsze. Ale są to zmiany tak powolne, że nie mogą dać społeczeństwu pełnej satysfakcji. Istotne jest również, że aparat komunistyczny przestał mieć do czynienia ze społeczeństwem zmęczonym wojną i zastraszonym przez nagle zastosowany, bezwzględny terror stalinowski. Aparat ten stoi dziś na przeciwko społeczeństwa zmęczonego i zniecierpliwionego komunistycznym systemem rządów.

Oto zasadnicze wyjaśnienie, dlaczego Polacy przestali być w kraju zastraszeni przez komunistyczny aparat władzy.

Opozycja a reforma administracji

Warunkowy „kredyt zaufania”, jakiego po grudniu roku 1970 udzielił naród Gierkowi – nie mając zresztą możliwości innego wyboru – jest kredytem krótkoterminowym. Trzeba jednak przyznać, że od wiosny roku 1971 do końca roku 1973 ekipa Gierka doprowadziła do widocznego podniesienia stopy życiowej, chociaż nie ma mowy o szybkim podniesieniu poziomu życia w PRL, powiedzmy do powojennych osiągnięć nie tak znowu bogatej Austrii, której stopa życiowa przed wojną była mniej więcej porównywalna z poziomem życia w zachodnich województwach Polski. Tymczasem od roku 1974 tempo podwyższania poziomu stopy życiowej uległo wyraźnemu zahamowaniu. W to miejsce zaczęły się mnożyć zarządzenia typowo biurokratyczne, mające na celu ograniczenie możliwości obywateli ubiegania się na własną rękę o poprawę warunków bytowych. Jednocześnie – co także jest dla społeczeństwa ogólnie widoczne – zacieśniono kontrolę prasy i względnej pogrudniowej krytyki i wprowadzono ściślejszy, partyjny nadzór nad środowiskami naukowym i twórczym.

Prawda, w roku 1974 zdecydowano się także – i to od razu w styczniu – na zadekretowanie wyższych od pierwotnie planowanych podwyżek płac dla całego szeregu grup zawodowych, ale towarzyszyło już temu ukryte, chociaż centralnie manipulowane podwyższanie cen wielu artykułów powszechnego użytku, jak też usług. Mieliśmy zatem do czynienia z manewrami podobnymi do tych, jakie przeprowadzano w tej dziedzinie za rządów Gomułki, chociaż były to akcje ostrożnie wykalkulowane i realizowane w sposób zawoalowany. Mimo to szerokie warstwy ludności zorientowały się natychmiast w tych manewrach i odpowiedziały na nie wzrostem wyraźnego niezadowolenia oraz wzmożeniem nastrojów opozycyjnych. To zaś podziałało alarmująco na centralny aparat władzy, który ma teraz niewątpliwie lepsze rozeznanie nastrojów społeczeństwa, niż dawna ekipa gomułkowska. Dlatego w odpowiedzi na zrozumiałe zresztą reakcje społeczne rządzący odwołali się do nagłej, szeroko zakrojonej reformy administracyjnej, przeprowadzonej wiosną roku 1975, a polegającej na cudownym rozmnożeniu województw i likwidacji powiatów. To znaczy na zniesieniu średniego szczebla władzy terenowej, na który nacisk opinii publicznej był najsilniejszy. Wiadomo zresztą, że szczebel powiatowy, pozbawiany prawa samodzielnej decyzji, nie umiał sobie z tym problemem poradzić. Dodajmy tu jeszcze, że powiaty stanowiły tradycyjne, podstawowe ogniwo administracji terenowej, więc z tego powodu ulegały w pewnych okolicznościach nastrojom obywateli i lokalnym naciskom związanych ze sobą grup ludzi. Co było poniżej powiatu – nie miało większego znaczenia przede wszystkim ze względu na niski poziom kulawej organizacji PZPR w gminach. Co było powyżej, w województwach, reagowało zbyt wolno w razie niepokojów w oddalonych od siedzib wojewódzkich miastach powiatowych. Tymczasem znaczna część powiatów miała już od szeregu lat poważne zakłady przemysłowe z nie zawsze spokojnymi załogami. Wytworzyła się zatem dość niezwykła sytuacja: wielkorządcy partyjni z miast wojewódzkich (pierwsi sekretarze KW PZPR) dysponowali dość poważnym głosem na centralnym szczeblu władzy w Warszawie (CK PZPR), zwłaszcza gdy w pewnych sprawach działali w zmowie, a jednocześnie nie panowali nad niektórymi ośrodkami powiatowymi na podległym im bezpośrednio obszarze.

W tym bodajże zjawisku kierownictwo PZPR w Warszawie dostrzegło główne wady tradycyjnego podziału administracyjnego kraju. Dlatego reforma wiosenna przekreśliła ten układ. Ustanowiła ona gminę podstawowym ośrodkiem administracyjnym, mając na uwadze dwa cele centralnej biurokracji PZPR:

1. Zacieśnienie kontroli kompartii nad osłabionymi elementami administracji terenowej i małymi grupami ludności w gminach.

2. Ułatwienie władzom centralnym minimalizowania żądań i postulatów ludności z pomniejszonych jednostek administracyjnych, izolowanych niejako siecią nowych podziałów. Bo podział na istniejące obecnie gminy jest także świeżej daty, wprowadzony w roku 1974 po likwidacji gromad.

Jeśli chodzi o pomniejszenie znaczenia aparatu wojewódzkiego, obejmującego teraz mniejsze jednostki administracyjne, kierownictwo PZPR miało niewątpliwie w założeniu uwolnienie aparatu centralnego od zmory terenowych frakcji, których podstawowe oparcie znajdowało się w dużych województwach. W ramach nowego podziału wojewódzkiego na 49 jednostek, zamiast dziewiętnastu – tak się może Gierkowi wydawać – nie zagraża mu teraz zmowa „ważnych” sekretarzy wojewódzkich, jaką posłużył się kiedyś sam Gierek przy szachowaniu Gomułki (mamy na myśli oczywistą przedgrudniową zmowę Gierka, Szydłaka i Kruczka).

Do jakiego stopnia zabieg ten okaże się skuteczny będzie się można przekonać dopiero podczas następnej sytuacji kryzysowej. W każdym bądź razie po reformie administracyjnej rola pierwszych sekretarzy wojewódzkich PZPR wyraźnie zmalała. Wyjątek stanowią tylko dwaj kluczowi: Zdzisław Grudzień w Katowicach i Józef Kępa w Warszawie. Do roli ewentualnego trzeciego z ważnych mogą jeszcze w pewnych okolicznościach kandydować: Wit Drapich z Krakowa i Tadeusz Fiszbach z Gdańska.

Inne znaczenie posiada rozmnożenie komend wojewódzkich Milicji Obywatelskiej. Warto bowiem wiedzieć, że dopiero od szczebla wojewódzkiego komendy te były wyposażone w znaczniejszy zakres samodzielności. Mogły też interweniować w trudnych dla aparatu sytuacji bez czekania na dyspozycje z Warszawy. A zatem zwiększenie ilości komend MO oznacza jednocześnie zwiększenie ilości pętli, na których aparat terroru PZPR trzyma w garści zmniejszone rejony administracyjne kraju. Obrazowo można zatem powiedzieć, że miało to na celu zbliżenie milicyjnego bata do tych rejonów, które w pewnych okolicznościach mogły sprawić władzom centralnym wiele kłopotu.

Dodajmy, że taki sam charakter posiadało wcześniejsze jeszcze wydzielenie spod bezpośredniej kontroli wojewódzkich komitetów PZPR zakładowych organizacji partyjnych 163 największych, względnie najważniejszych przedsiębiorstw przemysłowych, takich jak stocznie na Wybrzeżu, zakłady Cegielskiego w Poznaniu, Nowa Huta, „Ursus”, „Stalowa Wola”, wielkie kopalnie i zakłady chemiczne, które od roku 1972 podlegają bezpośredniej kontroli sekretariatu KC PZPR i od tego sekretariatu otrzymują odpowiednie instrukcje. Chodzi tu po prostu o swoistą sieć alarmową kompartii w głównych ośrodkach wielkoprzemysłowych, gdzie niepokoje robotnicze są dla komunistów najgroźniejsze.

Wreszcie liczy się oddzielenie administracji terenowej od Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, które stało się teraz po prostu resortem aparatu milicji i służby bezpieczeństwa. Powołanie nowego Ministerstwa Administracji i Ochrony Środowiska, które powierzono doświadczonemu aparatczykowi z Gdańska – Tadeuszowi Bejmowi – oznacza uszczuplenie zasięgu władzy każdorazowego szefa MSW. Chodzi tu niezawodnie o zabezpieczenie sekretariatu KC PZPR przed naciskami koterii milicyjno-bezpieczniackiej, która za gen. Moczara pozwalała sobie na kontrolowanie prawie całego aparatu dyktatury PZPR.

Wskazuję na to, aby po prostu wypunktować te elementy, które mówią o wzajemnym szachowaniu się poszczególnych członów władzy PZPR, z czego jednostki inicjujące w kraju ruch opozycyjny zdają sobie dobrze sprawę. Pewne jest również, że wpływa to na decyzje dotyczące taktyki opozycjonistów.

Zmieniony układ stosunków społecznych

Pod koniec Drugiej Wojny Światowej i w pierwszych latach powojennych największą warstwą społeczną byli w Polsce chłopi. Ludność wiejska sięgała wtedy prawie do siedemdziesięciu procent, gdy robotników grupy przemysłowej było w roku 1938 zaledwie około 860 tysięcy, razem z rodzinami nie więcej niż trzy miliony, czyli w najlepszym razie około dziesięć procent ludności kraju. Oprócz chłopów przed robotnikami liczyła się jeszcze silniejsza liczebnie warstwa drobnomieszczańska, a zwłaszcza inteligencja obsadzająca stanowiska administracyjne i wolne zawody, spojona specyficznymi ambicjami przewodzenia narodowi i ukształtowana na bogatych tradycjach patriotycznych. Oprócz tego mieliśmy wówczas znaczącą i liczną, chociaż nie tak zasobną jak się z pozoru wydawało warstwę ziemiańską.

Po wojnie układ ten uległ rozbiciu, a częściowo także odwróceniu. Chłopi pozostali siłą tradycyjną, ale stopniowo topniejącą. Rozsypani i oderwani od ośrodków władzy, w systemie rządów autorytatywnych nie mieli już zbyt wiele do powiedzenia. Naturalnie, poza obroną swoich własnych pozycji związanych z uprawianiem gospodarstw rodzinnych. Tego bronili, i bronią uparcie i skutecznie. Drobnomieszczaństwo w pojęciu burżuazyjnym – przestało istnieć, a jego żałosne resztki oparte o margines tzw. prywatnej inicjatywy, jakkolwiek gospodarczo i społecznie potrzebne, nie znajdują pola działania i oddziaływania na aparat państwowy, chociaż formalnie biorąc reprezentuje je koncesjonowane Stronnictwo Demokratyczne. Pozycja ziemiaństwa została przez ustrój komunistyczny przekreślona. Ludziom wolnych zawodów związano ręce, a formacja inteligencji polskiej dawnego typu, jak to wykazał wybitny socjolog prof. Aleksander Gella z Uniwersytetu Buffalo – została po prostu rozbita. Wytworzyła się w jej miejsce nowa warstwa inteligencka bardziej przystosowana do systemu komunistycznego, która – to prawda – posiada własne ambicje, lecz nie ma już tych możliwości działania, co jej poprzedniczka. Niemniej do ciekawych zjawisk ostatniego okresu należy w PRL m.in. i to, że mnożą się tam inteligenckie „grupy nieformalne”, w poważnym już stopniu nieprzenikalne dla komunistycznego aparatu bezpieczeństwa. Ta postawa nowej – okazuje się, że znowu ambitnej – inteligencji może mieć dla przyszłości narodu duże znaczenie, chociaż komuniści liczyli, że nowa inteligencja stanie się ich podporą.

W miarę uprzemysłowienia kraju wyrosła w PRL potężna – i prężna – wielkoprzemysłowa klasa robotnicza. W roku 1974 mieliśmy w kraju 3 miliony 800 tys. robotników grupy przemysłowej, a ponadto ponad dwa i pół miliona robotników innych grup. Jest to więc w Polsce współczesnej decydująca siła społeczna, chociaż jako formacja społeczna jeszcze nie pod każdym względem dojrzała. Jednak w miarę formowania się tej klasy aparat komunistyczny będzie miał z nią coraz więcej kłopotów. Posmak tego miały już władze PZPR w roku 1956, następnie 1969, 1970 i 1971, a także co roku poczynając od jesieni 1973. Dodajmy, że klasę robotniczą wspiera na wielu pozycjach dziś już licząca blisko milion osób inteligencja techniczna. Wystarczy przypomnieć, że w kierownictwie strajków grudniowych na Wybrzeżu, gdy załamywał się reżim Gomułki, inżynierowie i technicy odegrali bardzo poważną rolę.

Gdy jednak robotnicy domagają się w pierwszym rzędzie poprawy warunków bytu, co jest zrozumiałe samo przez się, inteligencja techniczna walczy o poszerzenie uprawnień związanych z podejmowaniem ważnych decyzji w czym wtórują jej ekonomiści. Natomiast inteligencja twórcza powiela wzory rozumowania opozycyjnego, chociaż z pozoru jest wobec władz komunistycznych lojalna. W istocie rzeczy aparat władzy PZPR liczyć na inteligencję twórczą nie może. Wręcz przeciwnie: może się spodziewać z jej strony bolesnych szpil i niespodziewanych ciosów, osłabiających cały system rządów totalitarnych. To samo dotyczy środowiska naukowego, w którym na szczytach panoszą się od lat karierowicze. Dlatego u większości naukowców, zwłaszcza młodych i ambitnych, budzą oni głównie odrazę i lekceważenie.

Bodajże w roku 1949 zaskoczył mnie pewną wypowiedzią Gustaw Herling-Grudziński, stwierdzając, że pewne teksty literatów i naukowców krajowych trudne są do właściwego odcyfrowania w środowisku emigracyjnym, gdyż nie posiadamy ze zrozumiałych względów dostatecznego wyczucia atmosfery społeczno-politycznej panującej w kraju. W roku 1955 i 1956 okazało się, że przeświadczenie Grudzińskiego było słuszne. Dziś to samo zjawisko ma zasięg bez porównania szerszy, bowiem wiele tekstów ukazujących się w kraju jest zrozumiałych także dla emigracji jako teksty zdecydowanie opozycyjne.

Z innego punktu widzenia należy patrzeć na wojsko PRL, nazywane przez komunistów „ludowym”. Jest ono ciągle jednym z członów aparatu władzy. Kadra tego wojska, oficerska i podoficerska, podporządkowana jest wymogom doktryny PZPR i kontrolowana przez specjalnie wydzielony i odpowiednio dobrany aparat partyjny. Zatem z formalnego punktu widzenia „upartyjnione” wojsko PRL pozostaje narzędziem w dyspozycji politbiura KC PZPR.

A jak jest w rzeczywistości?

Tego naprawdę nikt dokładnie nie wie. Wolno natomiast zakładać, że z każdym rokiem wojsko PRL jest znacznie mniej po partyjnemu „ludowe”, a coraz bardziej po prostu – polskie. Po raz pierwszy aparat PZPR przekonał się o tym w czerwcu roku 1956 w Poznaniu, gdy oddziały wojskowe posłane tam w celu stłumienia rewolty robotników zakładów Cegielskiego, którzy domagali się „Chleba i wolności” – bratały się ze zrewoltowanym tłumem poznaniaków wznoszącym okrzyki: „Wojsko z ludem, lud z wojskiem”! Przekazano z tego okresu sprawozdania, które wskazują, że przynajmniej jedna z mniejszych jednostek wojska, w sile około batalionu, ostrzelała wtedy w szczególnych okolicznościach grupę operacyjną bezpieki.

Następnie, w październiku roku 1956, gdy zrewoltowana Warszawa zmuszała do ustąpienia polskich stalinowców, a oddziały sowieckie spod Legnicy posuwały się szybkim marszem na stolicę – formacje wyborowego KBW, podległe wówczas gen. Komarowi, zagrodziły drogę wojskom sowieckim nad Bzurą. Można przyjąć, że stanowiło to dla Moskwy wielką i bolesną niespodziankę. Ale w kierowniczych kołach PZPR powtarzano wtedy znane powiedzenie, że „jedyny przeciwnik, z którym »ludowa« armia polska biłaby się po bohatersku – to właśnie Związek Sowiecki”.

To sprawiło, że poczynając gdzieś od roku 1956 zmienia się stosunek opinii publicznej do kadry zawodowej wojska PRL; z ostentacyjnie wrogiego w latach stalinowskich, najpierw na obojętny, a ostatnio nawet w jakimś stopniu przychylny. Stanowi to zresztą pewną zasługę samej tej kadry, której poziom i zachowanie jest w latach siedemdziesiątych bez porównania korzystniejsze, niż w pierwszych latach rządów komunistycznych. O ile bowiem pierwszy skład kadry „ludowego” Wojska Polskiego, zwłaszcza na wyższych szczeblach, stanowili początkowo „pożyczeni” z armii sowieckiej POP-i (Pełniący Obowiązki Polaków), to obecnie jest to już kadra własnego chowu, związana ze społeczeństwem w sposób mniej więcej naturalny. W ostatnim dziesięcioleciu wycofano z niej nawet stary element komunistyczny bez prawdziwego wyszkolenia wojskowego.

Zrozumiałe jest również, że wojsko „ludowe”, jak każde wojsko, zabiega o sympatię społeczeństwa. Dlatego drażni je także to, co drażni cały naród, tzn. satelicka zależność od Moskwy. I jest to zrozumiałe: wszakże druga co do wielkości armia bloku wschodniego chce mieć większy margines samodzielności. Fakt ten potwierdza zarazem jedno ze źródeł nieufności aparatu partyjnego wobec kadry wojskowej, zwłaszcza oficerskiej. Nieufność taka istnieje, a wyraża się m.in. w tym, że oficerowie nie otrzymują z reguły zgody na wyjazdy zagranicę do krajów zachodnich, poza wyjazdami ściśle służbowymi. Do jakiego stopnia jest to dla oficerów upokarzające – nie trzeba nikomu wyjaśniać.

Na tym tle można łatwiej zrozumieć tajemniczą, a zarazem niezmiernie kłopotliwą dla reżymu Gierka sprawę aresztowania znakomitego polskiego szablisty, mistrza świata i złoto-medalisty olimpijskiego – mjr. Jerzego Pawłowskiego. Urzędowy komunikat z 12 czerwca br. mówił o jego rzekomym działaniu „na szkodę interesów państwa”, jednak procesu Pawłowskiemu nie wytoczono. Mówi się tymczasem w Warszawie, że w związku z jego sprawą aresztowania wśród oficerów wojska „ludowego” objęły od dwustu do trzystu osób, w tym sporą grupę oficerów sztabowych. Ponieważ cała sprawa otoczona jest najściślejszą tajemnicą – dokładna liczba aresztowanych nie jest znana. Zrozumiałe przecież, że przy takim zasięgu aresztowań nie może wchodzić w rachubę oskarżenie o kontaktowanie się Pawłowskiego z wrogimi rządom PRL czynnikami zagranicznymi, chociaż z kół bezpieki rozpuszczano takie właśnie pogłoski. Utrzymuje się natomiast przeświadczenie o istnieniu w wojsku PRL oficerskich i innych grup środowiskowego wzajemnego zaufania, a więc typowych „grup nieformalnych”, w których dyskutuje się lub omawia różne sprawy i wydarzenia nie uwzględniając dyrektyw i założeń programowych kierownictwa PZPR.

O tym, że pewne koła wojskowe nie solidaryzują się z aparatem partyjnym, chociaż oficerowie prawie z reguły formalnie do PZPR należą – wiedziano już od dawna. Po drugim strajku w Szczecinie, w styczniu roku 1971, wskazał na to także – zapewne nieprzypadkowo, lecz umyślnie, z przyczyn porachunkowych – ówczesny partyjny nadzorca milicji i bezpieki gen. Franciszek Szlachcic, gdy nadmienił, że niektóre przynajmniej budynki partyjne na Wybrzeżu zostały spalone już po zabezpieczeniu ich kordonem wojskowym. Takie stwierdzenie oznaczało m.in., że wojsko przepuściło przez swój kordon demonstrantów, gdy szli demolować i podpalać gmachy PZPR. Ogólnie biorąc w dniach grudniowej rewolty robotników Wybrzeża w roku 1970 wojsko wyraźnie sympatyzowało z demonstrującymi robotnikami.

Dodajmy tu od razu, że antagonizm między kadrą wojskową a aparatem bezpieczeństwa pogłębia się nadal, głównie z tego powodu, że bezpieka usiłuje kontrolować „prawidłowość” postaw politycznych wojska.

Te i inne powody wpływają niewątpliwie na stosunek Moskwy do wojska PRL. Słyszy się nawet i o tym, że komuniści sowieccy mają teraz żałować dawniejszych decyzji o znacznej rozbudowie i nowoczesnym wyposażeniu wielu członów armii PRL, zwłaszcza wojsk technicznych. Z tymi zastrzeżeniami Moskwy wiąże się zamrożenie etatów armii PRL na poziomie 275 tys., co ma miejsce już od dwóch, a być może nawet od trzech lat. Z tym także wiążą się również zastrzeżenia polskie, np. lotników. Ci ostatni patrzą krytycznie na jednostronność wyposażenia w sprzęt sowiecki (znana i głośna krytyka z r. 1966 i związana z tym dymisją ówczesnego dowódcy wojsk lotniczych PRL – gen. Czesława Mankiewicza).

Jeśli chodzi o opozycyjne nastroje w wojsku dodajmy tu po prostu, że wojsko – jak całe młode pokolenie – poszukuje prawdy! Nie daje natomiast wiary „prawdzie urzędowej”, podawanej przez aparat PZPR na modłę sowiecką.

Można więc powiedzieć, że z upływem lat „partyjne wojsko” oddala się od partii, która nie umie sobie zdobyć zaufania narodu. Zawód oficera, zdecydowanie niepopularny w społeczeństwie jeszcze piętnaście lat temu, gdy poufne ankiety badania opinii wykazywały, że oficer (wówczas ściśle partyjny) wśród dwudziestu badanych co do popularności zawodów zajmował wspólnie ze sprzątaczką, miejsce 17 i 18, a więc na szarym końcu tabeli – zyskuje ostatnio na popularności. Bodajże w roku 1972 uplasował się już w analogicznych poufnych badaniach ankietowych na miejscu 5, a więc nieomal w czołówce. Jasne, że kadra oficerska posiada świadomość przyczyn tej korzystnej dla niej zmiany w ocenach opinii społecznej.

To wyjaśnia w dostateczny sposób, dlaczego kadra armii PRL ustawia się po swojemu. W każdym zresztą kraju, gdzie dyktatura nie cieszy się zaufaniem społeczeństwa – wojsko woli zajmować pozycję między aparatem władzy a społeczeństwem. Inne, dalej idące wnioski byłyby w danej chwili jeszcze przedwczesne.

Miejsce Kościoła Katolickiego

W pierwszych latach rządów komunistycznych Kościół jako instytucja trzymał się z daleka od polityki, ale duża część kleru, przede wszystkim prowincjonalnego, zajmowała wobec reżymu PPR, a później PZPR, stanowisko nie tylko opozycyjne, ale wprost wrogie. Z upływem lat Kościół stał się główną bazą jak gdyby biernej opozycji, walczącej najpierw o zachowanie tradycji narodowych i kulturalnych. Z tej pozycji bronił Kościół polskich wartości moralnych i humanistycznych, i to bronił skutecznie. Był też jedynym działającym w kraju jawnie bastionem polskiej niezależności i ośrodkiem oddziaływania na społeczeństwo, z którym komunistyczny aparat władzy – chociaż pozwolił sobie w pewnym okresie na aresztowanie i odizolowanie Prymasa – musiał się liczyć.

Przy ocenie aktualnego stanu rzeczy nie mamy potrzeby dociekać, jaki był obraz Kościoła w tamtych, najtrudniejszych latach. Ważne jest jedno: oddziaływanie Kościoła na życie polskie miało wtedy szczególne znaczenie, gdyż stanowiło skuteczną tamę dla najgroźniejszej fali sowietyzacji. To na kartach historii będzie zapisane chwalebnie i trwale. Podobnie zresztą jak inne, bardziej dramatyczne, ale niestety mniej skuteczne akty protestu patriotycznego.

Dziś episkopat polski nie uprawia polityki i nie miesza się do działań opozycyjnych, z reguły spontanicznych. Można nawet powiedzieć, że pod pewnymi względami hierarchia kościelna, zwłaszcza w okresach widocznego zmęczenia Kościoła ustawicznym opędzaniem się propagandowej nagonce, opowiada się za nową, byle uczciwą stabilizacją zdolną otworzyć perspektywy dla demokratyzacji i pokoju społecznego.

Biorąc to wszystko pod uwagę należy od razu zaznaczyć, że w postawie społeczno-politycznej Kościoła zaszły w ostatnich dwóch dziesięcioleciach bardzo poważne zmiany. O ile przed wojną – i bezpośrednio po wojnie Kościół stał dość jednostronnie po stronie sił zachowawczych, a duża część polskiego kleru była, co tu owijać rzecz w bawełnę, bojowo prawicowa, to dziś wszystko przedstawia się inaczej.

Współczesny Kościół Katolicki w Polsce akceptuje powojenne zmiany w układzie stosunków społeczno-gospodarczych, a nawet uznaje je za historycznie prawidłowe. Nie brak dziś i takich księży, którzy otwarcie oświadczają, że uczciwy, demokratyczny socjalizm staje się Kościołowi bliższy niż egoistyczny kapitalizm, co niejednemu jeszcze księdzu na emigracji może się wydawać herezją. Ale – zapamiętajmy to sobie – Kościół w Polsce ma dziś do czynienia z innym społeczeństwem i z inną sytuacją niż 40 czy nawet 30 lat temu. Księża i hierarchowie starej daty ustępują miejsca swoim młodym następcom, którzy wychowani i doświadczeni w innych okolicznościach – myślą i działają inaczej.

Nie miejsce tu na wdawanie się w szczegóły sytuacji i zmian w postawie Kościoła Katolickiego w naszym kraju. Niech nam zatem wystarczy stwierdzenie podstawowego w tym wypadku faktu, że misja Kościoła w Polsce przesuwa się coraz bardziej z tradycyjnej wsi do robotniczych miast i osiedli fabrycznych. Mógłbym tu przytaczać ciekawe opinie i spostrzeżenia młodych księży, którzy skutecznie „odwojowywali” dla Kościoła nie tyle ateistyczne, co po prostu antyklerykalne parafie na Górnym Śląsku czy w Zagłębiu Dąbrowskim. Jasne, że w tym wypadku działać musiał przykład w pełni chrześcijańskiego postępowania, a nie tradycje czy obrzędowość nabożeństw.

Podkreślam to, gdyż jakkolwiek jest to działalność religijna lub wychowawcza, to przecież umacnia ona postawę społeczeństwa w oporze przeciwko sowietyzacji polskiego życia. To doceniają nawet ci opozycjoniści, którzy sami zaliczają się do niewierzących. Ale i Kościół ze swej strony też przyzwyczaił się w Polsce do szanowania niewierzących, którzy są uczciwymi ludźmi, dobrymi obywatelami i patriotami o innym nastawieniu niż typowe środowisko parafialne.

Od każdej reguły istnieją wyjątki. Trzeba je uwzględnić i w tym wypadku, ale ogólnie biorąc doszło w kraju do poważnego zbliżenia postaw środowisk związanych z demokratycznym socjalizmem, względnie stawiających na rozwiązania socjaldemokratyczne i środowiskami o demokratycznych tradycjach chrześcijańskich. Spotkałem się nawet z określeniami o „socjal-chrześcijaństwie” jako najodpowiedniejszym na dzisiejsze czasy rozwiązaniu wewnętrznych problemów polskich. Oczywiście, odegrałoby to istotną rolę dopiero po złamaniu lub „przetrawieniu” komunizmu i uwolnieniu Polski od dominacji sowieckiej. Poglądy takie nie są również obce wielu młodym księżom, np. jezuitom, redemptorystom, salezjanom czy zmartwychwstańcom.

Zwróćmy tu także uwagę, że rozbita pięć lat temu opozycyjna, konspiracyjna grupa „Ruch” miała jak gdyby oblicze chrześcijańsko-socjalistyczne, chociaż jednocześnie zdecydowanie antykomunistyczne i bojowo antyleninowiskie.

Uwagi końcowe

Sumując te uwagi chcę jak najmocniej zaznaczyć, że dzisiejsza rzeczywistość krajowa przedstawia się zupełnie inaczej niż w pierwszym okresie rządów komunistycznych. Aparat tych rządów jest dziś silniejszy i bardziej doświadczony niż bezpośrednio po wojnie. Ale ma on także do czynienia z innym społeczeństwem. Nie jest to już społeczeństwo zmęczone wojną, lecz doprowadzane do ostatnich granic wytrzymałości ludzkiej dogmatycznymi, a zarazem niechcianymi rządami PZPR. W dodatku, po grudniu roku 1970, kierownictwo polskiej kompartii straciło w znacznym stopniu wiarę we własny aparat terroru policyjnego. Stoją więc teraz na przeciwko siebie: zniecierpliwione społeczeństwo i zalękniona o swoje ciepłe stołki władza komunistyczna.

Z pozoru może się wielu ludziom wydawać, że Gierek odbudował jeszcze mocniejszy aparat władzy, niż ten jakim dysponował Gomułka. Liczebność i koszty utrzymania tego aparatu mogą to potwierdzać. Ale czy liczy się tylko liczba i sprzęt? Czy nie więcej zależy od postawy społeczeństwa i od kształtowania się oddolnej, masowej opozycji?

Sądzę, że niepewność ekipy Gierka wyraża się między innymi i w tej formie, że operuje ona na zmianę: raz ustępstwami, a więc podwyżkami płac i obietnicami poprawy warunków życia, a innym razem rygorystycznymi zarządzeniami administracyjnymi, które z reguły okazują się mało skuteczne. Słowem: aparat władzy żyje swoim życiem, a naród swoim. Powiedzenie – „my” i „oni”, o którym niekiedy pisze nawet prasa PZPR, jest tego najlepszym świadectwem.

Kto potrafi uświadomić sobie ten wielki lęk przed masami, który sparaliżował wiosną tego roku ścisłe kierownictwo PZPR, gdy rozjeżdżało w lutym, marcu i kwietniu po całym kraju, aby uspakajać buntujące się z powodu kryzysu zaopatrzenia wielkie załogi robotnicze – ten zdaje sobie również sprawę jak w gruncie rzeczy słaba jest ta „partia narodu”, schowana przed narodem za kohortami milicji i formacjami służby bezpieczeństwa. Przy takim układzie, zwłaszcza w wypadku sparaliżowania z podobnych powodów wschodniego protektora „ładu” komunistycznego w Polsce, opozycja krajowa może dokonać nawet bardzo dużo. A przecież na dalszą metę będzie się siłą rzeczy liczyło nieuniknione luźne przynajmniej porozumienie i współdziałanie opozycji w Polsce, innych krajach naszego rejonu oraz w Związku Sowieckim. Taka jest bowiem natura wielkich ruchów społeczno-politycznych, że mają one wyjątkową łatwość przerzucania się poprzez granice państw; wymieniają wzajemnie doświadczenia, nawet bez zawierania porozumień. Ileż to przecież z doświadczeń polskich i węgierskich wykorzystała w latach 1967-68 opozycja liberałów komunistycznych w Czechosłowacji, a wiele znowu z doświadczeń „praskiej wiosny” zastosowano w PRL w dniach dramatycznego grudnia roku 1970!

Opozycjoniści sowieccy, zwani powszechnie „dysydentami”, mają w świecie wielki rozgłos, bez porównania większy od opozycjonistów polskich pod rządami PZPR. Ale pozostaje faktem, że dla buntujących się Rosjan postawy polskie są jak gdyby wzorem. Dla Rosjan, Ukraińców czy Bałtów reżim warszawski jest bez porównania łagodniejszy od własnego. Uświadomienie tego faktu przez ośrodek władzy sowieckiej na Kremlu może mieć daleko idące konsekwencje, bynajmniej nie zawsze złe dla Polski. Przecież jeszcze za Chruszczowa przenikały z Moskwy echa różnych wypowiedzi, jakie padały wtedy na samym szczycie sowieckiej władzy, a wskazujące, że rozwiązania Stalina zastosowane wobec Polski nie okazały się dla imperium sowieckiego zbyt szczęśliwe.

Odrębne zagadnienie, którego nie poruszam w ramach tych uwag, stanowi postawa i polityka polskiego socjalizmu demokratycznego wobec nowej demokratycznej opozycji w kraju. Jasne, że oba ruchy mają dla siebie wiele wzajemnego zrozumienia, a nawet pod wieloma względami mogą się wzajemnie uzupełniać. Leży przecież w interesie krajowych opozycjonistów, aby socjalizm demokratyczny przemawiał z emigracji mocnym głosem. Natomiast dla nas, socjalistów spod znaku PPS, zrozumiałe jest samo przez się, że przyszłość polskiej myśli i działalności socjalistycznej zależy w ogromnej mierze od postawy demokratycznej opozycji w kraju. O tym wiedzą również komuniści. Wszakże – nie bez poważnych powodów – przystąpili ostatnio do szeroko zakrojonej ofensywy przeciwko socjaldemokracji. Oznacza to m.in., że kierownictwo PZPR ma świadomość swojej wielkiej przegranej ideologicznej. Wie ono również, że w pewnych okolicznościach naród nasz, gdy tylko odzyska prawo głosu – odrzuci rozwiązania komunistyczne. A wtedy prawdziwe utrwalenie socjalizmu w Polsce może być tylko dziełem demokratów-socjalistów wiernych tradycjom i programowi PPS.

Jakim torem toczyć się będą dalsze losy walki między socjalizmem i komunizmem na ziemiach polskich, ustalić nie jest łatwo. Lecz niech mi tu wolno będzie zaznaczyć jedno: świadomość tego podziału żyje w kraju, a nawet znajduje wyraz w publikacjach. Na przykład w książce nestora polskich pisarzy socjalistycznych, Jana Nepomucena Millera, wydanej w Warszawie w roku 1974 pt. „Na krzywej przemian”. Sędziwy autor tej pracy przypomniał znowu, że do końca Drugiej Wojny Światowej rząd dusz polskiej klasy robotniczej należał nie do komunistów, lecz do socjalistów spod znaku PPS. Analiza Millera uwzględnia obecną, inną sytuację, z zaznaczeniem co się na nowy stan rzeczy złożyło. Ale nie stawia kwestii jako raz na zawsze zamkniętej. Przeciwnie, autor zaznaczył wyraźnie, że demokratyczna myśl socjalistyczna jest w naszym kraju żywa, chociaż myślący w kategoriach demokratycznych muszą się w Polsce liczyć z istniejącymi tam konkretnie warunkami politycznymi.

Otwarta walka polityczna z komunizmem w danej chwili jest jeszcze w Polsce praktycznie niemożliwa. Możliwa jest tam jednak nawet szeroko zakrojona spontaniczna opozycja podskórna, która paraliżuje poczynania komunistów. Dla takiej akcji warunki są sprzyjające, odkąd stało się oczywiste, że klasa robotnicza naszego kraju zdolna jest do systematycznych masowych wystąpień w obronie własnych interesów socjalno-bytowych i zasad demokratycznych. Z tego samego powodu rysują się już w Polsce korzystne dla socjalistów warunki stopniowej konfrontacji z aparatem komunistycznym. I to nie tylko w oparciu o klasę robotniczą, ale także przy szerokim poparciu ludzi nauki, środowiska twórczego i ambitnej inteligencji technicznej. Ze względu na dominację Moskwy w całej Europie środkowo-wschodniej rozgrywka ta jest nadal trudna, wymaga dłuższego czasu, ale zarysowują się już wyraźne szanse zwycięstwa społeczeństwa nad komunistycznym aparatem terroru.

Rzućmy wobec tego jeszcze jedno ważne pytanie: Czy na tle nowego układu sił społeczno-politycznych w kraju ma sens uporczywe trzymanie się na emigracji przegranych pozycji zachowawczych? Czy z narodowego i historycznego punktu widzenia nie jest już dziś oczywiste, że większą szansę zwycięskiego starcia z komunistami i ich sowieckimi protektorami mają w Polsce socjaliści? Wszakże do obozu socjaldemokracja przechodzi tam coraz wyraźniej młodzież wychowana w szkole komunistycznej!

Naturalnie, niepodległościowa organizacja socjalistyczna na emigracji wie, co do niej należy. I czyni co do niej należy, lecz w granicach swego skromnego zasobu sił i środków. Liczymy również na to, że z każdym miesiącem i rokiem będą do nas dołączali coraz to nowi przedstawiciele nurtu opozycji demokratycznej z kraju. I oni to zresztą za kilka czy najdalej kilkanaście lat – jeśli w międzyczasie nie dojdzie do jakiejś zasadniczej zmiany w układzie sił międzynarodowych – przejmą na emigracji kierownictwo walki o niezależność Polski. Jest także więcej niż pewne, że ten świeży element emigracyjny, a już nabiera on na sile i znaczeniu, będzie posiadał lepsze rozeznanie procesów zachodzących w kraju. Dlatego też w miarę rozbudowywania organizacji PPS na takim właśnie materiale ludzkim będzie także wyrastała siła oddziaływania demokratycznego socjalizmu na kraj i działającą w kraju opozycję demokratyczną, która w przeważającej mierze akceptuje socjalistyczny ustrój społeczno-gospodarczy.

Jest również rzeczą pocieszającą inny fakt, że mimo wielu złożonych trudności krystalizują się powoli w różnych krajach pierwsze ośrodki polityczne najnowszej emigracji, podejmujące wyraźnie to samo zadanie walki z komunizmem i dominacją Moskwy, jakie po tragicznym dla Polski zakończeniu wojny pobudzało do działania niepodległościową emigrację żołnierską.

Naszą rzeczą, socjalistów polskich na obczyźnie, jest teraz podejmowanie takich kroków, które zapewnią, aby realny program odbudowania niepodległości Polski zgodny był z ideą demokratycznego socjalizmu i nadziejami opozycji demokratycznej w kraju [2].

Tadeusz Podgórski
____________________
Powyższy tekst to treść odczytu wygłoszonego 25 lipca 1975 r. w sali Ogniska Polskiego w Londynie na otwartym zebraniu sekcji PPS Londyn. Ukazał się jako broszura, Wydawnictwo Komitetu Głównego PPS w Niemczech, Monachium 1975. Od tamtej pory nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski.

Przypisy:

1. Warto wiedzieć i zapamiętać, że wydatki budżetowe w PRL na milicję i tzw. Służbę Bezpieczeństwa wynoszą więcej, niż łączne wydatki na oświatę, kulturę i służbę zdrowia. W ostatnich latach wydatki te rosną szybciej od wydatków innych resortów. Założono nawet „Akademię” służb MO i bezpieki.

2. Od lipca 1975 roku, gdy zestawiałem te uwagi, zaszło szereg nowych wydarzeń, które potwierdzają zjawisko narastania sił opozycji demokratycznej pod rządami PZPR. Do najważniejszych z nich zaliczyć wypada: żądanie Episkopatu w sprawie równego traktowania wierzących i niewierzących, jeśli chodzi o dostęp do państwowych środków masowego przekazu, czego dotąd Kościół nie stawiał tak mocno. Oznacza to, że postawa społeczeństwa zachęciła Episkopat do wysunięcia tego żądania. Inne ważne wydarzenie, a raczej seria wydarzeń, to przykłady lękliwej postawy aparatu PZPR wobec załóg robotniczych i poszczególnych środowisk w okresie kampanii przedzjazdowej polskiej kompartii. I wreszcie głośna sprawa opozycjonisty Emila Morgiewicza, którego nie złamało więzienie komunistyczne, lecz przeciwnie, po wyjściu z więzienia zdobył się od razu na publiczne postawienie reżimowi nowych ciężkich zarzutów, które znalazły echo także poza granicami kraju. Jeszcze inny przykład odważnej postawy opozycyjnej to telegram gratulacyjny pięciu młodych intelektualistów wysłany z Warszawy do opozycjonisty sowieckiego – prof. Andrieja Sacharowa. Najważniejszym aktem opozycyjnym roku 1975 był „Memoriał 59”, złożony w przededniu VII Zjazdu PZPR na ręce marszałka Sejmu przez sędziwego profesora Edwarda Lipińskiego. Podpisani pod memoriałem intelektualiści domagają się pełnego poszanowania demokracji, wolności sumienia i praktyk religijnych, wolności pracy, swobody działania niezależnych związków zawodowych i prawa do strajku, wolności słowa, informacji i nauki. Żądają także postawienia Sejmu ponad rządem i czynnikami partyjnymi, a ich memoriał miał na celu powstrzymanie przywódców polskiej kompartii przed wprowadzeniem takich zmian w konstytucji PRL, które stawiałyby aparat partii komunistycznej ponad przedstawicielstwem narodu i rządem. Wśród sygnatariuszy memoriału znalazło się szereg osób związanych z niepodległościowym ruchem socjalistycznym, a więc m.in. Leszek Kołakowski, Antoni Pajdak, Jacek Kuroń, Adam Szczypiorski, nestor pisarzy socjalistycznych – Jan Nepomucen Miller, Adam Michnik, Jan Józef Lipski, Krzysztof Pomian. Warto również podkreślić, że listę popierającą „Memoriał 59” podpisało oddzielnie trzystu naukowców i intelektualistów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *