Ksiądz Eugeniusz Okoń

Przemówienie w sprawie reformy rolnej

[1919]

Wysoki Sejmie!

„Dać ziemię chłopom polskim” – to hasło wielkie, najrozumniejsze i najbardziej patriotyczne, rozbrzmiewa dzisiaj coraz donośniej po wszystkich ziemiach Rzeczypospolitej Polskiej i okrzyk ten potężny, płynący z głębiny zbolałych i wynędzniałych rzesz, nie zamilknie, aż zaspokoimy zupełnie głód ziemi u ludowych mas, aż przeprowadzimy praktycznie i szybko reformę rolną, po myśli naszej chłopskiej – a nie tylko w ustawie i na papierze – i aż damy ziemię w ręce chłopskie, w twarde ręce od pługa, w ręce najpewniejszego i najrozumniejszego włodarza. Wierzę najmocniej, że reforma rolna według życzeń naszych chłopskich przejdzie, bo przejść musi, gdyż spełniły się realnie marzenia poety: „Chłop potęgą jest i basta”. Chłop po ciężkim boju dorwał się do głosu, przyszedł do znaczenia i Polską rządzić będzie. A tej najżywotniejszej dla siebie kwestii utrącić sobie w żaden sposób nie dozwoli, chociażby Panowie z prawicy jak najzłośliwsze trudności na drodze stawiali. Reforma rolna jest dla chłopów kwestią „być albo nie być”, kwestią życia albo śmierci.

Pamiętajmy wszyscy o tym, że gdyby się reformy rolnej takiej, jakiej lud polski żąda, nie przeprowadziło, to Polska by istnieć nie mogła, gdyż byłaby w samych fundamentach swych zagrożona. Jeżeli Polska ma być naprawdę rzeczpospolitą ludową, jak ją powszechnie nazywamy, to musimy jej fundamenta oprzeć przede wszystkim na ludzie, przede wszystkim na ludzie wiejskim, bo jest go aż 80% w naszym państwie, więc lud w Polsce – to naród, a naród – to lud. A ponieważ gruntowne, zupełne i radykalne przekształcenie ustroju rolnego na rzecz mas chłopskich będzie pierwszym kamieniem węgielnym w tym fundamencie budowy państwowej, przeto powinniśmy co rychlej dla dobra i potęgi państwa ten kamień węgielny położyć i z całym zaufaniem ziemię, jako najistotniejszą podwalinę państwa, powierzyć warstwie chłopskiej, najliczniejszej, najpracowitszej, gdyż tylko ta warstwa daje gwarancję, że tej ziemi nigdy z rąk swoich nie wypuści, nie zmarnuje, czego dała tysiączne w historii dowody, a nade wszystko w Poznańskiem, na Śląsku i w b. Galicji. Toteż Drzymałami byli polscy chłopi, a nie Hutten-Czapscy, Wodziccy czy Radziwiłłowie. Słusznie więc powiedział p. prezes Witos, że „ręce chłopa, to ręce najpewniejsze”.

Z tego więc narodowego i patriotycznego punktu widzenia wychodząc, uważam reformę rolną nie tylko za najdonioślejszy problemat gospodarczy, nie tylko za najważniejszy problemat społeczny, lecz przede wszystkim za najważniejszy problemat polityczny i państwowy; upatruję w oddaniu ziemi z rąk lekkomyślnych, marnotrawnych, egoistycznych i leniwych obszarników i szlachciców w twarde chłopskie ręce od pługa za zbawienie Polski, za jedyny najskuteczniejszy środek stworzenia z Ojczyzny naszej silnego, zdrowego jak lud i potężnego państwa, mogącego się oprzeć wszystkim burzom dziejowym, oraz za zabezpieczenie świetnej przyszłości Polski na wieki całe.

Gdy oddamy ziemię chłopom polskim, oprzemy Polskę na granicie niezniszczalnym i możemy być wówczas o losy Ojczyzny naszej zupełnie spokojni. Bo chłop to granit, to skała, to mur, to opoka, i na tej tylko opoce możemy wielkie i potężne państwo polskie zbudować, gdyż żaden wicher, żadna burza, żaden piorun opoki tej nie przełamie!

Tak wielce podobnym jest nasz chłop polski przez swoją niezniszczalność do onej wierzby polskiej, co to i w miejscu najmarniejszym rośnie, każdy o nią zawadzi i piorun nieraz w nią uderzy i w strzępy ją połamie, a przecież ona żyje i liście, i konary wypuszcza, i życia odebrać sobie nie da. Twierdzę stanowczo, że i nasz chłop polski jest niezniszczalny. On wszystko przetrzyma i wszystko, choćby najgorsze, przezwycięży. Wszakżeż przetrzymał on już i przezwyciężył aż potrójne piekło. Pierwsze piekło pańszczyzny z jej wszystkimi wiekowymi najohydniejszymi mękami i gwałtami; drugie piekło prześladowań politycznych przy kolebce ruchu ludowego w byłej Galicji, kiedy wszystkimi środkami, nadużywając niegodnie religii i ambon, chciano zdusić chłopskiego olbrzyma, budzącego się z wiekowego snu, a na pierwszego proroka chłopskiego, nieodżałowanego śp. księdza Stojałowskiego, pierwszego budziciela ludowych mas, rzucano najohydniejsze potwarze i klątwy, i zgniłe lochy więzienne, i całą diabelską wściekłość hrabiów Badenich i obszarników. Pamięci tego wielkiego męża, męczennika i kapłana-patrioty, jednego z największych miłośników ludu, w tym pierwszym polskim Sejmie zjednoczonej zmartwychwstałej Polski składam z serca wzruszonego najgłębszą cześć! Bracia posłowie chłopscy, dla uczczenia jego prochów powstańcie z miejsc [Brawo! Posłowie chłopscy na lewicy powstają].

Trzecie wreszcie piekło przeszedł chłop polski podczas szalejącej burzy tej wojny. Zaborcy przede wszystkim jego wyniszczyć chcieli i rzucili go jako mięso na żer armatni. Jaką przeszedł niedolę, ile w tych okopach ucierpiał, jakie zadawano mu tortury, ile chłopskiego życia legło jak zboża na nieprzejrzanych łanach, na polach bitew wśród lasów, pól i gór, to tylko jeden Pan Bóg policzy. A przecież nawet ta okropna, największa ze światowych zmagań wojna, nie dała chłopu polskiemu rady, bo go całkiem nie zniszczyła. Złamała ta wojna trony dumnych cesarzy, złamała państwa potężne, a chłopa polskiego złamać nie potrafiła, bo chłop polski jest niezniszczalny jak granit.

A chcąc okazać, że on jest piastunem tej matki-ziemi, jej włodarzem, jej najwierniejszym synem, że ta polska ziemia jemu się przynależy, kiedy starsza brać szlachecka opuściła tę matkę-ziemię przed grozą wojny, mając tylko siebie na względzie, a więc ohydnie ją zdradziła, chłop został bez lęku i trwogi na tej polskiej placówce, na chłopskiej reducie i orał ją, i uprawiał wśród ryku armat i gradu kul, kochając więcej ziemię ojczystą nad zdrowie i życie własne. Bo chłop kocha ziemię siłą żywiołową, silą nadludzkiej namiętności i przywiązania, jak ów chłop z „Placówki” Prusa, przeto ziemia oddana w jego ręce – to święty, nienaruszalny, najpewniejszy depozyt. Nie tylko jej nie straci, nie tylko nic z tego najdroższego skarbu nie uroni, ale przeciwnie, w swej nieopisanej pracowitości i oszczędności jeszcze ją pomnoży. Dlatego też dla mnie wyraz „chłop” jest wyrazem najpiękniejszym, jest synonimem najlepszego Polaka i patrioty. Jeżeli więc, panowie obszarnicy i ich obrońcy z prawicy, Polskę naprawdę kochacie, jeżeli jej przyszłość leży wam na sercu, jeśli naprawdę patriotami jesteście, to dajcie co prędzej ziemię w ręce chłopskie, a spełnicie czyn najbardziej patriotyczny i narodowy.

Jeżeli w drugiej połowie XVI wieku kanclerz Jan Zamojski wierzył w „naród szlachecki”, w jego zmysł polityczny, w jego niespożytą siłę, to my mamy tym większe prawo wierzyć w „naród chłopski”, w jego polityczny zmysł, w jego ukochanie i zrozumienie idei państwowej, w jego zdolność kierowania nawą państwową, w jego żelazne nerwy, niespożyte siły i duszę uczciwą. Dynastia chłopska Piastów stworzyła i zbudowała historyczną Polskę, więc i w dzisiejszym pokoleniu chłopskim, zdrowym, rozumnym i patriotycznym wszystkie nasze nadzieje państwowe pokładamy.

Dla tych to przyczyn, z tych to pobudek, pragniemy dać ziemię chłopu polskiemu nie tylko państwową, a więc skarbową i majoracką, nie tylko siemię b. arcyksiążąt i dynastii panujących oraz Komisji Kolonizacyjnej pruskiej i rosyjskiego Banku Włościańskiego, nie tylko ziemię lichwiarzy oraz ziemię wszystkich obszarników, zostawiając im co najwyżej 300 morgów, ale i ziemię martwej ręki [Brawa. Głos na prawicy: Dlaczego?] [tzw. dobra martwej to majątki zapisywane Kościołowi w testamencie przez osoby prywatne na łożu śmierci – stąd ich nazwa – pod warunkiem ich niepodzielności i niezbywalności – przyp. redakcji Lewicowo.pl].

Bo kościół i religia, a rzeczy doczesne, materialne, to są rzeczy zupełnie odrębne. To dwa inne światy! Majątek doczesny, ziemia, folwarki, lasy, to nie świętość, to nie relikwie, lecz to mamona – to marność [Wrzawa]. Majątki ziemskie nie należą wcale do istoty kościoła katolickiego, gdyż przez wieki przeszło kościół istniał bez majątków ziemskich, a nie upadł, lecz właśnie wtenczas, oddany wyłącznie idei Chrystusowej, ukryty w katakumbach, jaśniał blaskiem największej moralnej potęgi i chwały. My religię katolicką kochamy gorąco, może nawet goręcej niż ci, co z niej monopol chcą dla siebie uczynić, my religię uważamy za najwyższą świętość, ale też właśnie z tej przyczyny, z prawdziwej troski o naszą religię nie dozwolimy mieszać świętości religii, kościoła i rzeczy nadnaturalnych z majątkami ziemskimi, z mamoną. Ne misceantur sacra prophanis [niech nie będą mieszane rzeczy święte z niegodnymi]. Tutaj więc dadzą się zastosować słowa ks. arcybiskupa ormiańskiego Teodorowicza, ale właśnie nie pod adresem lewicy, lecz prawicy: „Nie rzucać pereł przed…”.

Proszę Panów Posłów, skąd się wzięły majątki kościelne? Nasz kościół katolicki powstał z ubóstwa i w ubóstwie. Nasz Chrystus Pan był najuboższy, a kiedy przyszedł do Niego bogaty młodzieniec, pytając o drogę do doskonałości, powiedział mu Chrystus: „Idź, sprzedaj, co masz, a daj ubogim”. Więc bardzo ubogim był nasz kościół pierwotny i kochał ubóstwo, bo pamiętał słowa proroka: „Biada wam, którzy przyłączacie dom do domu, a rolę do roli przydajecie”.

Majątki i dobra kościelne powstały z danin, z datków i z darowizn wiernych. Fundatorzy, dając te darowizny na rzecz kościoła, mieli zawsze i wszędzie tę jedną, wspólną intencję, ażeby z tych datków i zapisów utrzymywano biednych w kościele i potrzebujących. Dlatego bogactwo kościoła katolickiego było bogactwem ubogich i biednych. Z tego więc powodu pierwsze bractwa kościelne, jakie powstały, tj. 1) bractwo ubogich braci i 2) bractwo pogrzebowe, tym tylko celom wzniosłym, istotnie chrześcijańskim, wyłącznie służyły. Bractwa ubogich braci miały za zadanie ratować biednych i głodnych, a bractwa pogrzebowe – pielęgnować chorych i grzebać umarłych. Diakoni pierwszych wieków chrześcijaństwa, chodząc do chorych, przynosili im nie tylko sanctissimum [sakrament ostatniego namaszczenia], ale zarazem i pożywienie za darmo.

Ale ludzie potrafili i najlepszą myśl spaczyć. Z biegiem wieków myśl i intencja fundatorów została częstokroć nadużyta dla celów osobistych jednostek, dla celów wzbogacenia się. Po otrzymaniu edyktu tolerancyjnego w roku 313 [edykt cesarza Konstantyna Wielkiego zezwalający na publiczne wyznawanie chrześcijaństwa], a zwłaszcza po zawarciu przymierza między państwem a kościołem za Karola Wielkiego, kiedy dostojnicy duchowni poczęli się stawać równocześnie i książętami świeckimi, rozpanoszyła się chciwość i zamiłowanie do ziemskich bogactw.

W ciągu wieków doszło do wzbogacenia duchowieństwa do tego stopnia, że wielki, natchniony i ascetyczny zakonnik dominikański Savonarola musiał surowo gromić bogactwa i chciwość współczesnego sobie kleru, głosząc, że bogactwa gubią kościół i wiarę. I to chciwe gromadzenie majątków stało się przyczyną rewolucji religijnych i powstawania herezji, a lepsza część duchowieństwa widząc, jakie fatalne skutki dla idei Kościoła przynosi to gromadzenie bogactw, poczęła tworzyć zakony, stawiając, jako pierwszy punkt zasadniczy wszystkich swoich reguł, dobrowolne ubóstwo [Głosy: A z czego się ksiądz tak spasł? Śmiech].

Polska nasza poszła też za przykładem innych krajów. Darowizny i fundacje, dawane przez wiernych na rzecz kościoła, służyły początkowo wzniosłym, świętym celom, ale po pewnym czasie przerodziły się one w skupianie i gromadzenie bogactwa i nadmiernych majątków, z których nie korzystał kościół ni religia, lecz familie i rody dygnitarzy duchownych. Z grosza kościelnego wzbogaciły się przeogromnie rody szlacheckie: Oleśnickich, Myszkowskich, Górków, Łaskich i Rytwiańskich, a najwięcej Oleśniccy i Myszkowscy, których krewniak, biskup krakowski Piotr Myszkowski, zwany plebanem całej Polski, posiadający w samym biskupstwie krakowskim aż 4 miasta i 300 wsi, pozostawił swojej familii po 14 latach biskupstwa 8 milionów złotych polskich i ogromne dobra pińczowskie. Te pieniądze, zaczerpnięte z majątku kościelnego, nie tylko nie wyszły kościołowi na korzyść, lecz owszem tylko na zgubę, gdyż ród Oleśnickich, kuzynów kardynała, za te pieniądze popierał Kalwinów, a ród Łaskich – Arian, ród zaś Górków – dysydentów, samych wrogów kościoła.

Tak nieuczciwie użyto majątków, przeznaczonych przez fundatorów na cele religijne.

Majątki więc ziemskie, tym bardziej duże, są wprost szkodliwe kościołowi.

Po pierwsze, są one kulą u nogi duchowieństwa. Duchowny nie może bowiem równocześnie być dobrym duszpasterzem i dobrym rolnikiem na wielkim obszarze, gdyż dla jednej sprawy musi drugą poświęcić i obowiązki swe zaniedbać.

Następnie są one przyczyną i okazją, ponieważ ludzie najbardziej nie umieją uszanować majątków duchownych mówiąc, że: „ukraść księdzu – to nie grzech”.

Wreszcie są one bardzo często zgubą dla duchowieństwa. Widzieliśmy to na przykładzie jednego klasztoru. Majątek wielki srodze go poniżył. Toteż misjonarze, idący w kraje dalekie na podbicie dusz ludzkich, nie biorą ze sobą żadnych bogactw, pamiętni na słowa Zbawiciela: „Nie bierzcie ze sobą laski ani mieszka”. Są wśród duchowieństwa biedni i pokrzywdzeni ciężko, a tymi są wikarzy, zdani na łaskę i niełaskę proboszczów i strasznie nędznie wynagradzani, oraz księża emeryci.

Należy więc i te kwestie uregulować w ten sposób, żeby, zostawiwszy po kilka morgów proboszczom i klasztorom, resztę chłopom rozparcelować, a duchowieństwu wyznaczyć odpowiednie przyzwoite pensje.

Jak z tego wynika, my nie chcemy majątków kościelnych rabować, my chcemy tę ziemię kupić i chłopu polskiemu, katolickiemu, bezrolnemu sprzedać, a przez to wskrzesić i przywrócić myśl i intencje fundatorów, gdyż ta ziemia dana była kościołowi na cele ubogich kościoła.

Gdy oddacie ziemię najbiedniejszym i najuboższym spośród wiernych, to spełnicie czyn najbardziej chrześcijański i katolicki. Gdybyście zaś nie chcieli jej oddać, względnie ludowi zgłodniałemu sprzedać, wychodząc z zasady samolubnej: noli me tangere [nie ruszaj mnie], to byście ściągnęli na siebie gorzki i bolesny wyrzut naszego Zbawiciela: „Byłem głodny, a nie nakarmiliście mnie, byłem nagi, a nie przyodzieliście mnie, boście nie uczynili tego jednemu z tych maluczkich”.

Skądże więc tan upór duchowieństwa? Dlaczego ks. arcybiskup Teodorowicz zarzuca groźnie aż świętokradztwo? Czyż ta okropna nędza i niedola naszego proletariatu wiejskiego, bezrolnego i małorolnego, nie powinny przejąć serc litością na widok zgrozy, ubóstwa zgłodniałych mas, czyż nie powinny przyświecać naszemu duchowieństwu wielkie i piękne postacie szlachetnych i ofiarnych dla ojczyzny kapłanów polskich, jak księdza Kordeckiego, który z majątku klasztornego ratował nie tylko klasztor, ale i ojczyznę całą, będącą w niebezpieczeństwie; jak księdza Staszica, który nie zastanawiał się, nie wahał, nie prowadził dysput, lecz już przed przeszło 100 laty sam dobrowolnie rozdał pierwszy w Polsce swoją wieś chłopom; jak księdza Bronisława Markiewicza z Miejsca Piastowego, który wszystkie grunta plebańskie oddał sierotom, zakładając dla nich z własnego poświęcenia wspaniały zakład dla opuszczonych sierot; jak ks. Stojałowskiego, który ojczyźnie i ludowi polskiemu złożył nie tylko swój majątek, nie tylko zdrowie i trudy najmozolniejsze, ale i życie swoje w ofierze?

Przeto wobec takich świetlanych i wielkodusznych postaci patriotycznego naszego duchowieństwa jakże dziwnym, niezrozumiałym i krającym serca wydać się musi to smutne, małostkowe stanowisko, jakie zajmują księża posłowie siedzący na prawicy, broniący nie tylko swoich majątków, ale najzażarciej ziemi wielkiej własności obszarniczej. Dlaczegóż znajdują się w obozie obszarników ci, których Mistrz Boski najostrzej gromił jako bogaczy, faryzeuszów, nazywając ich „rodzajem jaszczurczym”, a litował się tylko nad ubogimi, zgłodniałymi rzeszami ludu, mówiąc: „Żal mi tego ludu” – i zaspokoił głód ludowych mas i te tysiączne rzesze nakarmił, gdy wołały: „Nie mamy chleba!”. Dzisiaj, gdy milionowe tłumy polskiego ludu wołają: „Ziemi nie mamy!” – czyż możecie być głusi i obojętni na błagania rozpaczliwe bezrolnego chłopa? [Brawa].

Szanowni księża, siedzący na prawicy! Szkoda Waszego trudu, Waszych wysiłków, Waszych zdolności na obronę wielkiej własności. Ginącej szlachty i obszarników nawet Wy nie uratujecie! Nemezis dziejowa wypisała już nad nimi wyrok za nieprzeliczone krzywdy, wyrządzone ludowi i narodowi polskiemu. Szlachetczyzna już się nie dźwignie, już nie wstanie!

Dzisiejsza Polska, którą Bóg dał – to Polska ludowa. Więc czas najwyższy porzucić obóz obszarniczy. Wy powinniście się znaleźć na lewicy, gdyż miejsce księdza, żyjącego przeważnie z chłopa, winno być po stronie chłopskiej, a nie pańskiej. Posłami zostaliście dzięki głosom chłopskim. Apeluję tedy najgoręcej do sumień Waszych kapłańskich, ażebyście reformie rolnej żadnych nie czynili trudności, lecz abyście przy głosowaniu razem znaleźli się z nami, ludowcami. Bo gdybyście stanęli przeciwko ludowi w tej najczulszej i najdonioślejszej dla ludu kwestii – reformie rolnej – to ten lud Was zmiecie i przy przyszłych wyborach prawie żadnego księdza nie wybierze za zdradę interesów tego ludu.

Wiedzcie, kapłani polscy, o tym, że Polska już stwarza się chłopska, już wkrótce będzie naprawdę chłopska i na chłopach oparta, będzie naprawdę najpewniejsza i gospodarna, i najmocniejsza, a jako taka przetrwa tysiące lat w blasku, potędze, świetności i chwale…

My, posłowie chłopscy, nie ustąpimy, my pójdziemy w święty bój o prawa i o szczęście polskiego ludu, i będziemy walczyć oparci o masy ludowe tak długo, aż wywalczymy chłopu polskiemu nie tylko należytą, szybką, odpowiadającą potrzebom ludu reformę rolną, ale również i rządy w państwie, ażeby chłop, prawdziwy piastun i włodarz tej ziemi, tą Rzeczypospolitą zmartwychwstałą władał i kierował dla mocy i potęgi państwa oraz dla szczęścia ludu, bo chłop polski do rządów już dorósł”.

[Na lewicy brawa i oklaski. Marszałek dzwoni].

Ks. Eugeniusz Okoń

_________________________________

Powyższy tekst to stenograficzny zapis przemówienia na 56. posiedzeniu sejmu w dniu 26 kwietnia 1919 r. Następnie zamieszczono go w aneksie do książki Tadeusz Rek – „Ksiądz Eugeniusz Okoń 1881-1949”, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1962. Przedruk za tym ostatnim źródłem, pominięto przypisy wydawcy.

 

Eugeniusz Okoń (1881-1949) – pochodził z rodziny chłopskiej z Podkarpacia, ukończył gimnazjum w Rzeszowie, a następnie Seminarium Duchowne w Przemyślu. W roku 1906 otrzymał święcenia kapłańskie i rozpoczął pracę jako wikary w parafiach na Rzeszowszczyźnie. Początkowo sympatyzował z endecją, jednak od roku 1912 ewoluował stale w lewo, najpierw jako sympatyk księdza Stojałowskiego, później galicyjskich ludowców. U progu niepodległości zintensyfikował zaangażowanie polityczne, głosząc radykalne hasła społeczne. Wraz z Tomaszem Dąbalem, populistycznym ludowcem, był liderem „Republiki Tarnobrzeskiej”, powstałej w listopadzie 1918 r. po usunięciu urzędników przez zrewoltowanych chłopów, którzy rozpoczęli niszczenie własności szlacheckiej i parcelację ziemi dworskiej. W efekcie został aresztowany oraz zawieszony w czynnościach kapłańskich przez kurię biskupią. Po zwolnieniu zdobył mandat posła do Sejmu Ustawodawczego z listy PSL-Lewica. W sejmie wstąpił do klubu poselskiego PSL „Wyzwolenie”. Pod koniec 1919 r. wraz z Dąbalem utworzył Chłopskie Stronnictwo Radykalne, był jego prezesem i wydawcą organu prasowego „Jedność Chłopską”, a po związaniu się Dąbala z komunistami rozpoczął edycję pisma „Chłopska Sprawa”. W 1922 r. ponownie wybrany posłem. Słynął z licznych radykalnych wystąpień na wiecach, które zwoływał m.in. przy okazji chłopskich jarmarków. Głosił poglądy radykalnie prospołeczne i demokratyczne, połączone z odwołaniami do chrześcijaństwa, akcentując konieczność prymatu chłopów w państwie i likwidacji obszarniczej własności rolnej, dystansował się od socjalizmu, a zwłaszcza od bolszewizmu. Pozostawał w konflikcie z władzami państwowymi (kilkakrotnie stawał przed sądem) i kościelnymi. W roku 1928 został aresztowany miesiąc przed wyborami, wznowiono przeciwko niemu proces z początku lat 20., pod zarzutem „wystąpień antypaństwowych”. W czasie aresztowania inspirowano rozłamy w ChSR. Przetrzymywany w więzieniu ponad miesiąc, brutalnie traktowany i zastraszany, złożył obietnicę rezygnacji z działalności politycznej i pod tym warunkiem wypuszczono go na wolność. Po rocznym „karnym” pobycie w klasztorze w Dukli przywrócono mu prawo posługi kapłańskiej, powrócił do rodzinnego Radomyśla, gdzie nauczał religii w szkole. W czasie II wojny światowej był kapelanem lokalnych oddziałów Armii Krajowej, zaangażował się w pomoc Żydom, od 1942 r. zmuszony do ukrywania się przed Gestapo. Po zakończeniu wojny proboszcz parafii na Podkarpaciu, a następnie na Dolnym Śląsku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *