Ignacy Daszyński

Przemówienie sejmowe w dniu 14 grudnia 1922 roku + wniosek parlamentarny PPS i PSL „Wyzwolenie” w sprawie zorganizowanych przez obóz prawicowy gwałtów i zaburzeń ulicznych w Warszawie w dniu zaprzysiężenia Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej

Wysoka Izbo!

Nie porachunki partyjne ani nie hasło bezpośredniej walki klasowej nadaje treść naszemu wnioskowi [zamieszczamy go poniżej – przyp. redakcji Lewicowo.pl]. Wniosek nasz podyktowany jest uczuciem głębokiej troski o sam byt niepodległy Republiki Polskiej, o jej konstytucję i wymiar prawa wobec każdego obywatela.

Tym niemniej nie możemy się ograniczyć do stwierdzenia tylko formalnej natury przestępstw wobec całości praw i ustroju Rzeczypospolitej. Rozumiemy dokładnie społeczne i polityczne podłoże tej zaciętej walki, która szarpie i miota wnętrznościami Polski. Wiemy doskonale, że podłożem najgłębszym i najsmutniejszym tej walki jest ciemnota polityczna, zupełny brak jasnego pojęcia o najprostszych funkcjach prawnych organów życia zbiorowego w wolnej Republice.

Spod trzech systemów ucisku, spod trzech systemów unicestwiania każdego normalnego przejawu siły narodu, dostały się masy polskie do niepodległej Rzeczypospolitej Polskiej.

Wszelkie podstawowej pojęcia, uczucia jakiejś władzy, uległy głębokiemu przesunięciu. Dawniej bowiem władzę oznaczał ten, kto miał najbrutalniejszą siłę do dyspozycji przeciwko masie ludowej. Poczucie władzy wpajano batem i więzieniem w każdego człowieka w Polsce. I dlatego objaw nieszanowania władzy polskiej, objaw naigrawania się swawolnego z rzekomej jej bezsiły, objaw stałego buntu przeciwko najwyższym władzom wybranym jawnie i legalnie przez Naród, ten objaw – to powszechne zjawisko, poza klasami i partiami politycznymi. Ale na tle tego objawu rozpanoszyła się polityka społeczna, którą krótkim wyrazem można by nazwać polityką strwożonego o swoją przyszłość paskarstwa, paskarstwa miejskiego, paskarstwa wiejskiego, paskarstwa we wszystkich odcieniach, strwożonego o swoje zyski. To paskarstwo w ciężkiej, zażartej walce konkurencyjnej o dobra, o tę walutę, o te dewizy, to paskarstwo dawno już wystąpiło do boju. Drobne mieszczaństwo, kupiectwo, inteligencja, czują się ciężko zachwiane i dlatego nic dziwnego, że z natury tchórzliwe, dbające tylko o natychmiastowe zyski, zaczęły szukać haseł, które mogłyby być święte, gdyby ich nie sponiewierano i nie zszargano w błocie. Przewodnim sztandarem, głównym hasłem jest nacjonalizm. Nacjonalizm sięgający do barbarzyństwa, do zapomnienia religii, do zapomnienia wszystkiego, co człowieka czyni podobnym do człowieka, bez względu na kolor jego skóry, bez względu na jego wyznanie. I proszę Panów pod hasłem tego nacjonalizmu w gruzy ma paść pierwsza zasada panowania większości wolno wybranych posłów. W walce tej sięgnięto do skorumpowania administracji polskiej do ostatka. Słaba, chwiejna, nieznająca prawa administracja polska staje się wyrazicielką klasy, która odmawia wymiaru prawa, stwarzając męki, tortury, dla milionów ludzi w miastach i po wsiach. Nie ma sprawiedliwości, nie ma u nas prawa, oto są słowa, które słyszymy z ust każdego pokrzywdzonego człowieka.

Ale proszę Panów, nie tylko wymiar prawa stał się środkiem walki na korzyść górnych dziesięciu tysięcy. Ale nie wahano się w takiej chwili jak dzisiejsza, sięgnąć nikczemnym tajnym spiskiem w głąb armii polskiej. (Na prawicy okrzyki).

Polska w ten sposób traci wiązania prawne. To, nad czym cywilizowane narody, to, nad czym Sejm Ustawodawczy tracił czas, tracił energię, aby stworzyć z mozołem niedoskonałe, niedokładne wiązania prawne dla świeżo wskrzeszonego do wolności Narodu – pęka i rozłazi się w oczach naszych. Granice nasze, geograficznie nie dające się obronić, możliwe tylko do obrony przez największą potęgę, jaką Polak rozporządza, przez mur solidarnych, w zapale świętym gorejących piersi obywateli, staną się w ten sposób bezbronne wobec wrogów z zachodu i wschodu. (Na prawicy wrzawa).

Ale nie tylko bezbronność naszej Ojczyzny, ale klęska klęsk w naszych warunkach, wojna domowa, grozi straszliwą łuną zabłysnąć nad Polską. Bo, Panowie, każdy z was, który obala demokrację, który plwa na wolę większości tego ciała, który znieważa i hańbi wolno obranego Prezydenta Republiki Polskiej (wesołość na prawicy) – ten daje hasło do wojny domowej, ten podpala gmach Rzeczypospolitej, bo nie myślcie Panowie, że lud miejski i wiejski, że robotnicy i chłopi ustąpią przed dyktaturą mniejszości. (Wrzawa na prawicy – marszałek dzwoni. Głos na prawicy: Przed mniejszościami narodowymi nie ustąpią. Marszałek dzwoni. Głos na lewicy: Cicho, faszyści. Marszałek: Proszę Panów o spokój).

Dyktatura mniejszości, łamiąca demokrację, spotka się z otwartą wojną z dołu. Rewolucja, dyktowana z góry, spotka się z rewolucją, idącą z dołu. (Oklaski na lewicy). Panowie, dziś uspokajacie się tym, że po waszej stronie są urzędy i sądu, że skorumpowana administracja nie ściga was i że wam włos z głowy nie spadnie, kiedy znieważacie Prezydenta Republiki i hańbicie Zgromadzenie Narodowe. Tak jest, Panowie, możecie dziś uznawać się za zwycięzców, ale Panowie, kto sieje wiatr – zbiera burzę! (Wesołość na prawicy. P. Korfanty: Bardzo słusznie. Oklaski na prawicy – marszałek dzwoni).

Ale jeszcze tej wojny domowej nie ma, jeszcze Sejm obraduje, Marszałek nasz jeszcze ma w ręku władzę nad Sejmem, jeszcze Prezydent Rzeczypospolitej nie obalony, jeszcze spiski nie stoczyły do gruntu wiązadeł Państwa. (Głosy. Brawa, oklaski na prawicy – marszałek dzwoni). I dlatego powiadam, najwyższy czas, aby Sejm i Rząd zrozumiały swoje zadania – Rząd nie składający się z tchórzy niegodnych wykonywania publicznych funkcji honorowych… (Oklaski na lewicy).

Marszałek: Zwracam Panu Posłowi uwagę, iż Rząd jest nieobecny, przeto nie może się bronić przed zarzutami. (Okrzyki). Nie przywołuję do porządku, tylko zwracam uwagę.

Tow. Daszyński: Nie powiedziałem, że obecny Rząd, tylko w ogóle Rząd…

I dlatego wniosek nasz zmierza do tego, aby wprzód zdrenować, aby nieporządki usunąć, aby prawu dopomóc do zwycięstwa, niczego więcej nie żądamy, jak odpowiedzialności. Na kogo ta odpowiedzialność prawa padnie, ten jej się poddać musi. (Oklaski na prawicy).

Polskie życie publiczne nie może być dalej dżunglą afrykańską, w której buszuje kilkunastu hultai reakcyjnych. I dlatego sądzę, że wniosek ten zostanie przez tych, którzy go obecnie oklaskują, prawdopodobnie uchwalony.

Jeśli Panowie sądzicie, iż krew przelana przedwczoraj jest dobrym tematem dla waszych kpin, to Panowie znajdziecie ocenę u współczesnych i w potomności. Wasz faszyzm albo zginie w Polsce, rozbije głowę o demokrację, albo Polska zapłonie wojną domową. (Oklaski na lewicy).

Ignacy Daszyński

WNIOSEK NAGŁY

Związku Parlamentarnego Polskich Socjalistów i PSL „Wyzwolenie” w sprawie zorganizowanych przez obóz prawicowy gwałtów i zaburzeń ulicznych w Warszawie w dniu zaprzysiężenia Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej

Przebieg rozruchów, które miały miejsce w Stolicy w dniu zaprzysiężenia Prezydenta Rzeczypospolitej, dowiódł ponad wszelką oczywistość, że obóz stronnictw prawicowych był ich inicjatorem, kierując się z góry powziętym postanowieniem pogwałcenia Konstytucji i obalenia praworządności w państwie.

Począwszy od chwili dokonanego wyboru Prezydenta, kierownicy organizacji prawicowych dniem i nocą gromadzili tłumy ludzi na ulicach i w swoich lokalach, roznamiętniając je fałszywymi pogłoskami i oszczerstwami, wzywając otwarcie do udaremnienia Zgromadzenia Narodowego, w którym Prezydent miał złożyć przysięgę. Ta akcja przygotowawcza odbywała się przez dwa dni niezmiernie hałaśliwie, w oczach wszystkich,
a władze niczego nie uczyniły, aby tę propagandę zamachu na Zgromadzenie Narodowe oraz przygotowania do rewolty ulicznej w zarodku stłumić.

Siedzibą centralną wszystkich przygotowań był lokal znanego z nieustannych hec ulicznych i podburzeń Towarzystwa „Rozwój”, przy ul. Żurawiej 2. Tam koncentrowały się tajne organizacje bojowe, w które wciągnięto młodzież szkolną i uniwersytecką, podburzane nadto przez cały szereg znanych z nazwiska nauczycieli i kierowników zakładów naukowych.

Z lokalu Tow. „Rozwój” ruszyły dnia 11 grudnia z rana liczne grupy bojowców, wśród których przeważała młodzież akademicka pod wodzą młodzieńców oznaczonych różnokolorowymi kokardkami i przepaskami – wedle otrzymanych instrukcji na miejsca przeznaczenia. Podział tych grup na plutony, odznaki komendantów i posiadanie broni palnej, z której robiły użytek, wskazują, że cała akcja była z góry przygotowana i obmyślona przez szeroko rozgałęzioną tajną organizację, działającą wedle zasad wojskowych.

Obsadzono Plac Trzech Krzyży i wszystkie ulice, prowadzące do gmachu sejmowego, z widocznym celem niedopuszczenia posłów i senatorów dążących na posiedzenie Zgromadzenia Narodowego. Tuż przy kordonach policyjnych ustawiły się szeregi demonstrantów, których komendanci żądali od każdego przechodnia okazywania legitymacji. Posłów obozu prawicowego przepuszczano, posłów zaś innych obozów zatrzymywano, lżono, bito do krwi i utraty przytomności, obrzucano kamieniami, uniemożliwiając im w ten sposób zjawienie się na Zgromadzenie Narodowe.

Działo się to wszystko na oczach policji, która pomimo licznych a usilnych wezwań napastowanych przedstawicieli ludu nie udzielała im żadnej obrony, wręcz odmawiając swej pomocy i tolerując zuchwałą kontrolę dokumentów przez młodzieńców, oraz gwałty nad osobami członków Zgromadzenia Narodowego. Dodać należy, że wśród tłumu uwijali się niektórzy posłowie prawicowi, jako to pp. Sawicki, Falkowski i inni, którzy wskazywali demonstrantom posłów innych klubów.

Około godz. 11 i pół zdążali do Sejmu sędziwy senator Limanowski, posłowie Daszyński i Jaworowski. W niewielkiej odległości od kordonu policji tłum rozbestwiony rzucił się na nich, lżąc, znieważając i napierając tak gwałtownie, że posłowie zostali wtłoczeni do bramy jednego z domów. Na oczach policji dom ten był oblegany przez tłum w ciągu 1 i pół godziny. Wszystkie wezwania, wystosowane do dowodzącego kordonem policji komisarza Gostyńskiego, by zamkniętych przez tłum posłów oswobodził, pozostały bez skutku.

Rozzuchwaleni bezczynnością władz i policji ekscedenci zatrzymywali na ulicach samochody cudzoziemskich przedstawicieli dyplomatycznych, zmuszając ich do wylegitymowania się przed tłumem, co ściągnęło wstyd i hańbę na nasz kraj wobec zagranicy. Wszystko to znów działo się w oczach władz bezpieczeństwa publicznego i policji.

W Alejach Ujazdowskich demonstranci utworzyli z ławek i skrzyń śmietnikowych barykadę, czemu obojętnie przypatrywał się oddział konnej policji i kordon policjantów, nie „umiejąc” się zdobyć na usunięcie barykady. Toteż gdy od strony Łazienek nadjechał Prezydent Rzeczypospolitej, musiał się przed barykadą zatrzymać, co – jak ze źle tajoną radością donoszą organy codzienne stronnictw prawicowych – wykorzystał tłum, by otoczyć powóz i „obsypać p. Prezydenta gradem śnieżnych grudek, kamieni, a nawet laskami”.

Tym sromotnym wybrykom przypatrywały się znów oddziały policyjne, które w swej zadziwiającej bezradności nie potrafiły w czas usunąć młodocianych ekscedentów oraz przeszkody z drogi przejazdu p. Prezydenta Rzeczypospolitej.

Opisane powyżej zajścia dowodzą, że uplanowany przez obóz stronnictw prawicowych zamach na Zgromadzenie Narodowe i na praworządność znalazł poparcie u pewnej części władz oraz w kierujących sferach policji państwowej, które już to użyczały jawnej osłony demonstrantom, już to przez karygodną bezczynność starały się ułatwić demonstrantom i przygotowującym ekscesy tajnym organizacjom spełnienie włożonego na nich niegodziwego zadania. (…)

______________
Powyższe teksty przedrukowujemy za PPS-owskim dziennikiem „Robotnik” nr 313 (1815) z dnia 15 grudnia 1922 r. Od tamtej pory nie były wznawiane, poprawiono pisownię według obecnych reguł. Przygotował Mateusz Trzeciak.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *