Stanisław Andrzej Radek

Początki ruchu socjalistycznego w Zagłębiu Dąbrowskim

[1929]

Powstanie 1863 roku było ostatnią kartą dziejową Polski szlacheckiej; było jakby płytą marmurową, przykrywającą grób, w którym złożono nie tylko przywileje polityczne tej warstwy narodu, ale jej cnoty i szelmostwa, jej sławę i hańbę.

Był to bohaterski i piękny, niemniej przeto śmiertelny odruch, ostatni akt skazanej na zagładę jednej warstwy społecznej narodu.

Był to rok przełomu biologicznego Polski. Umierała jedna warstwa wśród jęku, rozpaczy i skarg i powstawała druga – wśród zwycięskiego łoskotu parowych młotów i rwących podziemia dynamitowych strzałów. Nad Polską powiewały sztandary dymu z kominów fabrycznych. Powstawała Polska Ludowa.

Już w roku 1878 rząd rosyjski wydał prawo górnicze i oto w ciągu niespełna piętnastu lat powstały wielkie kopalnie i fabryki – powstał wielki przemysł i na widowni dziejowej zjawiła się nowa, młoda i dzielna warstwa narodu – klasa robotnicza.

Zagłębie węglowe – robotnicy Sosnowca i Dąbrowy [Górniczej] byli wśród tych pierwszych pionierów, którzy w warunkach odbierających wszelką wiarę w powodzenie, przyjęli na siebie wielki trud wyzwolenia społecznego i walkę o niepodległość Polski. Nie od razu to się stało.

Ci pierwsi, co podnieśli sztandar buntu, działać musieli wśród ludzi wrogo i nieprzychylnie usposobionych do wszelkich ruchów, wśród społeczeństwa zastrachanego, tchórzliwego, przyzwyczajonego już do form niewoli i ucisku, a głównie, i to w olbrzymiej większości, ciemnego, pogrążonego w kompletnym analfabetyzmie.

Jedynym językiem, który jeszcze rozumieli – to była krzywda, na którą zagłębiowscy robotnicy reagowali w rozmaity sposób, ale protesty zbiorowe, wystąpienia solidarne wszystkich robotników danej kopalni czy fabryki były ogromną rzadkością. Nieznane jeszcze było poczucie łączności, wzajemnej pomocy i solidarności.

Prawda – w „Materiałach do Historii PPS” odnotowano, że w 1893 czy 1894 r. w listopadzie w Zagórzu [dziś dzielnica Sosnowca] na kopalni „Ignacy” strajkowali górnicy parę godzin, a w Hucie Cynkowej na Koszelewie strajk trwał 1 dzień i upadł. Nastraszono robotników, że przyjedzie urzędnik z Petersburga do zbadania tej sprawy.

Prawda – śpiewano już wówczas:

„Fabryki, fabryki, to nasze pałace…”.

Ale był to zwrot retoryczny, nie mający nic wspólnego z dalszą treścią piosenki, opiewającej melancholijny nastrój robotnika, udającego się do pracy, grożącej ciągłym niebezpieczeństwem.

Częściej jednak rozlegała się po drogach piosenka ironiczna, malująca materialny stan robotnika:

„Za cóż sobie górnik w karczmie podpije,

Za ten kąsek węgla, co pod kitel skryje”…

Ale minęło parę lat uciążliwej, lecz wytrwałej pracy kilku rewolucjonistów, kilkudziesięciu oświatowców i oto na punktach zbornych i w wielkich halach fabrycznych – zagrzmiała nowa pieśń, która przeistoczyła serca i dusze robotników i zapowiada przeistoczenie całego świata:

„Precz z tyranami,

Precz z zdziercami,

Niech zginie stary, podły świat,

My nowe życie stworzym sami…”

Hardo i dumnie obwieszczała się światu nowa społeczna siła dziejowa.

Buntownicza myśl socjalistyczna na teren Zagłębia Dąbrowskiego przyniesiona została w r. 1892-4 przez uczniów szkoły sztygarów w Dąbrowie, a pierwszymi jej siewcami byli: Tytus Filipowicz, Jan Rutkiewicz, Ćwierciakiewicz, Ludwik i Zygmunt Rodziewicze, Pyz, Nielepiec i inni.

Oni to otrzymywali lub przywozili sami paczki bibuły – to jest odezwy i pisma i nocną porą, najczęściej nad ranem, rozklejali je na murach kopalń, na słupach i rozrzucali na ścieżkach i drogach, którymi robotnicy szli do roboty. Robotnicy kartki te podejmowali, czytali i radzili w cichości, sekretnie o sprawach w tych kartkach opisanych.

Tak szerzyła się nowa, „dobra wieść” o wyzwoleniu pracy, o wyzwoleniu Polski i – całego świata…

Jeżeliby szło o zaszczyt pierwszeństwa co do początków ruchu robotniczego, to należy on się dzielnicy Zawiercie. Ruch socjalistyczny wśród robotników rozpoczął się tu już w 1889 r. Ruch ten zapoczątkowali trzej praktykanci, później majstrowie fabryki Towarzystwa Akcyjnego Zawiercie – Rakowski Wacław, Brzostowicz Czesław i Hemel. Pierwsze kółko organizacyjne stanowili: Aleksander Masłoński, Jan Ciszewski, W. Baumert, Franciszek Raab i nauczyciel Ewaryst Skrzyński. Praca agitacyjna polegała głównie na rozpowszechnianiu broszur i zaznajamianiu robotników z zasadami socjalizmu.

Broszury rozpowszechniano i wśród okolicznych wsi, co głównie robili Masłoński i Baumert.

W roku 1890 Rakowski, Brzostowicz i Hemel założyli Związek, mający na celu pomoc podczas strajku. Próba jednak nie udała się i wkrótce wszyscy trzej z Zawiercia wyjechali, ale do organizacji weszli nowi: Szymański, dozorca kotłowni, ślusarz Łukasik, zamordowany w 1907 r. 2 maja przez endeków, Wróblewski, Kopczyński, ślusarze, Peter Bolesław, Wencel Stanisław i wielu innych. Ponieważ po wyjeździe Rakowskiego, Brzostowicza i Hemela nastąpiła przerwa w dostarczaniu dla Zawiercia broszur, a chętnych do czytania było bardzo wielu, przeto postanowiono założyć własną drukarnię, w której miano przedrukowywać posiadane broszury.

Tow. A. Masłoński tak opisuje tę imprezę w książce pt. „Z pola walki”: „Przy fabryce było kilkadziesiąt kanałów sklepionych dość obszernych. Część tych kanałów miałem pod swoją kontrolą i z łatwością mogłem nie dopuszczać tam nikogo. Postanowiliśmy drukarnię umieścić w tych kanałach. Jeden z okolicznych nauczycieli miał napisać broszurę, zrobić korektę i w ogóle być literatem przy drukarni. Robotnik, tow. Baumert jeździł do Warszawy w celu wydostania czcionek… Czcionek jednak nie dostaliśmy i ta fantastyczna drukarnia nie wyszła ze sfery projektów. Demoralizacji podówczas nie było, działaliśmy prawie jawnie”.

Rozruchy głodowe w Zawierciu w 1891 roku

W tej samej książce opisuje Masłoński przebieg rozruchów głodowych w Zawierciu na skutek drożyzny chleba, spowodowanej nieurodzajem w Rosji. Rozbito wtedy kilka piekarń, a znaleziony chleb sprzedawano po 8 gr za funt (piekarze żądali 12 groszy) i pieniądze wręczano piekarzom. Głównego sprawcę tych rozruchów, piekarza Szczecińskiego, który nawet strzelił do tłumu oblegającego piekarnię, wyratowali od zlinczowania Masłoński, inż. Kosakowski i urzędnik fabryczny Iwanowski. Dzięki temu nie było sprawy sądowej i wielu robotników uniknęło więzienia, chociaż na trzeci dzień zjechali kozacy, których prowokowali chłopcy, wciągając v zasadzkę, gdzie już przedtem mieli rozciągnięty sznur, przez który walili się kozacy na ziemię jak kloce, ku wielkiej uciesze chłopaków. Kozacki oficer zaś miewał na ulicach Zawiercia, do otaczającego tłumu robotników, „wykłady ekonomii politycznej”, dowodząc, iż kupcy nie są winni, że żądają drogo za towary, ponieważ muszą płacić wysokie podatki i patenty.

W roku 1892, po wybuchu strajku majowego w Łodzi, robotnicy Zawiercia wysłali Masłońskiego do Łodzi, aby zbadał na miejscu, o co toczy się walka i jakie są jej rozmiary. Po powrocie Masłoński zdał relację, że aczkolwiek w pierwszych dniach ruch robotniczy w Łodzi miał cechy rewolucyjne i klasowe, to jednak skutkiem prowokacji władz przerodził się w rozruchy antysemickie i łobuzerskie – i radził strajku nie ogłaszać. Tak też zrobiono.

Wkrótce musiał Masłoński wyjechać z Zawiercia. Przez pewien czas pracował w Markach pod Warszawą, gdzie zorganizował strajk, opisany przez niego w pierwszym numerze „Robotnika”.

Prześladowany przez policję, przenosi się do Łodzi, ale i tu po pewnym czasie policja wpadła na trop młodego i energicznego działacza. Masłoński wydostaje się z rąk policji, ale przed sprawą w 1896 r. wyjeżdża zagranicę i aż do 1903 r. jest w ścisłym kontakcie z Wydziałem zagranicznym partii PPS.

W tym roku wyjeżdża do Ameryki, a w 1904 roku, na wiadomość o gotującej się rewolucji w kraju, organizuje w Bridgeport, z innymi towarzyszami, najpierwszy w Ameryce Komitet, który energicznie zajął się zbieraniem funduszów, dostarczanych potem do kraju na cele rewolucyjne. Przed samym wybuchem wojny światowej wchodzi Masłoński do Komitetu Obrony Narodowej w Ameryce. Wkrótce porzuca nawet pracę w fabryce i całkowicie oddaje się pracy agitacyjnej i organizacyjnej Legionów. Wreszcie wsiada sam na okręt i po trzech miesiącach podróży dostaje się do Legionów, w których walczy aż do zakończenia wojny. Wraca do Zawiercia i dalej jest czynny w organizacjach społecznych.

Masłoński jest jedną z tych pięknych postaci, jakich wiele ujawnił młody u nas ruch robotniczy. Bezinteresowny, szlachetny, poświęcający wszystko dla dobra Wielkiej Sprawy Robotniczej.

Po wyjeździe Masłońskiego pozostali towarzysze zawierciańscy pracowali dalej energicznie i ich to dziełem był w latach następnych cały szereg strajków i wystąpień rewolucyjnych na terenie Zawiercia. Pierwszy zbiorowy i silny atak do twierdzy kapitału został dokonany przez robotników Zawiercia w roku 1894; 8 marca w Tow. Akcyjnym wybuchł pierwszy wielki strajk. Pracowało wtedy w tej fabryce 5000 robotników. Zarobki wynosiły od 45 do 55 kopiejek za dniówkę. Ósmego, jak zwykle, nastąpiła wypłata tygodniowa, ale wypłacono nie od sztuki, lecz od arszyna (dawna miara rosyjska), co obniżyło zarobek tygodniowy tkacza o 40 do 50 kop. Jednocześnie robotnicy dowiedzieli się, że urzędnicy biurowi otrzymają 10 000 rubli gratyfikacji. To przepełniło czarę goryczy robotników.

Pierwsi opuścili pracę tkacze ze starej tkalni, za tym przykładem poszła blichownia i inne oddziały, na drugi dzień pracowała już mała garstka, a na trzeci dzień w fabryce już było cicho.

Natychmiast puszczono w ruch całą maszynerię administracyjno-policyjną, wyrażającą się w namowach ze strony administracji, naczelnika powiatu, inspekcji fabrycznej, wreszcie w groźbach w rozklejonych ogłoszeniach gubernatora Millera, który zjechał do Zawiercia. Pomimo to robotnicy trzymali się dzielnie. Spokój i porządek zachowywali wzorowy.

W siódmym dniu strajku przybył z Warszawy członek zarządu głównego i ogłosił publicznie, że fabryka daje robotnikom 30 tysięcy rubli zapomogi jednorazowo (co na każdego wypadało od 5 do 7 rubli, a więc równało się płacy dwutygodniowej), zapłaci za dni strajku, ofiaruje 10 tys. rb. na kościół, oraz obiecuje zająć się rozpatrzeniem położenia robotników w niektórych oddziałach. Wobec tego robotnicy powrócili do pracy, a tymczasem zarząd fabryki ani myślał o dotrzymaniu obietnicy. Toteż 12 kwietnia zjawiły się na parkanach Zawiercia nieliczne kartki pisane tej treści:

„Bracia robotnicy, jutro rzucamy robotę, aby upomnieć się o swe prawa”.

I nazajutrz nie było w fabryce ani jednego robotnika. Tym razem zarząd fabryki i władze rozwinęły olbrzymie represje.

Przybył gubernator Miller i oświadczył, że dopóki strajk trwa, on na żadne ustępstwa nie pozwoli i dziesięciu robotników, którzy z nim rozmawiali i nie zgadzali się z jego argumentami, kazał natychmiast aresztować.

Zarząd rozlepił ogłoszenie, że będzie wydalał z mieszkań fabrycznych. Sprowadzono policję i dragonów z Częstochowy. Aresztowano masowo.

Robotników, zagranicznych poddanych, wydalono z kraju po wymierzeniu im chłosty, przy czym odstawiono ich w kajdanach do granicy pruskiej. Miejscowych wywożono do gmin, kilkunastu odstawiono do więzienia w Piotrkowie. Domy oddawano na pastwę żołdactwa, uciekających bito kolbami karabinów, nahajami i prowadzono do aresztu. Na kryjących się po lasach urządzano obławy, a schwytanych katowano w straszliwy sposób. W areszcie strażnicy ustanawiali sąd doraźny.

Takie barbarzyństwa trwały w ciągu dwóch tygodni, lecz to nie skutkowało. Robotnicy nie dali się sterroryzować i złamać. Aż dopiero gdy sprowadzono łamistrajków z Wolbromia, Miechowa i dalszych okolic, strajk został złamany. Unoszący się z komina fabrycznego dym rozstrzygnął sprawę. Oczywiście nie wszystkich przyjęto z powrotem, a paruset wysiedlono i wysłano z Zawiercia.

W jakiś czas po strajku zaczęto podwyższać płacę we wszystkich oddziałach od 3 do 5 kop. na dniówkę.

Takimi ofiarami zdobywał robotnik większy kęs chleba czarnego.

***

W połowie kwietnia tegoż roku wybuchł strajk z powodu nędznych zarobków na kopalni Piaski. Pracowało tu wtedy 500 robotników. Po dwóch dniach strajku podwyższono zarobki od 1 do 2 kopiejek od wózka.

Również wskutek nędznych zarobków wybuchł strajk 23 kwietnia w fabryce Fitzner i Gamper w Sosnowcu. Robotnicy w liczbie 815 zażądali podwyżki, nie zważając, że już tylko na skutek przygotowań do strajku, gubernator piotrkowski, Miller, kazał w całym Zagłębiu rozkleić ogłoszenie, w którym cytuje paragrafy kodeksu karnego, odnoszące się do strajków, zabrania zgromadzania się i zapowiada: „…nie tylko nie dopuszczę do podwyższenia płacy buntującym się, albo w ogóle do polepszenia bytu strajkujących ze strony zarządu kopalni i fabryki, ale nawet nie pozwolę na przystąpienie do rozpatrzenia przedstawionych przez nich żądań, aż do zupełnego stłumienia buntu i dobrowolnego powrócenia robotników do opuszczonych przez nich zajęć”.

Mimo to jednak robotnicy zastrajkowali. Zastrajkować musieli, bo nie chciano nawet wysłuchać ich żądań.

Wtedy na miasto puszczono kozaków, którzy tłukli każdego, kto się pod nahaj nawinął.

Wobec tego nacisku 500 robotników, pruskich poddanych, wróciło do pracy, a na drugi dzień pracowali już wszyscy. Po strajku podwyższono o 1 kop. na godzinę tym, co się dobrowolnie do dyrektora zgłosili, ale na jesieni wydalono dyrektora – ogólnie znienawidzonego przez robotników – i, na skutek nowych żądań, skrócono czas pracy o 1 godzinę.

Niezależnie od tego sprawę strajku rozpatrywał sąd okręgowy i ośmiu robotników skazał na 2 miesiące więzienia, dwóch na 1 miesiąc, dwóch na 2 tygodnie i dwóch na tydzień.

Lecz mimo tych represji, pod koniec kwietnia wybuchł strajk w fabryce Dietla, u którego pracowało 2000 robotników. Dzień roboczy był tu 13-godzinny. Postanowiono żądać albo skrócenia pracy o 1 godzinę, albo podwyższenia płacy za tę 13-tą godzinę.

Po dwóch dniach strajku podwyższono płacę za tę godzinę od 5 do 15 kop. każdemu w stosunku do zarobku.

Święto 1 Maja w 1894 r.

wcale nie było obchodzone, mimo iż agitacja była rozległa i poruszyła szerokie koła robotnicze.

Gadano o 1 Maja, ale nie świętowano, oprócz 40 robotników z fabryki Braunsztejna w Dąbrowie, na których za to nałożono kary po 50 kop.

Duże wrażenie zrobiła proklamacja PPS na śmierć cara, kolportowana w dzień św. Barbary. Z tego powodu zawiadowca kopalni na Niwce [dziś dzielnica Sosnowca], inż. Karwaciński z własnej inicjatywy zarządził rewizję robotników, poszukując tej proklamacji. Aresztowano i wywieziono stajennego Lorka, u którego znaleziono 2 egzemplarze tej proklamacji.

„Drugie wydanie” „Robotnika”

W r. 1895 tak się stosunki w Zagłębiu rozwinęły, że nie wystarczał już „Robotnik”.

W tym roku też zrobiono w Zagłębiu drugie wydanie nr 7 „Robotnika”. Odbyło się to w Zawierciu i w następujących okolicznościach:

Robociarzom zawierciańskim tak się rozrosły stosunki, że zabrakło im nadesłanego nr 7 „Robotnika”. Wtedy jeden z robotników T.A.Z., tow. Michał Stefański wpadł na myśl odbicia go na litograficznych walcach, służących do drukowania chustek, perkali itp. i rzeczywiście udało mu się w ten sposób z jednego egzemplarza odlitografować 20 egz. a tak udatnie, że podobno z trudem udawało się poznać, że to litografowane a nie drukowane. Jakaś jednak kanalia doniosła o tym. Natychmiast zjechał rotmistrz żandarmów na śledztwo, zrobiono rewizję, lecz nic nie znaleziono. Zaaresztowano tylko robotnika Aleksandra Karasińskiego, u którego znaleziono broszurę majową.

Badany w sprawie odbijania „Robotnika” Stefański wytłumaczył się w ten sposób, że 1 sierpnia przyszedł do fabryki i w kieszeni swego surduta, pozostawionego w warsztacie, znalazł zwiniętą gazetę, zapakował w nią przyniesiony z domu chleb, a po zjedzeniu chleba, chcąc ją wygładzić, położył między wałkami maszyny. Po wyjęciu gazety zauważył, że na wałku odbiły się litery. Zaciekawiony tym, położył na wałek arkusz czystego papieru i okazało się, że odbiła się na nim cała stronica, a robotnik Antoni Ludwig również dla próby odbił jeszcze raz tę stronicę.

Żandarm odjechał w przekonaniu, że był to fałszywy „donos”.

***

W pierwszych miesiącach 1895 r. strajkowano w Hucie Cynkowej, lecz po trzech dniach połowa robotników wróciła do pracy, a drugą połowę administracja wyrzuciła z pracy i z mieszkań.

Pierwszego maja nigdzie nie świętowano, chociaż proklamacje szeroko były rozpowszechnione. W Zawierciu sporo robotników otrzymane proklamacje majowe odniosło do policji. Na skutek tego aż w czerwcu dopiero zjechali żandarmi i wszystkich tych, którzy odezwy odnieśli do policji, pociągnięto do odpowiedzialności.

W Hucie Bankowej za działalność agitacyjną aresztowano technika Wiktora Sasulicza i zesłano do północnej Rosji.

Przy końcu 1895 r. ukazała się pierwsza odezwa podpisana przez Dąbrowski Komitet Robotniczy.

Komitet ten powstał przez połączenie się grupy Socjal-Demokracji Królestwa Polskiego z PPS. Grupa ta w jesieni wystosowała list do organizacji „Sprawa Robotnicza” w Paryżu, że przystępuje do PPS, potem przyłączyło się jeszcze parę jednostek wybitniejszych. Ostateczne zlanie się SDKP z PPS nastąpiło w styczniu 1896 r.

Odtąd ruch w Zagłębiu Dąbrowskim zaczął postępować szybko naprzód. Warszawa przysłała specjalnie do roboty partyjnej członka Warszawskiego Komitetu – Podwińskiego.

W Hucie Bankowej zastrajkowali robotnicy przy piecach, żądając odpoczynku niedzielnego. Robotniczy Komitet Dąbrowski wydał w tej sprawie odezwę. W pierwszy i drugi dzień świąt Wielkanocy spusty [surówki żelaza z wielkich pieców] robili dyrektorzy i inżynierzy. Od samego początku wkroczyła policja, naczelnik powiatu, kozacy, gubernator Miller i zaczęto aresztować, 50 robotników wydalono. Strajk upadł. Niedzielnego odpoczynku nie wywalczono, lecz pozostali otrzymali podwyżkę od 5 do 15 kop. za szychtę.

W tym roku rozpoczęli agitację narodowi demokraci, lecz rychło przerwali działalność, gdy wsypał się w Dąbrowie sztygar Czesław Sobolewski z dużym transportem literatury narodowej, a koło Modrzejowa Hartman, który niósł broszury do Sobolewskiego.

Tegoż roku, jesienią, wybuchł powtórny strajk na kopalni „Mortimer” i po pięciu tygodniach częściowo wygrany.

Otóż podczas pertraktacji robotników z administracją, jeden z młodych sztygarów zwrócił uwagę na dwóch górników bardziej rozgarniętych i zakomunikował o tym Filipowiczowi. Wydelegowano więc młodego Rutkiewicza i ten rzeczywiście nawiązał ścisły kontakt z owymi górnikami. Byli to Polakiewicz i Garncarz. Później przybył Saternus Paweł, obecnie już stary, wypracowany górnik, były więzień polityczny, który na wiadomość, że ministerialna Komisja Kwalifikacyjna odmówiła mu prawa do emerytury, a nie chcąc być nikomu ciężarem, poderżnął sobie żyły w celu samobójczym. Ci tedy trzej oraz Majer, Suchecki z Huty Bankowej i Czarny od Gampera wraz z Filipowiczem i Rutkiewiczem – uczniami ze szkoły sztygarów – stanowili jądro ruchu, zaczątek organizacji, z której wkrótce miała się rozróść silna partia robotnicza.

Stanisław Andrzej Radek

__________________________________________

 Powyższy tekst to początkowy fragment książki Stanisława Andrzeja Radka pt. „Rewolucja w Zagłębiu Dąbrowskim. 1894 – 1905 – 1914”, Wydawnictwo Oddziału Stowarzyszenia Byłych Więźniów Politycznych, Sosnowiec 1929, od tamtej pory prawdopodobnie nie wznawiana, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *