Głos Gromadzki

Pług i młot

[1906]

Kiedy rewolucja uderzyła w swoje dzwony, ażeby do walki o wolność powołać każdą uczciwą duszę, pierwszym, który stanął w szeregu, był robotnik fabryczny. On krwią swoją zrosił ulice wszystkich miast i miasteczek, wszystkich osad. On morzył głodem, a nie ustawał. On nie jechał do Petersburga kłaniać się a prosić, a żebrać, bo wiedział, że nic nie wyprosi, nic nie wyżebra. Walczy o to, co się należy krajowi i jemu. A tymczasem rząd przestraszony rewolucją skinął palcem w stronę tych, którzy nie walczyli, i powiedział: Czego żądacie? Mówcie, dam wam. Zaraz też różni ostrożniccy zaczęli jeździć do Petersburga i w ukłonach przedstawiać swoje potrzeby. „Daj nam, rządzie prześwietny” – mówili – „choć trochę swobody, myśmy się nie burzyli przeciwko tobie, byliśmy ci zawsze posłuszni, a nawet zwalczaliśmy w domu wszelką rewolucję. Daj nam, rządzie, trochę swobody, a pierwsza rzecz, jaką uczynimy, że zwiążemy wszystkich tych, którzy się burzą, a znajdziemy na nich środek niechybny”. W ten oto sposób rząd rozdwojenie rzucił między naród. Dał na papierze wolność religijną, dał konstytucję z nahajką i bagnetem, dał wolność drukowanego słowa z równoczesnych zawieszeniem wydawnictwa pism. Nie dał właściwie nic, tylko poklepał po ramieniu korne sługi swoje, a one, już oślepione tym objawem łaski, warczą teraz w stronę robotnika fabrycznego: „Giń, robotniku, porachujemy się z tobą, ty nic wspólnego nie masz z narodem, tyś nam obcy!”. Ot, jaką nagrodę dostał polski robotnik za głód, za krew przelaną, za wszystkie cierpienia dla ojczyzny poniesione.

Ale ludzie, oślepieni cesarską łaską, srodze się przerachowali. Rząd z kolei do nich się wziął. Warszawski „Goniec”, który w każdym numerze pisał wymysły na robotników, z rozkazu rządu przestał wychodzić. Wybitni działacze Narodowej Demokracji, którzy się pienili na ruch rewolucyjny, aresztowani. Nahaje i bagnety, które gospodarowały na ulicach Warszawy, nie umiały jakoś odróżnić rewolucjonistów od narodowych demokratów, biły i kłuły jednych i drugich. Rząd umiał wyzyskać wszystkie niezgody, aby tym silniej potem uderzyć na wszystkich. Czy to bodaj otworzyło ludziom oczy na rzeczywistość? Nie. Choć po owym klepaniu po ramieniu przyszły areszty i baty, jeszcze jedni szczują na drugich. I w dalszym ciągu rozlegają się głosy, które podmawiają lud wiejski przeciwko ludowi fabrycznemu, jak gdyby to nie byli bracia, synowie jednej ziemi, jak gdyby walka, którą toczy młot, była przeciwna wolności, której pragnie pług. Zamiast, żeby wołali: idź, popieraj go, walcz z nim razem w jednym szeregu – mówią: ty nic wspólnego z nim nie masz, on ci obcy, a dążenie jego złe… Chcecie wy wiedzieć, w jaki sposób rząd panuje nad ludźmi? Och, to przerażająco proste! Od bogatych bierze pieniądze na rządzenie i utrzymanie wojska, a biednych za te pieniądze ubiera w mundur, daje im karabin i woła: strzelajcie każdego, który się nie zastosuje do mojej woli. I oto bogaci dają pieniądze, a ubodzy posłusznie idą do wojska. Bogaci są potem strzeżeni przez biednych, a biedni mordują współobywateli za pieniądze bogatych. A na to wszystko wyjdzie jeszcze przed naród jakiś mędrzec i powie, że jest to – święty porządek społeczny! Istotnie, szatan nie zdołałby wymyślić bardziej przewrotnego sposobu na ujarzmianie ludzi. Teraz, gdy robotnik fabryczny zaniepokoił rząd, gdy okazał nadzwyczajną śmiałość i pogardę śmierci, znowu się rozlega: „Huzia na niego!”. Rzuć, chłopie, pług, a idź poskramiać tego robotnika, idź bracie na brata, aby tylko rząd przy swoim się utrzymał i mógł potem ciebie, chłopie polski, porządnie ścisnąć podatkami i poborem na drugą wojnę, równie krwawą jak pierwsza!

Ale chłop polski nie usłucha tych podmówisk. Chłop polski wie, że kto go do niedawna batem zjeżdżał po grzbiecie, a teraz klepie po ramieniu, to z pewnością ma w tym jakiś nieczysty interes. Chłop polski, dziś przy pługu, jutro może z młotem w ręku będzie musiał pracować na fabryce. A jak pług i młot z jednakiego materiału uczynione, tak rolnik i robotnik jednej ojczyzny dzieci. Daremne tedy glosy nikczemnych kusicieli, daremne podmówiska tych, którzy chcieliby braci rozdwoić. Polski lud w całym swoim ogromie jest jeden, wolności nie żebrze, ale ją sobie bierze, a więcej wierzy krwi za swobodę przelanej niż wszelkim podszeptom czy małodusznych, czy zdrajców.

_______________________________________

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Głos Gromadzki” nr 4, styczeń 1906. Pismo to było organem Polskiego Związku Ludowego – pierwszej postępowej organizacji chłopskiej w Królestwie Polskim. PZL powstał w kręgu liderów inicjatyw chłopskich, działaczy oświatowych i spółdzielczych, społeczników i inteligencji zaangażowanej społecznej, jego prace wspierali m.in. Edward Abramowski, Ludwik Krzywicki, Irena Kosmowska, Stefan Żeromski. Tekst przedrukowujemy za książką: „Czasopiśmiennictwo ludowe w Królestwie Polskim 1905-1914. Głos Gromadzki, Życie Gromadzkie, Wieś Polska, Zagon, Siewba, Zaranie”, wybór Witold Stankiewicz, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1957.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *