Stefania Bojarska

O ruch ludowy w Królestwie

[1912]

To, co u nas w Kongresówce nosi miano ruchu ludowego, przechodzi obecnie moment wielkiego napięcia i ostrej walki.

Echa walki tej, prowadzonej z niezwykłą zaciętością przez kler i żywioły wsteczne z uświadamiającym się ludem wiejskim, dochodzą i do innych dzielnic naszej rozkawałkowanej ojczyzny.

Na czytelnikach z Galicji robią one wrażenie niedawnych reminiscencji, boć stronnictwo ludowe i jego działacze mają tam w swej przeszłości podobne wspomnienia.

To, co lud wiejski w Galicji ma już za sobą, jako przeszkodę przezwyciężoną w znacznym stopniu, chłop z Królestwa poczyna przeżywać i zmagać się z tym zjawiskiem po raz pierwszy dopiero obecnie.

Tylko ta jest różnica, że chłop w Królestwie toczy swą walkę wyzwoleńczą w warunkach stokroć gorszych, trudniejszych, wśród ucisku politycznego ze strony rządu i klerykalno-reakcyjnego, ze strony rodzimego społeczeństwa. Te trudniejsze warunki, istniejące w zaborze rosyjskim, sprawiają, że walka „ludowców” w Królestwie prowadzona być musi z zachowaniem niezwykłej miary, taktu i ostrożności.

Nie mogła też ona dotąd przybrać charakteru politycznego, lecz ogranicza się do spokojnej, legalnej działalności w zakresie oświatowym, ekonomicznym i kulturalno-społecznym.

Brak pierwiastka politycznego w ścisłym znaczeniu tego słowa w młodym ruchu ludowym w Królestwie, wycisnął swoje specyficzne piętno na tym ruchu.

Oto ustrzegł chłopa polskiego w Królestwie od rozpolitykowania i roznamiętnienia partyjnego.

– „Nie dajmy się spoić blekotem politycznym, ustrzeżmy swoje głowy od politycznego duru” – przestrzegali chłopskich czytelników chłopscy dziennikarze w ludowej gazecie „Siewbie” [1], budzącej w okresie wolnościowym [mowa o latach rewolucji 1905 roku – przyp. redakcji Lewicowo.pl] lud wiejski do myśli samodzielnej i społecznego czynu.

Czujność serdeczna ludowych działaczy ustrzegła masy ludu wiejskiego, zaczynającego po wiekach odrętwienia budzić się do walki o swe zapoznane prawa – od politykomanii i jej skutków, choć nie zabiła w nich poważnego zainteresowania w kierunku politycznych zagadnień.

Świadomi istotnego stanu rzeczy na wsi wiedzą, że byle warunki do politycznego życia niezbędne zjawiły się u nas, lud idący w szeregach ludowych zwróci się ochoczo, żywiołowo i do podjęcia zagadnień politycznych, a jako bardziej wyrobiony społecznie, kulturalnie i ekonomicznie, szybciej zorientować się potrafi w zawiłej dziedzinie polityki i niechybnie w roli czynnego działacza na tym terenie zaznaczy z kolei swą twórczą działalność. Dotychczas do roli nowego obywatela kraju przygotowuje się chłop polski na tych polach, które u nas uprawiać niby wolno, oczywiście także z narażeniem swej osoby, boć biurokracja nasza wybitnych pracowników w żadnej dziedzinie nie lubi i tamuje ich działalność o ile może.

Pracuje więc lud polski po wsiach, tworząc instytucje związane ściśle z jego dobrobytem, jak: kasy pożyczkowe, sklepy spółdzielcze, maślarnie spółkowe, kółka rolnicze, spółki wytwórcze różnego rodzaju; krząta się w dziedzinie oświaty około tępienia analfabetyzmu przez zakładanie szkół, kółek samokształcenia, kursów wieczornych dla analfabetów, urządzania odczytów, kolportaż książek, bibliotek ruchomych, pism kształcących, popieranie szkół gospodarczych dla dorosłej młodzieży włościańskiej obojga płci, liczny udział w zjazdach ludowych, oraz żywy i stały kontakt z ludźmi oddanymi całą duszą sprawie odradzającego się ludu.

Grupka pierwszych, nielicznych ludowców w Królestwie, pracując w warunkach ciężkich i skomplikowanych, zaczynając swój posiew wyzwoleńczy zdawała sobie sprawę, że musi w swych szeregowcach wychować ludzi moralnie wysoko stojących, bohatersko dzielnych.

Stąd w pismach, przemówieniach, w wystąpieniach zewnętrznych ludowców z Królestwa, w ich życiu organizacyjnym i prywatnym uderza ton podniosłego idealizmu i etyki na wzorze Chrystusowym, na wzorze ludowi najbliższym (choć na ogół głębiej nieznanym) ugruntowanej, z lekką przymieszką nowoczesnej moralności niezależnej.

Brak nam wszystkiego, czego potrzebuje człowiek nowoczesny, aby mógł żyć i rozwijać się.

Nie mamy dróg, kolei, rzek spławnych i kanałów, nie mamy handlu i mieszczaństwa polskiego, nie mamy szkół, ochron [przedszkoli], domów ludowych, szpitali, pomocy lekarskiej, nie mamy swobody politycznej choćby w zakresie autonomii.

To wszystko jest nam do życia niezbędnie potrzebne i zdobyć to musimy.

Ludowcy z Królestwa, jako ludzie, których idealizm ideowy doskonale się godzi ze zdrowym chłopskim rozumem, nie czekając na sprzyjające warunki do szerszej akcji społeczno-politycznej, podejmują wszędzie po wsiach zadania ekonomiczno-społeczne, kulturalne, oświatowe, które i w obecnych opłakanych warunkach, przy wytężonej a wytrwałej woli są możliwe nawet u nas do zrealizowania.

I oto w chwili, gdy warstwy górne, inteligencja miejska i robotnik miejski przeżywają okres apatii, chłop polski, skupiony pod sztandarem sprawy ludowej, organizuje się, tworzy setki potrzebnych mu instytucji i dochodzi do wpływu tak znacznego przez te instytucje swoje, pisma i szkoły dla młodzieży dorosłej, że poczyna rzucać ważkie słowo swej opinii i czynu wszędzie tam, gdzie dotąd umiał tylko potulnie słuchać i pełnić słowa komendy narzuconej mu z góry przez tych, co jeno z interesu materialnego lub partyjnego na przewodników mu się narzucili.

I wpływ tych światlejszych, świadomych dobrze swego celu chłopów, na zebraniach kółek, spółek, kooperatyw, na zebraniach gminnych, posiedzeniach zarządów parafialnych zaczyna być tak mocny, że bije w oczy oślepiającym światłem, nieraz brutalnie jaskrawym, tych odwiecznych oświecicieli ludu.

Odwaga cywilna nowych ludzi spod strzech, ich krytycyzm prosto a dosadnie wyrażony, ich wytrwałe dążenie do raz postawionego celu, poczyna niepokoić tych, którzy dotąd żyli błogo i zacisznie wśród ludu i z ludu, nie licząc się ani z jego opinią, ani z nowymi jego potrzebami, kierując ciemnymi, bezkrytycznymi masami leniwą dłonią, jak sternicy łodzią po spokojnej wodzie płynący.

Zaczęli tedy przewodnicy ludu z „łaski Bożej” zwracać baczniejszą uwagę na te nowe, dotąd niewidziane na spokojnej wsi polskiej objawy, poczęli śledzić za sprężynami duchowej i ideowej natury, które je wywołują i zasilają wewnętrznym życiem, dając im jeden koloryt wszędzie i tworząc z poszczególnych, drobnych strumyczków wielką falę, idącą na podbój zdobywczy nowych lądów.

Przeciwnicy samodzielnego ruchu ludowego, poznawszy ogniska duchowej tężyzny ludu i działaczy ludowych, zaczynają podkopywać jedne i drugich, dążąc do starcia ich z powierzchni ziemi.

A tę destrukcyjną pracę prowadzą oni z całą zaciętością, nie przebierając w środkach.

Przedmiotem napaści ich stają się więc takie pisma, sprawie ludu na śmierć i życie oddane, jak „Siewba”, „Zaranie” i „Kurier Lubelski”, instytucje takie jak „Kółka rolnicze im. Staszica” i „Światło”, szkoły gospodarcze takie jak Kruszynek, Sokołówek, Gołotczyzna.

Działacze z „Siewby”, Antoni Szech (Izydor Wysłouch, eks-kapucyn), Jan Adamowicz-Piliński (poeta-społecznik, współdziałacz na terenie galicyjskim ze Stanisławem Szczepanowskim i Janem Odrzywolskim), redaktorzy „Siewby”, Jan Kielak, Paweł Wasilewski i Teofil Kurczak (chłopi), mecenas Gałecki [chodzi o znanego działacza PPS i literata Andrzeja Struga – przyp. redakcji Lewicowo.pl], niezwykle czynny w początkach ruchu ludowego u nas, oto grupa ludowców-siewbiarzy, najczęściej w latach 1906 i 1907 wyklinanych z ambon i szykanowanych w prasie klerykalnej.

Nie lepszą opinią cieszą się w obozie zachowawczo-klerykalnym i narodowo-demokratycznym (?) współpracownicy „Zarania”, ludowego, społeczno-rolniczego tygodnika bardzo żywotnie redagowanego przez p. Maksymiliana Malinowskiego, obecnego przywódcę ruchu ludowego u nas.

Drugą osobą, niezwykle często zaszczycaną napaściami prasy klerykalnej, jest niżej podpisana, a to od czasu, gdy podpisuje „Zaranie” i demaskuje klerykałów w prasie postępowej i ludowej. Złą markę mają też tacy ludowi pisarze i wielce sprawie ludowej zasłużeni ludzie, jak prezes Kółek im. Staszica, Tomasz Nocznicki, Wacław Kruszewski, Mateusz Manterys, Konrad Szydłowski, Zośka z Bielik, Irena Kosmowska, Maria Biniekówna i inni.

Ale ludzie, pracujący w Królestwie w ruchu ludowym, mają hartowną wolę i trzymają się mocno swego sztandaru, a odstępstwo od tego ostrzeliwanego znaku jest wśród nich nader rzadkim zjawiskiem.

Pomimo że walka z placówkami ludowymi toczy się z mniejszym lub większym napięciem już od lat pięciu, ubyła z nich jeno „Siewba”.

Inne ogniska tego ruchu trzymają się dzielnie, rozwijają normalnie w tempie ewolucyjnym.

Ten nieznaczny rezultat dotychczasowej walki gniewa, rzecz prosta, obóz klerykalno-ziemiański.

Aby przyspieszyć godzinę triumfu nad niezależną grupą ludu, energiczny infułat Zdzitowiecki, biskup kujawski, w roku ubiegłym na jesieni rzuca takie słowo komendy:

– Ogłosić ludowców-zaraniarzy za heretyków i tępić ich jak owce parszywe po parafiach, póty, póki o nich słuch wśród ludu nie zaginie.

Zagrzmiały więc w tej diecezji gromy klątw, zaczęło się dokuczliwe prześladowanie zaraniarzy.

Ale napastowani odpowiedzieli na tę nagonkę ze spokojną godnością listami otwartymi pod adresem swego duszpasterza w infule, oświadczając, że przy piśmie oskarżanym o herezje wytrwają, bo je uważają za pożyteczne zarówno dla swego umysłu, jak i dla duszy.

Protesty kujawiaków nosiły po kilkadziesiąt podpisów i zrobiły w całym kraju na wszystkich ludziach żywych jak najlepsze wrażenie.

Protesty te swymi poparli głosami i robotnicy.

Redakcja „Zarania”, na którego łamach te apostrofy do niebezpiecznego biskupa były drukowane, zyskała w walce z nim solidne poparcie.

„Zaraniarze” na Kujawach, lud zacięty i hardy, stanęli mocno przy swej idei ludowej i walka z nimi w tej diecezji nie dała przeciwnikom, jak dotąd, pozytywnych korzyści.

Niezrażony słabym wrażeniem, wywołanym przez klątwę swego konfratra, biskup kielecki, przezwany u nas za swój autokratyzm i bojowy rozmach średniowieczny Puzyną nr II, ks. Łosiński, ogłasza z kolei w lutym 1912 w bardzo charakterystycznym liście pasterskim anatemę na zaraniarzy, odsuwa ich od sakramentów z wyjątkiem chrztu i spowiedzi w godzinę śmierci, piętnuje ich mianem zbrodniarzy, których niezwykle ciężkie grzechy jeno specjalni spowiednicy w stolicy biskupiej w Kielcach przebywający, mają prawo rozgrzeszać.

I ten biskup trafia ze swoją ostrą kosą klerykalną na kamień twardego ludowego oporu.

Rezolutni krakowiacy, co to wydali spośród siebie Bartosza Głowackiego, w odruchowych protestach do redakcji swego pisma ideowego skierowanych, dają radę dla tych oficjalnie przez troskliwego o zbawienie dusz zaraniarskiej rzeszy wyznaczonych spowiedników, „aby na próżno nie siedzieli w kieleckich konfesjonałach, bo się pewnie żadnego »zaraniarza« nie doczekają”.

Następuje po liście pasterskim w diecezji kieleckiej imienne wyklęcie z ambon czterech zaraniarzy, znanych w całym kraju, z których jeden, były poseł do Dumy z jej pierwszego okresu, popularny ludowy pisarz i dobry mówca, Mateusz Manterys, występuje do wyklinającego go biskupa z programowo brzmiącym listem otwartym, który, jako dokument z zakresu ideologii ludowej, zasługuje na przejście do historii; podaję go też w całości:

List otwarty do J. E. ks. A. Łosińskiego, biskupa diecezji kieleckiej.

Dnia 28 stycznia rb., jak grom z jasnego nieba, spadł na nas dekret, mocą którego Biskup, ustami księży, wyklina z łączności katolickiego Kościoła aż czterech „heretyków”; wymienia ich z imienia i nazwiska: Mateusza Manterysa z Pojałowic, Józefa Rączkowskiego i Jacentego Miszczyka z Niegardowa oraz St. Rzymskiego spod Książa, ci bowiem ośmielili się powiedzieć Biskupowi, że są ludźmi i chłopami.

Wasza Ekscelencjo! Czy wydając swe słynne dekrety, listy, wyklęcia, wspomniałeś choćby przez chwilkę na słowa mędrca: „patrzaj w serce”. Niestety, w Twoich listach i wyrocznych dekretach trudno się dopatrzeć tego wzniosłego przewodnika sprawiedliwości.

My, chłopi, patrzymy w serce Twoje i całego kleru, ale patrzymy i w serca własne, swoje. Sumienie jest najpewniejszym i niezawodnym świadkiem i najlepszym sędzią człowieka, i oto my, chłopi, mówiąc Wam prawdę, z własnym sumieniem jesteśmy w zgodzie. I dlatego śmiało głosimy, że całe to Wasze, do Boga wołające, prześladowanie nas chłopów, ani na chwilę nie wytrąci nas z równowagi i z zajętego już, a przynależnego ludowi polskiemu, stanowiska… Tu zawód Cię czeka, Przewielebny Biskupie – zawód, jeżeli naprawdę sądzisz, że prześladujące nas Twoje listy pasterskie, dekrety i wyklęcia zachwieją naszą wiarę w słuszność świętej sprawy odradzającego się Ludu-Narodu…

Niezasłużone, a tak w celach swoich powstrzymujące rozwój największego skarbu w duszach ludu złożonego – smaganie nas, jeśli chcesz, Ekscelencjo, prowadź dalej.

Znosiliśmy przez tyle wieków ciężką, upadlającą, bydlęcą omal niewolę, zahartowani przeto jesteśmy. Zniesiemy i więcej, bo wierzymy, że przez ogień idzie się do zwycięstwa; wierzymy, że skończyć się to musi, choćbyście nie chcieli; wierzymy, że im cięższa walka, tym większy triumf… po naszej, ludu polskiego stronie.

Wspominasz nam, Wasza Ekscelencjo, na każdym niemal kroku o jakimś postępie i o Ojczyźnie. Wzniosła to rzecz i piękna, ale od klerykalnego niby-postępu, Panie! wybaw lud polski.

A co do Ojczyzny, to sądzisz nas, lecz nie „patrzysz w serca”, a historia nasza mówi tak: „lud wszędzie należał, prócz zysku i zdrady”. Przed wiekami odebraliście z rąk ludu dzierżenie kraju, któremu było imię Polska, a obecnie oddajecie ludowi puściznę, której na imię Kalwaria – to owoc Waszego życia i czynów Waszych. I lud taką ją bierze, ażeby ją ratować. I wiemy, że Wasza – kleru – ojczyzna była i jest w Rzymie, i jeśli Wam z nią dobrze, to się jej trzymajcie; my, lud, nie myślimy Wam w tym przeszkadzać ani zazdrościć, ale mamy prawo żądać i żądamy, iżbyście nareszcie tę naszą ludową Kalwarię zostawili w spokoju – byście nam nie przeszkadzali odradzać się dla Niej…

Kończę tę przykrą, lecz konieczną odpowiedź. Podkreślam z całą stanowczością, że o ile smuci nas wypowiedzenie nam, ludowi, tej bezcelowej walki, o tyle dziś dumni i szczęśliwi jesteśmy, że nam Opatrzność pozwoliła stanąć w szeregach tych, którzy rozbitą przez Was nawę ojczystą mają dźwigać i sklejać w całość i dać jej nową moc; szczęśliwiśmy, że tak ciężkie a zaszczytne brzemię z kolei na nasze barki spada – podołamy mu, choć nam z uporu do panowania nad nami zbytecznego ciężaru przykładacie i siły tym osłabiacie, i odrodzenie się ludu, dla tej siły niezbędne, odsuwacie…

Dla ludu polskiego nadszedł dziś czas chrztu przez ogień walki, chrztu ducha i czynu. Świadomi tego wszystkiego, na nic nie zważając, idziemy! Naprzód, w przyszłość lepszą swoją i narodu idziemy!

Ci wszyscy, których wyklinasz, żyją duchem i czynem według nauki Chrystusa; ci wyklinani mają szczęście należeć do olbrzyma o potężnym ramieniu, któremu na imię miliony.

Dnia 6 lutego 1912, Mateusz Manterys.

A gdy w parę tygodni po wyklęciu, podczas zjazdu dorocznego delegatów Kółek rolniczych im. Staszica, prezes tychże Kółek, Tomasz Nocznicki, wyrażał w imieniu 270 zebranych w sali obrad delegatów z całego kraju Mateuszowi Manterysowi wyrazy współczucia w smutku, jaki go spotkał, to „wyklęty” oświadczył w impulsywnym, a na chłopski sposób krzepkim przemówieniu, że wyrazy współczucia wcale się mu nie należą, bo nigdy nie czuł się tak szczęśliwym, jak obecnie, gdy widzi, że wymierzona przeciw niemu krzywda, na pożytek ludowego odrodzenia się obraca.

Takie reagowanie ludu na średniowiecznego straszaka klątwy, wydobytego przeciwko niemu „ad majorem Dei gloriam” z lamusa starych przeżytków, nie zraża kleru do stosowania tego środka i w innych okolicach kraju. Bo oto wkrótce po dorocznym marcowym zjeździe delegatów Kółek im. Staszica, który to zjazd odbył się w Warszawie, a mówiąc nawiasem świadczył chlubnie o rozwoju tej chłopskiej instytucji ekonomicznej, w tejże Warszawie w połowie kwietnia br. ukazuje się i ogłoszone jest z ambon rozporządzenie do wiernych katolików tej treści:

Władza duchowna Archidiecezji Warszawskiej zakazała wszystkim wiernym prenumerować, czytać i innym do czytania udzielać tygodnik „Zaranie”, jako pismo, które systematycznie podkopuje wiarę katolicką ludu i powagę Kościoła Świętego. Zakaz ten, mający na celu uchronić wiernych od grożącego niebezpieczeństwa, podaje się do wiadomości i przestrzega, że kto by nadal tygodnik „Zaranie” prenumerował, czytał i innym do czytania udzielał, ten popełni grzech, od którego zwykły spowiednik nie będzie mógł rozgrzeszyć i wskaże mu właściwą drogę, dokąd po rozgrzeszenie udać się powinien.

Grzmią więc znów ambony w wielkiej arcybiskupiej diecezji, idzie po wsiach mazowieckich co ciemniejszych głuchy pomruk szczucia, do bratobójczej walki – zachęta.

Duchowieństwo z pomocą oddanych sobie rzesz fanatyków religijnych z bractw tercjarskich, pracuje z zapałem nad wytworzeniem na wsi polskiej atmosfery średniowiecznej, dąży ono do sprowokowania „ludowców” do ekscesów i podobnych gwałtów, do tych, jakie parę lat temu udało mu się wywołać przy zatargach prawowiernych z mariawitami. Zapominają jednak przewodnicy ludu w sutannach, że wieś polska od tego czasu zrobiła olbrzymi krok naprzód.

Zdobyła sporo wiedzy przyrodniczej, wyzbyła się wielu zabobonnych mniemań, uświadomiła się znacznie społecznie i kulturalnie, a w piśmie swoim „Zaraniu” nawykła krytycznie oceniać postępki każdego współobywatela, niezależnie od tego, czy jest nim biskup, ksiądz, dziedzic, inteligent czy chłop.

Mimo woli samo duchowieństwo dopomogło do otworzenia oczu ludowi na swą istotną wartość, bo w tym czasie przyszły liczne skandaliczne procesy księże, a wreszcie kulminacyjny skandal z Jasną Górą, o którym można powiedzieć, że dla doniosłej sprawy odklerykalnienia ludu wiejskiego w Królestwie, a zapewne i w całej Polsce zrobił więcej, niż wszyscy masoni i ateusze polscy razem wzięci.

Toteż poznawszy i przeniknąwszy istotną wartość moralną swych duszpasterzy, ludowcy po wsiach nie biorą na serio posądzeń biskupich i arcybiskupich o herezje.

Oceniają oni natomiast trafnie obecną krucjatę kleru przeciw nim jako jeden z objawów walki o byt i wpływy.

W listach do „Zarania” czytelnicy umacniają się wzajem, dodając sobie hartu moralnego, aby godnie znieść mogli obecną zawieruchę. Niektórzy z nich nawołują kapłanów do opamiętania i nieczynienia z domów Pańskich, z domów modlitwy i pokoju zgiełkliwego pobojowiska o swój kastowy interes.

Przestańcie nas prześladować listami pasterskimi, czyńcie dobrze, żeby się lud nie potrzebował skarżyć na Was. Bądźcie dobrymi pasterzami. Powiedziane jest, że dobry pasterz życie daje za owieczkę swoją. Ale wy jesteście jeno w mowie pasterzami dobrymi, bo w czynach nie ma gorszych obłudników i faryzeuszów od Was. Toteż ja na Was wołam słowami proroka Jeremiasza: „Przeklęty, który czyni sprawę Pańską obłudnie” (Jeremiasz 18. 10).

A inny „zaraniarz” pyta duchowieństwo z ironią:

„Zali myślicie, że dziś ludowi wystarczą Wasze piękne słówka, nie poparte czynami”.

Znakomicie orientuje się w obecnej sytuacji inny ludowiec spod strzechy, Adam Bardziński, który radzi braci swej: „rozśmiać się z tej nadzwyczajnej troskliwości duchowieństwa o nieśmiertelną duszę chłopa, gdy o jego dolę doczesną zupełnie mu nie chodzi, bo dba ono w istocie nie o duszę ludu, lecz o ruble dla siebie”. A dalej tak pisze:

Wiedzcie Zdzitowieccy, Łosińscy, Popiele i inni, że szopki waszej, jaką obecnie czynicie, nie uznamy za zasłonę dusz ludzkich od piekła, lecz uznamy ją jako walkę o byt, o który Wam przeważnie chodzi, i szopka ta jest niejako nastawionym tryjerem [2], za pomocą którego dowiecie się tylko, ile jest kąkolu między „zaraniarzami”, a gdy kąkol odpędzicie od czystej pszenicy, jaką są istotni „zaraniarze”, to wdzięczni Wam będziemy, gdyż tym lepiej będziemy się rozwijać.

A nam bracia tym lepiej wypada ująć w ręce czyn.

Jak okólnik Łosińskiego dodał hartu zaraniarzom z kieleckiego, tak i nam winien on dodać takowego i dziwić nas to nie powinno, gdyż wiemy dobrze, że nic nowego nie powstało na ziemi, co by się spodobało duchowieństwu, każdy nowy wytwór myśli ludzkiej podlegał wyklinaniom. Tak samo nasze nowe kroki muszą przetrwać taką epokę.

Abyście zaś nie sądzili, że to pisał p. Malinowski, szanowni opiekunowie w sutannach, na dowód kreślę się sam: „zaraniarz” Adam Bardzin.

A gdy setki zaraniarzy tak piszą o pogromowych okólnikach duchowieństwa, a tysiące tak myślą, nietrudno chyba przewidzieć, że walka młodej, stającej się idei ludowej o prawa człowieka-obywatela z przedstawicielami odwiecznego ucisku skończyć się musi sromotną porażką tych, co idą pod komendę pastorałów.

Lud mimo wszystkie stawiane mu tamy pójdzie jak fala wiosenna, szukając nowego łożyska, nowego kształtu dla formy nowej, którą wypracował, wymarzył w głębi swej mało znanej, do zwierzeń nieskorej, duszy zbiorowej.

Stefania Bojarska
___________________
Powyższy tekst, sygnowany pseudonimem autorski – St. Poraj, pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Krytyka. Miesięcznik poświęcony sprawom społecznym, nauce i sztuce” pod red. Wilhelma Feldmana, rok IV, tom XXXIII, 1912. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Przypisy:

1. Tygodnik ten chłopski, redagowany przez komitet chłopski pod kierunkiem literackim Jana Adamowicza Pilińskiego, zawiesiły władze w r. 1908.

2. Narzędzie do czyszczenia zboża.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *