Edward Kozikowski

O Andrzeju Strugu w Związku Literatów

[1961]

Znajomość moja ze Strugiem datuje się od sierpnia 1920 roku. Któregoś wieczoru odprowadzając Struga do domu – mieszkaliśmy bowiem w jednej stronie, on na Bagateli, a ja na Puławskiej – dowiedziałem się od niego, że istnieją poważne trudności w uruchomieniu Związku Literatów, powstałego na Zjeździe w Warszawie w maju 1920 roku. Brak lokalu to jeszcze drobnostka, bo można zaczepić się o jakąś instytucję, odnajmując pokoik do użytkowania w godzinach popołudniowych. Gorzej sprawa wygląda z sekretarzem, którym wybrano Ludwika Skoczylasa, mieszkającego stale w Krakowie, a tu nie ma funduszów, aby go sprowadzić do Warszawy na każde posiedzenie zarządu. A jeszcze trzeba, żeby ktoś urzędował w oznaczonych godzinach w sekretariacie, przyjmował interesantów i ciągnął systematycznie tę robotę biurową, bo od tego przecież zależy w pewnym stopniu życie organizacji.

Nic na to nie odpowiedziałem, choć domyśliłem się od razu, w jakim celu Strug wszczął ze mną rozmowę na ten temat. Nie chciałem po prostu, aby propozycja wychodziła ode mnie, by to nie wyglądało na chęć napraszania się i narzucania z mojej strony. Nie taję wszakże, że dla młodego i początkującego poety, jakim wtedy byłem, zarysowująca się perspektywa obcowania i przestawania z takimi pisarzami jak Żeromski, Sieroszewski, Reymont, Irzykowski, Strug czy Nałkowska, którzy wchodzili w skład pierwszego zarządu Związku Literatów, była naprawdę niezwykle nęcąca i pociągająca.

Po tygodniu Strug wręcz mnie zapytał, czy nie zechciałbym wyrazić zgody na wejście do zarządu Związku w charakterze sekretarza na miejsce Skoczylasa, który zgłosił rezygnację z tego stanowiska, zaznaczył przy tym, że propozycja, z jaką występuje, została uzgodniona z większością członków zarządu. Jakaż mogła być moja odpowiedź? Odpowiedziałem krótko, że propozycję przyjmuję, gdyż jest ona dla mnie zaszczytem niemałym. Po złożeniu takiego oświadczenia zostałem na najbliższym posiedzeniu kooptowany do władz związkowych.

Tak się zaczęła moja praca w Związku Literatów, a miało to miejsce w dniu 22 października 1920 roku, i trwała bez przerwy przez lat prawie dziewiętnaście, do chwili wejścia hitlerowców do Warszawy.

Początki tej pracy były nad wyraz ciężkie i męczące. Urzędowało się w małym, ciasnym i ciemnym pokoiku, w dodatku nieogrzewanym, odnajmowanym od Towarzystwa Literatów i Dziennikarzy Polskich w domu przy ulicy Brackiej 5. Nie było oczywiście pieniędzy na najniezbędniejsze wydatki. Na kupno materiałów piśmiennych czy znaczków pocztowych przeprowadzało się doraźną zbiórkę wśród członków zarządu. Listy pisało się odręcznie, gdyż nie było maszyny do pisania, a stosunki z sąsiadującym o ścianę Towarzystwem Literatów nie należały do najznośniejszych. Traktowano nas z reguły jako intruza, a w najlepszym razie jako dalekiego i ubogiego krewnego.

Strug wpadał nieraz w godzinach mego urzędowania i przynosił pod pachą paczki papieru i kopert, zwierzając się z uśmiechem, że udało mu się wycyganić od ludzi coś niecoś dla Związku. Zaraz potem zapowiadał z poważną miną, że i maszyna do pisania zjawi się niebawem i w ogóle leżeć będziemy na pieniądzach. Zapewnienia te puszczałem mimo uszu… „choć kto wie? – myślałem w chwilach przypływu optymizmu – Strug zazwyczaj słów na wiatr nie rzuca, więc może i tym razem nabiorą one kształtów realnych”. W parę miesięcy potem istotnie była już maszyna do pisania, wypożyczona przez Ministerstwo Pracy i Opieki Społecznej, a równocześnie wpłynęła do kasy naszej subwencja z tegoż Ministerstwa, wynosząca aż sto tysięcy marek polskich.

W parę lat później opowiadał mi Tadeusz Ulanowski   – autor doskonałej trylogii powieściowej satyryczno-politycznej, a zarazem wyższy urzędnik w ówczesnym Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej – że stało się to wszystko dzięki Strugowi, który poruszał ziemię i niebo, aby Związkowi pośpieszono z pomocą. Ponieważ cieszył się niemałym poważaniem, a poza tym miał licznych przyjaciół wśród kierownictwa tego resortu, zabiegi jego załatwiano pozytywnie, i to w tempie piorunującym.

Strug nie poprzestawał jedynie na wykorzystywaniu wpływów swoich wśród „możnych” tamtych czasów. Prowadził również na własną rękę mobilizację chodzących luzem pracowników pióra, zgłaszając na każdym niemal posiedzeniu deklaracje nowych członków. Należy powiedzieć, i to bez przesady, iż dzięki Strugowi stan liczebny członków stawiającej pierwsze kroki organizacji pisarskiej tak dalece się powiększył, że nawet niewielkie opłaty członkowskie zaczęły pokrywać wszelkie wydatki związane z funkcjonowaniem biura, aż do czynszu za pokoik włącznie.

Ponieważ prace Komisji Kodyfikacyjnej, która miała na warsztacie ustawę o prawie autorskim, posuwały się w zwolnionym, iście żółwim tempie i trudno było żywić jakąkolwiek nadzieję, aby ustawa została wniesiona na forum Sejmu wcześniej niż za parę lat, zarząd Związku Literatów rozpoczął rozmowy ze Zjednoczeniem Związków Drukarskich na temat ujawniania przez drukarzy wszelkich faktów dodrukowywania na zlecenie wydawcy egzemplarzy książek ponad ilość przewidzianą w umowie. Rozmowy ciągnęły się tygodniami, drukarze ociągali się z podpisaniem takiego zobowiązania, a myśmy, mówiąc prawdę, mieli już dosyć tych niekończących się rozmów, w które wleźliśmy po same uszy. Co niektóry z nas machał ręką, radząc, by dać wreszcie spokój i skończyć z tą sprawą. Strug jednak nie dał za wygraną, poszedł sam do drukarzy, wytłumaczył im, ze postępują co najmniej niewłaściwie wobec pisarzy zdanych na łaskę i niełaskę wydawców, a ponieważ cieszył się dużym uznaniem w sferach robotniczych i z jego opinią liczono się poważnie, drukarze układ podpisali, nie zgłaszając żadnych zastrzeżeń do zaprojektowanego przez nas tekstu.

W tym miejscu muszę wspomnieć na marginesie niejako, że porozumienie z drukarzami okazało się zbawienne i niezwykle skuteczne. Pierwszy wypadek dotyczył „Arabesek” E. A. Poe’ego, wydanych w przekładzie Stanisława Wyrzykowskiego przez znaną księgarnię warszawską. Tłumacz zwrócił się do Związku Literatów o zbadanie, jaką wydrukowano ilość egzemplarzy, bo coś mu się wydawało, że go wydawca „oszwabił”. Cytuję jego własne słowa. Nie wiem, czy był to zwykły przypadek, czy tłumacz miał tak zwanego nosa, dość że podana przez drukarzy ilość była istotnie o 500 egzemplarzy większa od tej, jaka figurowała w umowie z Wyrzykowskim. Do rozprawy sądowej nie doszło, bo wydawca, przyparty do muru przez tłumacza i zorientowawszy się, że ten zna całą prawdę, nie kwestionował bynajmniej faktu dodrukowania owych 500 egzemplarzy. Tłumaczył się jedynie, iż uczynił to z całą świadomością, bo wiedział, że książka niezawodnie pójdzie. Zaraz też kazał wypłacić należne tłumaczowi honorarium za dodrukowane egzemplarze. Faktów takich było więcej i układ z drukarzami niewątpliwie przyczynił się do usunięcia niedopuszczalnych metod stosowanych przez wydawców, którzy niejednokrotnie nadużywali zaufania pisarzy. Przypominam sobie, że po tym pierwszym fakcie, o którym głośno było w sferach literackich, ilość wypadków podobnych wykazywała tendencję wyraźnie zniżkową, a jeśli nawet zdarzały się wykroczenia, to dotyczyły one raczej podrzędnych firm wydawniczych. Szanujący się wydawcy nie puszczali się na tego rodzaju szpetne interesy.

Od tego, bądź co bądź ważnego, wydarzenia minęło kilka tygodni. Strug nagle przestał zaglądać do Związku w czasie mego urzędowania i nie zjawiał się nawet na posiedzeniach. Dowiedzieliśmy się od osób wtajemniczonych, że wykańcza książkę, a ponieważ pracował zwykle w porze nocnej, w dzień dosypiał czas nie dospany w nocy. Miał przy tym zwyczaj w okresie pisania niekomunikowania się dosłownie z nikim. Nie oglądaliśmy go więc całymi miesiącami. Tymczasem Sieroszewski, który zajmował stanowisko prezesa Związku, zgłosił na jednym z posiedzeń rezygnację, gdyż wybierał się na czas dłuższy za granicę. Debatowaliśmy długo, co począć. Padały różne nazwiska kandydatów na to stanowisko. Prześlizgiwaliśmy się po nich i gładko, i szybko. Wreszcie zatrzymaliśmy się na nazwisku Struga, a ponieważ kandydatura ta znalazła poparcie ustępującego prezesa, postanowiliśmy pomówić na ten temat bezpośrednio ze Strugiem.

Nazajutrz w porze popołudniowej wybraliśmy się we dwóch, Zygmunt Kisielewski i ja, do mieszkania pisarza. Pani Honorata, pierwsza żona Struga, wpuściła nas do mieszkania po długich targach i ceregielach. Zastaliśmy go w usposobieniu, które nie ryzykowałbym nazwać pogodnym. Widać, że był wyczerpany i wykolejony ustawiczną po nocach pracą. Z rozmowy, która miała nastąpić, nie wróżyłem nic pomyślnego. Właśnie Kisielewski był przy głosie. Dość prędko wyklarował, z czym przychodzimy, i – o dziwo! – Strug nie wdając się w żadną dyskusję, a nawet rozmowę, odpowiedział krótko i węzłowato: „No, dobrze. Zgoda!”. Prawdopodobnie jednak wyczytał z mego wzroku, że sprawił mi zawód tą dość raptowną decyzją, bo po chwili dodał: „Wycelowaliście w sam raz! Nie można było lepiej! Dziś nad ranem dojechałem właśnie do końca i w tym momencie odczuwam to samo, tak mi się wydaje, co kobieta po wydaniu na świat dziecka! Nie mam siły, aby protestować, podnoszę ręce do góry i zgadzam się na wszystko!”.

Odkąd wziął na swe barki obowiązki prezesa, do Związku zaglądał częściej, a posiedzeń z reguły nie opuszczał bez powodu. Jeśli zachodziła potrzeba, interweniował osobiście w wielu sprawach wymagających autorytatywnej postawy i nieustępliwości.

Dość częste były w latach 1922-1923 konflikty z cenzurą, działającą przy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, która z poematów i utworów beletrystycznych skreślała większe nieraz fragmenty lub po prostu konfiskowała książki. Młodzi autorzy o bardziej krewkich i niezrównoważonych temperamentach byli z zasady uwikłani w skomplikowane perypetie i zatargi z cenzurą i gdy żadne tłumaczenia z ich strony nic wskórać nie mogły, oddawali się pod opiekuńcze skrzydła Struga, który zawsze coś wytargował dla swoich pupilków. Żyją jeszcze wśród nas pisarze, którzy doświadczyli tego na własnej skórze i pamiętają niewątpliwie, co dla nich zdołał zdziałać Strug dzięki osobistemu wstawiennictwu.

Gdy dobiegające od dłuższego czasu wieści o tragicznej śmierci Tadeusza Micińskiego znalazły, niestety, potwierdzenie, a od osób wiarygodnych dowiedzieliśmy się, że pozostała po nim w Rosji pokaźna paka rękopisów, Strug wszczął zabiegi, aby manuskrypty sprowadzić do kraju. Nie wiem, jakimi drogami szły te poszukiwania, bo Strug nie lubił odkrywać kart przed czasem, a przynajmniej w tym okresie, gdy sprawa nie była jeszcze dostatecznie wyjaśniona, dość że w parę miesięcy potem placówka dyplomatyczna w Moskwie dostarczyła do Związku walizę z rękopisami Micińskiego. O nadeszłej przesyłce zawiadomiłem zaraz telefonicznie Struga. Przyjechał dość szybko. Wspólnie otworzyliśmy walizę. Wypełniona była po brzegi manuskryptami. Były to luźne kartki, przeważnie o formacie zeszytowym, i całe bruliony oprawne w twardą okładkę, o różnej pojemności. Pamiętam, jak Strug przerzucił szereg kartek wypełnionych szybkim i nerwowym pismem poety, zadumał się i rzekł z melancholią w głosie: „Tak! To i wszystko, co po nim zostało… Tak mało, a może i wiele… Dobrze chociaż, że dało się uratować te papiery zapisane. Teraz trzeba tę garść myśli i uczuć poety starannie przechować, aby nic z tego nic zginęło, a potem wydrukować. Niech przynajmniej jakiś ślad po tym zostanie…”.

Później niejednokrotnie w rozmowach ze mną powracał do tej sprawy, dopytując się, jak przebiega praca nad uporządkowaniem manuskryptów. Nazywał Micińskiego poetą kosmicznym. Zachwycał się niektórymi wierszami ze zbioru „W mroku gwiazd”. Recytował z przejęciem wiersz „Bądź zdrowa!”. Widać, że wywarł na nim duże wrażenie. Sugerował, że jest w nim coś z nastroju z Grottgerowskich rysunków przedstawiających wydarzenia z 1863 roku, że w ogóle wiersz ten odnosi się na pewno do tamtych czasów, że doszedł do tego wniosku w pogawędkach z Tadeuszem Nalepińskim, z którym przyjaźnił się przez wiele lat. Dopytywał się parokrotnie, czy go znałem. Wyczuwałem, że miał nieodparte pragnienie porozmawiania o nim. Niestety znajomość moja ograniczyła się jedynie do książek Nalepińskiego, z których znałem dwie: „Chrzest” i „Śpiewnik rozdarty”.

Gdy w roku 1931 wydano pierwszy tom pism pośmiertnych Micińskiego, Strug nie omieszkał zatelefonować do mnie, wyrażając radość z tego powodu i dodając, że trzeba dopingować Artura Górskiego, aby następne tomy ukazały się co rychlej. Doping na niewiele się przydał. Pierwszy tom rozszedł się w znikomej ilości egzemplarzy i nie pokrył nawet w dziesiątej części wyłożonych na druk funduszów. Na dalsze tomy nie można było znaleźć wydawcy i tak wysiłek Struga, piękna inicjatywa Związku Literatów i bezinteresowna praca Artura Górskiego i Czesława Latawca poszły na marne.

Do Związku Literatów w owych czasach należeli w większości pisarze o przekonaniach demokratycznych i radykalnych. Strug wszakże wychodził z założenia, że organizacja zawodowa, jaką był ponad wszelką wątpliwość Związek Literatów, powinna skupiać wszystkich pisarzy bez względu na ich przekonania polityczne. Sugestie te zresztą miały swe źródło w zaleceniach odgórnych. Szło o to, aby do współpracy wciągać na każdym odcinku ludzi z różnych obozów. Próby czynione w tym kierunku przez Struga dały skromne zaledwie rezultaty. Znalazły one wyraz w przystąpieniu do Związku kilkunastu raptem pisarzy o przekonaniach prawicowych, przy czym na wniosek Struga wprowadzono do władz związkowych dwóch pisarzy z tego obozu.

Jako prezes Strug miał niełatwe zadanie do spełnienia. Trzeba było postępować oględnie, aby nikomu się nie narazić, a siebie nie wystawić na szwank. Wystarczyło obserwować Struga w czasie posiedzeń zarządu, aby się zorientować, ile go takie lawirowanie kosztowało nerwów i zabierało cennego spokoju. W rozmowach ze mną dawał upust żalom i turbacjom swoim, nie ukrywając zniechęcenia, jakie go opanowywało, i wyrażając mniemanie, że chyba nie nadaje się na przewodniczącego.

Morderstwo dokonane przez wyższego urzędnika Departamentu Sztuki Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego na osobie prezydenta Gabriela Narutowicza wstrząsnęło Strugiem w sposób nieoczekiwany. Zazwyczaj spokojny i opanowany, na wiadomość o zbrodni nie potrafił ukryć wzburzenia, jakie nim owładnęło, i głosem podniesionym piętnował zabójcę i tych wszystkich, którzy doprowadzili do zbrodni. Nigdy nie widziałem Struga tak podnieconego, jak wtedy, gdy rozmawiał ze mną w parę godzin po dokonanym morderstwie.

Tak się złożyło, że w tym niesławnej pamięci dniu – l6 grudnia 1922 roku – miało się odbyć doroczne walne zebranie członków Oddziału Warszawskiego Związku Literatów. Na oznaczoną godzinę przybyło kilkadziesiąt osób, zwabionych nie tyle przewidzianym porządkiem obrad, ile wypadkami w tym dniu zaszłymi. Na znak żałoby Strug odwołał zebranie związkowe, a otworzył wiec pisarzy dla zaprotestowania przeciw haniebnej zbrodni, nie mającej sobie równej w dziejach Polski.

Sala na ulicy Brackiej kipiała po prostu. Nie szczędzono ostrych słów, a nawet gróźb pod adresem moralnych sprawców zabójstwa. Żądano najsurowszych represji i kar dla winnych.

Powieściopisarz Maciej Wierzbiński, ówczesny współpracownik prawicowej „Rzeczypospolitej”, wybiegł z sali jak oparzony, trzasnąwszy z całych sił drzwiami na pożegnanie.

Zgłoszono szereg rezolucji, z których najpoważniejszą liczbę głosów zdobyła rezolucja zgłoszona wspólnie przez Juliusza Kadena-Bandrowskiego i Antoniego Słonimskiego o treści następującej:

„Do wszystkich Obywateli Rzeczypospolitej Polskiej! Wobec ohydnego mordu dokonanego na osobie Pierwszego Prezydenta Rzeczypospolitej, Gabriela Narutowicza – my, literaci polscy, rzucamy piętno hańby na wszystkich moralnych sprawców niesłychanej w dziejach Polski zbrodni. W dniu pohańbienia Ojczyzny, w dniu walki o praworządność i demokratyzm w państwie, ślemy wam ten głos przepojony goryczą. Niechaj natchnie on was wiarą w prawdziwe braterstwo pisarzy polskich z ludem pracującym demokratycznej Polski”.

Po ogłoszeniu w pismach tego oświadczenia przyszło organizacji warszawskiej przeżywać ciężkie chwile. Oddział Wielkopolski pod przewodnictwem Bolesława Koreywy, powołany do życia w roku 1921, wyłamał się spod wpływów organizacyjnych Warszawy i postanowił działać jako organizacja niezależna. Kilku członków, oczywiście z obozu prawicowego, zawiadomiło nas o wystąpieniu ze Związku, ze szpalt prasy reakcyjnej sypały się pod naszym adresem wyzwiska i inwektywy.

Strug uśmiechał się tylko sarkastycznie, gdyśmy na posiedzeniach zarządu odczytywali listy występujących, poparte „rzeczowymi” argumentami i uzasadnieniami, brał ode mnie odczytywane listy, przeglądał je uważnie, a nad jednym z nich – pamiętam, jakby to było przed paru dniami – od pewnej zmarłej niedawno pisarki, bliskiej współpracowniczki „Kuriera Warszawskiego”, zatrzymał się nieco dłużej i, przyjrzawszy się zwróconej legitymacji z jej podobizną, zauważył nie bez ironii: „Jak to jednak pozory mylą, bo sądząc z fotografii, robi wrażenie osoby rozumnej, a przy tym uczciwej…”. Ktoś z obecnych przypomniał w tym miejscu biskupa Ignacego Krasickiego, który na ten temat wypowiedział się dość bezkompromisowo: „Pod jagnięcym pozorem ukrywa jad wilczy”…

Takie to były sprawy w one lata.

Pod koniec stycznia 1924 roku Strug złożył mandat prezesa, motywując rezygnację koniecznością zabrania się do pracy i wykończenia dawniej rozpoczętych powieści. Pozostał jednak w dalszym ciągu w zarządzie, z rzadka wprawdzie zjawiając się na posiedzeniach, ale okazując na ogół zainteresowanie sprawami związkowymi i śpiesząc z pomocą i radą, gdy tego wymagały okoliczności. Pracował z nami do końca 1921 roku, wreszcie oświadczył, że wyjeżdża na dłużej z Warszawy i musi wycofać się całkowicie z pracy w zarządzie. Pożegnaliśmy go z żalem, zdając sobie sprawę, że tym razem odchodzi na czas dłuższy.

Ten pierwszy okres pracy Struga w Związku Literatów przypieczętowany został bankietem, który urządziliśmy w grudniu 1927 roku dla uczczenia dwudziestopięciolecia jego pracy pisarskiej. Była to jedna z bardziej podniosłych uroczystości, wyjątkowo udana, świadcząca o dużej popularności Struga wśród ludzi pióra i, co ważniejsze, o autorytecie, który zdobył sobie – nie jakąś umiejętnością przystosowywania się do zachodzących wypadków, ale rzetelną postawą moralną i odwagą w wypowiadaniu sądów o ludziach i wydarzeniach.

Od tego czasu kontakty Struga ze Związkiem Literatów ulegają wyraźnemu rozluźnieniu. W latach 1927-1930 prezesami Związku byli kolejno: Juliusz Kaden-Bandrowski i Wacław Sieroszewski. Ponieważ stosunek Struga do rządów pomajowych z dnia na dzień stawał się bardziej krytyczny, a natura pisarza nie była skłonna do jakichkolwiek kompromisów, wolał więc stronić od Związku, gdzie rządy sprawowali jego przeciwnicy polityczni, z którymi, jak to później się okazało, zerwał nawet kontakty towarzyskie.

O ile w latach poprzedzających przewrót majowy Strug utrzymywał dość bliską łączność z obozem legionowym i był częstym gościem Piłsudskiego, który zresztą cenił go sobie bardzo i liczył się z jego zdaniem wypowiadanym na temat sytuacji politycznej w kraju i za granicą, o tyle w parę miesięcy po objęciu rządów przez sanację Strug odchodził od swoich wczorajszych sojuszników i przyjaciół, opuszczając ich może i nie bez żalu, aby zająć pozycję po drugiej stronie barykady.

W tym czasie widuję się z nim na ogół rzadko, ale łączności nie tracę. Spotykamy się przeważnie na ulicy, czasem tylko odwiedzam go w mieszkaniu. Pytany przeze mnie Strug niechętnie mówi o rozejściu się z wczorajszymi adherentami. Utkwiło mi w pamięci parę zdań sformułowanych mimochodem, gdym w jakiejś rozmowie kilka razy powracał do minionych wydarzeń. „Rozejścia są czasem nieuniknione – zwierzał się Strug – i nie to mnie boli… Szkoda po prostu tej tęsknoty do bohaterstwa i wielkości, która pokutowała w całym szeregu pokoleń i zdawało się, że zostanie ucieleśniona w jednym człowieku. Niestety, nadzieję tę pogrzebano raz na zawsze…”.

W roku 1935 Strug staje na czele Ligi Obrony Praw Człowieka i Obywatela w Polsce. Żywot tej instytucji jest wyjątkowo krótkotrwały, gdyż zarządzeniem władz administracyjnych działalność jej zostaje po prostu zakazana.

W czerwcu tegoż 1935 roku dokonano wyborów do zarządu Oddziału Warszawskiego Związku Literatów. Między innymi wybrano i Struga, który nie był obecny na zebraniu i nawet nie wiedział o postawieniu jego kandydatury. Przebywał poza Warszawą. Zapytany telefonicznie odpowiedział, że wybór przyjmuje. Na pierwszym posiedzeniu Zarządu, które odbyto się bez udziału Struga, wybrano go jednogłośnie prezesem.

Dzieje tego drugiego okresu są znacznie krótsze i zakończone śmiercią Struga.

We wrześniu 1935 roku Strug obejmuje przewodnictwo w zarządzie Oddziału Warszawskiego. Dziękując kolegom za okazane zaufanie, Strug zastanawia się, czy nie będzie raczej kłopotliwym prezesem, którego nie zawsze można będzie wykorzystać dla dobra organizacji. Oczywiście odpowiedzieliśmy chórem, żeby się o to nie troszczył, że żywimy do niego pełne zaufanie, czego najlepszym dowodem był jednogłośny wybór jego na prezesa.

Zaczęły się długie miesiące szarej codziennej pracy, która na pierwszy rzut oka jest mało efektowna, a często nawet niewidoczna, ale dzięki której utrzymuje się ciągłość i spoistość organizacji.

Wiedzieliśmy o jego ciężkiej i niebezpiecznej chorobie, oszczędzaliśmy go też na każdym kroku, choć nigdy ani jednym słowem nie zwierzał się przed nami z nurtującej go choroby.

W dniu 6 grudnia 1935 roku zorganizowaliśmy wspólnie z PEN-Clubem w sali Konserwatorium Muzycznego przy ulicy Ordynackiej uroczystą akademię ku czci Stefana Żeromskiego w dziesiątą rocznicę jego zgonu. Strug otworzył akademię, przemówił krótko, po męsku, spojrzał odważnie w oczy ówczesnej rzeczywistości polskiej i rzucił pytanie, jaką postawę zająłby sam Żeromski wobec otaczającej nas rzeczywistości. Poza Strugiem wygłosili referaty: M. Dąbrowska, J. Parandowski i J. N. Miller, a kilku poetów ze Staffem na czele odczytało utwory własne, poświęcone wielkiemu pisarzowi. Przemówienie Struga zostało utrwalone na taśmie przez Polskie Radio, nie usłyszeliśmy go jednak nigdy. Gdym następnego dnia dopytywał się o nie u kierownika literackiego, którym był Witold Hulewicz, odpowiedziano mi, że nie nadawało się do radiowego opublikowania i taśma z nagranym przemówieniem została zniszczona. Cenzura rozpościerała swe macki wszędzie. Przemówienie Struga uznano snadź za niebezpieczne dla panującego wówczas reżimu i nie zezwolono na nadanie go w audycji sprawozdawczej przez radio.

W dwa dni później ukazało się w „Robotniku” krótkie sprawozdanie z odbytej akademii, która, wedle słów autora notatki, „wywarła na obecnych głębokie wrażenie”. Redakcja „Robotnika” podała równocześnie do wiadomości, że „częściowy tekst przemówienia Andrzeja Struga i J. N. Millera” opublikowany zostanie osobno.

W numerze „Robotnika” z dnia 24 grudnia 1935 r. wydrukowano istotnie przemówienie J. N. Millera, natomiast przemówienie A. Struga nie ujrzało nigdy światła dziennego. Podobno cenzura sprzeciwiła się kategorycznie wydrukowaniu tekstu tego przemówienia.

Tymczasem z każdym tygodniem choroba Struga czyniła coraz groźniejsze postępy. Jeszcze w jury Państwowej Nagrody Literackiej bierze Strug udział z ramienia Związku Literatów, jeszcze zabiera głos na zebraniu ogólnym członków na temat cenzury dzieł literackich, ale są to już ostatnie jego wystąpienia.

Przychodzi coraz rzadziej. Porozumiewamy się w sprawach ważniejszych osobiście lub telefonicznie. Zawsze jest tym, który apeluje do sprawiedliwości i uczciwości, zawsze staje w obronie każdej krzywdy, czy to zbiorowej, czy też dotyczącej jednostki, i nie ma takich względów, które by mogły przesłonić mu samo pojęcie krzywdy. Trudno byłoby spisać te wszystkie zagadnienia i sprawy związane z rzeczywistością polską, o  które zazębiało się sumienie Struga.

A obok tych spraw o znaczeniu społecznym – niezwykła, drapieżna wprost czujność na każdą niedolę człowieka. Pamiętam, może na rok przed śmiercią, dzwonek telefonu i głos Struga. Słyszał od kogoś, że ciężko zaniemógł Artur Górski i może jest w tarapatach materialnych, jak to pisarz polski, więc żeby, nie zwlekając, dowiedzieć się i, jeśli można, natychmiast dopomóc. Sam był po przebytym ataku uremii, z trudem zwlókł się z łoża, aby dopełnić tej powinności.

Coraz częściej powtarzał, abyśmy szukali sobie nowego prezesa, bo godziny jego są policzone, coraz częściej nawiązywał w rozmowach do zbliżającej się śmierci, aż wreszcie nadciągnął ten tragiczny dzień – 9 grudnia 1937 roku – w którym przyszło rozstać się z nim na zawsze.

Organizacji pisarskiej, jaką był Związek Literatów, Strug był najbardziej oddanym w swej bezinteresowności człowiekiem. Nie służyła mu ona nigdy, jak wielu innym pisarzom, za odskocznię w karierze życiowej, pracował wyłącznie, i to z całym oddaniem dla ogółu, niemal do ostatniej chwili, czyniąc nam nieraz wyrzuty, że go tolerujemy wśród nas, gdy on tak niewiele już zdziałać potrafi. Dla każdego z nas był wzorem prawości i odwagi, ideałem pełnego człowieka o nieugiętym charakterze, dla którego nie istniały żadne kompromisy. Nie od rzeczy będzie też przytoczyć tu wypowiedź o nim Stefanii Sempołowskiej.

„Sądzę – mówi ona – że najdoskonalszym dziełem, jakie stworzył, to życie niezłomnego rycerza idei, którą wyznawał, której służył, o którą walczył niezłomny”.

 

Edward Kozikowski
_____________________________
Powyższy tekst pierwotnie stanowił fragment wspomnień literackich autora pt. „Między prawdą a plotką” (1961). Następnie został opublikowany w pracy zbiorowej „Wspomnienia o Andrzeju Strugu”, opracowanie Samuel Sandler, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1965. Przedruk za tym ostatnim źródłem.

Warto przeczytać także:

Stanisław Posner: Dzieje Andrzeja Struga [1926]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *