Tadeusz Podgórski

Nie tylko na dziś. Uwagi z pozycji socjalistycznej o stosunkach Warszawa – Bonn

[1974]

W polityce obowiązują twarde reguły gry i konkretne realia. Liczy się więc stan faktyczny, gdy dochodzi do układów, lecz doświadczenie uczy, aby nie pomijać tych czynników, które w pewnych okolicznościach władne są wpłynąć na zmianę sytuacji politycznej. Krótko mówiąc, polityk-realista nie gniewa się na fakty, nawet te dokuczliwe i bolesne, lecz uwzględnia możliwości zmian w duchu epoki. Istotne jest bowiem, aby decyzje dnia dzisiejszego nie obciążały rachunku przyszłości.

Zasada ta winna być stosowana również w stosunkach polsko-niemieckich. Chodzi o to, że kształtują się one na nowo nie tylko po tragicznych doświadczeniach odległej już o jedno pokolenie ostatniej wojny. Na ich obraz wpływają również powojenny podział Europy i dominująca pozycja Moskwy w Europie wschodniej i centralnej, której narody tego obszaru – w tym również naród polski – nie akceptują.

W polityce wschodniej Bonn liczy się oczywiście w dużym stopniu fakt, że od 30 lat rządzą w Warszawie komuniści. To samo odnosi się zresztą do wschodnich prowincji Niemiec, uformowanych ćwierć wieku temu w kształt polityczny NRD. Nie ma jednak kwestii, że ani w Polsce, ani w Niemczech wschodnich obywatele nie mieli – i nie mają – prawa wyboru systemu rządów. O komunistycznych formach ustrojowych PRL i NRD oraz innych krajów tego rejonu decydowała wola Moskwy, i to w warunkach okupacji tej części Europy przez Armię Czerwoną.

Dla polityków niemieckich z Bonn, którzy niedawno temu nawiązywali kontakty gospodarcze i polityczne z reżimem Gomułki, a kontynuują te kontakty z reżimem Gierka – charakter rządów w Warszawie jest dobrze znany. „Otwarcie na wschód” oznacza w tym wypadku wyciągnięcie konsekwencji politycznych z utrwalonego po wojnie podziału Europy. I to jest zrozumiałe. Nie dziwimy się więc tej polityce, bo przy aktualnym układzie międzynarodowym jest ona zrozumiała. Dlatego zresztą układ Warszawa-Bonn demokratyczna emigracja polska na zachodzie oceniła dodatnio. Traktujemy go bowiem nie jako doraźne porozumienie polityczne rządów w Bonn i w Warszawie, lecz jako akt historycznego pojednania niemiecko-polskiego.

Natomiast patrząc na rozwój stosunków dyplomatycznych Warszawa-Bonn z pozycji demokratycznego socjalizmu polskiego, który we własnym kraju jest przez dyktaturę komunistyczną prześladowany i postawiony poza prawem, wyrażamy zaniepokojenie, gdyż dostrzegamy, że przy tej okazji w pewnych kołach rządzącej w RFN socjaldemokracji – ideowo nam bliskiej – rozgrzeszana jest niejako dyktatura komunistyczna zainstalowana w Warszawie.

Wprawdzie w liberalnej, wiktoriańskiej Anglii także rozgrzeszano stosunki dyplomatyczne z najbardziej okrutnymi tyraniami – posługując się wygodnym sloganem, że „handlować można nawet z ludożercami” – ale po pierwsze był to jednak wiek dziewiętnasty, a nie schyłek dwudziestego, a po drugie nikt szanujący się nie traktował wtedy w Anglii „ludożerców” na serio. Przypomniawszy o tym, niech nam będzie wolno dorzucić, że nie wyrażamy zdziwienia z powodu wymiany handlowej państw zachodnich z państwami rządzonymi przez komunistów. Natomiast dziwi nas i drażni, gdy przy okazji tych kontraktów handlowych idą w zapomnienie fakty mówiące o nieludzkich rządach w tych krajach, rządach sprawowanych z pogwałceniem podstawowych praw człowieka ogłoszonych w karcie Narodów Zjednoczonych.

Zgadzamy się, że w ramach propagowanego ostatnio odprężenia w stosunkach wschód-zachód szersze kontakty polityczne są nieuniknione, zwłaszcza w stosunkach państwowych. Ale źle by się stało, gdyby w ramach tych kontaktów rozgrzeszono komunistyczne rządy terroru policyjnego i wyzysku pracy. A do tego właśnie zmierzają komuniści, co zresztą widać tak wyraźnie w poczynaniach polskiej kompartii, występującej pod szyldem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Chcą oni bowiem, aby np. SPD traktowała ich partię jako polską odmianę socjalizmu, chociaż sami w sprawach niemieckich opowiadają się za programem DKP.

Tak się zresztą składa, że dążąc do „odideologizowania” poczynań demokracji zachodnich w stosunku do państw bloku wschodniego, ideolodzy komunizmu głoszą konieczność własnej mobilizacji doktrynalnej. Podkreślają nawet, że dla nich, jeśli chodzi o ich stosunek do Zachodu, polityka „odprężenia” i współpracy nie może być równoznaczna z zaniechaniem ofensywy ideologicznej. Dlatego w ramach centralnie uzgodnionego programu – na odcinku wewnętrznym bloku – Moskwa realizuje kurs tzw. integracji, i to we wszystkich dziedzinach, od gospodarki poczynając, a na kulturze kończąc. Jednocześnie – jak to ujawnił w połowie tego roku jeden z członków Politbiura polskiej kompartii (Jan Szydlak, który wypowiedział się w tej sprawie w teoretycznym organie PZPR – „Nowych Drogach) – obóz komunistyczny będzie kontynuował i stale wzmacniał swoją ofensywę ideologiczną na demokracje zachodnie.

Wychodząc z tych założeń, rządy i partie bloku komunistycznego popierają – i wspomagają – zachodnie partie komunistyczne. M.in. z protekcji takiej korzysta również kompartia zachodnioniemiecka DKP, która działa legalnie w RFN. W protegowaniu DKP ma także swój udział kompartia polska, z którą na płaszczyźnie państwowej układa się socjalistyczno-liberalny rząd w Bonn. Np. osławiony w Polsce Ryszard Wojna, wypowiadając się na łamach prasy PZPR, za prawidłowy program rozwoju RFN uważa program DKP. Naturalnie wolno mu tak uważać, rzecz jednak w tym, że w odwrotnym kierunku w stosunkach Warszawa-Bonn krytyczne opinie prasy niemieckiej o sytuacji politycznej w PRL poczytywane są natychmiast jako akt ingerencji, a co najmniej niepożądanego wtrącania się czynników obcych w wewnętrzne sprawy Polski.

Albo taka sprawa. Dygnitarze i dziennikarze komunistyczni z PRL odwiedzający ostatnio Niemcy Zachodnie kontaktują się otwarcie – i ostentacyjnie – z działaczami i funkcjonariuszami DKP, niewiele zresztą w Niemczech znaczącej. Uważają oni to postępowanie za właściwe i zasługujące na propagandowe podkreślenie w prasie polskiej. Oczywiście z ich doktrynalnego punktu widzenia jest to wszystko słuszne, gdyż ich właściwym partnerem są w RFN komuniści. Nie słyszy się jednak, aby politycy z SPD, którzy również dość często odwiedzają Polskę, dopytywali się tam o działaczy socjalistycznych, a przynajmniej zaznaczali po powrocie, że im z opozycją socjalistyczną w Polsce kontaktować się nie wolno. Gorzej, odnosimy wrażenie, że nie doceniają również możliwości kontaktów z socjalistami polskimi na emigracji, chociaż nie ma kwestii, że socjalizm demokratyczny stanowi jedyną alternatywę rządów komunistycznych w Europie wschodniej. Przeciwnie, zdarza się nawet, że ten i ów dobrze zorientowany w tych sprawach działacz SPD nie poprzestaje podczas wizyt w PRL na kontaktach oficjalnych typu państwowego czy gospodarczego i zawodowego, lecz bez żadnego politycznego uzasadnienia kontaktuje się ponadto z funkcjonariuszami aparatu PZPR.

To zaś nie tylko drażni polską opinię demokratyczną na emigracji, ale wywołuje również zdziwienie w społeczeństwie polskim w kraju. Zdarzyło się bowiem i tak, że po jednej z takich wizyt – na szczęście tylko dziennikarskich – w oficjalnym organie SPD „Vorwärts” pisano o PRL jako kraju socjalistycznym (bez cudzysłowu), a o PZPR jako o partii socjalistycznej, chociaż nic oficjalnie nie wiadomo, aby kompartia polska zmieniła program na demokratyczny.

Nie można się dziwić, gdy takie postępowanie niektórych członków SPD budzi rozgoryczenie wśród polskich socjalistów. W naszym pojęciu nie służy ono rozwojowi dobrosąsiedzkich stosunków polsko-niemieckich. Jasne jest bowiem, że emablowania komunistów nie poczytuje się w Polsce za działanie na rzecz interesów narodu polskiego.

Dysponujemy zestawieniem sporej listy (ponad dwudziestu) poważnych delegacji SPD różnego szczebla, które wizytowały PRL w ostatnich pięciu latach. Zakładamy, że wszystkie te wizyty były celowe i dobrze przygotowane. Jednak we wszystkich wypadkach, niezależnie od tego, czy chodziło o spotkania na szczeblu rządowym, czy tylko parlamentarnym, względnie gospodarczym lub kulturalnym – strona komunistyczna wygrywała te spotkania propagandowo na rzecz podbudowaniu autorytetu swojej władzy. Natomiast goście niemieccy, nawet po powrocie do własnego kraju, wypowiadali się z przesadną ostrożnością, aby przypadkiem nie posądzono ich w Warszawie o to, że są polskim komunistom nieprzychylni.

I przeciwnie, w tym samym czasie dygnitarze i dziennikarze z PRL objeżdżający RFN ani myśleli o przypodobaniu się niemieckiej socjaldemokracji, lecz, gdzie tylko mogli, wbijali jej szpile. Typowe były pod tym względem korespondencje z Bonn dziennikarzy z legitymacją PZPR czy objazdowe występy takiego znawcy zasad demokracji jak na przykład Juliusz Bartosz z wrocławskiej „Gazety Robotniczej”. Ten ostatni obrażał się nawet na pytania młodzieży niemieckiej, dlaczego w Polsce rządzą komuniści?

Oczywiście tym, co wypisuje we wrocławskim organie PZPR ów Bartosz przejmować się nie warto. To tylko propaganda i to jednokierunkowa, na szczęście nieskuteczna w społeczeństwie, które nie ma zaufania do monopolistycznej prasy. Groźne jest jednak, jeśli tego rodzaju osobników prezentuje się w Niemczech Zachodnich jako przedstawicieli narodu polskiego, a nie jako rzeczników dyktatury panującej nad tym narodem.

Jaki stąd wniosek?

Może wypływać tylko jeden. Taki mianowicie, że komuniści – i to nie tylko polscy – gdy znajdą się w trudnościach, zwłaszcza gospodarczych, zabiegają się o współpracę z rządami demokratycznymi i nie brzydzą się nawet wyciągać rękę do rządzących „socjal-zdrajców”. Nigdy jednak rządów demokratycznych nie szanują, ale wichrzą przeciwko nim, popierając jawnie i wspomagając skrycie różne elementy komunistyczne. Natomiast tam, gdzie sami rządzą, niszczą i tępią socjalistów oraz demokratyczną myśl socjalistyczną.

Inaczej mówiąc, gdy przy układach międzynarodowych z rządami komunistycznymi socjaldemokraci przymykają oczy na praktyki dyktatury typu leninowskiego i lekceważą w tych krajach interesy swoich własnych ideologicznych przyjaciół – komuniści postępują wręcz przeciwnie. Targują się w sprawach gospodarczych i czasem nawet ustępują, ale w sprawach polityczno-doktrynalnych pozostają nieprzejednani. Zakładają, że na dalszą metę zawsze potrafią przechytrzyć swoich zachodnich kontrahentów.

Nie chodzi nam tu o wymówki pod adresem przyjaciół ideologicznych z Bonn. Na to jest miejsce przy innych okazjach. Chodzi po prostu o szerzej pojmowany interes socjalizmu demokratycznego i polityki socjalistycznej w stosunkach z komunistami.

Chodzi o wskazanie na doświadczenia polskiego socjalizmu, które w Niemczech Zachodnich winny mieć większe zrozumienie, chociażby ze względu na fakt, że w NRD socjalistów potraktowano tak samo jak w PRL. Różnica między Polską a Niemcami jest pod tym względem tylko ta, że socjaliści ze wschodniej strony Łaby mogą szukać schronienia – i kontynuować działalność – w RFN.

My, socjaliści polscy, takiej możliwości nie mamy. Dlatego nasza działalność polityczna skoncentrowana jest obecnie na pozycjach emigracyjnych. Natomiast w kraju, gdzie ideały demokratycznego socjalizmu ciągle są żywe w środowisku robotniczym, klasa robotnicza wywiera coraz poważniejszy nacisk na aparat komunistycznej dyktatury. Na tym głównie polegają przeobrażenia zachodzące w PRL po grudniowym buncie robotników Wybrzeża Gdańskiego i Wybrzeża Szczecińskiego. Ten fakt także zasługuje na uwzględnienie przy kształtowaniu stosunków Warszawa-Bonn, gdyż w dalszej konsekwencji przeobrażeń zachodzących w Polsce – zwłaszcza w wypadku podobnych zmian w Sowietach – zdarzyć się może i tak, że ewentualny przyszły rząd socjalistyczny w RFN może mieć w Warszawie do czynienia z innym partnerem niż komunistyczny. Źle by się więc stało, gdyby w takim zmienionym układzie przesadna układność socjaldemokratów niemieckich wobec komunistów polskich miała zaciążyć na historycznym porozumieniu polsko-niemieckim.

Tadeusz Podgórski
Monachium, październik 1974
__________________________________
Powyższy tekst pierwotnie opublikowano w broszurze „Pięć głosów w sprawach polsko-niemieckich”, Wydawnictwo Komitetu Głównego PPS w Niemczech, Monachium 1974.

Warto przeczytać inne teksty Tadeusza Podgórskiego:

 

 

Tadeusz Podgórski (1919-1986) – przed wybuchem wojny ukończył liceum techniczno-kolejowe, od 1942 r. był żołnierzem Armii Krajowej w zgrupowaniu „Wola”, brał udział w powstaniu warszawskim w ramach zgrupowania „Radosław”, dwukrotnie ranny. Później więziony w obozie w Sandbostel. W latach 1945-46 żołnierz II korpusu we Włoszech. Następnie zamieszkał w Anglii, gdzie związał się z emigracyjnymi środowiskami polskich socjalistów. Pracował jako szlifierz. Pełnił funkcję przewodniczącego Komitetu Głównego PPS w północnej Anglii oraz był członkiem Centralnego Komitetu PPS. W roku 1965 w związku z rozpoczęciem pracy w dziale robotniczym Radia Wolna Europa zamieszkał w Niemczech, gdzie wybrano go przewodniczącym Komitetu Głównego PPS w tym kraju. W 1982 r. wybrano go przewodniczącym Komitetu Centralnego PPS. Był redaktorem naczelnym socjalistycznego pisma „Przemiany”, odegrał wielką rolę w zjednaniu dla socjalizmu członków ostatniej fali polskiej emigracji politycznej, po roku 1981. W roku 1985, po przejściu na emeryturę, wrócił do Anglii. Był reprezentantem PPS w emigracyjnym parlamencie – Radzie Narodowej RP. Bliski współpracownik i uczeń Adama i Lidii Ciołkoszów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *