Tadeusz Podgórski

Bezwolny kolos

[1967/68]

Komunistyczne kierownictwo Centralnej Rady Związków Zawodowych (CRZZ) święciło w czerwcu 1967 roku pozorny tryumf. VI Kongres związkowy odbyty w Warszawie wywiązał się z postawionych mu przez partię zadań. Był rodzajem manifestacji rzekomej solidarności mas z tzw. władzą ludową.

Obrady kongresu, na który stawiło się blisko 1200 delegatów oraz drugie tyle gości i dygnitarzy jakoby reprezentujących ośmiomilionową rzeszę związkowców, przesłaniał wytarty slogan propagandowy o „jedności spraw produkcji i bytu”. W praktyce – jak wszystkim w Polsce wiadomo – oznacza to całkowite podporządkowanie interesów socjalno-bytowych mas wymogom narzuconych przez partię planów produkcyjnych.

Plon obrad przedstawiał się mizernie. Z ogromnej rzeszy delegatów żaden nie odważył się na zademonstrowanie własnego zdania. Co prawda kilku bardziej powiązanych z załogami różnych fabryk, kopalń czy hut mówiło oględnie o rzeczywistych bolączkach ludzi pracy, ale tylko w ramach dokładnie wyreżyserowanej maskarady „ludowo-demokratycznej” praworządności. Oczywiście, nie miało to praktycznego znaczenia.

Być zresztą może, że nie wszystko się w tej reżyserii udało. Być może na komisjach trafiły się jakieś odważniejsze wystąpienia, bo jest rzeczą charakterystyczną, że tym razem – inaczej, niż po dwóch poprzednich kongresach popaździernikowych – ogromna większość z zabierających głos, aż około 380 delegatów, została przez prasę komunistyczną, tak partyjną jak związkową, zupełnie przemilczana. Ogłoszono jedynie skróty kilkunastu przemówień na plenum kongresu. Były to głosy prawie wyłącznie czołowych aktywistów partyjnych, odkomenderowanych do związków zawodowych. Wszystkie przemówienia tego typu cechowała całkowita potulność wobec władz. Nie ma się zresztą czemu dziwić, bo przecież były odczytane z kartek przez starannie wyselekcjonowanych „rzeczników” poszczególnych związków.

Referat Ignacego Logi-Sowińskiego, przewodniczącego CRZZ, a ściśle biorąc namiestnika Gomułki nad ruchem zawodowym, był wzorowym popisem „mowy-trawy”. Roił się cyframi i uogólnieniami, z których nic nie wynikało. Powtarzał jota w jotę znane skądinąd stanowisko partii. Był wyzbyty nawet cienia samodzielności. Operował tylko ogranymi sloganami, nie postulował zaś żadnych konkretnych żądań pracowniczych.

To samo cechowało tezy kongresowe, stanowiące podstawę uchwały zasadniczej, a ogłoszone na dwa tygodnie przed kongresem, aby masy nie zdążyły się do nich ustosunkować. Akceptowano tam zasadę podporządkowania ruchu zawodowego woli kierownictwa partii. Wyrażono zadowolenie z dotychczasowych „osiągnięć” klasy robotniczej pod rządami komunistycznymi i nieśmiało, jak gdyby mimochodem zwracano uwagę na niektóre najbardziej rażące w odczuciu mas dolegliwości życia codziennego. Lecz nie stawiano przy tym żadnych żądań, wskazywano jedynie na celowość załatwienia tych przykrych spraw „w odpowiednim czasie”. Zaznaczano przy tym uprzejmie, że władze wiedzą o tych problemach i „w miarę możności”, gdy przyjdzie pora, „należycie” je uregulują. Tak grzeczne pod adresem rządu tezy programowe może opracować tylko ruch komunistyczny w państwie pod władzą komunistów.

O głośnej w swoim czasie antysemickiej i antyizraelskiej mowie samego „szefa” Gomułki, który wykorzystał trybunę kongresu związkowego do zadeklarowania niewolniczej powolności wobec koniunkturalnej polityki Moskwy w jej rozrachunkach z Izraelem – rozwodzić się nie warto. Nie było w niej żadnych elementów interesujących masy robotnicze. (Wykorzystana propagandowo przez Gomułkę deklaracja o podwyżkach rent i emerytur była już zapowiedziana wcześniej w tezach kongresowych).

Aby obraz kongresu był pełniejszy, dodajmy, że cała armia aktywistów przygotowywała go od przeszło półtora roku (od listopada 1965 do końca czerwca 1967). Tu trzeba przyznać, że początkowa kampania sprawozdawczo-wyborcza w zakładach pracy była bardziej interesująca od samego kongresu. Na konferencjach zakładowych poddawano krytyce, często nawet bardzo ostrej, system działalności związkowej, stosunki produkcyjne, nadużycia administracji wobec załóg, a nawet lekceważenie interesów klasy robotniczej przez władze partyjno-rządowe. W wyniku tych konferencji, robotnicy zmienili w 70% zakładowy aktyw związkowy. Jednak pośredni wybór delegatów na kongres przesądził o przesianiu oponentów kierownictwa CRZZ. W obradach kongresu echo konferencji zakładowych nie znalazło już odbicia. Selekcja delegatów, przeprowadzona w okręgach i na zjazdach branżowych – zapewniła kongresowi jednomyślność. Nic dziwnego, na sali obrad w Warszawie nie było już niezależnych rzeczników interesów załóg produkcyjnych.

Toteż nie można się dziwić, że VI kongres związkowy miał charakter starannie wyreżyserowanej galówki. Przemawiał – kto był przez górę wyznaczony. Głosowano – jak sobie góra życzyła.

Dla przykładu: Nikt nie ośmielił się zapytać kierownictwa CRZZ, dlaczego przedłużyło sobie bezprawnie mandat o przeszło pół roku? Nikt nie zażądał rozliczenia z uchwał poprzedniego kongresu, które obiecywały masom pracującym zasadniczą poprawę warunków bytu. Nikt nie miał odwagi powiedzieć, że w odczuciu mas stopa życiowa nie uległa w Polsce widocznej poprawie co najmniej od roku 1962. Nikt nie zakwestionował fikcyjnych wyliczeń GUS o wzroście płac realnych. W szczególności nie zapytano, dlaczego do średniej płac wlicza się od roku 1964 premie i nagrody, czego uprzednio nie czyniono. Czyżby szło tu jedynie o statystyczne wykazania wzrostu płac? Nie poddano również krytyce perfidnej polityki PZPR, ukrywającej rozmiary deflacji obniżającej siłę nabywczą zarobków pracowniczych. Nie padł na kongresie ani jeden głos protestu przeciwko nakładaniu na ludzi pracy coraz to nowych ciężarów ekonomicznych, takich chociażby, jak ustawiczne, jawne i ukryte podwyżki cen artykułów pierwszej potrzeby, znaczne podwyżki cen gazu, węgla i elektryczności, niezmierna podwyżka czynszów mieszkaniowych, wzrost cen papierosów czy przecenianie bez uzasadnienia artykułów przemysłowych trwałego użytku, wprowadzenie opłat za niektóre świadczenia służby zdrowia, na co związki nie zgłosiły najmniejszego nawet protestu. Nawet ogłoszona tuż przed kongresem gwałtowna i niespodziewana podwyżka opłat za komunikację miejską nie wzbudziła podczas obrad najmniejszego zainteresowania.

O takich zasadniczych dla robotników sprawach starano się na kongresie w ogóle nie mówić, a przynajmniej nie znalazło to wyrazu w sprawozdaniach i uchwałach.

Co do samych uchwał, sprawa jest dość niejasna. Uchwały dwóch poprzednich kongresów były natychmiast ogłoszone w prasie. Tym razem tego nie uczyniono. Zasadnicza uchwała nie dotarła do szerokich rzesz robotniczych. Podano tylko do wiadomości, że zapadła jednomyślnie. Później jednak okazało się, że to twierdzenie propagandy partyjnej niezupełnie odpowiadało prawdzie. Do projektu uchwały zgłoszono 80 poprawek, a ostateczną jej treść, już w parę tygodni po kongresie, spreparowali etatowi aparatczycy z kierownictwa CRZZ. Jakiej natury i jak zasadnicze były poprawki, nie ujawniono. Wynika z tego, że kierownictwo związkowe pod kontrolą Logi-Sowińskiego nie stara się nawet o zachowanie pozorów, lecz wręcz lekceważy opinię mas.

Ukrycie przed opinią tekstu zasadniczej uchwały, gdy w „Głosie Pracy” nie omieszkano ogłosić następnego dnia po kongresie tasiemcowej uchwały o młodzieży pracującej, jest tego oczywistym dowodem.

Dopiero w szereg tygodni po kongresie, a więc po niewczasie, wystąpił przed mikrofonem Radia Warszawa kierownik zespołu prasowo-wydawniczego CRZZ, Jarosław Karczewski i zapewniał opinię, że każdy z wnioskodawców kongresowych zostanie poinformowany we właściwym czasie „o trybie załatwienia jego wniosku”. Trudno to wyjaśnienie uznać za wyczerpujące. Nie jednostki, lecz cała opinia robotnicza ma prawo i powinna wiedzieć, co i w jaki sposób na kongresie dyskutowano i załatwiano.

Ostatecznie uchwałę kongresu wydano w ograniczonym nakładzie w 5 tygodni po kongresie. Rozprowadzono ją wszakże tylko wśród wyższego lub średniego aktywu związkowego. Dla związkowych mężów zaufania na halach fabrycznych – nie mówiąc już o zwykłych robotnikach – broszur z uchwałą nie starczyło. Niewątpliwie, coś się za tym kryje.

Pewne tło na tę sprawę rzuciła ostatnia drastyczna podwyżka cen mięsa, stanowiąca wyraźny zamach przywódców PZPR na i tak już niską stopę życiową mas pracujących. Nie ulega wątpliwości, że wskutek tej podwyżki cen wzrosły znacznie koszty utrzymania. Otóż paragraf 26 zasadniczej uchwały kongresu przewiduje, że związki zawodowe mają obowiązek opowiadać się za stabilizacją cen i kosztów utrzymania. Jeśli zaś wzrost cen jest nieunikniony, w takim wypadku mają żądać od władz odpowiedniej rekompensaty w podwyżce płac i świadczeń. Wiemy, że po listopadowej podwyżce cen kierownictwo CRZZ tego nie uczyniło. Przeciwnie, zaakceptowało podwyżki cen i kosztów utrzymania bez rekompensaty. Być może właśnie dla takich względów nie rozpowszechniono uchwały kongresu wśród mas robotniczych. Nie chciano po prostu, aby ludzie pracy mieli czarno na białym łatwo dostępne dowody sprzeniewierzania się władz związkowych własnym uchwałom i interesom świata pracy.

Co do składu władz związkowych właściwie nie ma potrzeby nadmieniać, że kongres żadnych poważniejszych zmian nie przeprowadził. Całe prezydium CRZZ pozostało w dawnym, osławionym składzie. Rozdział ról związkowych w obsadzie komisji, wydziałów i zespołów specjalistycznych zaakceptowało – także bez zmian – drugie plenum CRZZ. Bodaj że jedyna zmiana personalna o nieco szerszym znaczeniu, to usunięcie z Głównego Inspektoratu Pracy CRZZ Zdzisława Wierzbickiego i zastąpienie go Henrykiem Kozłowskim.

Trzeba za to wiedzieć, że na 157 członków CRZZ można się tam doliczyć tylko niespełna dwudziestu robotników, a pracowników umysłowych niższych szczebli nie więcej jak czterech. Reszta władz związkowych to profesjonaliści, funkcjonariusze aparatu organizacyjnego, a nawet typowi przedstawiciele administracji przemysłowej. Tak więc w składzie CRZZ znalazło się nie wiadomo na jakiej podstawie i jakim prawem aż 12 dyrektorów przedsiębiorstw oraz 24 przedstawicieli wyższych i średnich szczebli administracji państwowej. Uzupełnia ten skład 9 prezesów centralnych instytucji państwowych, ze zrozumiałych chyba względów bardziej związanych z aparatem władzy komunistycznej niż ze światem pracy.

A zatem rzecznikami interesów świata pracy w Polsce „Ludowej” są teraz ci sami ludzie, którzy reprezentują interesy państwowego pracodawcy. Na przykład: inż. Henryk Całka, obecny prezes Związku Zawodowego Metalowców, został przesunięty na to stanowisko z funkcji administracyjnej dyrektora wrocławskiego „Konstalu”. Jak na takich przedstawicielach związkowych wychodzi klasa robotnicza, lepiej w ogóle nie pytać. Wystarczy po prostu stwierdzić, że jedną z czołowych ról odgrywa w CRZZ niejaki Józef Kofman, zastępca przewodniczącego Komitetu Pracy i Płac, a więc dygnitarz państwowy, który z urzędu pertraktuje ze związkami w sprawach warunków pracy i płac. Większym nieporozumieniem może być tylko wybór do CRZZ Edwarda Drzymały, kierownika informacji Wojskowej Akademii Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego.

Po takich „przedstawicielach” masy robotnicze niewiele mogą się w Polsce spodziewać. Nic też dziwnego, że w tej sytuacji – co musiał przyznać nawet gomułkowski tygodnik ,,Polityka” – robotnicy są nieufni wobec uzależnionego od rządu aparatu związkowego oraz rządowej polityki płac.

Pisząc o VI powojennym kongresie związków zawodowych, należałoby jeszcze wyliczyć, czego ten kongres nie załatwił, a co było jego obowiązkiem. Czy jednak warto? Lista tych nie załatwionych, a niezmiernie ważnych dla ludzi pracy spraw, jest bardzo długa. Od zabagnionego i zagmatwanego ustawodawstwa pracy, które od lat doprasza się o kodyfikację – po równie niedbałe, upstrzone setkami protokołów uzupełniających, zbiorowe układy pracy. Od narzuconej jednostronnie przez administrację gospodarczą polityki płac – po biurokratyczne praktyki ubezpieczeń społecznych, praktykujące bezprawne limitowanie zachorowań na poszczególne zakłady pracy. Od bezwładu samorządu robotniczego, który po podporządkowaniu go w r. 1958 zakładowym komitetom partyjnym stał się po prostu fikcją – po zagadnienia ogólnych praw obywatelskich, bez których żaden prawdziwy ruch zawodowy nie może się dobrze rozwijać.

Można tych kwestii wyliczyć znacznie więcej. Można je rozdrobnić na codzienne problemy, namacalne w życiu milionów robotników. Można wyliczać tysiące indywidualnych i zbiorowych krzywd pracowniczych, które powinny znaleźć swe echa na kongresie związkowym, lecz nie trafiły tam we właściwej, konkretnej formie. Można mówić o rażących zaniedbaniach bezpieczeństwa pracy, szykanach administracyjnych wobec robotników, zacofanych warunkach produkcji nawet w tak ogromnych zakładach, jak stocznia gdańska czy szczecińska, gdzie w tysiącach wypadków przyprawiono ludzi o inwalidztwo, można mówić o niezliczonej ilości spraw, którymi związki zawodowe zajmować się powinny, a niestety nie zajmują.

Ale w danej chwili najistotniejsze jest być może co innego. Cały blok sowiecki wszedł ostatnio na drogę realizacji tzw. nowego modelu gospodarczego. Polega to przede wszystkim na stopniowej decentralizacji zarządzania gospodarką narodową i – co za tym idzie – wyposażaniu dyrektorów poszczególnych przedsiębiorstw w coraz to szersze uprawnienia. Najdalej zaangażowane w realizacji tego programu są Jugosławia, Czechosłowacja i Węgry. Można tam zaobserwować jego osiągnięcia i skutki mniej przyjemne. Można ustalić nowy charakter i rolę ruchu zawodowego, który przy tym systemie przestaje być dawną „transmisją partii do mas”. W krajach tych rola związków zawodowych, prawda, że nieznacznie, jednak wzrasta. Pod niektórymi względami stają się one w jakimś tam ograniczonym stopniu samodzielne. Na przykład: ruch zawodowy w Jugosławii wywalczył już sobie w pewnym zakresie zgodę partii i władz państwowych na organizowanie strajków robotniczych, jeśli administracja nie dopełnia robotnikom kontraktów pracy lub gdy warunki pracy zagrażają zdrowiu czy życiu załóg. Jest to niewątpliwie osiągnięcie pozytywne. W Czechosłowacji związki zawodowe przeforsowały zasadę dopasowywania zbiorowych układów pracy do warunków każdego przedsiębiorstwa. I na tym robotnicy tego kraju coś niecoś skorzystali. Jeszcze inaczej ma się sprawa na Węgrzech. Tam przywódca komunistycznych związków zawodowych, Sandor Gaspar, odpowiednik „naszego” Logi-Sowińskiego, postawił na innego konia. Wziął na ambicję i dąży do tego, aby działacze związkowi, nawet komuniści, posiadali możliwie szeroką niezależność od kierownictwa partii. Aby stali na stanowisku interesów pracowniczych i byli dla administracji przy ustalaniu warunków pracy i produkcji partnerem, nie zaś – jak dotychczas – sługą. Postawa ta zrodziła się ze zrozumienia faktu, że realizowana w nowym systemie gospodarczym decentralizacja zarządzania musi być zrównoważona decentralizacją działalności organizacyjnej ruchu zawodowego. Że naprzeciw dyrektora przedsiębiorstwa, dysponującego szerokimi uprawnieniami administracyjno-gospodarczymi, powinni stać działacze związkowi z odpowiednio szerokimi uprawnieniami organizacyjno-społecznymi, zdolni do rzeczywistej obrony interesów pracowniczych. Gdzie to nie następuje, tam administracja przerzuca samowolnie na barki robotników wszystkie ciężary związane ze wzrostem produkcji.

Pełne rozwiązanie tego problemu w systemie dyktatury partii komunistycznej jest niemożliwe, bo przywódcy komunistyczni nie ścierpią nigdy całkowitej niezależności ruchu zawodowego. Ale nawet to, co już osiągnęli Jugosłowianie, Czesi, Słowacy czy Węgrzy, pod wieloma względami mogłoby być dla robotników polskich atrakcyjne. Przykro jest przy tym stwierdzić, że bezpośrednio po okresie stalinowskim postępy cząstkowej demokratyzacji w Polsce wskazywały drogę innym społeczeństwom pod rządami komunistycznymi, gdy dziś sytuacja ma się zgoła odwrotnie.

W szczególności, nie rozumie tych problemów obecne, całkowicie bezduszne i zbiurokratyzowane do szpiku kości kierownictwo CRZZ. Loga-Sowiński nie dopuścił na VI kongres związkowy ani odrobiny świeżego powietrza, ani zalążka nowych, tak koniecznych w tej organizacji koncepcji. Wykazał natomiast, że wraz z nim CRZZ i cały jej szeroko rozbudowany aparat terenowy tkwią na strupieszałych podwalinach epoki stalinowskiej. Toteż nic dziwnego, że lęka się on zmian w obawie, że lada podmuch może go zgasić jak świecę. I prędzej czy później musi to wreszcie nastąpić.

Jednak na razie gomułkowski aparat związkowy tamuje nurt przemian, bo nie ufa masom robotniczym, chociaż propagandowo głosi, że ich broni i reprezentuje. Jest to taka sama prawda, jak gdyby zaraza była w stanie reprezentować zdrowie. A zdrowiem polskiego ruchu zawodowego może być tylko wolność, której przywódcy komunistyczni boją się jak słoma ognia. Dlatego tak uparcie tłamszą polski ruch zawodowy rygorami partyjnej dyscypliny i administracyjnej zależności. Nawet tam, gdzie z konieczności życiowej nastąpiła pewna decentralizacja uprawnień – jak w wypadku poszerzenia działalności zarządów okręgowych czy komisji wojewódzkich lub powiatowych – kierownictwo CRZZ dokłada wszelkich starań i zabiegów, aby ciała te nie stały się z czasem terenowym przedstawicielstwem mas pracujących. Woli, aby zachowały charakter partyjno-rządowych „urzędów pracy”.

Oto zasadniczy dylemat powojennego ruchu zawodowego w Polsce. Masy nie mają zaufania do funkcjonariuszy związkowych, ci zaś traktują te masy z pogardą, chociaż głoszą, że występują w ich imieniu. VI kongres z czerwca 1967 roku potwierdził tylko ten stan rzeczy. Wykazał, że powojenny ruch zawodowy w naszym kraju – choć w innych krajach komunistycznych jest już nieco inaczej – pozostaje spętany rygorami dyspozycji kierownictwa PZPR. Stanowi to jednocześnie dowód, że komuniści ciągle jeszcze nie posiadają w Polsce dostępu do serc i umysłów robotniczych. Chociaż narzucili przemocą swój system rządów, chociaż posiadają monopol władzy i propagandy, mimo faktu, że stan ten istnieje już ponad dwadzieścia lat, nie potrafili robotników do swego systemu przekonać ani wdrożyć. Właśnie zdając sobie z tego sprawę tym bardziej rozpaczliwie walczą o utrzymanie monopolu władzy, tym mocniej krępują również ruch zawodowy.

W rachunku historycznym, gdy kiedyś załamią się ich rządy, oznacza to dla ruchu komunistycznego całkowitą i bezapelacyjną klęskę.

Tadeusz Podgórski

________________________________

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Lewy Nurt”, zeszyt 2, zima 1967/68, nakładem Centralnego Komitetu Polskiej Partii Socjalistycznej w Londynie, od tamtej pory nie był wznawiany.

Tadeusz Podgórski (1919-1986) – przed wybuchem wojny ukończył liceum techniczno-kolejowe, od 1942 r. był żołnierzem Armii Krajowej w zgrupowaniu „Wola”, brał udział w powstaniu warszawskim w ramach zgrupowania „Radosław”, dwukrotnie ranny. Następnie więziony w obozie w Sandbostel. W latach 1945-46 żołnierz II korpusu we Włoszech. Następnie zamieszkał w Anglii, gdzie związał się z emigracyjnymi środowiskami polskich socjalistów. Pełnił funkcje przewodniczącego Komitetu Głównego PPS w północnej Anglii oraz był członkiem Centralnego Komitetu PPS. W roku 1965 w związku z rozpoczęciem pracy w dziale robotniczym Radia Wolna Europa zamieszkał w Niemczech, gdzie wybrano go przewodniczącym Komitetu Głównego PPS w tym kraju. W roku 1985, po przejściu na emeryturę, wrócił do Anglii. Był reprezentantem PPS w emigracyjnym parlamencie – Radzie Narodowej RP. Na zjeździe PPS w Kolonii w 1982 r. wybrany przewodniczącym partii. Bliski współpracownik i uczeń Adama i Lidii Ciołkoszów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *