Maria Turzyma

Kwestia kobieca

[1903]

Księgi święte, zawierające tradycje religijne każdej rasy, mają znaczenie dokumentu historycznego, ponieważ są ostatnim wyrazem etycznych i społecznych wierzeń epoki, w której zostały spisane i ogłoszone jako prawo – a nieodłączna od nich wiara w objawienie nadawała im moc i powagę, broniącą je więcej niż wszelkie inne zabytki kultury czy dziejów danego narodu od przeróbek i naciągań dogodnych dla potrzeb chwili. Dlatego mając zabrać głos w kwestii kobiecej, uważałam za stosowne sięgnąć aż do tych pierwotnych źródeł, które według mniemania ogółu skazały kobietę „od początku świata” na zostawanie pod mocą mężczyzny. Sumienne badania, jakie przeprowadziłam – o ile one były możliwe w zakresie materiału, jaki mieć mogłam pod ręką, wykazały, że wszystkie pierwotne tradycje, zarówno Aryjczyków, jak i Semitów, nie wyłączając Biblii, opisują początek współżycia mężczyzny i kobiety jako równych i podobnych sobie istot, nazwanych jednakowo przez Stwórcę mianem człowieka.

Bundehesz, księga święta, zawierająca niezmiernie stare tradycje Aryjczyków, ustanowione jako prawo przez Zarathustrę, opowiada o początku ludzi na ziemi w tych słowach:

„O rodzaju człowieka powiedziano jest w ustawie: Oczyszczone w słońcu nasiona wyrosły po czterdziestu latach z ziemi na nowiu miesiąca Mithry, Maschiah i Maschianeh, pod postacią wielkiej Reiwas, rośliny o jednym pniu, piętnastoletniej, piętnastolistnej, w ten sposób, że ręce ich zarzucone poza uszy splatały się ze sobą; byli jednej postaci i jednego kształtu, od połowy zrośnięci razem; tak podobnej byli postaci, że trudno było odróżnić, które jest mężczyzną, a które kobietą i jak blask Ahury w nich się przejawia.

Potem wyrośli oboje z postaci drzewa do postaci ludzkiej. A blask ten duchowym sposobem przeniknął w nich, który duszą jest – i teraz rosło drzewo dalej tymże sposobem, wydając jak owoce dziesięć gatunków ludzi.

Wtedy rzekł do nich Ahura, do Maschiah i do Maschianeh: »Ludzie jesteście; rodzicami żyjących jesteście, jesteście stworzeni przeze mnie czyści i doskonałego umysłu; czyńcie dzieła prawa doskonałym umysłem: dobre myśli myślcie; dobre słowa mówcie; dobre dzieła czyńcie i nie składajcie ofiar złemu«. Każde z nich dwojga myślało sobie: cieszy się jedno z drugim, że jest człowiekiem”.

Jak widzimy, ta przed tysiącami lat z najstarszych tradycji wysnuta opowieść o początku człowieka, zaznacza z największym naciskiem równość mężczyzny z kobietą: wyrośli z jednego pnia równi i podobni sobie tak, że nie robiono różnicy między mężczyzną a kobietą – tchnienie Ahury, boga światłości, jedną w nich ożywiło duszę, który rzekł do nich – „do Maschiah i Maschianeh” – dodaje prawodawca, jakby chcąc wszelkie usunąć wątpliwości: „ludzie jesteście!”. I cieszyło się jedno z drugim, że jest człowiekiem. Jakże daleko odbiegliśmy od tej tradycji, my Aryjczycy, noszący w utajonych instynktach dusz naszych wieczną, nieukojoną tęsknotę za pierwotnymi objawieniami ducha naszej rasy, jak systematycznie zabijamy nasze człowieczeństwo, którym tak cieszyli się prarodzice nasi, odnajdując je w sobie wzajem – my melancholicy zatruci wieczystą nostalgią za duchową naszą ojczyzną.

W biegu wieków nastąpił między kobietą a mężczyzną rozdział i dusza ich rozdwoiła się i różnymi poszła drogami na dwoje rozdarta. I stawali się coraz mniej do siebie podobni, coraz dalsi sobie i coraz rzadziej mogło się cieszyć jedno z drugim „że jest człowiekiem”. Dlatego coraz trudniejszym i coraz samotniejszym stawało się życie zarówno kobiety jak i mężczyzny, bo nie odnajdując w sobie człowieka, nie znajdowało jedno w drugim oparcia.

Wielu badaczy przypisuje zmianę tę tradycjom semickim, na których od paru tysięcy lat opiera się prawo cywilizowanych narodów, a którym przypisują specjalnie postawienie kobiety „od początku świata” pod władzę i panowanie męża. Posłuchajmy, co mówi Genesis:

„I uczynił Bóg bestie ziemne według rodzajów i bydło i wszelki ziemiopłaz według rodzaju swego. I widział Bóg, że było dobre.

I rzekł: Uczyńmy człowieka na obraz i podobieństwo nasze: a niech przełożony będzie i ptactwu powietrznemu i bestiom i wszystkiej ziemi i nad wszelkim płazem, który się płaza po ziemi.

I stworzył Bóg człowieka na wyobrażenie swoje, na wyobrażenie Boże stworzył go: mężczyznę i białogłowę stworzył je.

I błogosławił im Bóg i rzekł: Rośnijcie i mnóżcie się i napełniajcie ziemię i czyńcie ją sobie poddaną”.

Tyle o stworzeniu człowieka: mężczyzny i niewiasty, mówi pierwsza księga rodzaju, a więc najstarsza tradycja semicka. Jak widzimy, nie ma jeszcze zaznaczonej żadnej różnicy między mężczyzną a niewiastą. Stworzył Bóg człowieka: „mężczyznę i niewiastę, stworzył je” i oddał im obojgu w poddaństwo ziemię ze wszystkim, co na niej rośnie i porusza się. O poddaniu kobiety mężczyźnie nie ma żadnej wzmianki. W księdze drugiej spotykamy ustęp: „Przetoż opuści człowiek ojca swego i matkę swoją a przyłączy się do żony swej”, co służy za świadectwo, że w pierwotnym ustroju rodziny mąż przychodził do domu żony, nie żona do domu męża, i stwierdza do pewnego stopnia istnienie na początku rodziny macierzystej.

Dopiero w trzeciej księdze rodzaju, a więc w dalszym przebiegu dziejów człowieka, spotykamy skazanie kobiety na życie pełne cierpień i boleści, w zależności od męża. Pod moc i panowanie męża oddaną została kobieta za karę, iż uwierzyła słowu szatana, który obiecywał jej, że otworzą się oczy ich i staną się jako bogowie, wiedzący dobre i złe. Za karę, że do pożądania tej wiadomości złego i dobrego pobudziła swego męża, rozmnożone zostały nędze niewiasty.

Tyle mówi tradycja semicka, ale jednocześnie taż sama tradycja przytacza nam w szeregu wieków, jakie obejmują dzieje wybranego ludu, niezliczoną moc faktów stwierdzających ogromny wpływ kobiety w społeczności izraelskiej, wielką ilość kobiet bohaterskich, nie tylko nie pozostających pod panowaniem męża, ale dzierżących mocą swojego ducha bezpośrednią władzę nad całym narodem – że tylko wspomnę Debborę, o której mówią Księgi Sędziów:

„Ustali mocni w Izraelu i ucichli: aż powstała Debbora, powstała matka w Izraelu”.

„A była Debbora prorokini, żona Lapidoth, która sądziła lud czasu onego”.

„A siedziała pod palmą, którą imieniem jej zwano, między Rama a Bethel na górze Efraim: i chodzili do niej synowie Izraelscy na każdy sąd”.

Jak widzimy, spełniały kobiety w Izraelu, który miał już wtedy za sobą długie wieki kultury i społecznych przeobrażeń, urząd sędziów, który był w owym czasie najwyższą godnością w narodzie, a powiedziane to jest z zupełną prostotą, jako rzecz zupełnie zwyczajna, nie jakiś wyjątkowy wypadek.

I mówią dalej księgi sędziów, że kiedy wezwała Debbora wodza wojsk izraelskich, aby szykował się do boju z nieprzyjacielskimi zastępami:

„Rzekł do niej Barak: Jeśli pójdziesz ze mną, pójdę. Jeśli nie będziesz chciała iść ze mną, nie pójdę. Która rzekła do niego: Pójdę z tobą”.

Taka była moc i powaga tej matki w Izraelu, że sama jej obecność zapalała męstwem serca wojowników i przechylała szalę zwycięstwa na stronę wybranego ludu.

Poniżenie kobiety i niewolnicze jej stanowisko w rodzinie spotykamy dopiero znacznie później, kiedy „objawienie” będące tchnieniem ducha Bożego w człowieku, zaczęli według samolubnych swoich potrzeb i interesów przekręcać i uzupełniać nowymi ustawami prawodawcy-wojownicy zamiast prawodawców-mędrców, stanowiących prawa na początku. Niewolnictwo kobiety utrwaliło się, kiedy prawo pięści i przemocy postawiono ponad prawem rozumu i sprawiedliwości.

Ta sama księga święta Aryjczyków, której tekst przytoczyłam na początku, opowiadając różne dzieje, jakie przechodziła ludzkość w pierwotnym swoim rozwoju, w tych słowach przedstawia zapanowanie złych mocy na świecie:

„Potem grzebali głęboko w ziemi i odnaleźli żelazo. Bili je mocno na płaskim kamieniu i zaostrzyli na siekierę. Wtedy ścięli drzewo i wybudowali z niego chatę drewnianą, a przez ten czyn bezbożny zaszkodzili sobie bardzo. Złe moce zapanowały w nich. Wtedy zaczęli czuć przeciw sobie złośliwą zawiść: jeden porwał się na drugiego: bili się i targali sobie włosy i rozdzierali twarz”.

Początek prywatnej własności, budzącej złe moce wzajemnej zawiści i idące za nimi wojny i łupiestwa, stał się początkiem wszelkiej niewoli, a w pierwszym rzędzie niewoli kobiecej. Tam, gdzie się bili, targali się za włosy i rozdzierali sobie twarze, mężczyzna, jako silniejszy fizycznie, musiał mieć przewagę. Zyskał ją więc i utrzymał aż dotąd, bo dotąd silni mężowie mają odwagę stawiać głośno siłę ponad prawem. Ale jakikolwiek bywał wynik wojen, zawsze następstwem ich stawała się coraz sroższa niewola kobiety. Jeżeli zwycięzcy mężczyźni wzmagali się w sile zabranym na wojnie łupem i niewolnikiem, żony zwycięzców traciły jednocześnie moc swoją i powagę – bo niewolnice-branki stawały się ich rywalkami w domu, którym rządziły przedtem niepodzielnie – a mąż zwycięzca i pan zdobywca, aby utrzymać ład między żoną a niewolnicą, nakładał pęta na jedną i na drugą jako prawodawca będący jednocześnie panem życia i śmierci, bo miał prawo śmierć zadać.

Pierwsze prawa oddające kobietę pod moc mężczyzny, były prawami zmuszającymi ją do miłości, który był jej panem, czy jako mąż zdradzający, ale niedopuszczający zdrady – czy jako pan zdobywca, żądający ciała swej branki, choćby dusza jej była jednym płomieniem nienawiści i pogardy dla niego.

I to była pierwsza niewola kobiety, niewola ciała. Chciałoby się powiedzieć z Multatulim: i tak jest po dziś dzień.

Dusze jednak kobiece buntowały się po wszystkie wieki i po wszystkie czasy – i często buntowały się tak, że urągały torturom i śmierci – że zapalały płomienie zemsty, błyskające nożem w ręku lub syczące trucizną w kielichu weselnym przy godowej biesiadzie. I poznali prawodawcy-wojownicy, że jest moc silniejsza od siły pięści i miecza, a duszą się zowie – i że chcąc ujarzmić ludzką istotę, nie wystarczy związać ręce i nogę na głowie postawić – trzeba duszę jej zdeptać i ubezwładnić, trzeba duszę jej zrobić niewolniczą i podłą. I przez tysiące lat, przez wieków tysiące, kładli piętno niewoli na dusze kobiece, od chwili urodzenia córki, która przynosiła wstyd ojcu, a niełaskę matce, przez ciąg całego życia. Z roku na rok – z pokolenia na pokolenie – z wieku na wszystkie wieki, krępowało się te dusze tysiącem zakazów, tysiącem ograniczeń, tysiącem więzów, aby urobić je tak, jakimi mieć je chcieli prawodawcy-wojownicy dla brutalnych swoich żądz.

I to była druga niewola kobiety: niewola duszy. I tak jest po dziś dzień.

Ale można słabe ciało silną pięścią ugiąć i do uległości zmusić, można silną nawet duszę, urabiając ją i wypaczając od samego początku, przytłumić, a nawet zabić, ale chcąc mieć ciało i duszę człowieka na swoje usługi – tego chcieli zawsze prawodawcy-wojownicy od kobiety – należy temu człowiekowi dać jeść. I dawali po wszystkie wieki mężczyźni jeść kobiecie, ale za to uważali ją za swoją rzecz, za swoje zwierzę domowe, zwierzę juczne i robocze jak wół, jeżeli mężczyzna był biedny lub zły – zwierzę zbytkowne i leniwe jak pokojowy piesek – jeżeli mężczyzna był bogaty lub dobry – ale zawsze jako część żywego inwentarza, stanowiącego własność żywiciela, zaprzedany za chleb, który dostaje, choć za chleb ten płaci ciałem i duszą, niewolą lub hańbą, a często jeszcze ponadto pracą i znojem, przechodzącym nierzadko miarę ludzkich sił.

Według wszystkich praw dyktowanych przez prawodawców-wojowników, które w znacznej części utrzymały się aż dotąd, władza nad kobietą i dziećmi spoczywała dlatego w rękach ojca rodziny, ponieważ on nazywał się żywicielem, ponieważ on rozporządzał majętnością, choćby to była majętność żony, ponieważ on szacował pracę kobiety, nie miarą jej znoju i zasługi, ale miarą swoich wymagań. Nigdy nie było wolno wziąć kobiecie chleba bezpośrednio tą ręką, która go zapracowała, tylko musiała dostać go z ręki męża lub pana swego, bo była ona jego własnością, więc i praca jej i korzyść z niej do niego należała, a to co otrzymywała dawał jej on. Kobieta nosiła, rodziła, karmiła dzieci, pracowała od świtu do wieczora, a często, jak powiada Pismo święte, nie gasi kaganek jej i w nocy, przysparzała dóbr mężowi i mnożyła bogactwo kraju, ale tego wszystkiego panem był on – dając jej z łaskawości swojej tyle, ile uznał za stosowne lub dogodne dla siebie.

I to była trzecia niewola kobiety, niewola chleba, która trwa aż po dziś dzień.

***

Te trzy niewole: ciała, ducha i chleba, oddające kobietę według słów Pisma „pod moc mężową”, ujmowane w pisane lub obyczajowe prawa przez prawodawców-wojowników stawiających siłę jako prawo, znalazły ostatni swój wyraz w prawie podyktowanym przez ostatniego wojownika-zwycięzcę, rozstrzygającego losy narodów szpadą, dającego ludom jedną ręką konstytucje, a drugą królów kuzynów i królowe kochanki, w prawie spisywanym pospiesznie na bębnach obozowych, aby nie tracić czasu między jedną bitwą a drugą. Napoleon Wielki był prawdopodobnie ostatnim prawodawcą-wojownikiem, ale ponieważ na kodeksach jego opiera się po dziś dzień prawodawstwo cywilne wielu krajów w Europie, w innych niektóre paragrafy, zwłaszcza te, które odnoszą się do kobiety, bywają dotąd w wypadkach spornych stosowane jako rozstrzygające słowo, pragnę zatrzymać się nad nim trochę dłużej. Może paragrafy te, obowiązujące dotąd w czystej lub cokolwiek zredukowanej formie, jako ustawa, na zasadzie której odbywają się sądy, odpowiedzą przekonywającą siłą faktu na sceptyczne uwagi i złośliwe uśmiechy, jakie wywołują zawsze wyrazy „niewola kobiety” u tych, co z prostoduszną rezygnacją twierdzą, że „przecież my rządzimy światem, a nami kobiety”.

A więc co do niewoli pierwszej, niewoli ciała, tak strasznie poniżającej dla ludzkiej godności, przez zniżenie człowieka-kobiety do roli biernego organu spełniającego pewne funkcje z obowiązku lub za pieniądze, bez względu na osobistą chęć lub wolę. O ile dobiorą się ludzie, którym jest dobrze ze sobą, którzy mogą się porozumieć i ułożyć wspólne życie tak, żeby przynajmniej znośnym było – wtedy interwencja prawna jest zbyteczną – ale jeżeli życie ich się poplącze, jeżeli stanie się dla jednej choćby strony poniżeniem i męką, zobaczymy jak rozstrzyga kodeks:

§ 229 kod. cyw. „Mąż będzie mógł żądać rozwodu z powodu wiarołomstwa żony swojej”.

§ 230 kod. cyw. „Żona będzie mogła żądać rozwodu z powodu wiarołomstwa męża swego, gdy mąż będzie trzymać nałożnicę w domu wspólnym”.

A dalej: „Żona, przeciwko której rozdział co do osób orzeczony będzie z powodu wiarołomstwa, skazana będzie tymże samym wyrokiem i na domaganie się urzędu publicznego na zamknięcie w domu poprawy przez czas oznaczony, który nie może być krótszy nad miesiące, ani dłuższy nad dwa lata”.

A teraz zapytuję wszystkich ludzi prawych i uczciwych, czy sprawiedliwym jest prawo, które jeden i ten sam występek różnie kwalifikuje zależnie od płci człowieka, który go spełnił? Czy zasługuje na zaufanie prawodawca zastrzegający dla siebie bezkarność za ten sam czyn, który hańbiącą karą spada na tych, co w prawodawstwie żadnego nie biorą udziału? Nie o to idzie, że karaną jest niewierność kobiety żyjącej w małżeństwie, bo zdrada i kłamstwo są zawsze karygodne i hańbiące człowieka, który je popełnia, ale o to, że bezkarność za zdradę i wiarołomstwo, zapewnił sobie prawodawca-mężczyzna. Czy mniejszą zniewagą dla kobiety czystej, czy mniejszą rozpaczą dla kobiety kochającej jest zdrada męża, niżeli dla dumnego lub kochającego mężczyzny zdrada kobiety? A jeżeli prawodawcy tak rozstrzygnęli, kto im dał prawo mierzyć wielkość zniewagi lub rozpaczy kobiety, zmuszonej prawem do wspólnego życia z człowiekiem, o którym wie, że ją zdradza lub znieważa, chociaż dla własnej wygody i przyjemności zdradza ją poza domem, nie „we wspólnym domu”?

A dalej: § 340 kod. cyw. „Poszukiwanie ojcostwa jest zabronione”.

§ 341 kod. cyw. „Poszukiwanie macierzyństwa jest dozwolone”.

I znowu zapewnienie bezkarności mężczyźnie, kłamcy lub rozpustnikowi dojrzałemu i znającemu aż nazbyt dobrze życie, mającemu wszystkie moralne i materialne środki do zapewnienia egzystencji dziecku, spłodzonemu przez siebie, a pociągnięcie do odpowiedzialności kobiety, w większej części wypadków nieświadomej, młodej dziewczyny, bezbronnej wobec uwodziciela i pozbawionej wszelkich warunków do walki o byt, z chwilą, kiedy nielegalne jej macierzyństwo okryje ją hańbą i możność pracy odbierze.

Można by w nieskończoność przedłużać te zestawienia, zawsze krzyczące niesprawiedliwością – zawsze wołające o pomstę brutalnej przemocy siły nad prawem.

Mężczyzna prawodawca zapewnił sobie bezkarność zupełną w stosunku swoim do kobiety, nie zostawiając jej żadnej możności obrony, bo w nadawaniu praw do żadnego nie dopuścił jej udziału, a bezkarnością swoją, zrzucając cały ciężar winy na odpowiedzialność kobiety, uczynił ją niewolnicą swoją w miłości.

Przejdźmy teraz do paragrafów ograniczających wolność kobiety, a więc jedynej drogi do zdobycia niezależności ekonomicznej i tak ściśle z nią związanej niezależności moralnej, będącej pierwszym prawem każdej ludzkiej jednostki.

§ 4 kod. handl. mówi: „Żona nie może być kupcową bez zezwolenia męża swojego”.

§ 217 kod. cyw. „Żona, choćby nawet nie była we wspólności dóbr, albo miała swe oddzielne – nie może nic darować, pozbywać, obciążać hipotecznie, nabywać pod tytułem karnym albo uciążliwym, bez wpływu do aktu męża, albo jego zezwolenia na piśmie”.

§ 215 kod. cyw. „Żona nie może stawać w sądzie bez upoważnienia od męża swego, chociażby się trudniła kupiectwem publicznym, albo nie zostawała we wspólnością, albo rozdzielona była co do majątku”.

Te same ograniczenia odnoszą się do każdej pracy zarobkowej i do zarobionych przez kobietę pieniędzy. Ale ograniczenia te mają tylko wtedy miejsce, kiedy idzie o prawa kobiety. Gdy idzie o jej odpowiedzialność, kodeks rozstrzyga krótko, w następnym zaraz paragrafie.

„Upoważnienie od męża nie jest potrzebne, gdy żona pociąganą jest w sprawach kryminalnych albo policyjnych”.

Te ograniczenia pracy kobiecej, mające na celu ujarzmienie ekonomiczne kobiety, aby uczynić ją zależną i powolną zawsze i wszędzie – nie ostały się jednak, silniejszej od wszystkich prawodawców potędze ewolucji społecznej, która na miejsce siły pięści i miecza, stawia potęgę pracy, wciągając do niej z nieubłaganą konsekwencją wszystkie ręce do pracy zdolne, bez względu na prawa dyktowane przez wojowników. Ale ograniczenia te stały się bronią w ręku prawodawców-kapitalistów, czerpiących siłę swoją z potu i pracy, jak dawni prawodawcy-wojownicy czerpali ją z krwi i grabieży. Dziś ta ograniczona mnóstwem trudności, tysiącem przepisów i przesądów skrępowana praca kobieca, wywołana koniecznością ekonomiczno-społeczną, coraz szersze obejmuje kręgi i staje jako groźne współzawodnictwo pracy męskiej, obniżając jej wartość – jako nemezis dziejowa, niosąca zemstę za dawne krzywdy i niesprawiedliwości. Dziś prawo kobiety do zarobkowej pracy stało się koniecznością, której żadne paragrafy i ustawy zmienić nie potrafią, ale stało się jednocześnie nowym jarzmem dla niej, bo znowu ogranicza ją mnóstwem niebezpieczeństw, ścieśnień i niesprawiedliwości, nie wyłącznie ekonomicznej natury jak utrzymują niektórzy – ale wynikających jedynie z tego faktu, że pracownicą jest kobieta, nie mężczyzna. Kobieta pracownica bierze za taką samą pracę jak mężczyzna mniejszą zapłatę. Kobieta pracownica narażoną jest na pokusy i brutalne zaczepki, zarówno ze strony chlebodawców jak i współpracowników, niosąc na sobie brzemię wyłącznej i całkowitej za nie odpowiedzialności. Kobieta pracownica po całym dniu pracy poza domem, ma jeszcze pracę, i to pracę ciężką i żmudną, w domu. Kobieta pracownica oprócz znoju i wyczerpania pracą zarobkową, żywi jeszcze krwią swoją dzieci, które mieć chce i musi, bo to jest najpierwsze przyrodzone jej prawo. Kobieta pracownica macierzyństwem swoim spełnia obowiązek społeczny, a to nie liczy jej się za zasługę i nie opłaca jako obowiązki społeczne wykonywane przez mężczyzn (np. służba wojskowa, sądowa, administracyjna, a nawet prawodawcza). W miejsce ochrony, spotyka praca kobiet w ustawodawstwie społecznym ograniczenia tylko, obniżające jej wartość, bo prawodawca nawykł chronić zawsze tylko swoje interesy, a ograniczać prawa tych, którzy w prawodawstwie żadnego nie przyjmują udziału i pragnie utrzymać pracującą kobietę w zależności od siebie, jak uczynił ją niewolnicą swoją w miłości.

Kodeksy Napoleona nie mówią nic o nauce, to jest o tych drogach, na których dusza ludzka się rozwija i do doskonałości zdąża.

Wiemy jednak, jak ograniczał wielki ten prawodawca-wojownik zakres dążeń czy pożądań kobiecych pod tym względem. Zdanie jego w tej kwestii, stanowiące duchową spuściznę jego następców-prawodawców aż po dziś dzień, dla kształcenia się i rozwoju duszy i umysłu kobiety dyktuje prawa nie na żądaniach zainteresowanych, więc kobiet oparte, ale pod hasłem społecznego dobra, mające na celu trzymanie i nadal umysłu i duszy kobiety w zależności, najczęściej gwałcącej po prostu ludzkie jej prawa. Wszystkie pod tym względem uchwały streszczają się mniej więcej tak: „Kobieta stworzona jest dla domu i dla męża. Powinna być tym, czym on zrobić ją zechce, im więcej będzie niczym, tym łatwiej stanie się tym, co on z niej jak z miękkiego wosku ulepi. Niech więc dusza kobiety będzie nieokreślonych kształtów bryłą miękkiego wosku, podatną palcom męża twórcy, nawet jeżeli te palce skalane będą i uczynić z niej zechcą »rzecz brudną i plugawą«”. A takich, co mieli ręce skalane nie brakowało nigdy i nie brakuje ich dotąd między tymi, co dyktują prawa. Bywały na tych rękach krew i krzywda ludzka, grabież i łupiestwo, bo odkąd, jak powiada księga Zarathustry, „złe moce zapanowały w nich”, zatracili ludzie człowieczeństwo swoje – odkąd mężczyzna przestał cieszyć się z kobietą, że jest człowiekiem, aż nazbyt wiele cech człowieka i sam zatracił. Oczywiście nie mówi się tu o tych ludziach prawdziwych, którzy męczeńską drogą szli ku przyszłości, wydzierając coraz nowe prawdy z tajemnic przyrody, a coraz doskonalsze formy przygotowując ludzkości. Ci bez ustaw i praw rozwijali człowieczeństwo swoje do coraz doskonalszej formy i umieli je zawsze uszanować w kobiecie, wbrew prawom i ustawom. Ale ten tłum ludzki, pędzony jak trzoda przez prawodawców-wojowników i jak trzoda dający głowy pod nóż na skinienie władców swoich, ten tłum kalający rozpustą ciała swoje, a poniewierający duszę w kałużach brutalnych żądz, ci tyrani karmiący się krzywdą cudzą i depcący poddane im głowy, ci niewolnicy chleba czy zaszczytów poniewierać się pozwalający i depcącą ich nogę gotowi całować, ci prawodawcy stawiający gwałt i obłudę na miejsce sprawiedliwości i prawdy – to przecież wyzucie ludzkości z człowieczeństwa, które zaczęło się od wydarcia człowieczeństwa kobiecie, a skończyło się na zatraceniu go przez mężczyznę.

Przecież całe dzieje ludzkości, na których kształci się młode pokolenie, aby uczyć się szanować piękne tradycje, to pod wodzą prawodawców-wojowników zwycięski pochód narodów, porywających się na siebie wzajemnie, bijących się, targających sobie włosy i rozdzierających twarze, toć przecie pod obłudną i kłamliwą osłoną praw zawartych w świętych księgach objawień, nakazujących czystość obyczajów, prawdę i sprawiedliwość, jeden długi łańcuch rozpusty i obłudy, okrutnej przemocy i podłego służalstwa, praw będących bezprawiem – i bohaterstw piętnowanych jako zbrodnia, to obraz cywilizacji, w której kobieta żadnego nie brała udziału, bo dusza jej była skrępowaną, a usta zamknięte. Religie bez wiary i wiara bez uczynków, rodziny bez miłości i miłość będąca niewolą lub hańbą, prawa bez sprawiedliwości i sprawiedliwość karana jak bezprawie – matki zabijające dzieci i dzieci przeklinające godzinę swego urodzenia, starcy złorzeczący młodym i młodzi poniewierający starców, próżniacy wypasający się na cudzej pracy i praca niezaspakajająca nawet głodu pracujących, młodzież zaprawiona do zabijania i wydzierania praw drugim, a zabijana i pozbawiana praw, kiedy o swoje lub innych krzywdy się upomina – oto dzieła rąk, w które prawa i ustawy składają dusze kobiece, aby z nich, jak z miękkiego wosku, lepiły co zechcą. I cóż dziwnego, że dusze te stały się służalcze i tyrańskie, rozpustne i obłudne, ciasne i przewrotne, małe i ślepe, w szeregu wieków i tysiącleci. I to jest najsroższa niewola, przemocą narzucona duszy kobiecej, nie wypływająca z jej instynktów i uzdolnień, którym nigdy nie pozwolono rozwinąć się swobodnie, ale ze sztucznych ograniczeń jej rozwoju, narzuconych przez prawodawców stawiających siłę ponad prawem.

Te trzy ograniczenia wolności ludzkiej kobiety uświadomiły się w duszach kobiet zbudzonych tchnieniem ożywczym epoki, która porwała duchy do wolności, i sformułowane jako protest zjawiły się przed zdumionymi oczami prawodawców jako „kwestia kobieca”, którą usiłowano usunąć od razu z drogi dogmatem: „tak było od początku świata” – albo chytrym wybiegiem: „przecież wy i tak nami rządzicie” albo brutalnym postawieniem wyższości męskiej ponad niższością kobiecą.

Kwestia frazesami rozwiązać się nie dała, bo mnożąca się z każdym dniem ilość krzywd i bezprawia wielkim głosem wołała o sprawiedliwość i budziła sumienia prawodawców-mędrców, którzy powołani także koniecznością dziejową ewolucji społecznej, zaczęli zabierać głos w sprawach, jakich nie mogli i nie umieli rozstrzygać prawodawcy-wojownicy, nie rozumiejący, że duch nowej epoki stawia wbrew ich hasłu ponad wszelką siłą – Sprawiedliwość.

Kobiety ze swej strony po wielu bolesnych i nieudanych próbach zrozumiały, że muszą rozpoczynać wyzwolenie od siebie, od swojej duszy, swojej woli, swojego charakteru, zrozumiały dalej, że tylko one same mogą rozwiązać kwestię, która uświadomiła się w nich jako krzywda i niesprawiedliwość, której dłużej znosić nie chcą. Poznawszy, że trojakie więzy na ludzką ich wolność nałożyły dotychczasowe prawa, w trzech kierunkach rozwijają działalność swoją.

Pierwszym jest wyzwolenie duszy, a więc: wywalczenie dla niej możności wszechstronnego rozwoju, zarówno ze względu na dobro osobiste jak i na pożytek ogółu, zespolenie wszystkich uświadomionych sił kobiecych dla podniesienia ogółu kobiet i wreszcie zrozumienie i ukochanie ideałów ogólnoludzkich i wcielenie ich w życie przez podniesienie moralne życia rodzinnego, towarzyskiego, obyczajowego i społecznego.

Ponieważ wszelka niewola ściśle jest związana z zależnością ekonomiczną jednego człowieka od drugiego, dążą współczesne kobiety do zdobycia niezależności materialnej przez pracę zarobkową, czyniąc jednocześnie starania w kierunku takiego zorganizowania tej pracy, żeby nie czyniła ona szkody obowiązkom rodzinnym, oraz takiego przystosowania gospodarstwa domowego do potrzeb bieżącej epoki, żeby według środków, stworzyć możliwie najlepszy dobrobyt przy najkorzystniejszym zużytkowaniu sił i czasu.

Aby zaś zdobyć sobie prawo rozporządzania swoim życiem i swoją osobą dla życia we dwoje w miłości i przyjaźni ludzkiej, pragną kobiety współczesne podnieść ogólny poziom moralny obyczajów i ugruntować rodzinę na prawdzie, szacunku wzajemnym i zaufaniu dwojga ludzi wolnych i równych sobie, związanych na wspólne życie w tym celu, aby dać młodemu pokoleniu ochronę tak długo, jak tego potrzebuje, a sobie wzajemnie jak najwięcej dobra.

Kwestia kobieca jest zatem zupełnie uświadomionym dążeniem kobiety do zerwania potrójnych więzów, jakie krępują ludzką jej wolność. To walka o duszę, która chce rozwinąć bez żadnych ograniczeń wszystkie swoje władze, to walka o pracę dającą chleb i niezależność, a więc wyzwalającą z niewoli ciała i ducha, to walka o miłość ugruntowaną na swobodzie i uczciwości, za którą nie trzeba byłoby płacić niewolą lub hańbą.

Rozwiązaniem kwestii kobiecej nie będzie, jak sądzą niektórzy, większa lub mniejsza ilość panien uczęszczających na uniwersytet, rozwiązaniem kwestii nie byłoby nawet, jak sądzą inni, gdyby wszystkie panny dostały mężów, bo jest ona już dzisiaj żywiołową siłą zbudzonej świadomości przez nieskończoność wieków zgnębionej przemocą duszy kobiecej, która przypomniała sobie, że jest duszą ludzką i nie ustanie w walce wcześniej, aż uzyska wszystkie prawa człowieka.

A kiedy się to stanie, nie będzie to zwyrodnieniem kobiety i wyłamaniem jej z naturalnego jej posłannictwa, tylko podniesieniem jej na wyższy szczebel godności ludzkiej dla lepszego spełnienia tego posłannictwa. I nie będzie to walka kobiety z mężczyzną i zaprzedanie z kolei jego w jej niewolę, według złośliwych wróżb wsteczników lękających się każdego postępu, ale wyszlachetnienie obecnego porządku społecznego (który tak często dotąd na nieporządku się opierał), aby mężczyzna i kobieta stanąć mogli obok siebie jako wolne i równe istoty i aby mogli powiedzieć jak prarodzice nasi mówili sobie: cieszy się jedno z drugim, że jest człowiekiem.

Maria Turzyma
_______________________
Na przełomie grudnia i stycznia 1902/1903 urządzono w Krakowie cykl dwunastu odczytów pod wspólnym tytułem „Głos kobiet w kwestii kobiecej”, które następnie pod tym samym tytułem zostały wydane w formie antologii (red. Kazimiera Bujwidowa, Kraków 1903). Krakowska cenzura zezwoliła na wydanie książki, natomiast egzemplarze przeznaczone do dystrybucji w Kongresówce zostały okaleczone przez cenzurę warszawską; z powyższego artykułu Marii Wiśniewskiej (pseud. Maria Turzyma) wycięte zostały dwie karty, począwszy od słów „kupiectwem publicznym” do słów „budziła sumienia”. Tekst publikujemy bez skrótów; poprawiono pisownię według obecnych reguł. Z własnych zbiorów udostępnił i przygotował Wojciech Goslar. Jako ilustrację wykorzystano zdjęcie przedstawiające demonstrację na rzecz praw kobiet, Kraków 1911.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *