Zygmunt Żuławski

Kryzys w przemyśle a klasa robotnicza

[1924]

W czasie obecnego katastrofalnego przesilenia w przemyśle przemysłowcy starają się wmówić, że główną winę za obecny stan, uniemożliwiający wszelką produkcję, ponoszą robotnicy, przez swą małą wydajność, przez krótki dzień roboczy, urlopy i wysokie płace.

Z przykrością trzeba stwierdzić, że ten obłudny frazes w bardzo znacznej mierze udało się wmówić w nasze bezkrytycznie myślące sfery burżuazji, inteligencji i drobnomieszczaństwa. Nie przemysłowcy, którzy przez 5 lat prowadzili rabunkową gospodarkę, napychając swe kieszenie zyskami i nie bacząc zupełnie na interes samej produkcji i przemysłu, są winni w ich oczach, że stanęła wszelka prawie praca w kraju, lecz robotnicy, którzy przez 5 lat przymierali głodem, niszczeni strasznymi skutkami inflacji.

Przez 5 lat, od chwili powstania państwa polskiego przemysł nasz pracował wyłącznie prawie kosztem państwa i społeczeństwa. Zachęceni łatwością zysków, nie potrzebując żadnych kapitałów do puszczenia w ruch przedsiębiorstw, gdyż brali je darmo ze skarbu państwa kosztem szerokich warstw ludności – rzucali się do przemysłu wszelkiego rodzaju grynderzy i awanturnicy, którzy jedno mieli na celu: zdobycie jak najprędzej i jak największego majątku. Wszelką ingerencję państwa, dającego środki ma prowadzenie przemysłu i roszczącego sobie słusznie z tego tytułu prawo do regulowania jego stosunków, zwłaszcza odnośnie do lichwiarsko śrubowanych cen, przemysłowcy zdołali zwalczyć w imię „wolności” przemysłu, zachować sobie jedno tylko prawo: bezgranicznego czerpania funduszów ze skarbu państwa. Trudno dziś stwierdzić, ile w okresie tych pięciu lat wzięli przemysłowcy z funduszów państwowych, w każdym razie koszty te przekroczą znacznie 1,5 miliarda złotych. I cały ten kolosalny majątek państwowy wsiąknął do prywatnych kieszeni polskich i obcych przemysłowców. Nie polepszono zań przestarzałych urządzeń, nie zmodernizowano fabryk, by można było skutecznie konkurować na rynkach zagranicznych, lecz rozdrapano go, pobudowano wille, pokupowano majątki, rozdano zyski w formie rozmaitych remuneracji [rekompensat] i tantiem dyrektorom i członkom rad nadzorczych. A dziś… brak środków obrotowych do prowadzenia przemysłu – i stąd pretensje do całego świata. Niech da rząd, niech da zagranica, bo przedsiębiorcy otrzymane od państwa za darmo pieniądze rozdrapali dla siebie.

W tych warunkach przemysłowcy mają odwagę twierdzić, że kryzys obecny spowodowany został sanacją polskiej waluty i wprowadzeniem stałego pieniądza, który im uniemożliwia eksport i podraża koszta produkcji. Nic bardziej fałszywego – przeciwnie, kryzys spowodowany został okresem inflacji, anarchistyczną gospodarką i nadmierną chęcią zysku przemysłowców. W czasie inflacji przemysłowcy uciekali od marki, nikt nie chciał tych, tak bardzo pożądanych dziś środków obrotowych, bo dawało je darmo państwo – każdy produkował, każdy kupował. Zawalono rynek wewnętrzny – zaczęto zdobywać rynki zagraniczne. Lecz przemysł polski eksport swój oparł nie na jakości swego towaru, nie na wysokiej technice swych urządzeń fabrycznych, które by mu umożliwiały jak największe potanienie kosztów produkcji, lecz spekulując na spadku wartości marki polskiej, na niskiej płacy, na rabowaniu mienia najbiedniejszych. Toteż z tą chwilą, gdy wraz z wprowadzeniem stałej waluty ustała możność spekulacji, wyszła na jaw cała indolencja naszych przemysłowców. Od zeszłego roku już eksport polskich towarów, który zawsze dotyczył w lwiej części surowców i półfabrykatów – a nie wykończonych produktów, zaczął stale słabnąć. Wywóz żelaza i węgla utrzymał się dłuższy czas na skutek okupacji Ruhry i spowodowanego nią wstrzymania pracy w tamtejszych kopalniach i hutach; gdy tam podjęto pracę — wszystkie prawie huty stanęły, a na większości kopalń węgla ograniczono czas pracy do 3 i 4 dni w tygodniu. A co bardziej jeszcze świadczy o nieudolnej i rabunkowej gospodarce naszego przemysłu to fakt, że w ostatnich kwartałach, mimo szalonego wprost cła, dochodzącego w niektórych wypadkach do 70% wartości towaru, stale wzrasta przywóz z zagranicy. Świadczy to o nadmiernej drożyźnie naszych wyrobów przemysłowych, i to przy najniższych w Europie płacach robotniczych.

W czasie inflacji więc zapełniono nadmiernie rynki wewnętrzne niskością płacy robotniczej i lichwiarskimi cenami na produkty przemysłowe zniszczono wewnętrznych konsumentów, robotnika i chłopa, nie zdobyto na trwałe rynków zagranicznych, roztrwoniono dostarczone przez państwo kolosalne środki pieniężne. Dziś, gdy skutkiem tej dzikiej gospodarki nastąpił brak środków obrotowych, gdy zniszczona ludność nie ma za co kupować, gdy utrzymuje się dotąd ceny na towary wyższe od cen wszechświatowych – winę, zdaniem przemysłowców, ponosi państwo, że przeprowadziło sanację swej waluty, że nie chce nadal tuczyć ich podatkowymi pieniędzmi – winę ponosi robotnik, że nie chce dłużej i za niską zapłatę pracować!

Jako jedyne hasło w tych warunkach rzucają przemysłowcy: potanieć koszta własne produkcji. Jesteśmy bezwzględnie za tym, lecz potanienie musi nastąpić na tych czynnikach kosztów produkcji, które są zbyt wysokie – nie na tych zaś, jak tego chcą przemysłowcy, na których spodziewają się osiągnąć to najłatwiej bez ofiar dla siebie, tj. na płacy i czasie pracy robotnika. Przy obecnych wysokich cenach na artykuły przemysłowe, nieprawdą jest, by kapitał pracował bez zysku. Przeciwnie, dzisiejsze zyski kapitalistów są tak kolosalne, że one to właśnie uniemożliwiają produkcję. Jeżeli w przeciętnym przemyśle możliwa jest produkcja przy oprocentowaniu kapitału obrotowego do 100%, jeżeli oprocentowanie to przeciętnie wynosi co najmniej 70% rocznie, to cały ten procent klasa robotnicza uważać musi za część zrabowaną ze swej pracy, za zysk kapitalisty. Dla robotnika obojętne jest, kto ten zysk bierze, przemysłowiec czy właściciel kapitału, i nie może się on zgodzić na powiększanie go dlatego, że przemysłowiec z właścicielem kapitału nie mogą się pogodzić co do jego podziału. Wysoka stopa procentowa, to zysk z produkcji, to zysk, który pracą swą daje robotnik. Toteż w tych przemysłach, w których przemysł pracuje własnym kapitałem, zyski są olbrzymie. Przemysł górniczy na Górnym Śląsku, który ustawicznie skarży się, że przy obecnych cenach na węgiel i przy obecnych płacach robotniczych ma 4 zł straty na każdej tonie, podczas gdy jego koledzy w daleko gorszych warunkach w Dąbrowskim i Krakowskim wykazują już zyski, ma dziś faktycznie zyski większe, aniżeli kiedykolwiek przedtem. Wprawdzie zysk ten ukrywa, wprawdzie chowa go w ziemię i tak zamarkowawszy się, obwinia robotników o małą wydajność – niemniej przez to zyski te są, i dziś ukryte, jutro wystąpią w postaci złota. W górnictwie węglowym 80-85% kosztów zużywa się normalnie na roboty wydobywcze węgla, 15-20% na roboty przygotowawcze, mające umożliwić przyszłe wydobycie. Baronowie węglowi ten normalny stosunek zwichnęli. Nie chcąc wykazywać zysków, wkładają je w roboty przygotowawcze, których koszt wynosi dziś 40 do 45% całych kosztów. Przy ograniczeniu tych robót do normalnego stosunku, przedsiębiorcy na każdej tonie nie traciliby 4 zł, jak to obłudnie wykazują, lecz zyskiwali co najmniej 10 zł na tonie. Te olbrzymie wkłady robione dziś z zysków nie idą przecież na marne; uskuteczniwszy w ten sposób kosztem konsumentów i robotników roboty przygotowawcze, będą mogli baronowie górnośląscy w niedalekiej przyszłości zbierać z nich owoce.

Przy tego rodzaju ukrywaniu zysków w postaci wysokiej stopy procentowej, płaconej od kapitału obrotowego lub robót inwestycyjnych, przemysłowcy zgodnym chórem mają odwagę skarżyć się na małą wydajność pracy robotników, która rzekomo ma podrażać koszta produkcji. W górnictwie wydajność robotnika spaść miała z 1,2 t. na 0,6 t. dziennej produkcji. A przecież obliczywszy produkcję nie na głowę całej załogi, lecz na głowę górnika, otrzymamy wydajność przedwojenną, zmniejszoną jedynie o 10%, a zatem wyższą, gdyż czas pracy górnika skrócony został o 12%. Podobnie w tkactwie, odpowiedzi fabryk łódzkich nadesłane w r. 1921 do województwa łódzkiego świadczą, że wydajność robotnika nigdzie prawie nie uległa gruntownej zmianie w porównaniu do stanu przedwojennego. W Manufakturze Widzewskiej produkcja dzienna wzrosła, w fabryce Kindlera w Pabianicach w tkalni wzrosła wydajność 1 robotnika na 1 godzinę o 24%, w przędzalni zaś zmniejszyła się przy bawełnie tylko o 7%, przy wełnie o 8%, podczas gdy czas pracy skrócono o 12%; w farbiarni i wykończalni wydajność robotnika wzrosła o 11%. W fabryce Scheiblera i Grohmana produkcja tygodniowa 1 robotnika w tkalni z 726 metrów przy 59-godzinnym tygodniu pracy spadła na 682 m tygodniowo przy 46-godzinnym tygodniu pracy, czyli zwiększyła się na 1 godzinę z 12,3 m w 1914 r. na 14,8 m w 1921 r. W fabryce Geyera stwierdza zarząd fabryki, że „praca robotników przy maszynach znajdujących się ciągłym ruchu jest nie gorsza niż przed wojną. To samo da się powiedzieć o pracy akordowej”.

W szybowych hutach szklanych ustalono wydajność tafelnika z odpowiednią obsługą z 72 m. kw. na 95 m. kw. na szychtę.

Tak w świetle prawdy i faktów wygląda to „nieróbstwo” i „mała wydajność” pracy robotników. Fałszem więc jest, by mała wydajność powodowała drożyznę kosztów produkcji. Prawie wszędzie, w górnictwie, w tkactwie, w przemyśle maszynowym itp. wprowadzono płacę akordową, która przy skróconym dniu roboczym i niskich płacach zmusiła robotnika do możliwie najwyższej wydajności, którą on też faktycznie daje, Jeżeli małą jest wydajność pracy w hutach żelaza lub niektórych innych fabrykach, to wina spoczywa tu na wadliwych urządzeniach technicznych lub w niewykorzystaniu należytym narzędzi produkcji z powodu niepełnego tygodnia pracy.

Bez znaczenia dla potanienia kosztów produkcji, a zatem bez wpływu na obecny kryzys jest również kwest ja czasu pracy, a zwłaszcza wolnej soboty. Pomijając fakt, że robotnicy polscy nie mogliby się zgodzić na odegranie roli tych, którzy by mieli zdobycz tę dziś już międzynarodową podważać – trzeba stwierdzić, że wprowadzenie 8-godzinnego dnia pracy podraża pracę robotnika o 12%, co w kosztach własnych, w których płaca robotnika wynosi przeciętnie 10%, zrobiłoby różnicę zaledwie o 1,2%. Ta maleńka, bo nie wiele wyższa ponad 1% obniżka kosztów własnych, w cenie towaru, gdzie zysk pośredników wynosi 30-100%, nawet by się nie uwidoczniła. W mniejszym stopniu jeszcze uwidocznić by się mogła sprawa 2 godzin sobotnich, czego najlepszym dowodem jest fakt, że w przedsiębiorstwach o ruchu ciągłym, gdzie praca trwa 48 godzin tygodniowo, drożyzna towarów i kryzys jest nie mniejszy niż tam, gdzie się pracuje 46 godzin tygodniowo. Zresztą ostatnio przedsiębiorcy wprowadzili prawie wszędzie płacę za godzinę, wobec czego sprawa pracy 6 czy 8 godzin w sobotę odgrywać może jedynie rolę powiększania lub pomniejszania produkcji, a nie jej kosztów. Z tych samych powodów nie odgrywa większej roli w kosztach produkcji sprawa urlopów, która podraża pracę robotnika o 4%, a koszt własny zatem przeciętnie o 0,4%.

Jeżeli uwzględni .się całość świadczeń przemysłowców na wszystkie świadczenia socjalne, tj. 2 godziny w sobotę = 4%, urlopy = 4%, Kasa chorych = 3,9% (składka przedsiębiorcy) – to łączny wydatek wynosi 11,9%, podczas gdy, nie licząc urlopów, na same ubezpieczenia tylko w Niemczech przemysłowcy płacą około 20%, w Czechach i w Austrii zaś około 16%. W świetle tych cyfr przemysłowcy polscy są nie w gorszych, lecz w lepszych warunkach od zagranicznych kolegów.

A już bezczelnością nazwać należy dążenie do obniżania płac. Przy płacach, które wahają się od 1 do 6 zł dziennie, mówić o obniżce, znaczy tyle, co chcieć zepchnąć klasę robotniczą do roli nędzarzy.

O tych płacach przedsiębiorcy mówić nie lubią, zwykle wysuwają oni płacę jakiegoś maszynowego zecera, pracującego w nocy, piekarza lub szewca, których zarobek wyjątkowo jest wyższy. Pomija się przy tym fakt, że są to płace wyjątkowe, za pracę wyjątkowo ciężką, wymagającą wyjątkowych kwalifikacji – i przedstawia się tę rzecz w ten sposób, jakoby właśnie prace tych robotników powodowały u nas drożyznę. Jak w wydanej przez siebie broszurce udowodnił Związek Drukarzy, koszt robocizny na 1 egzemplarz przy książce wydanej w 3000 egz. o 10 arkuszach druku, która w handlu kosztuje około 6 zł, wynosi razem aż 20 groszy, podczas gdy zysk księgarza wynosi 10 razy tyle, bo blisko 2 zł. Podobnie z chlebem: przy zaprowadzonej robocie akordowej robocizna 1 kg chleba wynosi zaledwie 3,3 gr. czyli 10%, podczas gdy sam podatek obrotowy wynosi najmniej 21%. Obniżenie tych „nadmiernych” płac robotników piekarskich nawet do 1/3 części potaniłoby koszt produkcji zaledwie o 1%, który z pewnością zabrałby majster piekarski lub sklepikarz.

Potanienia kosztów produkcji, jak wynika z powyższego, należy szukać nie w przedłużaniu czasu pracy, nie w zniesieniu soboty angielskiej, nie w odebraniu urlopów i obniżeniu składek do zakładów ubezpieczeń społecznych lub obniżeniu płacy, gdyż nie te czynniki powodują drożyznę i obecny zastój, lecz w udoskonaleniu środków technicznych, obniżeniu zysków kapitalistycznych, jakimi są bezsprzecznie obecnie wysoce lichwiarskie procenty i w obniżeniu kosztów administracji, ilości dyrektorów, ich pensji, tantiem i remuneracji, które mimo zaprzeczeń przedsiębiorców wynoszą często dziesiątki tysięcy złotych, tj. więcej aniżeli zarabiają dziesiątki robotników rocznie.

Wina więc za obecny kryzys przemysłowy spada całym swym ciężarem wyłącznie i jedynie na zjednoczone koła kapitalistyczne, które swą anarchistyczną rabunkową gospodarką doprowadziły przemysł do katastrofy i obecnie, nie mogąc już ciągnąć tak wysokich zysków jak dotąd z produkcji i paskarstwa towarowego, chcą go ciągnąć z paskarstwa pieniężnego.

W tych warunkach rząd musi spełnić swój obowiązek i robotnikom wyrzuconym na bruk, pozbawionym środków do życia oraz w olbrzymiej liczbie pracującym przy ograniczonej liczbie dni pracy – przyjść z pomocą i zaopatrzyć w środki niezbędne do życia.

Zygmunt Żuławski

___________________________

Powyższy tekst ukazał się w piśmie „Robotniczy Przegląd Gospodarczy” (wydawanym przez Związek Robotniczych Spółdzielni Spożywców i Komisję Centralną Związków Zawodowych) nr 7/1924 r., od tamtej pory nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski.

 

Zygmunt Żuławski (1880-1949) – działacz socjalistyczny i związkowy. Członek Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej Galicji i Śląska Cieszyńskiego, po odzyskaniu niepodległości wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej, był członkiem jej władz. Przez prawie cały okres trwania II RP był przewodniczącym lub sekretarzem Komisji Centralnej Związków Zawodowych (tzw. klasowych związków zawodowych), a także posłem. Podczas II wojny światowej aktywnie działał w konspiracyjnej PPS. Po wojnie próbował tworzyć niezależną od prokomunistycznej PPS – Polską Partię Socjalno-Demokratyczną, a po zablokowaniu tej inicjatywy przez komunistów, został posłem z listy opozycyjnego PSL.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *