Edward Milewski

Kooperacja w przemyśle

[1912]

1.

Do najtrudniejszych zagadnień w dziedzinie kooperacji należy zagadnienie, w jakim stopniu i w jaki sposób można by zastosować organizację spółdzielczą do przemysłu. Jak wiadomo, dokonano w historii znacznej ilości prób, podejmowanych z zapałem i poświęceniem, jednakowoż bez należytego rezultatu. Dość wspomnieć o wysiłkach i programach kooperatywy wytwórczej we Francji w latach 1848-51, ażeby uprzytomnić sobie, jak wiele w tej dziedzinie zawiedzionych nadziei i ekonomicznych niepowodzeń.

Jeżeli się porówna obecny stan kooperacji wytwórczej z imponującym rozrostem kooperacji rolnej, spożywczej, kredytowej, zrozumiałą okaże się rezerwa, jaką teoretycy i działacze zachowują względem kooperacji w przemyśle. Do ujemnych rysów kooperatywy wytwórczej zaliczyć należy przede wszystkim to, że wskutek głównie zewnętrznych warunków ekonomicznych, posiada ona skłonność do przeistaczania się w przedsiębiorstwo kapitalistyczne. Tak np. p. Webb, podając daty dotyczące 106 stowarzyszeń wytwórczych angielskich w r. 1890, przychodzi do wniosku, że za kooperatywy właściwe można by z nich uznać zaledwie 8. W Niemczech sprawa ta przedstawiała się jeszcze gorzej. Oppenheimer, po ścisłym zbadaniu stowarzyszeń wytwórczych, orzekł, że tylko jedno z nich odpowiada w całej czystości zasadom demokratycznej kooperatywy produkcyjnej. We Francji ujawnia się to samo. Mnóstwo stowarzyszeń wytwórczych przeistoczyło się w przedsiębiorstwa kapitalistyczne, posługujące się robotnikiem najemnym i eksploatujące pracę.

Pomimo jednak tych niepowodzeń i kruchości zasad, sprawy kooperacji wytwórczej nie można jeszcze uważać za przegraną, ponieważ, zwłaszcza w ostatnich czasach, liczba kooperatyw produkcyjnych stale wzrasta. Tak np. w r. 1900 Francja liczyła 250 stowarzyszeń wytwórczych. W roku zaś 1910, podług „Bulletin de l’Office du Travail” było we Francji 510 stowarzyszeń tego rodzaju: liczba ich więc w ciągu 10-lecia podwoiła się. W jeszcze silniejszym stopniu ożywił się na tym polu ruch we Włoszech, gdzie zakładanie i popieranie kooperatyw wytwórczych stało się zasadniczym punktem polityki socjalnej, energicznie prowadzonej przez rząd i gminy. Były premier włoski Luzzatti wraz z gronem swych bliższych współpracowników gorąco popierał politykę kredytową na korzyść kooperatyw produkcyjnych. W początkach 1911 roku miał nawet powstać we Włoszech specjalny Bank Pracy z kapitałem zakładowym 30 milionów lirów, którego zadaniem miało być udzielanie kredytu kooperatywom wytwórczym, stowarzyszeniom pracy oraz stowarzyszeniom spożywczym. Upadek gabinetu Luzzattiego i obecna wojna trypolitańska na jakiś czas zablokowały sprawę Banku Pracy. Liczba kooperatyw przemysłowych dosięgła we Włoszech w 1911 r. 564, a stowarzyszeń pracy było 1017. Projekt Luzzattiego wpłynął również dodatnio na prawodawczą myśl francuską i spowodował powstanie projektu senatora Jeana Codeta o zastosowaniu wzajemnego kredytu do potrzeb robotników i stow. spółdzielczych. „Celem naszym – powiada projektodawca we wstępie referatu – jest zorganizowanie kredytu dla wszystkich robotników, którzy nie korzystają z dobrodziejstw kredytu rolnego. Projekt nasz ma na widoku tych robotników, którzy chcą wyzwolić się z najemnictwa, bądź przez to, że łączą się ze swoimi towarzyszami, formując spółdzielcze asocjacje wytwórcze, bądź też, że podejmują pracę sami, albo przy współudziale robotników i funkcjonariuszy najemnych, stając się, jako przedsiębiorcy i fabrykanci, właścicielami zakładów przemysłowych”.

Fakty te wskazują wyraźnie, że praktyka spółdzielcza bynajmniej nie kapituluje przed trudnościami. Niepowodzenia stały się raczej pobudką do uporczywego szukania drogi właściwej. Na ogół biorąc przeważa teraz zdanie, że w pewnych dziedzinach przemysłu kooperacja wytwórcza może znaleźć zastosowanie, zwłaszcza jeżeli zyska sobie poparcie ze strony czynników publicznych, które mogą zapewnić przemysłowi spółdzielczemu wzmożoną zdolność konkurencyjną w walce rynkowej z przemysłem kapitalistycznym. Powszechnie uznaje się dziś za pewnik, że do wytwórczej pracy spółdzielczej konieczną jest pewna wyższa kultura robotników i że z tego powodu do tworzenia kooperatyw przemysłowych powołane być mogą tylko doborowe pod względem społecznym i zawodowym siły robotnicze, tylko ci pracownicy, którzy stanowią w klasie pracującej „elitę robotniczą”.

Do rozpowszechnionych również twierdzeń, znajdujących poparcie w historii ruchu spółdzielczego, należy i to twierdzenie, że kooperacja wytwórcza posiada większe szanse powodzenia w krajach o mało rozwiniętym industrializmie. Wyrazem tych poglądów była między innymi rezolucja rosyjskiego zjazdu kooperatystów w r. 1908, która, wbrew argumentom przytaczanym przez przeciwników kooperacji wytwórczej, orzekła, że uważa za pożądane organizowanie stow. wytwórczych.

W ostatnich czasach myśl spółdzielcza znowu zwraca się do organizacji wytwórczej i poszukuje sposobów, które by umożliwiły zaaklimatyzowanie w dzisiejszym ustroju kapitalistycznym przemysłowych ustrojów spółdzielczych.

Gdy się praktykom wspomina o niepowodzeniach na tym polu, otrzymuje się odpowiedź, że i kooperacja spożywcza nie od razu została uwieńczona powodzeniem, ale musiała długo błądzić, zanim znalazła drogę właściwą; że od pierwszego stowarzyszenia spożywczego w Fenwick w r. 1769 do założenia kooperatywy pionierów rochdalskich w r. 1844 upłynęło całych 75 lat, w którym to okresie mnóstwo stowarzyszeń spożywczych zlikwidowano; że w ciągu 5-lecia od 1828 do 1833 roku powstało i upadło w Anglii przeszło 400 stowarzyszeń spożywczych; że liczba niepowodzeń w spożywczym ruchu belgijskim stanowi w okresie 35-lecia (1875-1908) 45,3%; że zawody wreszcie, doznane przez kooperację wytwórczą, muszą się w końcu przyczynić do odnalezienia prawidłowych zasad i środków, które zapewnią kooperacji zwycięstwo i w tej opornej dla niej dziedzinie przemysłu.

Widząc te zapasy idei z życiem, idei, co się dzisiaj na naszych oczach ze zgliszcz i podeptań odradza, być może zapyta ktoś, skąd ta wysiłków uporczywość, skąd taka zaciętość w dążeniu po tylu przebytych trudnościach i niepowodzeniach? Odpowiedź na to – w duszy robotnika, w psychologii cierpienia wszystkich inteligentniejszych jednostek z klasy pracującej, w boleśnie przez wrażliwszych odczuwanej potrzebie wyzwolenia z zależności od kapitału. Ci z robotników, co są mniej uświadomieni, niżsi inteligencją i wrażliwością, łatwiej umieją się pogodzić z niedolą losu. Ale ci, którzy stanowią elitę klasy, ci wyżsi umysłem i uzdolnieniem, bogatsi duchowo, subtelniejsi sercem, gorętsi w odczuwaniu krzywdy, tęskniący ku wolności, pożądający wiedzy, sztuki, światła, słońca, kultury, bytu – dla nich proletariacka niewola i niedostatek stają się męczarnią, od której wiecznie szukają ratunku. Oni to stają na czele organizacji zawodowych, oni wiążą milionowe masy w organizacje polityczne, oni wreszcie skupiają się w związkach gospodarczych, aby na własne ryzyko prowadzić wspólnie przedsiębiorstwa przemysłowe.

Dość się zastanowić na jedną chwilę nad życiem robotniczym, aby zrozumieć, jak wiele w tym życiu smutku i cierpienia. Nie posiadając żadnej własności, zmuszony sprzedawać na rynku pracy siłę roboczą, zarabia robotnik często tak mało, że nie wystarcza mu to na opędzenie potrzeb jego i jego rodziny. Praca zarobkowa pochłania 10-12, a często i więcej godzin. Drożyzna wzrasta, nędza spycha rodzinę robotniczą do ciasnych, wilgotnych izb, gdzie brak elementarnych warunków czystości i higieny. Niskie zarobki rzadko pozwalają na odkładanie oszczędności. Ciągła niepewność jutra, bo zarobek zależy od nieobliczalnych losów i przypadków, którym ulega przedsiębiorstwo. Wprowadzenie jednej nowej maszyny w fabryce może zbyteczną uczynić znaczną ilość rąk roboczych i setki robotników pozbawić pracy. Kryzys ekonomiczny spowodować może zwężenie produkcji, albo nawet zupełne zwinięcie fabryki, i oto znowu groza pozostania bez zarobku. Ustawiczna walka z niedostatkiem, znużenie i wyczerpanie pracą, niedostateczne odżywianie się, wszystko to powoduje przedwczesny upadek sił, sprowadza choroby, wzmaga śmiertelność wśród dorosłych i dzieci i naraża budżet rodziny robotniczej na ciężkie, a nieprzewidziane wydatki. A gdy się do tych wszystkich trosk doda myśl o żebraczym kiju na starość, o przytułku dla starców, o dogorywaniu w szpitalu, o tej łasce, i jałmużnie, i litości za to całe życie uczciwego mozołu i rzetelnej walki z przeciwnościami, gdy się do trosk tych doda myśl o sieroctwie i głodzie dzieci w razie przedwczesnego zgonu ojca, a robotnicy, jak wykazuje statystyka, żyją krócej, niż ludzie z innych klas społecznych, będziemy mieli obraz tego, co by nazwać można indywidualnym uwarunkowaniem kwestii robotniczej – jej psychologią indywidualną.

Wobec takich warunków życia słabsi rezygnują lub starają się zapomnieć. Za pomocą jakich środków, o tym dobrze wiedzą moraliści, higieniści, kaznodzieje, propagatorzy abstynencji oraz wszyscy w ogóle tzw. porządni obywatele, co nigdy nie zaznali, co to jest rozpacz niewolnictwa w kajdanach nędzy, beznadziei i wyczerpania. Ale silniejsi, i to jest właśnie szczęście ich i całego społeczeństwa, szukają ratunku w związkach solidarności i samopomocy robotniczej. Taki ratunek widzą, pomiędzy innymi, w wyzwoleniu przez zakładanie własnych zarobkowych przedsiębiorstw spółdzielczych.

I nic tu nie pomogą upominania, że stowarzyszenia te zdolne są wyzwolić tylko nielicznych, że nie mogą oddziałać na poprawę stosunków życia całej klasy pracującej, że więc pod względem społecznym posiadają wartość niższego stopnia. Serce ludzkie, nie zmanierowane dogmatami doktryneryzmu, zawsze z sympatią zwracać się będzie do wszelkich wysiłków wyzwolenia człowieka-brata. Bo jeżeli od razu nie można wyzwolić milionów, to umiejmy się radować, że szczęśliwsza dola zaświta choć dla setek tysięcy.

2.

W dziedzinie wielkiego przemysłu kooperacja wytwórcza napotyka na trudności tak znaczne, iż niepodobna oprzeć się wywodom, że na tym terenie dążenia jej są płonne.

Przede wszystkim trudne jest dla stowarzyszenia zdobycie kapitału, bo instytucje kredytowe nie posiadają najczęściej zaufania do kooperatyw robotniczych i nie są skłonne do udzielania im kredytu na cele produkcji. Stowarzyszenie wytwórcze w gorszych również znajduje się warunkach zbytu swoich wyrobów. Ażeby dobrze sprzedać wyroby, trzeba posiadać umiejętność, zręczność, wiedzę fachową, znajomość wreszcie rynku i talent handlowy. Co się zaś tyczy robotników, to można uważać za prawidło ogólne, że dotąd nie posiadają oni wiadomości handlowych, niezbędnych dla prowadzenia wielkiego przedsiębiorstwa konkurencyjnego.

Współczesny ustrój kapitalistyczny cechuje się tym przede wszystkim, że na rynku wre walka pomiędzy konkurentami przemysłowymi, a zwycięża ten, kto jest silniejszy, kto przewyższa swego przeciwnika niskością ceny i jakością towaru. Rokrocznie wytwarzają się setki milionów zysku kapitalistycznego, które, poszukując fruktyfikacji, skierowują się do produkcji, powodując jej rozszerzenie i doskonalenie. Rolnicy, urzędnicy, robotnicy, ludzie wolnych profesji lokują swoje oszczędności w bankach, a te olbrzymie kapitały znajdują zatrudnienie w przemyśle. Tak więc wzrost produkcji posiada w ustroju kapitalistycznym swoje przyczyny naturalne, niezależne od tego, czy jest na ten towar nabywca, czy też jest już takie przepełnienie rynku, że pewien nadmiar towaru nie może być sprzedany. O ile rynek jest zaopatrzony nadmiernie, o ile istnieje pewna przewaga podaży nad popytem, sprzedane zostaną te towary, które są od innych tańsze i lepsze. Reszta nie znajdzie nabywców. Dla przemysłu kapitalistycznego zagadnieniem więc bytu jest produkować lepiej i taniej. Stąd tendencja do produkowania na większą skalę, co zmniejsza koszty produkcji i pozwala niżej kalkulować cenę, oraz zastosowywać wszelkie możliwe ulepszenia postępu technicznego. Wpływa to bowiem na redukcję wydatków na robociznę i przyczynia się nieraz do podnoszenia jakości wyrobów. Takie zaś rozszerzanie i techniczne doskonalenie przemysłu jest całkowicie możliwe, ponieważ instytucje finansowe poszukują lokacji inwestycyjnej dla swoich milionów.

Przedsiębiorstwa słabsze, niższe pod względem technicznym, mniej wyposażone w kapitał, produkujące na mniejszą skalę, muszą sprzedawać swoje wyroby albo po takich cenach, że się im przedsiębiorstwo nie opłaci, albo w ogóle rezygnować z ich sprzedania. Jak w jednym, tak w drugim wypadku nieodzowną tego konsekwencją jest albo bankructwo natychmiastowe, albo droga do bankructwa.

W ustroju kapitalistycznym stale odbywa się likwidacja pewnego nadmiaru przedsiębiorstw. Wylosowaniu ulegają zawsze przedsiębiorstwa technicznie i finansowo słabsze. Dla konsumenta przemiana ta jest korzystną, albowiem przyczynia się do taniości produktów, a tym samym podnosi jego siłę nabywczą przy zaspokajaniu gospodarczych potrzeb życia. W okresach przesileń przemysłowych zrywa się huragan bankructw i likwidacji. Zmiata on z oblicza ziemi mnóstwo słabych, niezdolnych do konkurencji przedsiębiorstw. Z każdego takiego kryzysu wielki przemysł wychodzi najczęściej wzmocniony. Jego potęga koncentracyjna wzrasta, a panowanie nad rynkiem staje się coraz bardziej niepodzielne, w tej zaś niepodzielności coraz bardziej zagrażające konsumpcji oligarchią monopolów.

Zagłada nadmiaru słabszych przedsiębiorstw nie może być uważana w ustroju kapitalistycznym za coś przypadkowego, co by się dało odwrócić przezornym, utalentowanym prowadzeniem przedsiębiorstwa. Zagłada ta – to naturalna droga rozwoju kapitalistycznego, wynikająca z praw, które rządzą w gospodarstwie współczesnym. Pchają one przemysł kapitalistyczny z nizin prymitywnej anarchii konkurencyjnej, aż na szczyty koncentracji trustowych. Rozpatrując rzecz ze stanowiska ogólnego postępu gospodarczego, musimy przyznać, że stale odbywające się wysortowywanie przedsiębiorstw, ekonomicznie gorszych, jest znamieniem postępu, gdyż wznosi ono przemysł na coraz wyższe szczeble sprawności gospodarczej. Upadek pewnych przedsiębiorstw nie tylko nie szkodzi ogólnemu rozwojowi przemysłu, ale przeciwnie, jest dowodem jego zwycięskiego pochodu. Stare przedsiębiorstwa giną właśnie dlatego, że powstają nowe doskonalsze. Ruina poszczególnych, słabszych przedsiębiorstw jest postępem i powodzeniem przemysłu kapitalistycznego, jako całości.

Inaczej rzecz się przedstawia w kooperacji wytwórczej. Tam każda strata, każda likwidacja, każda ruina jest nie tylko stratą poszczególnego stowarzyszenia, ale stratą całości. Upadek jednego stowarzyszenia osłabia zaufanie ogółu do kooperacji wytwórczej, a tym samem obniża jej zdolność kredytową. Każde niepowodzenie stowarzyszenia wytwórczego uderza w kooperację produkcyjną jako w całość, utrudnia stowarzyszeniom pozyskanie materiałów i surowców na kredyt i szerzy obawę w tych sferach, od których zależy kredyt pieniężny. Ponieważ kooperacja wytwórcza posiada za sobą tradycję wielkich strat i niepowodzeń, interes ruchu spółdzielczego wymaga, ażeby obecnie wszystkie jej posunięcia były możliwie pomyślne, ażeby niepowodzenia były nie prawidłem, jak dotychczas, ale wyjątkiem.

Na rentowność przedsiębiorstwa w znacznym stopniu wpływa umiejętne nabycie surowca. Przedsiębiorca stara się kupić materiał możliwie taniej – w tym źródło jego zysku handlowego. Stowarzyszenia robotnicze nie mogą pod tym względem konkurować z przedsiębiorcami prywatnymi.

Stowarzyszenia wytwórcze, zwłaszcza początkujące, jak mamy tego liczne dowody, padają najczęściej ofiarą nierzetelności agentów fabrycznych, sprzedających im materiały o kilkanaście, a niekiedy kilkadziesiąt procent drożej, niż firmom prywatnym.

Gospodarcza sprawność przedsiębiorstwa zależy dalej w wysokim stopniu od dyscypliny pracy i wymaga, aby kierownicy posiadali dostateczną swobodę inicjatywy i decyzji. W stowarzyszeniach wszyscy pracujący czują się panami przedsiębiorstwa i dlatego niechętnie ulegają rozporządzeniom wybranego spośród swego grona kierownika. Krytyka, spory, rekryminacje rozluźniają reżim pracy i utrudniają zarządzającemu spełnianie jego odpowiedzialnych obowiązków. Odbija się to naturalnie ujemnie na wynikach gospodarki stowarzyszenia, wpływa bowiem niekorzystnie na intensywność i produkcyjność pracy, a tym samem na cenę wyrobów.

Wszystkie wyżej przytoczone rysy niższości konkurencyjnej stowarzyszeń wytwórczych powodują, że w tych dziedzinach produkcji, które są opanowane przez wielki przemysł, nie mają one szans powodzenia.

3.

Jeżeli w dziedzinach zawojowanych przez wielki przemysł, walka o utrzymanie drobnego przedsiębiorstwa spółdzielczego wydaje się być bezskuteczną, to nie ma jednak powodu do beznadziei tam, gdzie zwycięsko utrzymują się formy drobnego i średniego przemysłu. Kooperacja wytwórcza zaczyna tam zwykle od przedsiębiorstw na drobną skalę. Toteż znosi ona te same losy, co drobny i średni przemysł.

Odnośnie do drobnego przemysłu poglądy są rozbieżne. Jeden kierunek, reprezentowany przez Sombarta, twierdzi, że rzemiosło jest przestarzałą postacią wytwarzania, dostarczającą wyrobów w gorszym gatunku i za cenę wyższą, niż przemysł wielki, i z tego powodu jest skazane na zanik. Jest to tylko kwestia czasu, kiedy to nastąpi. Rozkład drobnego przemysłu może trwać dłużej albo krócej, ale nic go nie uratuje – ani stowarzyszenia wytwórcze, ani zastosowanie techniki maszynowej, ani udostępnienie kredytu.

Wręcz przeciwny jest pogląd Buchera. Rzemiosło podług jego zdania będzie się ciągle cofało na placówki, na których najłatwiej zdoła wyzyskać właściwą sobie przewagę, ale nigdy zupełnie nie zaniknie jako forma przedsiębiorstwa. Pogląd ten podzielają z francuskich uczonych: Gide i Bourguin. Ten ostatni powiada: „najskromniejsze nawet rzemiosło posiada czynny pierwiastek żywotności; przedsiębiorca drobny może być bardziej obciążony niż wielki, jest źle zaopatrzony w narzędzia, ulega nałogom i jest nieoświecony; ale pracuje z zapałem, gdyż jest panem swego warsztatu i zbiera owoce własnej pracowitości; pielęgnuje swą pracę, gdyż wytwory jego nie są bezimienne, zarządza sam swymi sprawami, kieruje osobiście pomocnikiem, pracuje i żyje z nim razem; styka się bezpośrednio z odbiorcą, który go zna osobiście, unika nadmiernych wydatków i kosztów nadzoru, obciążających nawet najlepiej prowadzone wielkie przedsiębiorstwa. Przewagi tej bynajmniej nie należy lekceważyć, wynagradza ona bowiem warunki niższości i czyni możliwą walkę, gdy nie chodzi o towary przeznaczone na sprzedaż hurtową. Poszczególne zawody znajdują się w warunkach zbyt różnorodnych, aby mogły być przedmiotem ryczałtowego potępienia; są i takie, którym osobliwe warunki zapewniają byt w teraźniejszości i na przyszłość”.

Stwierdzono, że na wsi ludność zatrudniona w rzemiośle, wzrasta w stosunku do ludności ogólnej. Przy wzroście drobnych gospodarstw rolnych wzrasta zapotrzebowanie na wyroby stelmachów, siodlarzy, kowali itp. Po miastach wzrost przemysłu, wytwarzającego artykuły spożywcze – jatki, masarnie, piekarnie, cukiernie – jest bardzo znaczny: w Niemczech od r. 1882 do 1895 liczba tego rodzaju przedsiębiorstw wzrosła o 15%, a liczba zatrudnionych o 35%. Tacy rzemieślnicy, jak krawcy, szwaczki, modniarki, bieliźniarki, tapicerzy, stolarze, fryzjerzy, zegarmistrze itp., nie mogą być we wszystkich czynnościach zastąpieni przez fabrykę. O ile brak im zamówień, trudnią się naprawą. Liczne zawody budowlane tworzą również jedną z najpoważniejszych kategorii drobnego przemysłu. W tym przemyśle drobni przedsiębiorcy, jak murarze, cieśle, stolarze, gonciarze, blacharze, ślusarze, malarze, szklarze itd., są poszukiwani dla przeprowadzania drobniejszych robót, a zwłaszcza odnawiań. Sprzyjają również drobnemu przemysłowi nowe wynalazki. Liczba mechaników dla naprawiania rowerów, motocykli, samochodów, dla zaprowadzania instalacji elektrycznych, gazu, wodociągów, dla naprawiania maszyn rolniczych i narzędzi, wzrosła w ostatnich latach olbrzymio. Oto na poparcie twierdzeń powyższych kilka cyfr ze statystyki drobnego przemysłu w Niemczech w r. 1895. W okresie od 1882 do 1895 roku liczba niezależnych drobnych przedsiębiorstw wzrosła, jak następuje: tapicerzy – przedsiębiorcy + 2585, zatrudnieni + 5281 ; zegarmistrze – p. + 1993, z. + 2847; mechanicy – p. + 2169, z. + 4107; zduni – p. +  3987, z. + 7285; malarze – p. + 6564, z. + 16627; murarze – p. + 6822, z. + 4783; fryzjerzy – p. + 8472, z. + 22953; rzeźnicy – p. + 9089, z. + 37011; mleczarze – p. + 2953, z. + 9010; piekarze – p. + 11705, z. + 54587; krawcy – p. 32354, z. + 54781.

Cyfry te wykazują dowodnie, że w obecnej dobie drobny i średni przemysł ujawniają jeszcze dość znaczną ekspansję i żywotność. Przesądzanie ich przyszłości byłoby dziś przedwczesne i ze stanowiska naukowego niewskazane.

A skoro tak jest, to w tych dziedzinach drobnego i średniego przemysłu, które dzisiaj nie są jeszcze narażone na atak ze strony wielkiego kapitału, istnieją szanse powodzenia kooperatyw wytwórczych. Kooperacja wytwórcza łączyć może robotników w związki pracowników niezależnych, wolnych od wyzysku drobnego majsterstwa. Jak wiele na tym polu uczynić można, mamy przykład we Włoszech. Potrafiono tam zorganizować na sposób spółdzielczy 564 stowarzyszenia wytwórcze (podług dat na 31 grudnia 1910). Odpowiedzi na rządową ankietę statystyczną nadesłało tylko 398 stow. Stowarzyszenia te zatrudniały 70719 członków. Rozumnej polityce socjalnej rządu i społeczeństwa włoskiego udało się zorganizować te olbrzymie szeregi robotnicze dla pokojowej pracy gospodarczej. Ludowi oszczędzono krzywdy i wyzysku, a państwu i społeczeństwu bezpłodnych walk i wstrząśnień.

4.

Zupełnie odmienny typ organizacji gospodarczej stanowią stowarzyszenia pomocniczo-wytwórcze W tym wypadku drobni, samoistni producenci zachowują swoją niezależność gospodarczą i pracują z osobna. Łączy ich ze sobą to, że korzystają ze wspólnych maszyn i urządzeń technicznych. Przykładem takich kooperatyw może być np. kooperatywa garncarzy, utrzymująca wspólne piece do wypalania; kooperatywa samoistnych kowali i ślusarzy, posiadająca wspólną kuźnię, bądź warsztat mechaniczny itp. Drobny przemysłowiec nie może się obejść niekiedy bez takich urządzeń, które kosztują drogo i opłacić się mogą tylko przy korzystaniu z nich większej ilości pracujących. Drobnemu przemysłowi pomocnicze kooperatywy wytwórcze mogą, jak się zdaje, oddać poważne usługi. Toteż słusznie powiada prof. Tuhan-Baranowski, że „przyszłość drobnego przemysłu w istocie rzeczy zależy od tego, w jakim stopniu potrafi on wyzyskać do produkcji tanią siłę mechaniczną, drogą rozprowadzania jej z centrali do poszczególnych warsztatów drobnoprzemysłowych”. Znakomity przemysł wyrobów żelaznych i stalowych w Sheffield zorganizowany jest w sposób następujący: produkcja rozmieszczona po drobnych warsztatach, ale warsztaty te otrzymują siłę mechaniczną z centralnej stacji parowej. Tylko dzięki temu przemysł w Sheffield zachowuje dotąd formę drobnych przedsiębiorstw. Drobni producenci płacą kapitalistom, właścicielom stacji centralnej, czynsz za prawo korzystania ze specjalnie urządzonych warsztatów i za użytkowanie siły mechanicznej.

We Francji istnieje kilka wybitnie ciekawych prób zastosowania wielkoprzemysłowej techniki do drobnych warsztatów. Do najpoważniejszych należy stowarzyszenie dla rozwoju mechanicznego tkactwa w Lyonie. Jak wiadomo, Lyon od wieków słynie ze swoich jedwabi, które w pierwszej połowie XIX wieku wytwarzane były przeważnie przez robotników pracujących w domu. Rola kapitalisty redukowała się do dostarczania robotnikowi materiałów surowych i płacenia mu od sztuki za utkane materie. Kapitalista był właściwie nie fabrykantem, ale kupcem. Jeszcze w r. 1848 liczba warsztatów domowych dochodziła do 60 000. W roku 1906 spadła do 8000, podczas gdy liczba warsztatów w fabrykach podniosła się z 0 do 30 000. Ażeby powstrzymać ten proces zagłady drobnego przemysłu jedwabniczego, powstaje w r. 1886 towarzystwo, które ma na celu dostarczyć robotnikowi tkackiemu taniej siły motorowej, dającej się zastosować u niego w domu, co pozwala na wykonanie takiej samej ilości pracy, jak na warsztacie w fabryce, ale bez przeistoczenia samoistnego producenta w najmitę fabrycznego. Ponieważ w ostatnich czasach produkcja jedwabiu ogarnęła i wsie okoliczne, gdzie koszt utrzymania mniejszy, a warunki pracy są na ogół higieniczniejsze niż w mieście, decentralizacja siły motorowej umożliwia niejednemu z wyrobników zarobkowanie na wsi, to znaczy w warunkach dla zdrowia korzystniejszych. Tą siłą motorową jest w Towarzystwie Lyońskim elektryczność, którą wytwarza spadek wód Rodanu. Użytkowanie z elektryczności wymaga nowego warsztatu, który kosztuje względnie drogo, jeśli się zważy ubóstwo pracujących – 1200 fr. Ale towarzystwo udziela producentom bezprocentowych zaliczek i amortyzuje należność przez potrącanie wyrobnikom 10% z ich zarobku. Stworzone ono zostało z kapitałów udzielonych w drodze subwencji przez gminę miasta Lyonu, Izbę handlową i Departament Rodanu. Przyszły również z pomocą i udziały osób prywatnych. Cały kapitał zakładowy nie przekracza 200 000 franków. Rząd francuski zachowuje się dotąd względem tej inicjatywy dość ozięble. Pomimo podań o subwencję w kwocie 500 000 fr., udzielił jej dotąd w szczupłym rozmiarze zaledwie 20 000 fr.

W 1901 roku towarzystwo obchodziło jubileusz umieszczenia 500. warsztatu. Rozwój, jak widzimy, dość powolny, bo działalność towarzystwa liczyła już wtedy 15 lat. Rezultaty jednak jakościowe przedstawiają się dodatnio. Zastosowanie motoru elektrycznego podniosło wydajność pracy i zarobki robotnicze. Wyrobnik może teraz utkać dziennie 8 metrów materii zamiast 4 i zarobić przeciętnie 1500 fr. rocznie. Koszt wynajęcia motoru wynosi 75 fr. rocznie.

W Saint-Etienne, mieście znanym pod nazwą „francuskiego Birmingham” dla swojej rozwiniętej produkcji wyrobów żelaznych, broni i jedwabiu, dokonywa się taki sam przewrót. Elektryczne towarzystwo Loary, które nosi cechy wyłącznie kapitalistyczne, wydzierżawia motory drobnym producentom. W 1905 roku zainstalowano tam 1000 motorów elektrycznych na ogólną liczbę 25 000 warsztatów. Abonament motoru kosztuje rocznie 100-150 fr. Cena abonamentu jest droższą, niż w Lyonie, ale sama instalacja kosztuje znacznie taniej, ponieważ motor daje się zastosować do dawnych warsztatów.

Przykłady te wskazują, że nowoczesna technika daje się stosować do drobnego przemysłu. To, co zostało stworzone przez kapitalistów i gminy, może być z równie pomyślnym skutkiem dokonane przez stowarzyszenia drobnych producentów. Gospodarczo i technicznie organizacja kooperatystyczna nie różniłaby się od organizacji kapitalistycznej, ale na innych zasadach oparty by był wybór zarządu i kontrola administracji, a zyski z wydzierżawiania motorów i siły mechanicznej nie stawałyby się łupem kapitalistów, lecz przechodziły na dobro drobnych producentów, obniżając przez to koszta produkcji. W ten sposób kooperatyzm zdoła, być może, przezwyciężyć jedną z największych trudności, która dla drobnych producentów-chałupników jest kwestią bytu.

Ale musimy jasno zdać sobie sprawę, że w tym wypadku mamy do czynienia nie z czystą formą drobnego, niezależnego przemysłu, ale ze specjalną formą organizacji kapitalistycznej, która najczęściej zatrzymuje całą handlową stronę przedsiębiorstwa, sama dostarcza surowca i sama wytworzone wyroby sprzedaje, a tylko posługuje się chałupnictwem jako formą najemnictwa. Taka organizacja przemysłu nazwaną była przez Le Playa „fabryką kolektywną”. Tkacze w Lyonie i w Saint-Etienne, puszkarze w Liège, krawcy z East Endu londyńskiego, z Nowego Jorku, Chicago, Wiednia, szwaczki i bieliźniarki z Paryża i Berlina, szewcy wiedeńscy, stolarze z przedmieścia św. Antoniego w Paryżu, stolarze we Wrocławiu – wszystko to opisani w ankietach przedstawiciele pracy chałupniczej.

Gdy się spojrzy na smutne ekonomiczne położenie tych robotników, gorsze niezawodnie od położenia robotników fabrycznych, powstaje mimo woli pytanie, czy warto jest bronić przemysłu chałupniczego. Odnośnie bowiem do chałupników wszystkich krajów ankiety prywatne i urzędowe stwierdzają, że panuje wśród nich najstraszniejsza nędza, wyczerpujące przepracowanie i osławiony „sweating system” (system potu) – ustrój nędznych płac, niepomiernie długich dni roboczych, natłoczonych i brudnych pracowni. W innych miejscach, tam, gdzie kapitalista posługuje się pośrednikiem, który jako agent dostarcza materiałów surowych i zabiera wyroby gotowe, uprawia się jeszcze tak zwany „truck-system”, polegający na oszukiwaniu robotników przy ważeniu i mierzeniu, bądź przez samych pośredników, bądź też przez ich wspólników-handlarzy artykułami spożywczymi.

Na wsi przemysł domowy pomimo wszystkich swoich stron ujemnych zdolny jest przecież stać się dochodem pomocniczym i nie wpływać tak rujnująco na zdrowie i byt chałupników. Płaca wprawdzie jest niska, ale i życie tańsze, pomieszczenia pracy ciasne i niewygodne, ale chałupnik nie spędza w nich całego życia. Zdrowe powietrze wiejskie wynagradza mu zaduch pracowni. W zimie, kiedy rola nie wymaga uprawy, wolne ręce znajdują zatrudnienie w przemyśle domowym. Inaczej rzecz się przedstawia po miastach. Mieszkania ciasne, duszne, wilgotne, dzielnice przeludnione, kamienice natłoczone ludnością ubogą. Okresy pracy natężonej zmieniają się kolejno z sezonem martwym. Ochrona pracy nie istnieje. Ubezpieczenia robotników nie dotyczą rękodzielników domowych. Prawa o wieku robotników, o długości dnia roboczego, o zdrowotności pracowni – nie stosują się do pracowni rodzinnych. Ochrona wreszcie, wynikająca z organizacji robotniczych, jest również niedostępna, gdyż robotnicy domowi są zbyt słabi, zbyt nieoświeceni i zbyt rozproszeni, aby móc się zrzeszyć w celach samoobrony.

Gide podaje, że sprawozdawca ekonomii społecznej w Belgii, przytaczając 2 tomy monografii o przemyśle domowym w Belgii, wydane przez Biuro Pracy, stwierdził: „Spotykamy tam te płace od 15 i 25 centymów dziennie, które błędnie uważaliśmy za zupełnie zaginione. Plecenie słomy, a zwłaszcza nożownictwo, nędzne to rzemiosła, a życie tych robotników, to bolesna tajemnica, zasługująca na współczucie ogółu. Jak dotąd, nie widzimy dla żadnego z rzemiosł sposobu podniesienia zbyt niskiej normy płacy, pozostającej na tym samym poziomie od lat 50”.

Przemysł domowy dlatego opiera się współzawodnictwu maszyny, że jest korzystny dla kapitału. Kapitał płaci tutaj najniższą cenę pracy, nie potrzebuje oglądać się na prawodawstwo fabryczne, ani obawiać się związków zawodowych i strajków. Cały ciężar przesileń i bezrobocia spada na barki chałupnika. Toteż istnieje pogląd, że przemysł domowy właśnie rozwija się w miarę tego, jak organizacje robotnicze i prawodawstwo polepszają byt pracowników najemnych w przemyśle wielkim.

Jednakowoż, jeżeli wierzyć sprawozdawcom, chałupnik przywiązany jest do formy swego zarobkowania i przekłada pracę domową nad warsztat fabryczny. „Tkacz lyoński – powiada p. Aynard – pracuje w warunkach absolutnej swobody, nie jest on robotnikiem fabrycznym i dumnym jest z tego; za nic na świecie nie wyrzekłby się tej swojej wolności. Jest on od nikogo niezależny, lecz w zamian i fabrykant nie zaciąga względem niego żadnych ściśle określonych zobowiązań”. A p. Isaak w sprawozdaniu o ekonomii społecznej w Lyonie powiada: „Ta niezależność, którą tkacz-chałupnik tak wysoko ceni, budzi w nim głęboką pogardę dla fabryki, nazywanej przez niego wygnaniem, zmniejsza niemal do połowy sumę pracy, jaką mógłby wykonać”. A p. Genart w monografii o robotnikach nożowniczych zaznacza: „Robotnik ten, przyzwyczajony do pracy w domu i do niezależności, wzdryga się na samą myśl, że praca ta skazaną jest na zagładę”.

Naturalnie to przywiązanie do chałupnictwa polega przede wszystkim na przyzwyczajeniu i upartym konserwatyzmie robotników tej kategorii. Zawód przekazuje się tu dziedzicznie z ojca na syna w ciągu szeregu pokoleń; tradycje przemysłu domowego wkorzeniają się w nawyknienia od dzieciństwa, przemysł bowiem domowy wprzęga do pracy całą nieraz rodzinę, nie wykluczając dzieci i kobiet. Wyrobnik domowy podobny jest niekiedy do chorego, który ma mętną samowiedzę własnych sił i środków leczniczych.

Stąd pomimo schorzenia ekonomicznego, skłonny jest raczej trwać w nędzy chałupniczej, niż szukać polepszenia bytu w zakładzie fabrycznym. Zresztą, jak twierdzi profesor Bourguin, nowe pokolenia pracowników domowych są znacznie mniej przywiązane do warsztatu domowego i bez wahania udają się do fabryki, skoro tylko spodziewają się tam lepszego wynagrodzenia za pracę.

Jak wobec rozważań powyższych przedstawia się społeczna wartość kooperatyzmu przemysłowego w dziedzinie chałupnictwa?

Nie tylko zwolennicy popierania drobnego przemysłu i kooperatyści, jak prof. Gide, ale i tacy bezstronni badacze, jak cytowani wyżej prof. Tuhan-Baranowski i prof. Bourguin, wypowiadają przekonanie, że zastosowanie siły motorowej może wpłynąć uzdrawiająco na warunki zarobkowania chałupniczego. Ten ostatni powiada:

„Bez zbytniej przesady wolno przypuszczać, że jeżeli dzięki nowym udoskonaleniom, technika elektryczna zdoła dostarczyć prądu na znaczną odległość w małych ilościach i po cenach możliwie niskich, przemysł domowy znajdzie się w warunkach technicznych, bodaj nie niższych od fabrycznego i potrafi walczyć z powodzeniem, a nawet ilościowo się wzmagać, zwłaszcza w okolicach górskich, gdzie wodospady dostarczą im taniej siły. Motorowa siła domowa stanie się dobrodziejstwem dla pracowników, jeżeli zmniejszy ich znużenie i zwiększy wydajność pracy; upowszechnienie jej przyczyni się oczywiście do dalszego obniżania płacy akordowej, ale robotnicy akordowi i ich pomocnicy będą mogli wykorzystać wzrost wydajności pracy w celu podniesienia poziomu zarobków, zwłaszcza, jeżeli potrafią się wyzwolić i bronić przez zrzeszenie… Jeżeli sprawy pójdą tą drogą, rozpowszechnienie się warsztatów rodzinnych stanowić będzie prawdziwy postęp społeczny”.

5.

Odrębnym typem stowarzyszeń w przemyśle są stowarzyszenia pracy. Polegają one na tym, że grupa robotników wspólnie podejmuje się pewnej pracy i uzyskane wynagrodzenie dzieli pomiędzy członków stowarzyszenia. Stowarzyszenie pracy otrzymuje zamówienia bezpośrednio od osób trzecich, które najczęściej dostarczają mu środków produkcji.

Typem takich asocjacji są stowarzyszenia pracy wśród robotników budowlanych, stowarzyszenia kopaczy, tragarzy, robotników portowych, drogowych itp. Stowarzyszenia te są dosyć rozwinięte i według wszelkich oznak mają przyszłość przed sobą. Jak wykazuje doświadczenie, mogą one doskonale konkurować z przedsiębiorstwami kapitalistycznymi. Narzędzia produkcji są w tym przemyśle nieskomplikowane, koszty surowca nie obciążają wydatków stowarzyszenia, a w samym procesie produkcji wybija się na czoło czynnik pracy.

Stowarzyszeń takich dużo w Rosji, gdzie noszą one specjalną nazwę „artieli”. We Włoszech „Cooperative di lavoro” liczą około 100 tysięcy członków. Statystyka ministerstwa rolnictwa 31 grudnia 1910 r. podaje, że na ogólną liczbę 1017 stowarzyszeń pracy w 774 stow., które nadesłały daty statystyczne, było 94 738 członków. Są to zastępy robotnicze wyzwolone dzięki kooperacji z zależności od pośrednika-kapitalisty. Podejmują się one najrozmaitszych robót budowlanych, drogowych, ziemnych itp.

Gdy delegat francuskiego ministerstwa rolnictwa Charles de Saint Cyr badał organizacje robotnicze we Włoszech, pisał on z powodu zwiedzenia domków robotniczych w Reggio-Emilia, co następuje: „Domy ludowe zbudowane są tutaj przez kooperatywy pracy. Wszystkie mają wygląd solidny i elegancki”.

Kiedy włoski minister robót publicznych oglądał odrestaurowany przez kooperatywy pracy zamek książąt Sforzów w Mediolanie, architekt Beltrani, pod którego dozorem prowadzone były roboty budowlane, wyraził się, że w kooperatywach pracy znalazł „prawdziwe zrozumienie piękna i artyzmu” – te same cechy, które w wiekach średnich zapewniły robotnikom włoskim wszechświatową sławę. Nie mniej chlubne świadectwo zdobyły sobie kooperatywy pracy w Rawennie wykonaniem robót regulacyjnych na rzece Reno. Trudności były tak wielkie, że przedsiębiorstwa prywatne nie chciały się podjąć regulacji. Koszty jej dosięgły 10 milionów lirów. Jedną wreszcie z najświetniejszych kart włoskiego ruchu kooperatystycznego jest zbudowanie przez kooperatywy pracy kolei pomiędzy Reggio i Ciano. Minister Luzzatti był jednym z tych, który wpłynął na rząd włoski, by udzielił koncesji na budowę tej linii.

Ostatni rok przyniósł znowu jeden z nowych dowodów żywotności tego rodzaju stowarzyszeń. W Carnii we Włoszech ruch został zapoczątkowany stosunkowo niedawno, bo zaledwie przed 5 laty. W ciągu pierwszych dwu lat stowarzyszenie robotników ziemnych wykonało bardzo nieznaczną ilość robót, na 12 000 lirów. Liczba członków wynosiła 480. W trzy lata potem, dzięki poparciu ze strony wpływowych ludzi w gminie, powierzono stowarzyszeniu przeprowadzenie drogi pomiędzy miastami Tolmezzo i Cavazzo Carnico, co wymagało wykonania różnorodnych robót drogowych i inżynieryjnych, a pomiędzy innymi wzniesienia mostu na rzece Tagliamento. Długość tego mostu wynosić będzie 400 m, a koszty budowy około 400 000 lirów. Przedsiębiorstwa podjęła się federacja stowarzyszeń pracy w Tolmezzo (Consorcio Carnico fra le cooperative di lavore e produzione). Kosztorys drogi przewiduje ogólną sumę wydatków w kwocie 826 000 lirów. Roboty mają być ukończone w r. 1913.

Rząd włoski chętnie w ogóle powierza większe nawet roboty publiczne kooperatywom pracy i udziela im kredytu. Zdobyły one sobie zaufanie u rządu i społeczeństwa. Kiedy konsorcjum budowy kolei Reggio-Ciano, złożone z 39 stowarzyszeń, z kapitałem udziałowym w rozmiarze 102 tysięcy lirów (1700 udziałów po 60 lirów każdy) objęło budowę wyżej wspomnianej kolei, udzieliły kredytu nie tylko banki spółdzielcze, ale i Bank Włoski (la Banca d’Italia). Koszty budowy obliczone były na 3 600 000 lirów. Konsorcjum kooperatywy pracy otrzymało od rządu prawo eksploatacji kolei na przeciąg lat 70. Same kaucje gwarancyjne, które musiano złożyć w czasie budowy, wyniosły: w roku 1905 21 grudnia przy rozpoczynaniu robót 200 000 lirów, następnie po wykonaniu pierwszej jej połowy 250 000 lirów, wreszcie w r. 1907 jeszcze 350 000 lirów tytułem gwarancji poręczającej eksploatację kolei. Kaucje te wpłacone zostały przez „Umanitaria”, Instituto di Credito per le Cooperative w Mediolanie. Świadczy to najlepiej o wysokim stopniu zaufania, którym obdarza naród włoski robotnicze stowarzyszenia pracy.

Rozwinęły się one w krótkim stosunkowo okresie czasu z małego prototypu organizacji kilkudziesięciu robotników ziemnych, którzy, pozostając od dłuższego czasu bez pracy, podjęli się przeprowadzenia na wspólny rachunek małej grobli. Dziś z tamtej małej organizacji wyrósł potężny ruch robotniczy, który w roku 1909 wykonał samych robót rządowych na 29 011 031 lirów. Dziś rozlega się we Włoszech okrzyk-hasło „precz z pośrednikiem” – nie tylko z pośrednikiem w handlu, ale i z pośrednikiem w przemyśle. Jak konsumenci zawiązują stowarzyszenia spożywcze, ażeby usunąć pasożytnictwo pośrednictwa handlowego, tak robotnicy organizują stowarzyszenia pracy, aby pozbyć się pośredników przemysłowych. Chcą oni prowadzić przedsiębiorstwa na własny rachunek, bezpośrednio otrzymując obstalunki od gmin i państwa, od kooperatyw, wreszcie od instytucji i osób prywatnych. A im bardziej drożeje życie, tym silniej wzrasta potrzeba zaoszczędzenia na dobro robotnika i konsumenta tych dochodów, które stanowią zysk pośrednika w handlu i przemyśle – zysk kupca i przedsiębiorcy kapitalistycznego. Niedawno, bo 9 sierpnia 1911 r., zawiązał się w Genui komitet mający na celu propagowanie tej właśnie idei we wszystkich dziedzinach ekonomicznego życia pod hasłem: „Precz z pośrednikiem”. Hasło to wnet zyskało sobie posłuch w Mediolanie i innych miastach Lombardii. Wkrótce bowiem, bo w dniu 9 września 1911 r., oficjalny organ Narodowej Ligi kooperatyw włoskich, ogłosił odezwę mediolańskiej „Camera del lavoro”, w której organizacja ta solidaryzuje się z akcją komitetu genueńskiego i przywołuje wszystkich obywateli do popierania idei usunięcia pośrednictwa z handlu i przemysłu. „Wiemy – powiada odezwa – że walka będzie długa i trudna, że pośrednicy, broniąc swych interesów, łączyć się będą w organizacje celem unicestwienia słusznych dążeń naszych, ale wierzymy, że jeżeli wszystkie stowarzyszenia i związki proletariatu wystąpią w tej kampanii z zapałem i wiarą, z nieugiętością i wytrwaniem – zwycięstwo nie omieszka błysnąć nam w całej pełni”. A na to Antonio Maffi, redaktor „La Cooperazione Italiana”, bliski współpracownik byłego premiera Luzzattiego i obecnego Giolittiego, odpowiada w imieniu redakcji, co następuje: „Całe nasze współczucie po stronie tej najchwalebniejszej z inicjatyw. Usunięcie pośrednika z każdej dziedziny życia, gdziekolwiek tętni działalność ludzka, powinno być istotnym celem wszystkich instytucji robotniczych. Wrogi pasożyt rozwielmożnił się na niwach pracy zarobkowej i zgarnia dochody, nieobojętne dla coraz to trudniejszego bilansu rodziny robotniczej. Za wszelką cenę powinien być usunięty. Dzieło to żmudne, wiemy o tym dobrze. Pomyślne jednak wyniki walki niezawodne są, jeżeli wezmą w niej udział wszystkie organizacje, które przewodzą w emancypacyjnym pochodzie klasy pracującej”.

Przytoczyliśmy te wyjątki, by oświetlić nastrój ożywiający działaczy włoskich, zarówno tych, co bliżej stoją mas ludowych, jak i tych, co w kontakcie zażyłości z parlamentem i mężami stanu. Jak widzimy, hasło energiczne i bardzo szerokie, zdaniem naszym na dziś jeszcze za szerokie, zwłaszcza, jeżeli się zważy bezsilność kooperacji wytwórczej w dziedzinie wielkiego przemysłu fabrycznego. Obie zresztą odezwy wspominają o długiej walce i wielkich trudnościach, co każe przypuszczać, że autorzy ich zdają sobie dokładną sprawę z warunków rzeczywistości. Ale takie maksimum programu spółdzielczego nie może pozostać bez wpływu na stan umysłów. Działać ono będzie na masy, jako podnieta do czynu, i fascynować, jako ideał wyzwolenia. W konsekwencji zyska na tym rozmach pracy organizacyjnej i wzrośnie tempo ewolucji spółdzielczej. A przyszłość złoży się tak, jak ją uwarunkują siły rozwoju społecznego.

We Francji rzecznikiem tych stowarzyszeń jest de Molinari i głośny ekonomista Ives Guyot, były minister, obecny prezes Towarzystwa Statystycznego. Ten ostatni uważa stowarzyszenia pracy za formę przyszłej organizacji pracy w przemyśle. Z poglądem tym sympatyzuje wybitny socjolog włoski Loria, który przypuszcza, że na pewnym szczeblu rozwoju syndykaty robotnicze będą mogły wziąć w dzierżawę u kapitalistów przedsiębiorstwa i prowadzić produkcję na podstawach autonomicznych. Zdanie to również podziela Gide, powiadając: „Związek robotników (equipe) zobowiązuje się do wykonania pewnej roboty za z góry umówioną cenę i otrzymuje całkowitą należność za swą zbiorową pracę, którą dzieli pomiędzy uczestników roboty, bądź w równej części, bądź też proporcjonalnie do sumy pracy, dostarczonej przez każdego z członków związku. Jest to stowarzyszenie spółdzielcze na małą skalę, powstałe w łonie samej fabryki celem chwilowej produkcji. Taki system organizacji i wynagradzania pracy jest tym ciekawszy, że może on dać dobre wyniki tam właśnie, gdzie samoistna kooperatywa wydaje się być marzeniem nieziszczalnym, mianowicie w wielkim przemyśle. Robotnik znajduje w niej większą niezależność w stosunku do fabrykanta, oraz zyskuje na większej solidarności w stosunku wzajemnym z kolegami, podczas gdy fabrykant ze swej strony zyskuje na mniejszym dozorze, prostszej rachunkowości, wzroście produkcji i staranniejszej robocie”. Niektórzy z autorów, jak np. Tuhan-Baranowski, uważają za bardzo pożądane zastosowanie tego rodzaju stowarzyszeń pracy w przemyśle, prowadzonym przez stow. spożywcze.

Robotnicy korzystają podczas procesu wytwarzania z zupełnej swobody, ale nie biorą odpowiedzialności za zbyt towarów. Zupełnie właściwe przy tym jest dopuszczenie robotników do udziału w zyskach przedsiębiorstwa.

Podobne stanowisko zajmuje również jeden z najwybitniejszych praktyków włoskich Vergnanini. Na kongresie w Cremonie oświadczył on, co następuje: „Kooperacja robotnicza po to, aby być rzeczywiście pożyteczną dla klasy pracującej, powinna się opierać i rozwijać harmonijnie na podstawie konsumpcji. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie należy tworzyć kooperatyw rzemieślniczych, przeciwnie, powinny one powstawać, ponieważ one to właśnie są ogniskami, gdzie się kształtują uczucia solidarności i świadomość przynależności klasowej. Ale jak tylko kooperatywy wytwórcze i stowarzyszenia pracy dosięgną w swoim rozwoju pewnych granic, konieczne jest przywołanie ich pod znak solidarności ogólnorobotniczej przez połączenie ich z kooperatywami spożywczymi (en les fusionnant avec les Coopératives de consommation). Nawet w stowarzyszeniach robotniczych spotykamy te same braki, co i w społeczeństwie burżuazyjnym: tu ujawniają się również tendencje egoistyczne i dążenia do monopolu w zakresie rzemiosła. Z biegiem czasu mogą one stać się tyranią, jeszcze bardziej groźną, niż tyrania burżuazji. Naszym stowarzyszeniom wytwórczym ciągle powtarzamy, że jeżeli uczynią one z kooperacji wyłączne narzędzie osobistego interesu pewnej grupy producentów, to nie przyczynią się nigdy do zreformowania dzisiejszego ustroju społecznego. Konieczne jest, aby interesy spółdzielczej organizacji robotników w stowarzyszeniach wytwórczych i stowarzyszeniach pracy podporządkowane były interesowi bardziej szerokiemu, jakim jest dobro wszystkich bez wyjątku robotników, jako konsumentów. Jeżeli kooperacja ma być orężem emancypacji w rękach proletariatu, jeżeli ma się ona przyczynić do rozwiązania kwestii robotniczej i kwestii socjalnej, to powinna zmierzać w kierunku swej formy integralnej, tej formy, która łączy w sobie produkcję, wymianę i konsumpcję”.

Wypadki takiego połączenia znane są w kooperacji spożywczej angielskiej pod nazwą wytwórczych stowarzyszeń „inkorporowanych”. W roku 1906 liczyła Anglia na 112 stow. wytwórczych 34 stowarzyszenia, które produkowały dla kooperatyw spożywczych. Z tych 34 stowarzyszeń 8 całkowicie oddawało swój zysk kooperatywom spożywczym, zakupującym ich wytwory. Produkcja tych 8 stowarzyszeń dosięgła w 1906 roku wartości 19 milionów franków, 26 pozostałych, których produkcja wynosiła razem 15 milionów franków, dzieliły swoje zyski na 2 części: jedną z nich otrzymywały kooperatywy spożywcze, druga przechodziła do podziału pomiędzy członków-producentów. Ogólna wartość produkcji wszystkich 34 stow. inkorporowanych wynosiła 34 miliony franków. Zatrudniały one 10 835 członków i 3549 robotników najemnych.

Centralny związek niemieckich stow. spożywczych w Hamburgu liczył w 1906 r. 20 wytwórczych stowarzyszeń inkorporowanych. Z nich najbardziej znana kooperatywa robotników tabacznych w Hamburgu, której produkcja wynosiła w tymże roku 728 000 marek. Pierwotnie stowarzyszenie to było założone przez robotników, którzy chcieli wziąć na siebie handlowe ryzyko przedsiębiorstwa. Z biegiem czasu hurtownia stow. spożywczych musiała przyjść stowarzyszeniu z pomocą przez nabycie udziałów oraz zapewnienie zbytu dla jego wyrobów. Obecnie hurtownia posiada w radzie nadzorczej swoich przedstawicieli, a podział zysków odbywa się w ten sposób, że połowę otrzymują robotnicy, a połowę nabywcy. Oprócz kooperatyw, należących do Związku Centralnego, 5 kooperatyw inkorporowanych liczy Związek Saski i 8 Związek Północno-Zachodni.

Zaznaczyć tu należy, że stowarzyszenia te są poniekąd dowodem tendencji kooperatyw wytwórczych do oparcia się o zorganizowane koła spożywców. Może to być uważane za objaw przejściowy w kierunku całkowitego opanowania kooperatywy wytwórczej przez spożywczą, bądź też, jak twierdzą inni, przykładem harmonijnego połączenia dwóch typów organizacji spółdzielczej.

6.

Rozpatrzyliśmy wszystkie ważniejsze typy kooperacji w przemyśle, pozostawiając na stronie produkcję stowarzyszeń spożywczych, prowadzoną przez hurtownie. Ten typ produkcji spółdzielczej, tzw. federalistycznej, został omówiony w tej części, gdzieśmy mówili o stowarzyszeniach spożywczych. Pod względem organizacji przemysłu fabryki stowarzyszeń spożywczych nie różnią się zasadniczo od fabryk kapitalistycznych. Oparte są na systemie najemnictwa, producenci nie są właścicielami kapitału i środków produkcji, produkt pracy nie należy do nich i nie oni się troszczą o zbyt towaru. Robotnicy otrzymują tylko płacę najemną, wyjątkowo zaś w systemie szkockim posiadają prawo nabycia udziału przedsiębiorstwa i korzystają z części zysków rocznych, wymierzanych im w stosunku do zarobków. W fabrykach hurtowni angielskiej, jak również i w zakładach przemysłowych, należących do Centralnego Związku niemieckiego, szwajcarskiego i innych, robotnicy otrzymują tylko płacę najemną, podobnie jak w przedsiębiorstwach kapitalistycznych. Przy takiej organizacji nie może być mowy o kooperacji w przemyśle, bo jakkolwiek przemysł ten z kooperacji wyrasta i na niej się, jako na swej podstawie opiera, jego wewnętrzna organizacja przemysłowa spółdzielczą nie jest.

Reasumując wszystko, cośmy wyżej o kooperacji wytwórczej powiedzieli, przychodzimy do wniosków następujących:

a) Kooperacja wytwórcza w pełnej formie nie może dziś jeszcze znaleźć pomyślnego zastosowania w dziedzinie wielkiego przemysłu, bądź w tych gałęziach przemysłu drobnego i średniego, które chylą się ku upadkowi wskutek podboju produkcji maszynowej.

b) Kooperatywy wytwórcze mogą się rozwijać w tych wszystkich dziedzinach drobnego i średniego przemysłu, które nie są zagrożone ze strony produkcji wielkokapitalistycznej i ujawniają żywotność i ekspansję.

c) Kooperatywy pomocniczo-wytwórcze mogą znaleźć zastosowanie w przemyśle chałupniczym, ułatwiając producentom korzystanie ze wspólnych warsztatów i narzędzi pracy, bądź eksploatację siły motorowej.

d) Kooperacja daje się znakomicie zastosować przy organizowaniu pracy w przemyśle (stowarzyszenia pracy, braccianti, equipes, artieli, cooperative del lavoro).

e) Kooperacja wytwórcza nadaje się do połączeń z kooperacją spożywczą; powstaje przy tym typ mieszany kooperatywy, w której działalność handlowa przechodzi do organizacji spożywczej, a produkcja pozostaje w rękach wolnego zrzeszenia robotników.

f) Zastosowanie kooperacji w przemyśle we wszystkich wypadkach, gdzie to jest możliwe, uważać należy za wysoce pożądane ze względów społecznych, gdyż spółdzielcza organizacja przemysłu wyzwala robotnika z zależności od kapitalisty, zwiększa jego zarobek oraz przyzwyczaja go do solidarnej i autonomicznej pracy gospodarczej, wykonywanej we wspólnych warsztatach. Rozpatrując kooperację wytwórczą ze stanowiska interesów robotnika, przychodzimy do wniosku, iż cenić ją należy za to, że przyczynia się do podniesienia jego dobrobytu i kultury. Ze stanowiska zaś społecznego dlatego, że, zatrudniając w zakładach spółdzielczych drobnych, ale licznych setki tysięcy robotników, zmniejsza tym samem szeregi malkontentów, którzy, nie posiadając własnych warsztatów, musieliby zarobkować w przemyśle kapitalistycznym. Kooperacja wytwórcza przyczynia się więc do ilościowego zmniejszenia konfliktów międzyklasowych i złagodzenia kwestii społecznej

A że jej byt ekonomiczny nie jest znów tak efemeryczny, świadczyć może ten fakt, że parlament francuski jeszcze niedawno, bo 29 grudnia 1911 r., uchwalił ustawę, mocą której skarb państwa z 20-milionowej zaliczki, udzielonej mu przez Bank Francuski, ma użyć 5 milionów na utworzenie instytucji kredytu dla robotników. Najświeższa wreszcie rezolucja, przyjęta przez paryską Chambre des députés w dniu 31 stycznia b.r., brzmi, jak następuje: „Pragnąc dać pracującym sposób podniesienia się z najemnictwa do asocjacji, Izba wzywa rząd, aby w możliwie najkrótszym czasie przedłożył projekt ustawy, dotyczącej organizacji stowarzyszeń wytwórczych i kredytu dla pracy”.

Rezolucja ta – to uznanie racji bytu tych stowarzyszeń, to wyraz wiary narodu francuskiego w społeczną i ekonomiczną wartość kooperacji wytwórczej.

Nie znaczy to, aby Francja współczesna miała lekceważyć trudności, jakie spotyka na swej drodze kooperatyzm wytwórczy. Autorzy francuscy podkreślają je z całą szczerością i główny kładą nacisk na brak u robotników dostatecznej kultury społecznej i niezbędnej do kierownictwa wiedzy fachowej.

Ale najdoskonalszą mistrzynią kultury i doświadczenia fachowego jest właśnie działanie, czyn. Przygotowanie praktyczne nabywa się w szkole codziennej praktyki, praktyki żmudnej i trwającej lata. Ona to urabia ludzi i czyni ich zdolnymi do podejmowania coraz to wyższych i trudniejszych zadań gospodarczych. Rozwija się instytucja – rośnie zapas doświadczenia pracowników – wespół z instytucją wyrasta i człowiek-działacz.

Zadaniem wychowawców przygotowywać ludzi dla instytucji. Ekonomiści zaś społecznicy wychowują ludzi w instytucjach i za pomocą instytucji. Stowarzyszenia spółdzielcze – to szkoły życia społecznego, a więc najdoskonalej uczą działać, walczyć i zwyciężać. Nie utyskiwać nam przystoi, że kultura naszej klasy pracującej tak mało rzekomo do kooperatyzmu podatna, ani czekać, aż nam szkolnictwo i pedagogia ludzi-obywateli wychowa, ale krzewić organizacje pracy gospodarczej i, rozciągnąwszy nad nimi serdeczną pieczę rady i czynnej pomocy, w instytucjach stworzyć dla robotników takie warunki, w których się oni sami kształcić będą – w szkole pokonywania trudności ekonomicznych, w pojmowaniu konieczności przebudowy samych siebie, w codziennym kształtowaniu woli i charakteru, sumienia i obywatelskości.

Edward Milewski

___________________________

Powyższy tekst to jeden z rozdziałów książki Edwarda Milewskiego „Kooperatyzm a kwestia robotnicza”, Lwów 1912, od tamtej pory nie wznawianej, ze zbiorów Remigiusza Okraski. Pominięto przypisy, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł. Na potrzeby Lewicowo.pl tekst przygotował Piotr Kuligowski.

 

 

Edward Milewski (1876-1915) – wybitny działacz, popularyzator i teoretyk polskiego ruchu spółdzielczego. Absolwent wydziału prawa Uniwersytetu Moskiewskiego (1900), następnie pracował jako publicysta warszawskiej „Gazety Handlowej” oraz inspektor w państwowym towarzystwie wzajemnych ubezpieczeń budynków od pożarów. Sympatyzował z inicjatywami lewicowymi, w 1906 r. ze względu na działalność polityczną był zagrożony więzieniem i przed carską policją uciekł do Paryża. Od 1907 r. przebywał we Lwowie, gdzie pracował w Związku Stowarzyszeń Zarobkowych i Gospodarczych – jednej z central spółdzielczości. Przez władze Związku został wysłany za granicę w celu poznania realiów ruchu spółdzielczego – prowadził badania w Belgii, Anglii, Szkocji, Francji, Włoszech, Niemczech i Szwajcarii. Po powrocie, w 1910 r. objął funkcję redaktora pisma spółdzielczego „Odrodzenie”, organu Związku. Od początku roku 1914 redagował także miesięcznik „Zjednoczenie”, poświęcony spółdzielczości spożywców. Opublikował liczne teksty analityczne i popularyzatorskie o ruchu spółdzielczym, prezentował stan spółdzielczości na ziemiach polskich podczas Międzynarodowego Kongresu Spółdzielczego w Hamburgu (1910). Propagował spółdzielczość wśród młodzieży akademickiej w Wiedniu, Lwowie i Krakowie. W 1913 r. z jego inicjatywy utworzono w ramach Związku autonomiczną strukturę Zjednoczenie Stowarzyszeń Spożywczych i Spożywczo-Wytwórczych, zostając w niej sekretarzem ds. organizacyjnych oraz głównym lustratorem-kontrolerem. Był autorem kilku książek i broszur: „Sklepy społeczne. Rzecz o kooperacji spożywców”, „Kooperacja i jej znaczenie w Polsce”, „Kooperatyzm a kwestia robotnicza”, „W sprawie samokształcenia spółdzielczego”. Po wybuchu I wojny światowej związany z Naczelnym Komitetem Narodowym, dla którego przygotowywał projekty dotyczące organizacji życia gospodarczego w niepodległej Polsce. Zmarł nagle na zawał serca 3 maja 1915 r. w Wiedniu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *