„Równość”

Komuna Paryska

[1880]

Wśród wielkich wypadków drugiej połowy bieżącego stulecia, wśród krwawych wojen zaborczych i powstań całych ludów, dopominających się z bronią w ręku o swą niepodległość, zarysowuje się odmiennego charakteru walka – Komuna Paryska. Ponad Sadową i Gravelotte wznosi się ona wysoko nowością swej idei, szlachetnością i wielkością swych bohaterów. Na sztandarze jej wypisane nowe hasło, a krwawy dramat rozgrywający się na polu tej walki wystawia nowe, historyczne role na scenę. Nie o zaokrąglenie granic państwowych tu chodzi, nie czcza zmiana formy rządu lub jednej panującej dynastii na drugą, lecz pragnienie istotnej swobody, lecz chęć wydobycia się spod szponów drapieżnego ptaka, burżuazyjnego państwa – na swobodę, rzuca dwieście tysięcy ludu paryskiego do fatalnej walki z Thiersem i robi proletariat paryski panem pozycji w przeciągu siedemdziesięciu dwóch dni z rzędu.

To chwilowe zwycięstwo, ten niedługi, ale realny, tryumf nowej idei robotniczej nad gnijącą u swych podstaw burżuazją, określa w ogólnych zarysach charakter Komuny.

Jakie jednak czynniki złożyły się na wytworzenie tej walki? Czym była w swej treści Komuna? Oto pytania, które mimo woli się nasuwają i na które, w ciasnych ramach naszego artykułu, odpowiedzieć zamierzamy.

Zwróćmy się w niedaleką przeszłość.

Ostatnie lata panowania Napoleona, opierającego się niby na tradycji 1848 r. i na powszechnym prawie wyborczym jako na rzekomej sankcji całego narodu, coraz dobitniej zaczęły wykazywać chwiejność podstaw sztucznego gmachu cesarstwa i niepewność pozycji jego koronowanego reprezentanta.

Rządy jego były de facto panowaniem i rozkwitem burżuazji. Wyciągnąwszy wszystkie korzyści z rewolucji 1848 r. ujęła ona władzę w ręce i zasłaniając się Napoleonem, jako „przedstawicielem ludu”, zmieniła proletariat francuski w posłuszne narzędzie dla swych celów.

Nieświadomy, żądający w 1848 r. skromnego prawa do pracy, nie umiał on zrazu ocenić swego stanowiska. Zrzuciwszy z tronu Filipa Ludwika, powołał burżuazję do władzy i, wyniósłszy na swych barkach cały ciężar rewolucji, uczuł się w pozycji gorszej niż poprzednio – błąkał się więc jak w labiryncie, nie wiedząc, gdzie wrogowie i skąd płynie źródło złego. Powoli jednak, wobec szybkiego rozwoju handlu i przemysłu, wpadając w nędzę potęgującą się przez niepomierny przepych i rozkosz dworu, przez bezrozumne marnowanie finansów państwowych, nabierał on niewiary do cesarstwa i nienawiści do swych bezpośrednich chlebodawców. Trzeba było oczy jego zwrócić w inną stronę. Usiłowania popleczników Napoleona były jednak nadaremne. Ani przedsiębrane przez wysokich dygnitarzy pod auspicjami monarchy roboty publiczne, ani zakładanie stowarzyszeń robotniczych i protegowanie takowych nie potrafiły stłumić niewiary. Nagie fakty bieżącego życia, z dnia na dzień dolegająca bieda i nędza dawały silnie odczuwać robotnikom całą okropność ich położenia na teraz i na przyszłość i zrywały jednocześnie maskę obłudy z fałszywych protektorów.

Robotnikom brak było prawdziwej świadomości. Wielką rolę oświecenia pracujących tłumów przyjął na siebie Internacjonał.

Założony w 1864 r. przez najbardziej światłych robotników francuskich, niemieckich, angielskich i innych narodowości, postawił on sobie za cel organizację pracujących wszystkich krajów jako kontrsiłę organizacji burżuazyjno-państwowej i, rozstrzygając na corocznych kongresach rozmaite kwestie ekonomiczno-społeczne, upowszechniał on idee swoje wśród warstw pracujących, przenosząc pole walki z książki i gabinetu na drogę praktyki, na szeroką niwę codziennego życia.

We Francji znalazł on szeroki grunt dla swego rozwoju. W połowie 1868 r. wydano bowiem specjalne prawo, zezwalające na publiczne zebrania.

Była to nowa silna broń dla robotników.

Tu spotkali się oni oko w oko z okrytymi aureolą sławy przedstawicielami płatnej nauki. Trybuna publiczna stała się areną gorących sporów pomiędzy fałszerzami prawdy a inteligentnymi przedstawicielami i przyjaciółmi ludu. Korzyści dla klasy robotniczej były ogromne – coraz więcej światła przedzierało się do jej łona, a niechęć świadoma potęgowała coraz bardziej.

Do obozu robotników przy tym przybywał nowy element: drobna burżuazja. Rujnowana coraz bardziej przez wielkich kapitalistów, czując niepewność jutra i widząc byt swój zagrożony przez operacje finansowe, grę giełdową i rozmaite spekulacje, oddzielała się ona od wielkiej burżuazji, zwracając się myślą i sercem ku szeregom robotniczym, do których zbliżały ją same warunki ekonomiczne. Wszechpotęga kapitału usuwała coraz bardziej grunt pod jej nogami, klerykalizm zaś ciała prawodawczego rozdrażniał głęboko jej antyreligijne opinie. Z opozycyjnego obozu radykalnej demokracji przenosiła się powoli do obozu socjalistów – przechodziła ona tę linię graniczną, łatwą do przebycia tym jej przedstawicielom, którzy potrafili zrozumieć ducha czasu i ideę zbliżającej się epoki.

Robotnikom przynosiła ona światło i wiedzę, znajdując w ich szeregach silnych sprzymierzeńców na przyszłość. Jako partia opozycji, wypowiedziała ona wojnę cesarstwu – na łamach dzienników, z trybuny parlamentu i wreszcie na publicznych zebraniach dawały się słyszeć coraz liczniejsze głosy jej inteligentnych malkontentów.

Bliska burza, ze wszech stron grożąca, unosiła się w powietrzu.

Napoleon postanowił ją zażegnać i wydał wojnę Niemcom, stawiając wszystko na jedną kartę. W razie powodzenia, w razie zwycięstwa nad Niemcami, pozbywszy się w wojnie najwięcej czynnych, energicznych i niebezpiecznych dla siebie elementów robotniczych, olśniony blaskiem, miał on szanse powodzenia i kredyt na przyszłość, w razie przegranej był zgubiony na zawsze. Robotnicy francuscy odwrócili się ze wstrętem od wojny, nie chcąc maczać rąk swoich w krwi braci zza Renu, i wydali manifest wielkiej doniosłości dziejowej: „Do robotników wszystkich krajów”, na który tak mało historycy królów i dworów do tej pory zwracali uwagi. „Pozostańcie głuchymi – powiadają oni, zwracając się do robotników niemieckich – na bezsensowne prowokacje, bo wojna między nami byłaby wojną bratobójczą… rozdział nasz sprowadziłby tylko po obu brzegach Renu zupełny tryumf despotyzmu”. W tym duchu też otrzymali odpowiedź od robotników niemieckich. Do wojny gnali lud despoci żądni władzy i panowania, ubiegając się o sporną przewagę państwową Francji nad Niemcami lub na odwrót!

Fakt jednak stał się… Wojna pociągnęła za sobą bankructwo cesarstwa.

4 września lud paryski dowiedział się z oburzeniem o kapitulacji Sedanu. Cicho i spokojnie zrobił on rewolucję i przy okrzykach: „Vive la République!” zwalił obmierzły mu tron cesarski, postanowiwszy do ostatniej kropli krwi walczyć z nieprzyjacielem, aby nie ujrzeć tryumfu jego na ulicach Paryża.

Władza dostała się do rąk Rządu Obrony Narodowej. Lud nie znał go wcale i nie wiedział, że to była prawdziwa liga burżuazji.

Rząd przez usta swego naczelnika, dyktatora Paryża, generała Trochu, solennie ogłosił – „że nigdy nie kapituluje”, a Jules Favre, minister spraw wewnętrznych, zaprzysiągł, „że nigdy nie ustąpi ani piędzi ziemi, ani jednego kamienia z fortecy”.

Rozpoczęto grę z uczuciami ludu, tak krwawo później zakończoną.

Rząd Obrony Narodowej przywdział maskę na twarz. Jednolitość władzy napoleońskiej podzielili między sobą Trochu, Jules Favre i inni godni ich współkoledzy, pałając tą samą nienawiścią i obawą przed ludem, jak ich zdetronizowany poprzednik – nie mogli więc pragnąć zwycięstwa ludu! Gdyby zechcieli połączyć się z nim i użyć wszystkich niezmiernych środków do walki w Paryżu, otoczonym całą linią obronnych wałów i fortec, posiadającym broń i zapasy żywności na bardzo długi czas, to bramy stolicy świata nie rozwarłyby się nigdy przed nieprzyjacielem, a obudzony przykładem Paryża lud prowincji zmusiłby armię nieprzyjacielską do złożenia broni.

Rząd nie mógł się zdobyć na krok podobny, wygrana i tryumf robotników paryskich nad armią niemiecką wykopałyby mu grób na zawsze – był więc Judaszem od początku do końca. Udając patriotyzm maskował się on przed ludem, ukrywał swą zdradę, bo był całkiem bez wojska; armia stała była częściowo na polu bitwy, częściowo w niewoli u Prusaków. Bezsilny, grał komedię do czasu, wtórując fałszywymi akordami czystym i silnym dźwiękom paryskiego ludu!

Lud wierząc weń zbroił się na serio. Wśród trudnych warunków wojny, wśród ogólnego zastoju handlu i przemysłu, bez pracy i chleba, niósł on ostatni swój grosz dla obrony Paryża, dla ratowania honoru Francji.

Ostatniej chwili spotkania się wyczekiwano z niecierpliwością. Prusacy, przez zdradę Bazaine’a wziąwszy Metz, posuwali się ku Paryżowi.

28 stycznia zwiastował kapitulację i preliminaria pokoju.

Dwie partie wyraźnie obok siebie wystąpiły. „Partia porządku”, czyli partia rządowa, żądała gwałtem pokoju, zdzierając z siebie maskę obłudy. Prawdziwi przyjaciele ludu tym silniej, tym namiętniej pragnęli ostatecznej walki w murach Paryża, nie chcąc słyszeć o zawarciu pokoju; przenosili oni śmierć nad poniżenie dumy narodowej, woleli zginąć niż poddać się!

Wojna cywilna zbliżała się z dnia na dzień.

W tej ważnej historycznej chwili, gdy rozdział między burżuazją a proletariatem, między rządem Thiersa a ludem Paryża zarysowywał się coraz bardziej, ogromną rolę odegrał Komitet Centralny gwardii narodowej.

Komitet Centralny był ciałem wybranym z gwardii narodowej. Ukonstytuowany 24 lutego, miał on za zadanie czuwać nad bezpieczeństwem Paryża i dawać opór tym intrygom monarchicznym, które występowały w łonie rządu i mogły w danym razie zburzyć republikę przez lud paryski 4 września ogłoszoną.

Rząd „Obrony Narodowej” demaskował się przed ludem swoim postępowaniem. Konspiracja monarchiczna coraz bardziej na jaw wychodziła. Najważniejsze posady z rąk rządu Republiki generałom bonapartystowskim były rozdane. Naczelnikiem miasta był generał Vinoy, naczelnikiem gwardii narodowej generał d’Aurelle de Paladines – obaj znani przyjaciele tronu i klerykalizmu.

Wobec takich warunków i wbrew tym oficjalnym figurom rządowym gwardia narodowa, prawie wyłącznie z ludu złożona, organizowała się i zbroiła samodzielnie. Zupełnie nowa myśl kierowała całą tą organizacją. Komitet Centralny powstał bowiem przez wolne wybory samych gwardzistów i złożony był z delegowanych odrębnych kompanii, batalionów i legionów.

Był to zarząd wojskowy wolę ludu zbrojnego, wolę gwardii narodowej wyrażający. Lud własną pracą i własnymi funduszami odlał działa, które miały bronić Paryża przed Prusakami.

Komitet Centralny i działa gwardii narodowej najbardziej rząd niepokoiły, spać mu nie dawały.

Na Komitet Centralny figury rządowe rzucały kalumnie, a działa bronione przez gwardię razy kilka starano się zabrać. Gwardia narodowa umiała działa za każdym razem utrzymać – usiłowania żandarmów thiersowskich pozostawały nadaremne.

Klika burżuazyjno-monarchiczna wahała się, nie miała wojska, aby kartaczami lud rozbroić: dwieście tysięcy gwardii narodowej i dwieście kilkadziesiąt armat miał on dla swej obrony.

Na koniec, po ostatnim bezpłodnym usiłowaniu zabrania armat ludowych, Thiers wydał w dniu 17 marca szumną proklamację do paryskiego ludu, rozklejoną wszędzie na murach Paryża i podpisaną przez wszystkich członków rządu. Powiada on w niej, iż garstka malkontentów, nie uznając istotnej władzy, pod pretekstem obrony Paryża od Prusaków chce sama stworzyć rząd nieprawy i ustawia armaty na wzgórzach Paryża dlatego, aby zdruzgotać później lud paryski wraz z dziećmi w jego mieszkaniach. W imię rozumu i patriotyzmu on, tj. lud, powinien pomóc rządowi w stłumieniu nieporządku tamującego przemysł i handel, sprowadzającego bezrobocie. Winni będą oddani w ręce sprawiedliwości!

Proklamacja ta pozostała całkiem obojętną dla paryskiego ludu.

Paryż szybko zmienił swą fizjonomię i resztki armii zaczęły się bratać z ludem na ulicach… tu i ówdzie ukazały się barykady.

Thiers ze swą kliką umknął do Wersalu 18 marca. Panem Paryża był lud i Komitet Centralny.

Komitet Centralny jako organizacja ludowa z charakterem obronnym ujrzał wielkie zadanie przed sobą: trzeba było utrzymać pozycję i jednocześnie zniszczyć wpływy intryg dawniejszych deputowanych miejskich, owych biało-różowych liberałów, którzy widząc rewolucję ludową na całej wysokości jej stanowiska, chcieli wszelkimi siłami stłumić ją, wziąwszy na siebie obłudną rolę mediatorów pomiędzy Wersalem a Paryżem. Wiedzieli dobrze, że rewolucji ludowej pogodzić z rządem nie można: ogień i woda połączyć się nie dadzą – ale… należeli oni do „partii porządku”! A to dosyć… Komitet Centralny wobec tej trudnej pozycji rewolucją kierował. Od 19 marca powoływał on lud do wybrania Rady Miejskiej, chcąc złożyć z siebie obowiązki spraw cywilnych dotyczące, lecz tajne intrygi pochodzące z ręki mediatorów przewlekły wybory. Czujny i baczny na te pokątne roboty Komitet, aczkolwiek wiedział dobrze, że przyszłe działanie jego na wałach i barykadach odbywać się będzie, nie wypuszcza jednak władzy cywilnej z rąk swoich oczekując końca wyborów.

28 marca na koniec kilkaset tysięcy ludu zebranego na placu przed ratuszem krzykiem radości „Vive la Commune!” zwiastowało pojawienie się Komuny.

Historia po raz pierwszy ujrzała podobne zgromadzenie! Ciało wyborcze bez nacisku z góry, swobodnie przez lud wybrane, przeważnie z dzieci ludu, z robotników paryskich złożone, świadomie i szczerze interesom ludu poświęcone.

W tym jej charakterze leży wybitny kontrast z organami państwa, tj. tej instytucji polityczno-społecznej, która porządku na monopolu i przywilejach opartego broniąc siłą i despotyzmem się utrzymując, świadomie wbrew interesom ludu działa. Komuna zaś występuje na tle dziejowym jako określona i całkiem nowa forma ludowo-politycznej organizacji.

Wbrew brutalnej sile i grabieży, z których państwo historycznie się utworzyło, wyłoniła się ona z długiej i ciężkiej walki ludu z jego ciemiężcami, oparła się więc całkiem na idei wolności i swobody i, jako wynik zwycięstwa proletariatu nad kastą burżuazji, stanęła przed wielkim zadaniem zorganizowania stosunków społecznych i wprowadzenia ich na taką drogę, na której człowiek-robotnik mógłby otrzymać zupełne ekonomiczne wyswobodzenie!

Żaden rząd rewolucyjny w ciągu dziejów nie stał nigdy na takim szczytnym oraz trudnym stanowisku!

Komuna zaczęła podążać w tym kierunku naprzód, lecz nie miała czasu dla wykończenia swego dzieła. Wierna idei swego pochodzenia, obca z natury swojej wszelkim tendencjom despotyzmu lub władzy, była ona sługą ludu, wykonawcą jego woli i żądań. Zwracając się do niego w pierwszej swojej proklamacji powiada: „ty jesteś panem swych losów, ty będziesz zaprowadzał instytucje, a my, słudzy twoi, będziemy spełniać nasz obowiązek”.

Z duchem tej proklamacji ściśle była zgodna. Czyż mogła więc podobać się szajce zdrajców, krwawą łaźnię dla ludu przygotowujących? Jules Favre na zgromadzeniu w Wersalu wykrzykiwał: „Cały stan Paryża to kradzież, rabunek, morderstwo w doktrynę społeczną obleczone… niech wiedzą buntownicy, że jesteśmy w Wersalu jedynie dlatego, aby walczyć z nimi do ostatka”.

Komuna tymczasem prowadziła swe prace. Po ucieczce Thiersa i rozmaitych jego urzędników do Wersalu liczne instytucje tak państwowe, jak też i miejskie, pozostawione były w ogromnym nieładzie i nieporządku. Na rozkazy Thiersa rujnowano umyślnie biura, niszczono najważniejsze dokumenty i papiery, zabierano wreszcie pieniądze nie tylko z kas państwowych, ale i z miejskich nawet. Urząd pocztowy np., wymagający takiej regularności w stosunkach, był przez zbiegów pozostawiony bez kas, marek i pieczęci.

Członkowie komisji zostali więc obarczeni podwójną robotą: przyprowadzeniem do porządku wszystkich publicznych instytucji, a następnie kierownictwem spraw dotyczących wewnętrznego zarządu i zewnętrznej obrony.

Pomimo całego nawału spraw wywiązali się oni z wielu trudnych robót z wielką akuratnością. Najzaciętsi wrogowie Komuny, nie mówiąc już o jej historykach należących do socjalistycznego obozu, jednogłośnie uznali, iż robotnicy wykazali zdolności administracyjne, że działalnością swą dowiedli znajomości rzeczy, połączonej z energią i szczerym oddaniem się swym obowiązkom; niektóre instytucje, jak poczta, szpitale, biura kontrybucyjne, były nawet lepiej zarządzane przez robotników niż przez urzędników cesarstwa, pomimo ciężkich warunków, w jakich się Komuna znajdowała.

Przykra to była niespodzianka dla burżuazji, poczuwającej się do obowiązku kierowania „ciemnymi tłumami”, a nie podejrzewającej nawet, że „ciemne tłumy” mogą wydać z łona swego całe zgromadzenie, które śmiałością swych myśli, logiką swych społeczno-politycznych poglądów nie da się porównać z żadną obecną administracyjną lub prawodawczą instytucją panującej burżuazji. Fakty jednak świadczą o tym wymownie.

Przypatrzmy się postanowieniom tego zgromadzenia, czyli właściwie mówiąc, dekretom Komuny. One to malują poszczególne rysy, odrębne kształty całej budowy, stanowią, iż tak powiemy, szkic obrazu rozpoczętego, lecz nie wykończonego niestety.

Zrobiono wprawdzie niewiele, zdumiewać się jednak potrzeba, jeśli się zastanowimy, w jakich warunkach Komuna swe posiedzenia odbywała. W samym jej łonie było kilka odrębnych partii politycznych. Przez wrota ludu dostali się tam prawdziwi burżuje, którzy wrogo na Komunę patrzyli, uznając legalność rządu wersalskiego. Następnie w obozie rewolucyjnym były dwa różne odcienie. Krańcowi socjaliści-federaliści doprowadzający swe teorie do ostatecznych granic; ultracentraliści gotowi z dyktaturą w ręku przebojem iść naprzód: nie było równowagi i harmonii pomiędzy tymi dwoma elementami. Od pierwszych dni kwietnia przy tym Wersalczycy rozpoczęli bombardowanie Paryża – pod gradem kul i bomb nieprzyjacielskich załatwiła Komuna ważne sprawy dotyczące rozmaitych gałęzi życia kolosalnego miasta i rozstrzygnęła kwestie wielkiej politycznej i społecznej doniosłości.

Zniosła ona konskrypcję i armię stałą, stworzyła natomiast gwardię narodową – oddzieliła kościół od państwa, konfiskując majątki kościelne na rzecz dobra publicznego, i dwoma tymi aktami wchodzącymi w program radykalno-liberalnej partii wykazała szeroki zakres swych politycznych dążności. Znosząc armię niszczyła ona siłę państwa i uwolniła lud od podwójnie ciężkiego, bo płatnego pracą i krwią podatku; odłączając zaś Kościół od państwa wykreślała z zakresu wydatków bezsensowny budżet kościelny i niwelowała różnicę wyznań dziś prawie powszechną, stawiając kastę duchowną na równi z innymi obywatelami kraju. Następnie członkowie jej wnieśli projekt zniesienia wszelkich ograniczeń dotyczących wolności słowa, zebrań i stowarzyszeń i jeśli nie wszedł on w życie, to jedynie dla braku czasu, z powodu niedługiej egzystencji Komuny. Jednym słowem, dawała ona maksimum swobód politycznych – a dziś, gdy dziewięć lat od jej upadku upłynęło, wolność prasy i stowarzyszeń stanowi pia desideria krańcowych tylko radykałów i z pewnością nieprędko do urzeczywistnienia przyjdzie.

Również ważny, lecz z innego stanowiska – z punktu społecznej równości, był dekret dotyczący pensji dla wdów po zabitych gwardzistach narodowych. Dekret ten, przyjęty jednogłośnie, wyznaczył 600 franków żonie prawej lub nieprawej, równie też jak 365 franków dziecku uznanemu lub nie uznanemu, zabezpieczając mu w razie wczesnej śmierci matki wychowanie na rzecz gminy. Jednomyślność ta w zapatrywaniu się na kobietę jako na człowieka, wyłamanie jej spod wąskich formuł prawa i kościoła, postawienie na stopie swobodnego stosunku do mężczyzny świadczą, jak wysoko opinie robotników paryskich wzniosły się ponad opinią „cywilizowanych” społeczeństw europejskich, gdzie równość płci bodaj czy nie za zbrodnię państwową jest uważana. Obrońcom „rodziny i moralności”, stróżom „porządku społecznego” wypadałoby i od robotników czegoś się nauczyć. Ci panowie zapominają o tym, że pod czarną bluzą, w stroskanej od nędzy głowie bije myśl czysta i potężna!

Wspomnijmy pokrótce o innych, mniejszej wagi dekretach, jak dekrety dotyczące terminów wypłaty mieszkań, kontraktów handlowych etc., i przejdźmy do dekretów Komuny dotyczących ekonomicznej strony życia robotników, ich stosunków do pracodawców, ich pozycji jako klasy pracującej w społeczeństwie.

Dekrety te rysują jasno ekonomiczno-społeczne opinie członków Komuny, ich szczerą chęć polepszenia losu pracujących, ich dążności mające ostatecznie na celu zupełną emancypację pracy i zorganizowanie takowej na podstawach socjalizmu. Nie dorosły one wprawdzie do wielkości czystych zasad socjalizmu – niektóre z nich były też na ostrą wystawione krytykę. Jednak, gdy zwrócimy uwagę na to, że masy ludu paryskiego, pomimo to, iż wydały z łona swego Varlinów, Malonów, Theiszów etc., nie doszły jeszcze do logicznego pojmowania swych niezaprzeczalnych praw na wspólne posiadanie kapitałów, zasobów i wszelkich bogactw społecznych, to zrozumiemy, czym były dekrety i jakie myśli je dyktowały. Tak np. Komuna wyznaczyła z łona swego osobną komisję, zadaniem której było porozumieć się z przedstawicielami rozmaitych towarzystw, grup i stowarzyszeń robotniczych i przemysłowych z delegowanymi od Internacjonału, aby przedstawić statystykę pracy, produkcji i handlu, a następnie na zasadzie sprawozdań i wspólnie z tymi delegatami przygotowywać projekt dla ostatecznego zatwierdzenia przez Komunę. Zniosła następnie wszelkie kary w zakładach przemysłowych, na które pod najmniejszym pretekstem łakomi są kapitaliści. Wydała dekret, mocą którego zabroniona została nocna praca w piekarniach, z nałożeniem kar na właścicieli nie wykonujących go. Dekret ten, aczkolwiek wydany na żądanie pewnej części robotników w piekarniach, był jednak bardzo słabo wykonywany: robotnicy porozumiewali się ze swymi chlebodawcami i nie zaprzestawali pracy nocnej – właściwy charakter tego dekretu trzeba więc ocenić z tego punktu, iż był ustępstwem członków Komuny (widzących w nim środek paliatywny) na kilkakrotnie powtórzone żądania robotników.

Następnie wydała Komuna dekret, mocą którego wszelkie zakłady przemysłowe opuszczone przez swych właścicieli oddane zostały we wspólne posiadanie stowarzyszeniom robotniczym, w razie upomnienia się jednak dawni właściciele dostawali pewne wynagrodzenie, wyznaczone przez delegatów obu stron. Na koniec w imieniu Komuny wydany został manifest do robotników wiejskich, kończy się on tymi słowy: „Paryż chce ziemi dla rolnika, narzędzi dla robotnika… pracy dla wszystkich”.

Jakaż jest myśl podstawowa tych ostatnich dekretów? Czyż nie widać tu ze strony Komuny stopniowego dążenia do ideału socjalizmu? Czyż nie jasne jest, że miała ona na celu ostateczną emancypację pracy, chociaż wahała się cokolwiek, chociaż robiła pewne ustępstwa na rzecz kapitalistów uważając za słuszne np. wynagrodzić wywłaszczonych? O ile stanowcze było postępowanie jej w kwestiach polityki, o tyle powolne i niezdecydowane w kwestiach ekonomiczno-robotniczych. Spoglądała ciągle na lud, oczekiwała inicjatywy od niego dla rozcięcia gordyjskiego węzła „kapitału i pracy”.

A lud? Lud bił się walecznie, bo widział wrogów przed sobą, widział głęboką przepaść oddzielającą go od Wersalu i całej służalczej bandy Thiersa, nie rozumiał jednak dobrze, jakie przyczyny tę przepaść głęboką wyryły: nie był on przygotowany do nowego ustroju społecznego.

Pomimo to Komuna mając od niego władzę w swym ręku, będąc panem Paryża i rewolucji, powinna była zrobić krok stanowczy i zadekretować wywłaszczenie wszelkich posiadaczy i wyzyskiwaczy na rzecz ludu, a jeśliby lud pozostał i głuchy częściowo na krok podobny, to rewolucja w każdym razie pozostawiłaby swym potomkom tradycję prawdziwie radykalnej rewolucji społecznej.

Komuna jednak nie doszła do tego, wahała się, wstrzymywała się i nie stanęła u kresu.

20 kwietnia, a zatem w 18 dni po pierwszej rzezi na więźniach paryskich, w 18 dni po niecnym zamordowaniu Flourensa i Duvala przez Wersalczyków wydała ona deklarację do narodu francuskiego, w której powiada: „Paryż wolne miasto… żąda Republiki jako jedynej formy rządu zgodnej z prawami ludu… żąda autonomii absolutnej gminy (Commune) widząc w centralnej administracji tylko delegację sfederowanych gmin rozciągniętych na wszystkie miejscowości Francji”. „W imię swej własnej autonomii Paryż zastrzega sobie prawo do reform administracyjnych i ekonomicznych, jakich zażądają jego mieszkańcy, prawo wytworzenia instytucji zdolnych rozwinąć produkcję, zamianę i kredyt, wychowanie, upowszechnić władzę i własność”. To piękne, lecz w ten sposób zamykała się Komuna w ciasnych ramkach, zacieśniała rewolucję w granicach Paryża, sprowadzała rewolucję w chwilach najbardziej zaciętej i ostrej walki do jednego mianownika, do politycznej formy swobodnych gmin, która tylko przez rewolucję społeczną osiągniętą być może. Zresztą czyż Paryż pozostawiony sam sobie, nie poparty rewolucją na prowincji, wobec dwóch armii nieprzyjacielskich, pruskiej i wersalskiej, mógł się na swym stanowisku utrzymać? Czyż mógł on walkę otwartą, walkę dwóch wrogich klas społecznych o byt ekonomiczny sprowadzić do politycznego programu decentralizacji państwa, politycznej niezależności i wyzwolenia gminy? Stanowczo nie, chociaż żądania Komuny były aż nadto słuszne i realne.

Forma niezależnych i swobodnych połączonych gmin – to ideał politycznego ustroju, który jedynie może zabezpieczyć nietykalność politycznych praw jednostki, stawiając miast gniotącego jarzma despotyzmu i autorytetu wolę ludu i swobodny zarząd własnymi interesami. Ale to nie dosyć. „Ziemi dla rolnika, narzędzi dla robotnika, pracy dla wszystkich” – powiadała proklamacja do ludu wiejskiego, a na to niestety w praktyce mało zwrócono uwagi. Zajęto się przeważnie polityczną stroną programu socjalnego. Myślano o osłabieniu państwa, o zdobyciu autonomii gmin, widziano nawet w tym środek dla rewolucji socjalnej… zapomniano pod koniec o tym, że swobodny ustrój gmin to część tylko programu socjalnego, że oprócz państwa jest wróg silniejszy i niebezpieczniejszy zarazem – cała instytucja kapitału, samo państwo swymi sokami karmiąca, że na tę karmicielkę, jeśli nie z większą, to przynajmniej z równą siłą wypadało uderzyć. Sztandar walki ekonomicznej później chciano wystawić.

Thiers tymczasem aż nadto zrozumiał rewolucyjną rolę Paryża, widział on dobrze walkę proletariatu z monopolem i władzą, wiedział, że hasło rewolucji może się rozszerzyć po całej Francji, tym bardziej iż w większych miastach, Lyonie, Marsylii, Nîmes etc., pod sztandarem „Vive la Commune!” zaczął się lud burzyć, sięgając myślą i sercem ku Paryżowi – dlatego też żadnej pośredniej drogi nie przyjmował. W sposób zdradziecki odrzucił on pośrednictwo odrębnych jednostek i całych towarzystw republikańskich, które chciały rozlewu krwi uniknąć żądając przyznania praw Paryżowi. Thiers powtarzał zawsze jedno i to samo, że żąda republiki, że chce pozostawić samorząd miejski Paryżowi, że armia wersalska wejdzie do Paryża, że „w imię praw i przez prawa” porządek zaprowadzony będzie, i tylko zabójcy Clément Thomasa i Lecomte’a [Clement Thomas i Lecomte – dwaj generałowie, przez lud bez wiedzy Centralnego Komitetu i Komuny w dniu 18 marca zabici. Jeden za rozkaz strzelania do ludu w tymże samym dniu 18 marca, drugi pojmany przez starych gwardzistów 1848 r. Był to sąd ludu!] będą ukarani.

Jednocześnie już od 3 kwietnia Wersalczycy zaczęli rozstrzeliwać więźniów paryskich bez żadnego sądu, doraźnie, gwałtownie, po zwierzęcemu. Komuna odpowiedziała na to dekretem o zakładnikach, którzy już w ostatnich dniach maja w liczbie sześćdziesięciu zostali rozstrzelani – lokajskie dziennikarstwo całego świata do tej pory rzuca na nią błotem za krok podobny, niepomne dzikich orgii generałów wersalskich!

Waleczny lud paryski od rozpoczęcia czynnej walki przez Wersalczyków skazany był z góry na zemstę dziką, nie mające granic okrucieństwa.

Komuna bardzo mało na to zwróciła uwagi. Różni i różnych opinii historycy Komuny organizację zewnętrznej obrony za najsłabszą stronę jej działań uważają.

Usunięcie początkowe obrony na podrzędne stanowisko wobec armii pruskiej i wersalskiej, które w każdej chwili zapomnieć mogły o Metzu i Sedanie i wzajemnie podać sobie ręce dla zgaszenia ognia rewolucji, cały szereg początkowych błędów, jak bezrozumne oddanie w ręce nieprzyjaciela fortecy Mont-Valerien, dominującej nad całym Paryżem, jak szalony i lekkomyślny, aczkolwiek bohaterską śmiercią zakończony marsz Flourensa i Duvala na Wersal, wielki nieporządek w administracji wojennej, zatargi osób na czele wojny stojących: wszystko to osłabiło od razu siły potężnej, dwustutysięcznej armii ludowej, wniosło pewien rozstrój, osłabiło wiarę zbrojnego ludu we własne siły – niepowodzenie za niepowodzeniem, klęska za klęską, cóż mógł na koniec lud myśleć sam o sobie? Cóż mu pozostawało, jeśli nie zwątpienie? Dopiero pod koniec egzystencji Komuny wojna obronna przyjęła bardziej systematyczny charakter. Na jej czele powołani rodacy nasi Dąbrowski i Wróblewski, Włoch La Cecilia i inni przynieśli z sobą dyscyplinę, porządek i pewną systematyczność działań obronnych – lecz było już za późno. 21 maja Wersalczycy weszli do Paryża. W wigilię tryumfalnego ich wejścia, przy radosnych okrzykach ludu zwalona została kolumna Wendomska. Tym aktem protestującym przeciw wojennej sławie, po stosach trupów przebijającej się do galonów i orderów – Komuna i lud paryski przejęły zgrozą oburzenia szowinistów całego świata. Słowa przekleństwa rzucili na Komunę przyklaskując tryumfowi Wersalczyków – a tryumf ten zaiste pozostanie pamiętnym w dziejach: zwycięstwo swe zaznaczyli własną hańbą i krwią ludu. Wystawili na jaw wszystko, co może być najbrudniejszego i najdzikszego w tyranach: ślepą, dziką zemstę, zwierzęce okrucieństwo, pastwienie się nad bezbronnymi. Masakrowali wszystkich – różnicy nie było! Dzieci, starcy i kobiety upajali krwią swą i swym męczeństwem Gallifetów i Vinoy. Trzydzieści tysięcy ofiar w ciągu „krwawego tygodnia” poległo na ulicach Paryża. Lud i jego bohaterowie szli na śmierć z dumą i spokojem, wiedzieli bowiem, że umierają za ideę!

„Cywilizacja” wreszcie zapanowała nad barbarzyństwem” – „banda łotrów” ustąpiła miejsca „partii porządku”.

 

____________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Równość” nr 6-7, marzec-kwiecień 1880. Następnie został wznowiony w pracy „Pierwsze pokolenie marksistów polskich. Wybór pism i materiałów źródłowych z lat 1878-1886” tom I, Książka i Wiedza, Warszawa 1962. Przedruk za tym ostatnim źródłem. „Równość” była emigracyjnym czasopismem polskich socjalistów, wydawanym w Genewie przez działaczy, którzy musieli uciekać z terenu Polski przed carską policją. Miała charakter wielonurtowy, w redakcji zasiadali m.in. Ludwik Waryński i Bolesław Limanowski. Tekst publikujemy w 144. rocznicę początków Komuny Paryskiej.

 

Warto przeczytać także:

Stanisław Mendelson: Zasadnicza myśl polityczna Komuny Paryskiej [1903]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *