Jan Hempel: Socjalizm odrodzony

[1916]

Broszura ta zmierza ku zwróceniu uwagi na pierwszorzędny, a przez socjalistów niestety tak często niedoceniany, czynnik etyczny w ruchu. Nie na miejscu byłoby pomówienie jakoby zlekceważono lub, co gorsza, świadomie pominięto czynnik ekonomiczny. Jeśli czynnik ten nie znalazł tu dość obszernego potraktowania, to dlatego, że nie chciano zbytnio przedłużać rzeczy, która krótką być musi, a także ponieważ w samym przyznaniu się do socjalizmu, zawiera się stwierdzenie, że wszelki ruch odrodzeńczy tylko na mocnym podłożu ekonomicznym rozwijać się może – innymi słowy, że parcie mas ku zdobyciu dobrobytu jest tą podstawą naturalną, na której wszystkie prądy duchowe opierać się muszą, jeśli nie chcą z góry skazać się na śmierć w wysiłkach jałowych. Rzecz tę nazwano też „SOCJALIZMEM odrodzonym”, ponieważ mówi się tu do świata socjalistycznego i pragnie się podnosić pogłębiać i umacniać socjalizm, a nie jaki bądź inny stosunek do społeczeństwa.

I

Przeciwnicy nasi, obrońcy starego porządku rzeczy, mają przecie tysiące sposobów unieszkodliwienia nas: mają na swe rozkazy wielką prasę, mają filozofów piszących dla nich książki, w których panowanie porządku dzisiejszego w sposób ,,naukowy” uzasadniono, mają wreszcie olbrzymi aparat państwowy. Jakżeż walczyć z tym wszystkim? Kto podoła zadaniu tak ogromnemu?

Nie łudźmy się, że spokojną agitacją przekonamy masy; że pisząc, mówiąc i nawracając, zbierzemy wreszcie gromadę dość liczną i dość zwartą, aby zdolna była dawny porządek obalić i nowy zaprowadzić ład. Nie łudźmy się, bo przeciwnicy zawsze znajdą tysiąc sposobów pokonania nas: armia proletariacka sprawnością i liczbą nie dorówna nigdy armii państwowej, a prasa proletariacka nigdy mierzyć się nie będzie mogła z prasą panującą.

Przemiana jednak przyjść musi. Przecie tak, jak jest dzisiaj i od wieków, na wieki w przyszłość trwać nie może, bo świat w złości i zezwierzęceniu, w wyzysku i deptaniu się wzajemnym pożarłby sam siebie. Nowy ład przyjść musi tak nieunikniony, jak dzień po nocy wschodzi: zanadto mocno potrzebę jego w duszy własnej czujemy, aby miał on być nieprawdziwy.

Może więc po dawnemu należy wyglądać dnia sądu ostatecznego? Może czekać nam tylko wypada, czas na modlitwach spędzając, czekać aż moce nadświatowe zlitują się nad umęczonym światem i od złego wyzwolić go przyjdą?

Tak – nadświatowe, wiekuiste, duchowe moce koniecznie wezwać trzeba, bo do doczesnych tylko ograniczając się, nie zdziałamy nic. Ale także prawdą jest niezbitą, że moce te jedynie w człowieku i przez człowieka działać i urzeczywistniać się mogą.

Nad światem panują moce duchowe, ale bodaj jedynym polem ich działania, jedyną drogą ich urzeczywistniania się człowiek jest – inaczej duch ludzki. Moce duchowe przez ducha ludzkiego działają, z duchem ludzkim nierozdzielnie są związane; powiedzieć nawet możemy, że bez ducha ludzkiego zgoła by nie istniały – ponieważ tylko w duchu ludzkim je znamy.

Jako prosty wniosek z tego wypływa, że ducha ludzkiego pielęgnować i rozwijać należy, aby moce wyższe dostęp do świata miały i działać w nim mogły. Świat pozostawiony sam sobie nieuniknienie zsuwa się ku zwierzęcości, wpada pod panowanie potęg wstecznych, niższych, przedludzkich. Momenty takie jak ten, który przeżywamy, są powodzią potęg niższych, zalewających świat. Bestia rozpętała się i idzie; hucząc burzy wszystko, ku jutru jaśniejszemu tęskniące.

Bestia zresztą panuje zawsze, jeno podczas pokoju zamaskowana jest mnóstwem szat barwnych, nazywających się kulturą europejską i nadających jej pozory czegoś dobrego i pięknego. Dopiero wojna – jej ideał i cel najwyższy – odsłania naturę jej prawdziwą,

Z bestią tylko przy pomocy potęg wyższych walczyć można. I oto znowu stajemy przed pytaniem – jak?

Czy wrócimy do modlitw i zaklęć czarodziejskich? Do obrządków tajemniczych, przy pomocy których, dobre moce na ziemię ściągnąć mamy? Ależ to przesądy, nad które dawno wyrośliśmy i do których nie cofniemy się już nigdy.

Moce wyższe, dodatnie, duchowe, słoneczne nie przez obrządki i zaklęcia ściągnąć można na ziemię, czy wcielić na ziemi – tylko przez ducha ludzkiego. Ducha ludzkiego podnosić i rozwijać należy, ducha duchowym karmić jadłem, aby moce wyższe działać mogły.

Kto myśli o wojnie, o nienawiści, o zemście i pogromach, ten ducha wojny ściąga na ziemię. Kto myśli i tęskni do dobrych uczynków, kto miłością obejmuje bliźnich i świat cały, ten ducha miłości i pokoju ściąga na ziemię. Ale nie tylko ten, kto myśli – stokroć bardziej ten, kto czyni.

Ilekroć pokłócisz się z bratem swoim, ilekroć zawiść czy zemsta sercem twym owładnie – tylekroć ducha wojny, ducha zaborów i mordów wcielasz w życie, ściągasz go na ziemię. I ilekroć serdecznie przebaczysz bratu bliźniemu swemu, ilekroć powściągniesz swe namiętności zwierzęce, ilekroć miłość zapanuje w tobie samym nad nienawiścią, tylekroć moce dobre, nadludzkie ściągasz na ziemię i świat im poddajesz.

Każdy twój dobry uczynek, każde serdeczne ręki podanie bratu człowiekowi, każde wzniesienie się nad pobudki i potrzeby egoistyczne – jest tym tajemnym obrządkiem, panowanie słonecznych mocy miłości na ziemię ściągającym.

Bez mocy wyższych nie poradzi sobie człowiek, ale jedynym obrządkiem moce te zaklinającym, są serdeczne ku dobru duszy twej własnej poruszenia.

Gdy przez okulary zimnego rozumu na świat patrzymy, gdy ważymy i mierzymy wszystkie za i przeciw możliwości wielkiej przemiany społecznej, niechybnie dochodzimy do wniosków rozpaczliwych; widzimy, że zło zwycięży zawsze, bo bez miary mocniejszymi rozporządza środkami. Ale gdy wejrzymy w siebie, znajdziemy tam protest tak gorący przeciwko temu nieuniknionemu zwycięstwu zła, że niemożliwość tego zwycięstwa staje się dla nas pewnikiem zupełnie niezawodnym; zło zwyciężać nie może; bestia musi być pokonana lub lepiej pokonywana.

Ludzie tylko na ciasnym rozumie doczesnym wszystkie swe wywody opierający, twierdzą, że masy zawsze pozostaną pod panowaniem technicznie sprawnych i olbrzymimi środkami rozporządzających mocy wstecznych. Ale przecie widzimy, że masy niekiedy wybuchają wielkimi porywami idealnymi, lub, że dążeniom idealnym służą za podstawę. Czemu się to dzieje? Oto mocą duchową, która – zwykle w tajemniczy dla nas sposób – zapanowała nad masami, doprowadziła je do samozaparcia, do ofiarności i bohaterstwa. Aby jednak stać się to mogło, należy moce duchowe ściągnąć na ziemię, należy wcielić je i – powiedzmy – urzeczywistnić.

To zaś możemy tylko my zrobić, my przez nasze uczynki i myśli niesamolubne, ku duchowości skierowane.

Tak więc ostatecznie nowy ład nie kto inny, tylko my zaprowadzić możemy i musimy; my oparłszy się o moce duchowe, które są nami samymi, jeno nami głębszymi, naddoczesnymi.

Przenieśmy to do innej dziedziny pojęć – mówmy innymi wyrazami.

II

Pamiętamy wszyscy wybuch rewolucyjny 1905 roku; pamiętamy tę ofiarność olbrzymią, te szeregi bohaterów, co szły na śmierć nieustraszone, spokojne, przejęte świętością sprawy, której służyły. A przecie jakiś rak toczył te szeregi, coś tam zgniłego było wewnątrz, bo rewolucja skończyła się powodzią zdrad najohydniejszych. Azef nie był wyjątkiem – takich było dużo; urzędy żandarmskie zarzucone były donosami, i prowokatorów znalazło się więcej, znacznie więcej, niż władze potrzebować mogły.

Czym się to tłumaczy? Czy tylko samym upadkiem ruchu, który konając – męty wyrzucił na powierzchnię?

To przyczyny zewnętrzne. Ważniejsze, że męty te w ogóle w nim były w takiej ilości i na tak przodujących stanowiskach. Coś tam działo się nie tak, jak dziać się było powinno; jakiś zły dobór ludzi się odbywał czy też ludzie wchodzący nie przechodzili koniecznej kultury moralnej.

I rzeczywiście – jeśli wejrzymy bliżej, łacno przekonamy się, że rewolucja społeczna przez znakomitą większość działających pojmowana była jako coś zewnętrznego, z duszą ludzką, z moralnym wnętrzem własnej jaźni działaczy zgoła niezwiązanego. Toteż do ruchu mógł być przyjęty każdy, kto godził się na program, kto rozumowo, zewnętrznie, uznawał potrzebę zwalczania pewnych instytucji. I wydawało się, jakoby zadaniem głównym, niemal jedynym, było usunięcie złych instytucji. Zabijmy tego lub owego ministra, usuńmy fabrykantów i bankierów, a świat od razu inną pójdzie koleją.

Zapewne – bez obalenia złych instytucji nowego ładu zaprowadzić nie można, bo złe instytucje złych ludzi wychowują, zmuszają do stawania się szpiegami i sprzedawczykami; ale z drugiej strony niewątpliwą jest rzeczą, że do nowego ładu nowych ludzi potrzeba i póki tych ludzi nowych nie wychowamy, póty nowy ład wcielić się nie będzie mógł.

W Rosji i u nas widzieliśmy falę prowokatorstwa, falę zdrad, w której utonęły poruszenia ducha rewolucji. W Europie Zachodniej sprawa ta sama nieco odmienną przybiera postać. Nie ma tam prowokatorów w znaczeniu rosyjskim, ale są socjaliści zasiadający na fotelach ministerialnych, jak np. we Francji, lub socjaliści solidaryzujący się z rządem… Wypływa to z przyczyn tych samych, które zrodziły prowokatorstwo rosyjskie: z małoduszności, ze słabości ducha rewolucyjnego.

Socjalizm w zaraniu swoim był ideą górną, nie tylko wyklinaną przez świat burżuazyjny, lecz narażającą swych wyznawców na ciężkie i różnorakie prześladowania. Przyznanie się do socjalizmu było równoznaczne z banicją poza granice stosunków dotychczasowych; oznaczało zerwanie z uświęconymi tradycją zwyczajami, przesądami i odwiecznymi poglądami. Nie było oszczerstwa, którego by na socjalistów nie rzucono, nie było zbrodni, o którą by ich nie posądzono, i nie było kary, której by do nich nie zastosowano. Okres ten w Europie zachodniej nazwać można męczeńskim i bohaterskim okresem socjalizmu. Toteż wyznawcom jego nie potrzeba było stawiać żadnych szczególnych wymagań etycznych; dobór odbywał się sam: kto nie był dość silny i odważny, kto bał się złych języków, kto małodusznie drżał o swą karierę, ten od socjalizmu trzymał się z daleka. Innymi słowy – wchodzili ludzie tylko silnych przekonań, odważni i szczerze gotowi oddać życie na rzecz sprawy umiłowanej.

Powoli jednak czasy się zmieniły. Socjalizm coraz bardziej stawał się kierunkiem legalnym. Socjaliści coraz więcej tracili z uroku grozy w oczach szanujących się obywateli; spokojny, żadnych zmian nie spragniony obywatel, coraz mocniej przekonywał się, że z socjalistami zgodnie żyć można; a z drugiej strony socjaliści coraz bardziej do wymagań tego obywatela przystosować się usiłowali.

– I ty jesteś socjalistą? – dziwił się przybysz ze wsi, spotkawszy krewniaka przy kufelku.

– Tak. – Teraz wszyscy moi znajomi są socjalistami. Socjalizm to nic strasznego.

– Musiałeś pewno wyrzec się swoich dawnych przyzwyczajeń? Prowadzisz jakiś szczególny porządek życia?

– Ależ bynajmniej. Żyję, myślę, zarabiam i chodzę na piwo, zupełnie tak samo, jak ty i wszyscy inni krewni i przyjaciele. Prenumeruję tylko dziennik partyjny, opłacam składkę, jak w innych partiach je płacą, i raz na parę lat głosuję na posła przez partię wystawionego.

– I to cały socjalizm?– zadziwił się przybysz naiwny.

– A cóżeś ty myślał? – Te czasy, gdy socjaliści marzyli o jakimś tam przemienianiu świata całego, o powoływaniu do życia człowieka nowego, dawno przeminęły. Jesteśmy rozsądni, spokojni, legalni. Partia nasza jest partią taką, jak każda inna: to organizacja do obrony interesów proletariatu. Gdybym przestał być proletariuszem i posiadł kapitał, oczywiście porzuciłbym natychmiast partię socjalistyczną.

– Lecz dzienniki wasze i mówcy wiecowi wciąż jeszcze prawią o prześladowaniach, o bojownikach sprawy proletariackiej.

– To tylko sposób mówienia. Taki jest styl naszej partii, ale nikt poważnie tego nie bierze, boć posłowanie socjalistyczne jest zwykle nie gorszym interesem politycznym, niż posłowanie w innej partii – tym bardziej dla tych, którzy dla jakich bądź powodów do innych partii mają wstęp zamknięty.

– Jednym słowem nawróciliście się na rozsądek i legalność.

– Oczywiście. Czasy romantyzmu i utopii przeminęły. My dzisiaj wiemy, że chęć zmieniania całego człowieka, chęć hodowania człowieka nowego, prowadzi tylko ku mrzonkom. Człowiek jest zwierzęciem, jak wiele innych, tylko nieco inteligentniejszym; na zwierzęcych też instynktach muszą opierać się ci, co cośkolwiek chcą zrobić w społeczeństwie.

Takie i tym podobne zasady głosi socjalizm współczesny i tutaj uwydatnia się cały jego upadek. Dzięki takim poglądom partie mogły objąć miliony członków, jak np. w Niemczech, lub zdobyć ministerstwa, jak np. we Francji. Te liczne krzesła parlamentarne i te teki ministerialne nabyte zostały za wyrzeczenie się Ducha, wiecznego rewolucjonisty. To przecie zwykłe sprzedawczykostwo – w dodatku nie sprzedawczykostwo pod parciem jakichś wielkich sił judaszowych, tylko liche, szare, codzienne wyrzekanie się Ducha za miskę soczewicy; małoduszna likwidacja tradycji męczeńskich, zakładanie wygodnego gniazda rodzinnego na podwalinach ofiar, ku czemu innemu zmierzających.

Z tego stanowiska likwidacja rewolucji w Europie zachodniej jest nawet czymś gorszym od prowokatorstwa rosyjskiego: w prowokatorze tkwi przynajmniej Judasz, zdrajca tragiczny, upadający pod naporem iście piekielnego ustroju państwowego Rosji. W rozsądnym i umiarkowanym socjaliście zachodnioeuropejskim nie ma walki, nie ma poczucia wielkości swojego upadku – to nędza duchowa, szarzyzna przeciętności, która uważa się za uprawnioną do mierzenia swą miarą wszystkiego, do pogardzania wyżynami, ponieważ jej płaskie karierowiczostwo i rozsądek przyziemny zrozumieć ich nie mogą.

Są to skutki tego samego zewnętrznego pojmowania rewolucji, które w Rosji dopuściło prowokatorów do szeregów socjalistycznych. Mówiono o likwidacji utopii, o likwidacji romantyzmu i frazesu rewolucyjnego, naprawdę zaś likwidowano wszelkie dążenia górniejsze, wszystko trudniejsze, i coraz bezwstydniej dochodzono do wniosku, że posuwać się należy po drodze najmniejszego oporu, że socjalizm zasadza się na drobnych zdobyczach podwyżek płacy lub na nikłych reformach prawnych. Partia socjalistyczna coraz mniej miała znamion grupy ludzi o pewnych przekonaniach, o pewnym szczególnym stosunku do świata, i coraz bardziej stawała się zwykłą partią polityczną, czyli zewnętrznym związkiem ludzi, solidaryzujących się tylko przy urnie wyborczej.

Tym samym środki walki musiały przystosować się do ogólnego poziomu walk politycznych – to znaczy należało szeroko zastosować metodę kompromisów i łapania głosów wszelkimi sposobami – od terroru towarzyskiego czy ekonomicznego aż do zwyczajnego przekupstwa i propagandy przy kieliszku włącznie.

W ten sposób gromadzona partia rosła szybko, ale też niczym dodatnim nie odróżniała się od pozostałych zgrupowań politycznych. Razem z utopiami zlikwidowano wszelką ideowość wyraźną, samego ducha zlikwidowano. I stała się partia otwartą dla wszystkich, żadnych już wymagań nie stawiająca, niby knajpa, w której każdy płacący zasiąść może.

W takim stanie rzeczy powiedzenie „my nowy zaprowadzim ład” – naprawdę brzmi jak pusta przechwałka. Proletariat sprowadzony do poziomu tylko partii politycznej jest rzeczywiście beznadziejnie słaby i – póki bojowników jego nie ożywią idee potężniejsze od interesów doczesnych, póki nad duszami nie zapanują jakieś siły wyższe, dla których wszystko doczesne poświęcić można i należy – nieustannie odbywać się będzie to, co odbywa się teraz; najinteligentniejsze i najczynniejsze jednostki z szeregów proletariackich nieuniknienie przechodzić będą na tamtą stronę barykady, bo tam znajdą lepszą swoich zdolności umysłowych i technicznych ocenę i takie warunki pracy, jakich proletariat nigdy zapewnić nie może.– Po stronie proletariackiej zostaną same wybiórki – i My nigdy nowego nie zaprowadzimy ładu.

A jeśli my go nie zaprowadzimy, to możemy być pewni, że nie zaprowadzi go nikt.

Czyż nie ma w nas sił takich, których darmo szukalibyśmy po tamtej stronie barykady? Czy niczym dodatnim i potężnym nie wyróżniamy się?

Owszem, wyróżniamy się i potężni jesteśmy, tylko potęgi własnej samiśmy nie świadomi, bo nie odważamy się miarą własną świata mierzyć, ciągle przykładamy doń wartości po tamtej stronie powstałe.

Zaprawdę – my nowy zaprowadzimy ład! Ale musimy mieć odwagę nowości: nie tylko ład dawny wyrzucić nam należy, ale samą jego ocenę, to, na czym ten ład się opiera i dzięki czemu ładem się nazywa.

Ku nowemu idziemy życiu i wiele mądrości dotychczasowych głupstwem nazwać musimy i niejednego głupca posadzić na wyżynach, z których spadną władcy i za wielce mądrych uważani filozofowie.

Odwagę mieć musimy myśleć myślą nową; odwagę mieć musimy przeciwstawić się nieraz temu, co pod mianem nauki lub kultury podtrzymuje stary porządek rzeczy.

III

Co my posiadamy szczególnego?

My wydziedziczeni, my od wszystkiego odsunięci – cóż my posiadać możemy? Wydaje się, jakby jedynym celem naszym było wchodzenie ku tym dobrom, od których nas odepchnięto; jakby nie pozostawało nam nic innego prócz narzekań i mdłego powoływania się na sprawiedliwość.

Niektórzy mówią, że tą wielką i niewyzyskaną siłą naszą jest masa. Zapewne – ale masa to siła bierna: póki jej duch nie ożywi, wali się jak lawina po linii najłacniejszego upadku.

Toteż nie o masę tu chodzi, jeno o ducha, i nad przeciwnikami czy wyzyskiwaczami naszymi mamy przewagę nie masy biernej, lecz właśnie ducha.

Wiecie przecie, że od czasów niepamiętnych Duch, wieczny rewolucjonista, duch Zbawiciel świata, zstępował właśnie na wydziedziczonych i odsuniętych. Ujawnia się to w wielkich podaniach religijnych.

W stajence, w ubóstwie i opuszczeniu narodził się Zbawiciel świata; najprostszych, najniżej w hierarchii społecznej postawionych ludzi duchem zbawczym natchnął. ,,Wniwecz obrócę mądrość mądrych, a rozum rozumnych odrzucę” – powiada Paweł apostoł. Widzicie, zaiste, powołanie wasze bracia, iż niewiele mądrych według ciała, niewiele możnych, niewiele zacnego rodu; ale co głupiego jest u świata tego, to wybrał Duch, aby zawstydził mądre; a co mdłego u świata wybrał, aby zawstydził mocne (Kor. I).

Naprawdę myśmy sól ziemi i światłość świata. My, albowiem w nas jest Duch, którego nie masz między uprzywilejowanymi. Nie duch mądrości książkowej, przebiegłości lub sprawności technicznej, jeno duch poświęcenia się dla sprawy, duch samozaparcia się i wierności ideałowi swemu aż do śmierci męczeńskiej włącznie.

Dawno już powiedziano, że trudniej jest bogaczowi wejść do królestwa Ducha, niż wielbłądowi przejść przez ucho igielne. Czy znaczy to, że wydziedziczeni są jakimiś uprzywilejowanymi wybrańcami Ducha? Nie. Tylko wolni są od tych więzów niezliczonych, które na bogatym, na uprzywilejowanym świata tego ciążą.

Bo nie myślcie, że bogactwo, że pierwsze miejsce w hierarchii społecznej jest wolnością, jest wyzwoleniem się od trosk i cierpień, od niedostatków, które nam siły tyle zabierają. Bogactwo – to ciężar bardzo duży, ciężar przede wszystkim moralny.

Człowiekowi bogatemu dlatego tak trudno dostać się do królestwa Ducha, że przywiązuje on wagę do mnóstwa zgoła błahych przedmiotów: tkwi w zabiegach i troskach nieraz bardziej pochłaniających, niż nasze zabiegi o chleb powszedni; związany jest nadzwyczajnie krępującymi zwyczajami towarzyskimi z mnóstwem ludzi niskich i ku nizinom ściągających go; uważa za ważne i mądre wiele z powierzchownej mądrości uniwersyteckiej; przejmuje się sztuką świecką, która w olbrzymiej większości jest tylko grą słów, barw lub kształtów. Wszystko to przesłania mu Ducha, czyni go niezdolnym do przyjęcia prawd duchowych.

Duch – to przemieniciel, rewolucjonista, jakżeż zstępować on może na tych, których pragnieniem jest utrzymanie istniejącego stanu społecznego? Czyż niezrozumiałą jest rzeczą, że tylko pomiędzy niezadowolonymi, pomiędzy cierpiącymi i wydziedziczonymi pożądanie zmian narodzić się może?

Zaprawdę – nie w sennych przyjemnościach nowe rzeczy się rodzą, jeno w bólu i w wysiłku, ze śmiercią graniczącym. Cóż dziwnego, że Duch, twórca rzeczy nowych, na cierpiących, na wydziedziczonych i pokrzywdzonych zstępuje przede wszystkim, że pariasów po wsze czasy obierał sobie za miejsce wcielenia się.

Aby na przyjęcie Ducha godnym się uczynić, należy zerwać ze wszelką małością doczesną; należy całą istotą swoją wytęsknić się ku temu, co nadejść ma dopiero, ku jutru słonecznemu, ku któremu Duch nas prowadzi. A jakżeż uczynić to może człowiek tysiącznymi więzami związany z doczesnością? Czyż my, którzy tutaj nic nie mamy do stracenia, których nic z dzisiejszym stanem rzeczy nie łączy, nie stokroć podatniejsi jesteśmy na narzędzie Ducha – wielkiego przemieniciela?

Oto dlaczego mamy prawo mówić, żeśmy kościołem Ducha najprzedniejszym.

Wielka przemiana, odrodzenie świata, tylko z Ducha przyjść może. Baczmyż, aby przez nas dokonać się mogło.

Myśmy kościołem Ducha najprzedniejszym i myśmy jego narzędziem jedynym!

Pojmujecie teraz, że nie mamy potrzeby rozpaczać z powodu naszego odsunięcia od dóbr i mądrości doczesnych. Musimy tylko nasze znamiona duchowe i duchową odrębność naszą głęboko uświadomić sobie i nie szukać tych rzeczy niepotrzebnych, które za ważne uznają przeciwnicy i wyzyskiwacze nasi.

Siły nasze nie są z tego świata i na błędne wchodzimy drogi, gdy mniemamy, że środkami zwykłymi – sprawnością techniczną, organizacją zewnętrzną i rozumem światowym – przemiany dokonać zdołamy.

Przemiany dokonamy my; ale nie ziemskimi, nie doczesnymi sposobami; albowiem dokonać ją można tylko mocą duchową, z Ducha i przez Ducha.

Czy znaczy to, że przyjdzie dzień wielki zapłaty, kiedy jakowyś sędzia z wyżyn zstąpi i nam odda sprawiedliwość, wrogów naszych pognębiwszy? Bynajmniej – z Ducha nie znaczy z Olimpu, z wyżyn jakowyś nadobłocznych, gdzie ponoć bogowie mieszkają. Mówiąc „z Ducha”, mówimy tak, jakbyśmy powiedzieli: z prawd wyższych, dla zwykłego poznania niedostępnych; z Ducha to znaczy z mocy w piersiach naszych utajonych, stokrotnie wszystko doczesne przerastających i zasadniczo odmiennych od mocy doczesnych.

Moce te duchowe do działania doprowadzić, z głębi wywołać i w czynach wcielić, zadaniem jest naszym najszczytniejszym i bodaj jedynym.

IV

Powiadamy: kościołem żeśmy Ducha najprzedniejszym. Ale w kościele nie zawsze Duch mieszka; kościół to tylko przybytek lub zgromadzenie, w którym Duch przebywać może. Sprowadzić go należy?

Gdy zaczniecie mówić o duchu lub o życiu duchowym z przeciwnikami naszymi lub z braćmi pod wpływem tamtej mądrości pozostającymi, dowiecie się, że na wyżyny duchowości uczoność prowadzi. Powiedzą wam, że aby duchowości dostąpić, trzeba wiele książek przeczytać i wiele przemądrych wykładów wysłuchać, że trzeba na to dużo czasu wolnego, a tym samym dużo pieniędzy.

Zaprawdę mówię wam – w grubych tomach pełnych formuł, których zrozumienie całych lat pracy wymaga, na wykładach uniwersyteckich, do których dostęp tak bardzo jest utrudniony, znajdziecie niewątpliwie dużo uczoności zewnętrznej, dużo techniki, ale jakże mało Ducha. Często nawet Duch wprost wygnany jest stamtąd jako czynnik zawadzający.

Mylisz się, jeśli mniemasz, że zewnętrzne poznawanie wierzeń i mądrości najrozmaitszych ludów i czasów doprowadzi cię do mądrości własnej. Duch wprawdzie różnymi czasy w różnych przemawiał językach, a języki te różnych religii i różnych mądrości noszą miano, ale w nich wszystkich Duch, duch przemiany i zbawienia jest jeden. Odnajdziesz go pod każdą powłoką, jeśli szukać potrafisz, innymi słowy – jeśli sam na jego przyjęcie przygotowany jesteś; lub nie odnajdziesz nigdzie, jeśli tylko zewnętrzności studiować będziesz.

Wiesz zapewne, że ludzie powierzchowni i z pozorów tylko sądzący, za mądrość najwyższą uważają znajomość języków. Kto w wielu językach gładko wysławiać się umie, ten w ich oczach za wielkiego uchodzi mędrca. Nie wiedzą, biedacy, że mądrość jest jedna, w każdym języku jednako wyrażalna; mówienie więc wielojęzyczne jest tylko powtarzaniem niepotrzebnym jednej i tej samej rzeczy, jeśli nie jest powtarzaniem jednego i tego samego głupstwa. Toteż niemało jest zupełnych głupców bardzo wieloma językami mówiących. Język bowiem niewiele się różni od alfabetu: jak jedno i to samo słowo można różnymi alfabetami napisać, podobnie jedną i te samą myśl można wielu językami wyrazić, w niczym jej przez to nie pogłębiając ani nie rozwijając.

Otóż wiedz, że wiele nauk jest jakoby wiele języków, to samo różnymi sposobami wyrażających. Różne systemy religijne i różne systemy filozoficzne i różne rodzaje twórczości artystycznej są jakoby różne języki jedną i tę samą wiekuistą, nieustannie rozwijającą się treść duchową wyrażające. Kto poznał tę treść, ten wszystko przeniknął, choćby znał tylko swe własne ojczyste podania religijne i choćby patrzał na życie swego otoczenia w wiosce rodzinnej, kto zaś treści tej nie zna i poznać nie chce, ten jej nie wyłuska, choćby równie biegle władał językiem matematyki, jak językiem metafizyki, językiem socjalizmu tzw. naukowego, jak językiem teologii, językiem nauk przyrodniczych, jak językiem sztuki. Znajomość wszystkich tych języków nie posunie go ani o krok naprzód w poznaniu Ducha.

Zapewne znajomość tych wszystkich rzeczy może rozszerzyć jego horyzont, ale tylko wówczas jeśli studia językowe padną na przygotowany grunt treści duchowej, lub jeśli ta treść duchowa współrzędnie z nimi rozwijać się będzie. Tak jednak nie jest; i po uniwersytetach, a także w głowach sfer zwących się kulturalnymi wszystko zalane jest znajomością rzeczy zewnętrznych; inaczej mówiąc – są tam tylko różne słowa, pod którymi nierzadko zgoła brak treści.

Toteż uczeni i profesorowie uniwersytetów, toteż artyści i literaci wraz z czytającą i uczącą się publicznością uprzywilejowanych są niby miedź pusta i brzęcząca, podobni grobom pobielanym, które się zdadzą z wierzchu cudne, a wewnątrz pełne są kości umarłych i wszelkiej nieczystości.

Przyjrzyjcie się życiu wybrańców kultury współczesnej, spójrzcie na profesorów, uczonych, artystów i literatów i powiedzcie, czym dodatnim, poza pisaniem książek, wyróżniają się? Czy nie panuje pomiędzy nimi małoduszne karierowiczostwo? Czy nie są podlegli wszystkim wadom przeciętnej słabej jednostki ludzkiej? Czy nie schlebiają władzę dzierżącym i czy nie obojętnie przechodzą obok krzyczącego zła społecznego? Czy nie są kłótliwi, zawistni, próżni i małostkowi? Czy zdolni są do ofiar na rzecz sprawy nieosobistej? Czy umieją cierpieć prześladowania za czystość moralną przekonań swoich?

Nie, nie i nic! Gdzież więc Duch w nich i czym się wyraża? Azali nie umiejętnością tylko mówienia w wielu językach? I czy uczoność ich nie prowadzi jedynie do umiejętności długiego i obfitego w odsyłacze mówienia wówczas, gdy mówiący nie ma nic do powiedzenia?

Spytaj ich, co zmieniać chcą, ku czemu prowadzą? Od szczerszych dowiesz się, że nic naprawdę zmieniać nie chcą, że pragną przeżyć swój żywot możliwie najspokojniej; a mniej otwarci poczęstują cię taką mieszaniną mądrości ze wszystkich wieków i od wszystkich mędrców pozbieraną, że oprócz zawrotu głowy nic z niej nie otrzymasz. Wierz mi – oni sami tylko ku zamętowi w głowach własnych prowadzą i im mniej wiedzą, gdzie w ogóle znajdują się, tym mocniej są przekonani, że zaszli bardzo głęboko – choć kręcą się tylko po swym własnym, bynajmniej nie obszernym, książkami zapchanym pokoju.

Nie tęsknij więc do tego ich życia i siebie na wzór ich nie urabiaj, bo naprawdę wzór to bynajmniej nie górny i Ducha w nim nie masz. Niech ci się nie zdaje, że do życia duchowego niezbędne jest przeczytanie mnóstwa książek i zdobycie doktoratów. To potrzebne tylko po to, aby zaszczytne miejsca pomiędzy ludźmi powierzchownymi móc zajmować, aby pisać uczone i ku niczemu nie wiodące książki – lub wreszcie, aby rentowne obejmować stanowiska.

Dla Ducha wszystko to raczej zawadą jest niż pomocą – Drogi, ku Duchowi i uduchowieniu wiodące, całe są w granicach twej dosięgalności, choćbyś najbardziej był wydziedziczony i najdalej od tzw. wyżyn kultury odsunięty.

Wierz mi – żadne prześladowania ani ograniczenia prawne Ducha w tobie nie zdławią, póki ty sam go się nie wyrzeczesz i za doczesność nie sprzedasz.

Czyń ku Duchowi, a Ducha poczujesz w sobie i zajaśnieje on z ciebie, na całe promieniując środowisko.

V

Bardzo ważnym, niemal koniecznym warunkiem uduchowienia się jest obcowanie z przyrodą. Gdy masz nieco czasu wolnego, nie spędzaj go w zaduchu szynkowni, jeno wyjdź na pola, spojrzyj w słońce, puść oczy po łanach i łąkach, przyjrzyj się kwiatom i ptakom, przyjrzyj się zwierzętom i robaczkom, i poczuj się bratem wszystkiego tego żyjącego; poczuj się synem Słońca przedwiecznego, które ziemię zrodziło i oto prowadzi ją wokół siebie, jak matka dziecię prowadza. Przypomnij także sobie, że takie samo słońce masz w duszy własnej, że masz słońce sumienia i duchowości w sobie, któremu tylko działać należy pozwolić, któremu chmury z drogi usuwać należy, abyś rósł ku wyżynom duchowym. Pamiętaj wreszcie, że to radosne, ciepłem i życiem darzące słońce na niebie tylko widomym znakiem, tylko symbolem jest zewnętrznym twego słońca wewnętrznego – Słońca naprawdę wiekuistego.

To wiekuiste, jedynie prawdziwe Słońce odsłonić w sobie i pozwolić mu rozpromienić się – jest zadaniem twoim duchowym.

Aby Słońce to zajaśniało, musisz cały mu się oddać, albowiem ono zazdrosne jest i nie znosi współzawodników. Nie myśl, że cząstką tylko lub połową duszy możesz mu być oddany, drugą połową ku obrzydliwościom doczesnym ciążąc. Póki nie ofiarujesz mu wszystkiego, póki nie uczynisz zeń prawdziwej gwiazdy przewodniej życia swego, póty darmo będziesz zmagał się ze wstecznymi dążeniami w sobie samym i w społeczeństwie. Słońce – Duch, siły ci dać może, ale w zamian musisz poddać mu całą swoją doczesność. Przecie ty wybrałeś się na przemienianie świata – zmieniaczem jesteś, bojownikiem i siewcą jutra jaśniejszego, apostołem słońca nowego – czyż nie słuszne jest, abyś siebie samego przemienił przede wszystkim? Chcesz panowania słońca miłości nad światem – czyż nie słuszne jest, aby słońce to w tobie zapanowało przede wszystkim? Bo jakżeż apostołem Słońca może być ktoś sam Słońca nie mający w sercu?

Chcesz Ducha miłości sprowadzać na ziemię, niechże on najpierw w twym własnym zapanuje wnętrzu. Bądź sam jakoby żywą Ducha pochodnią. Niech Duch promieniuje z każdego czynu, z każdego słowa i z każdej myśli twojej!

Jakże wielu jest między nami takich, którzy gotowi są piorunami ciskać na zło i zepsucie świata tego, ale nie kwapiących się ku żadnym zmianom w sobie samych. Wszyscy słusznie potępiamy samolubstwo i chciwość klas uprzywilejowanych, a pamiętasz, ile razy główną pobudką czynów twoich była zawiść lub chęć wyniesienia się nad towarzysza swego? Czyś nigdy nie zazdrościł lepszego zarobku towarzyszowi przy sąsiednim warsztacie pracującemu? Czy nigdy nie zwalczałeś cudzych przekonań pod parciem żądzy poniżenia kogoś i uznaniem cieszącego się? Czy samolubna troska o byt tylko swojej rodziny nigdy nie doprowadziła cię do złamania solidarności braterskiej? Czy nigdy nie kazała ci wykrętnymi argumentami skłaniać towarzyszy do zaprzestania walki?

Odpowiedz sam przed sobą na wszystkie te pytania i pamiętaj o nich nieustannie, gdy jakie bądź działanie przedsiębierzesz.

My bojownikami Ducha jesteśmy, a nie wyłącznie lepszych płac; doraźny zysk zawsze musi być poświęcony na ołtarzu sprawy ogólniejszej. Wiesz przecie, że nie każdy strajk podwyżkę przynosi i nie każdy podwyżką zakończony strajk jest wygraną w duchowym, w ostatecznym znaczeniu. Bywają walki, bywają strajki na razie nie przynoszące nic prócz strat, a jednak w imię wyższego dobra podejmować je musisz i biada ci, gdy walkę robotniczą uważać zaczniesz za prosty środek targu: zaprzedałeś siebie, zaprzedałeś Słońce w sobie i całą zaprzedałeś sprawę.

Bo i czym ty lepszy od kapitalisty, gdy tylko w imię zysku własnego na barykadę wychodzisz? Czyż on dla zysku, dla dorobienia się wielkich ofiar nie ponosi? Zaiste – jako on jesteś i zwycięstwo twoje nie jest zwycięstwem Ducha i Słońca nad światem. Pamiętaj przy tym, że jeśli w szeregach naszych czynnikiem głównym chęć zysku ma być, to najlepszych spomiędzy nas zawsze złotem lub tekami ministerialnymi przekupić będzie można – i tak w zysku doraźnym całą naszą sprawę pogrzebiemy.

Działacze powierzchowni, nie podług Ducha, tylko podług znikomej mądrości świata tego rozumujący, usiłują wmówić w ciebie – na zewnątrz jednocześnie całość naszych dążeń tak przedstawiając – jakoby solidarność nasza wynikała tylko z dobrze zrozumianego interesu własnego, któremu służymy przez wytrwałość w szeregach naszych.

Wierz mi – to poniżyciele ciebie samego. Zasady takie i poglądy tylko do rozbicia dążeń naszych doprowadzić mogą. Albowiem któż w takim razie przekonać cię zdoła, że aż do śmierci włącznie masz stać w szeregach bojowników sprawy? Jakżeż śmierć lub zapoznanie i poniewierkę przez całe życie uważać można za rezultat postępowania w myśl dobrze zrozumianego interesu własnego? A przecie nie zaprzeczysz, że śmierć i poniewierka najczęściej jest – i w dzisiejszym układzie społecznym być musi – jedyną nagrodą najdzielniejszych bojowników Ducha.

Nie w imię wspólnego interesu, na sposób doczesny pojętego, my walczymy, tylko w imię wspólnego ideału; w imię Słońca i w imię Ducha, którego panowanie nad światem sprowadzić pragniemy, w obliczu którego nasze cierpienia osobiste znikomym drobiazgiem są tylko.
Wierz mi – kto niezdolny jest wznieść się nad doczesny interes osobisty, choćby rozumiany solidarnie z towarzyszami, ten niegodzien jest być bojownikiem Słońca i nie zasługuje na wyróżnienie dodatnie spośród otaczającego w źle i zezwierzęceniu pogrążonego świata.

O mściwości i złości naszych przeciwników mówimy niejednokrotnie i wymawiamy im te wady. A ile razy piastowałeś zawziętość w sercu przeciwko komuś z towarzyszy najbliższych? Ile razy kołysałeś się myślą zemsty nad kimś, kto osobistą, często mimowolną, wyrządził ci krzywdę? Względności wymagasz i wyrozumienia dla słabości swych i ułomności; wymagasz, aby wchodzono w twoje położenie i zrozumiano, że nieraz nie byłeś w stanie postąpić inaczej, niż postąpiłeś, choć wiesz, żeś źle uczynił – ale ile razy bezwzględny i okrutny byłeś w stosunku do słabych, nie dość wprawnych w pracy lub nie dość zaradnych w życiu towarzyszy, ile razy mściłeś się na chłopcach w pracy ci pomagających, na uczniach opiece twej oddanych lub nawet na żonie i dzieciach własnych. Mściłeś się na niewinnych; mściłeś się tylko z tego powodu, że złość w tobie wezbrała i na kimś wywrzeć ją potrzebowałeś.

Gniewasz się na ludzi z klas uprzywilejowanych, że pogardzają tobą jako człowiekiem gorzej odzianym, nie wyrażającym się tak poprawnie jak oni, nie znającym tylu książek i autorów. A przypomnij sobie, czyś nigdy nie pogardzał uboższymi od siebie? Czy odziawszy się, ile się da, podług ostatniej mody, nie spoglądałeś z politowaniem na towarzyszy, których nie stać na piękne krawaty i świeżo odprasowany kapelusz? Czy książkę jakąś przeczytawszy nie unosiłeś się pychą nad tymi – w twoim mniemaniu „głupcami” i „prostakami”, którzy jej przeczytać nie mogli? Jeśli zaś tak było, to czym ty lepszy od tych, których zwalczasz.

Wymagasz, aby tobie winy twoje odpuszczano – a ty ile razy odpuściłeś bratu towarzyszowi? Odpuściłeś nie pod przymusem, jeno po prostu ze szczerego serca, jak brat bratu odpuszcza, zła mu nie pamiętając?

Naucz się tak winy odpuszczać, zanim o przebaczenie dla siebie upomnieć się będziesz miał odwagę.

Chętnie mówisz o obowiązku miłowania wszystkich; i im kto dalej jest od ciebie, tym większą masz skłonność do miłowania go. Najłatwiej solidarnym się czujesz z towarzyszami na drugiej półkuli mieszkającymi. A ja powiadam: naucz się miłować sąsiada przez sień z tobą mieszkającego; naucz się miłować towarzysza przy warsztacie obok i towarzysza we wspólnym kącie kopalnianym – reszta wszystka sama przyjdzie i jako łatwiejsza dodana ci będzie.

VI

Wszystko to są drogi, którymi panowanie Ducha zstępuje na ziemię – panowanie ducha, wiecznego rewolucjonisty, pod tchnieniem którego powstają przewroty i przemienia się świat. Póki na drogi te nie wejdziesz, póki nie nauczysz się zwalczać zła w sobie samym, póty płonne będą wszystkie twe wysiłki ku przemianie społecznej zwrócone.

Ten sam zły duch, który mieszka w złych, przeżytych i szkodliwych instytucjach, mieszka w tobie, gdy oddajesz się złości, mściwości, samolubstwu i nałogom zwierzęcym; i póki nie wytępisz go w sobie samym, póty wszystkie twe czyny rewolucyjne przeciwko sobie samym zwracać się będą, sprowadzając przemiany osobistości i partii politycznych, ale nie przemieniając istoty rzeczy.

Prawda – nie można przemieniać ludzi, nie przemieniwszy wychowujących ich instytucji i urządzeń społecznych; ale nowe instytucje i ład nowy dziełem nowych ludzi być musi, gdyż w przeciwnym razie jest tylko nową nazwą lub nową postacią zła starego.

Znaczy to, że zmieniaczami mogą być tylko ludzie zmienieni; burzycielami mogą być ci, którzy w sercach swych zło zburzyli i nowe świątynie wyhodowali, którzy zdolni są wschód słońca nowego dojrzeć i ukochać.

Nie liczni potrzebujemy być, ale duchem mocni. Od życia doczesnego, od polityki, odsuwać nam się nie należy, ale zapomnieć nam nie wolno o tej różnicy przepastnej, która zawsze od polityków dzielić nas powinna: dla nas, polityka nie celem jest tylko środkiem – i bynajmniej nie jedynym i nie najważniejszym – prowadzącym ku rzeczom wielkim, ku odrodzeniu świata. Nie o teki ministerialne nam chodzi ani nie o miejsca w parlamencie, nie o zdobycie władzy w ogóle, jeno o powołanie do życia człowieka nowego o powtórne narodziny twoje własne i człowieka całego.

Świat z Ducha narodzić się musi, podobnie jak wybrańcy niektórzy dzisiaj z Ducha się rodzą i przezeń wstępują w życie wieczne.

A jakżeż ku narodzinom z Ducha prowadzić świat mają ludzie nie odrodzeni?

Czystymi i odrodzonymi rękami rozwalać należy rzeczy stare, czystym sercem bić należy w przeżytki.

Znaczy to, że wszelkie działanie i wszelką przemianę społeczną od siebie samego zaczynać winieneś. Sam w sobie nowy zaprowadzaj ład, bo – wierz mi – mnóstwo przeżytków i barbarzyństwa zwierzęcego jest w tobie.

Miłością braterską, wiernością ideałom swoim, opanowaniem zmysłowego i samolubnego zwierza w sobie, sam o ofiarnością czyń się godnym na przyjęcie Ducha. Czyń się godnym czy hoduj Ducha w sobie. Aż poczujesz, że działa, że całym już tobą zawładnął, żeś jest jakoby harfa brzmiąca pod duchową ręką. Wówczas idź i działaj!

Jakimi drogami masz działać, mieczem czy słowem natchnionym, pokojowym przekonywaniem ludzi czy środkami doraźnie mocniejszymi – choć może nie tak głębokimi – to już sprawa tylko taktyki w każdym wypadku poszczególnym i sprawa twych osobistych w tym lub innym kierunku zdolności. Co z Ducha poczniesz, dobre będzie, choćby na razie zdawało się błędne czy bezcelowe.

Pamiętaj jednak, że póki żyjemy i działamy, póty zdobycze duchowe w tobie samym dokonane nie są ostateczne: choćbyś najwyżej na drabinie duchowej był zaszedł, spaść możesz zawsze aż na dno otchłani zezwierzęcenia, jeśli ku wyżynom duchowym coraz górniejszym wysilać się przestaniesz. Duch – to wysiłek nieprzerwany. W życiu duchowym nie masz spoczywania lub oparcia się beztroskiego na rzeczach raz zdobytych. Gdyś wszedł na wyżyny, tylko wysiłkiem wielkim i nieprzerwanym utrzymać się na nich zdołasz. Nigdy nie wolno ci powiedzieć: otom już doskonały lub uduchowiony dostatecznie, teraz tylko zewnętrznie działać mi należy. Powiedzenie takie byłoby wyrokiem śmierci na Ducha i ani byś się spostrzegł, jak zwierzęcość na nowo opanowałaby cię i spadłbyś bodaj niżej jeszcze, aniżeli byłeś kiedy bądź. Spadłszy zaś, zsunąwszy się do pobudek nikczemnych, tym samym skaziłbyś całe dzieło swoje i wyrzekłbyś się wszystkich stojących za nim mocy duchowych.

Toteż zawsze przed wstąpieniem na barykadę, przed wejściem na mównicę czy przed chwyceniem pióra do ręki, zagłębiaj się w siebie, zbadaj się i oczyść w obliczu Ducha miłości; surowo zapytaj się o czystość pobudek swoich i odrzuć wszystko powierzchowne, małostkowe, wszelką mściwość i zawziętość osobistą starannie wytęp z siebie. Nic to, że po takim przeglądzie ograniczysz program działania własnego, że niejednego zamiaru zaniechasz; albowiem to, co zostanie, tym silniejsze będzie, jeśli zaś nie miałoby zostać nic, jeśli poza pobudkami egoistycznymi nic w tobie nie było, w takim razie może zupełnie od owego czynu odsuniesz się; lecz pewny bądź, że sprawa nic na odsunięciu się tym nie straci.

A gdy tak przejrzysz się i umocnisz, gdy odgarnąwszy od siebie wszelką małość i przyziemną zwierzęcość, poczujesz się czysty wobec słonecznego Ducha miłości – idź i działaj, niczym już nie powstrzymując się i słowo twoje niech koi jak błogosławieństwo lub niech jak wyrok śmierci razi; a ręka twoja niech będzie jako rany przewiązująca ręka matczyna lub niech spada jak grom śmiertelny na głowy istnienia niegodne!

Wówczas Duch będzie z tobą, w tobie i przy tobie; wszelki czyn pod jego znakiem poczęty będzie i On wiekuisty przez każdy twój czyn działać będzie.

Duchowe, nieśmiertelne moce staną w nas i za nami i przez nie zwyciężamy – MY którzy prócz duchowych żadnych innych mocy nie posiadamy, ale duchowe są naszym niemal szczególnym przywilejem. My, podeptani i wydziedziczeni, na zdobycie i zbawienie świata ruszający.

W ten sposób MY nowy zaprowadzim ład.

Jan Hempel
__________________
Powyższy tekst to cała broszura, wydana nakładem autora, Lublin 1916. Od tamtej pory nie była wznawiana, poprawiono pisownię według obecnych reguł. Na potrzeby Lewicowo.pl przygotował Robert. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *