Władysław Jakubowski

Czerwony rok

[1936]

Dwa doniosłe wydarzenia stanęły u progu tego okresu, który dzieli nas od zeszłorocznego naszego święta majowego. Obchodziliśmy wówczas 1 maja pod wrażeniem świeżo uchwalonej nowej konstytucji, a w niespełna dwa tygodnie po dniu święta robotniczego zamknął oczy marszałek Piłsudski.

U steru rządów stoi p. Walery Sławek, pułkownik rangą i arcypułkownik w polityce, człowiek, którego mądrość polityczna znała jedną tylko kalkulację: „zaostrzyć kurs!”.

I ten p. Sławek powiada w kilka dni po śmierci marsz. Piłsudskiego, że odtąd ma Polską rządzić nie człowiek, ale prawo. To znaczy sanacyjne prawo, umiejętnie przez Sławka wymyślone, a mające stanowić fundament nowego ustroju politycznego Polski.

Do wykończenia tego fundamentu zabrakło już tylko ordynacji wyborczej, i oto rząd pułkownikowski, nie czekając nawet zakończenia uroczystości żałobnych, gorączkowo montuje ordynacje wyborcze i podaje je do posłusznego uchwalenia bebeckiej [BBWR] większości sejmowej. „Pijacki żart” archeologa Kozłowskiego stał się upiorną, kościstą rzeczywistością. I p. Sławek wcale nie żartował. Pan Sławek kroczył bardzo realnie po ziemi i wymarzył sobie wcale realną żelazo-betonową klatkę, w której zamierzał uwięzić społeczeństwo, klatkę o wiele przyciasną, ale w której – jak sądził – da się ugnieść społeczeństwo po złamaniu kręgosłupa ideowego (w słowniku p. Sławka: „partyjnego”). I dlatego za palące zagadnienie chwili uznała klasa robotnicza walkę polityczną. Na ordynację odpowiedziała klasa robotnicza: 1) strajkiem powszechnym 25 czerwca, 2) hasłem szerokiego frontu robotniczo-chłopskiego i 3) akcją solidarności.

Strajk powszechny 25 czerwca 1935 r. był pierwszym strajkiem politycznym w Polsce od wielu lat. Strajk udał się. Przemówiło Zagłębie, Warszawa, Łódź, Białystok, Częstochowa, Radom, dziesiątki innych ośrodków robotniczych. Strajk wstrząsnął sumieniem społecznym kraju, obudził gwałtownie z apatii tych spośród klasy robotniczej, którzy nie ocknęli się jeszcze ze śpiączki, ukołysani monotonnym harmidrem rozbijackich i sprzedajnych organizacji.

I rozpoczyna się energiczna akcja. Rada Naczelna PPS ogłasza

Bojkot wyborów!

Kongres Stronnictwa Ludowego niemal jednomyślnie podejmuje taką samą uchwałę. Jest to pierwsza okazja do przeprowadzenia akcji wspólnej, w imię szerokiego frontu. Robotnicy tymczasem przeprowadzają akcję solidarności, badając ludzi: Nasz ty czy nie nasz? Znak solidarności dotarł do najdalszych zakątków.

Sprawa stosunku do wyborów staje się jeszcze jedną próbą charakterów, jeszcze jednym egzaminem bojowości i dojrzałości politycznej. Egzaminu nie zdała, próby nie wytrzymała grupka byłych wyzwoleńców [chodzi o grupę działaczy niegdyś związanych z PSL „Wyzwolenie”, później będących członkami Stronnictwa Ludowego, którzy w obliczu decyzji o bojkocie wyborów odeszli z partii i powołali niewielkie ugrupowanie rozłamowe – przyp. redakcji Lewicowo.pl], i oto byliśmy świadkami rzadko tak jaskrawego samobójstwa politycznego tej grupy polityków chłopskich. Wieś ani drgnęła. W plebiscycie milczenia dnia 8 września robotnicy i chłopi dobitnie wyrazili swój stosunek do sanacji. Stwierdzili, że przeszło 70 proc. ludności nie da się zamknąć w klatce, wymyślonej przez p. Sławka.

Z wyborów wyszedł sejm-cudo. Sejm zadziwiającej niemrawości i rozweselających dyskusji bojowo-rytualnych. Sejm, od którego nikt niczego się nie spodziewa i na który nikt w niczym nie liczy. Walka polityczna i walka o byt klasy robotniczej potoczyła się zupełnie niezależnie od tego, co się dzieje w gmachu przy ul. Wiejskiej.

Pada tymczasem rząd p. Sławka. Nieudane wybory, nieudany sejm i nade wszystko przeraźliwa pustka w skarbie przypieczętowały los gabinetu pułkowników. Przychodzi rząd p. Kościałkowskiego, rząd, który w przeciwieństwie do milczących pułkowników chce i lubi mówić. I rząd powiada, że w skarbie jest źle, bardzo źle, że zaciskanie pasa dało wyniki bardzo smutne i wobec tego należy… zacisnąć pasa jeszcze bardziej, należy zmniejszyć emerytury, obciąć pensje, wprowadzić nowe podatki, szczególnie silnie obciążając nimi pracowników przedsiębiorstw państwowych.

W związku z tymi zarządzeniami rozpoczęła się walka o utrzymanie zarobków, w której wzięła udział część świata pracy dotychczas najbardziej potulna, zastrachana i ujarzmiona przez wrogie organizacje. Byliśmy świadkami pięknej i zwycięskiej akcji pracowników fabryk monopolowych i nawet fabryk broni.

A jednocześnie rozgorzał bój z prywatnym wyzyskiem. Łódzcy włókniarze, górnicy, tramwajarze warszawscy, Skierniewice, Lida, Wilno, Białystok, Kraków. Podniosła się fala oporu. W masowych, imponujących, jednolitych akcjach robotnicy walczyli o umowy zbiorowe, przeciwko obniżkom i redukcjom, o podwyżki. Widzimy już nie tylko akcje obronne, ale atak. Atak zakończony najczęściej zwycięstwem.

Robotnicy poczuli swoją siłę, płynącą z solidarności i organizacji.

Aby walczyć skutecznie, trzeba być zorganizowanym. Dlatego wstępem do masowych akcji robotniczych był zorganizowany przez Komisję Centralną Klasowych Związków Zawodowych

miesiąc propagandy na rzecz związków zawodowych

w październiku 1935 r. Robotnicy zorganizowani, ci, którzy przetrwali najgorsze czasy, i najgorsze zamachy, i najgorsze szykany pod sztandarem organizacji, rzucili wezwanie pod adresem tych, którzy chodzili luzem, lub tkwili w organizacjach wrogich: Bądźcie solidarni. Walczcie wraz z nami! Wstępujcie do organizacji!

I wezwanie to nie pozostało bez echa. Oto obserwujemy ciekawe zjawiska. Ze wszystkich ośrodków, często zapomnianych dziur prowincjonalnych donoszą o ogromnym, dawno niewidzianym rozwoju klasowych związków zawodowych. Jak na drożdżach powstają nowe związki. Klasa robotnicza podniosła kark, przystąpiła

do ataku

przechodząc do porządku nad przeszkodami i porywając za sobą

nowego sojusznika

– pracowników umysłowych.

Bo i wśród pracowników umysłowych, wśród tzw. kołnierzykowego proletariatu, nastąpił przełom. Zaczynają dziać się rzeczy dawniej nie do pomyślenia. Widzimy na ulicach rozplakatowane odezwy, protestujące przeciwko rządowym dekretom obniżkowym, a podpisane przez różne grupy urzędników państwowych. Pracownicy umysłowi biorą udział solidarności w akcjach robotników. Kongres „Unii” staje na stanowisku współdziałania z ruchem robotniczym [mowa o Unii Związków Zawodowych Pracowników Umysłowych – głównej centrali związkowej w tym sektorze, zrzeszającej w połowie lat 30. około 50 tysięcy członków – przyp. redakcji Lewicowo.pl].

Znalazł się ktoś, kto najbardziej chyba przerażony został wzrostem siły robotniczej i wzrostem świadomości, znalazł się

stary wróg

który zawsze, jak dawno istnieje, wbijał nóż w plecy walczącego proletariatu. Ten stary wróg, tym razem odmłodzony i starannie zamaskowany, to endecja.

Szczwany lis Dmowski złożył głośne oświadczenie wobec swych wiernych, że wybiła godzina walki na śmierć i życie. Oświadczył, że jeśli endecja natychmiast nie weźmie się do roboty, to sczeźnie pobita przez wspólny wysiłek ludu pracującego na wsi i w mieście. Obmyślono taktykę z przemyślnością łotrowską: rozbić solidarność wsi i miasta, wjechać na polską wieś na antyżydowskiej szkapie. Ruchliwość endecka na wsi przejawia się w dzikiej, nie przebierającej w środkach agitacji. Nie było kłamstwa, którego nie zastosowano, aby tylko pokazać swemu wodzowi, że czarna sotnia robi na wsi postępy. Nasłani agitatorzy, przebrani paniczykowie, płatni najemnicy opowiadali chłopom, że rozdają posady, że Żydzi skupują kościoły i zatruwają studnie, że już rząd jest endecki i inne głupstwa. W kilku miejscowościach udało się doprowadzić do smutnych starć, w których ginęli chłopi za nieswoją, endecką, zbrodniczą sprawę. Klasa robotnicza w ośrodkach zagrożonych wystąpiła do walki. W najbardziej zagrożonym okręgu radomskim robotnicy zlikwidowali endecję w mieście i cierpliwie, systematycznie wypleniają ją na wsi.

Wśród walk robotniczych czerwoną nicią wije się

walka o prawo

do polskiego strajku [na całym świecie „polskim strajkiem” nazywano, z racji tego, iż w naszym kraju robotnicy często sięgali po taką formę walki, strajk okupacyjny w zakładzie pracy – przyp. redakcji Lewicowo.pl]. Równo rok temu 168 robotników papierni Kohna w Częstochowie walczyło o swe prawa w kilkutygodniowym strajku okupacyjnym. Fabrykant, nie mogąc uzyskać pomocy policji, zwrócił się do sądu. Na salach sądów różnych instancji toczyli bój prawnicy. Burżuazyjna prasa atakowała wściekle tę nową formę walki robotników. Aż 23 marca b. r. znalazł się ktoś, kto nakazał policji złamanie strajku okupacyjnego w firmie „Semperit” w Krakowie. Pan b. wojewoda Świtalski przyjął na swoje sumienie odpowiedzialność za wynikłą stąd

tragedię krakowską.

Krew robotnicza zrosiła bruk Częstochowy i Lwowa. Las rąk, wyciągniętych po pracę, zmniejszył się o kilkadziesiąt rąk, które więcej już się nie podniosą.

Gdy w dniu tegorocznego święta lśnić będą czerwone sztandary, widok ich będzie żywiej niż zawsze przypominał słowa starej pieśni robotniczej [nawiązanie do znanych słów „Czerwonego Sztandaru”: „…bo na nim robotnicza krew” – przyp. redakcji Lewicowo.pl].

Władysław Jakubowski
_________________________________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w PPS-owskim tygodniku „Tydzień Robotnika” nr 18 (22), 1 maja 1936. Od tamtej pory nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *