Leon Wasilewski

Bolesław Limanowski na zjeździe paryskim 1892 roku

[1935]

Na początku dziesiątego dziesięciolecia wieku ubiegłego dwa rysy zasadnicze cechowały polski ruch socjalistyczny. Pierwszy – to ujawnienie się ponad wszelką wątpliwość potencjalnej siły szerokich mas robotniczych. Obchody święta 1 maja w zaborze austriackim i nawet w skutej straszliwymi kajdanami despotyzmu carskiego Kongresówce unaoczniły ogółowi socjalistów polskich, że ziarna propagandy klasowej, rzucane z takim wysiłkiem w ciągu poprzednich dziesięcioleci, dały plony obfite. Krwawe wypadki majowe w Łodzi, związane z obchodem święta robotniczego roku 1892, wywarły wrażenie wprost oszałamiające. Drugim rysem ówczesnego ruchu socjalistycznego było zupełne rozbicie organizacyjne szeregów jego sił kierowniczych w zaborze rosyjskim i pochodzących z niego kołach emigracyjnych. Spadkobiercy Wielkiego Proletariatu, rozbici na dwie grupy – terrorystyczną, trwającą przy dawnej firmie partyjnej, i antyterrorystyczną – Zjednoczenie [Robotnicze], spierali się namiętnie o zasadnicze postulaty taktyki. Członkowie Związku Robotników Polskich zwalczali i tych, i tamtych, jak również socjalistów „narodowych”, wrogo traktujących wszystkie odłamy „międzynarodowców”. Na emigracji polski obóz socjalistyczny był po prostu rozproszkowany. Ludzie sympatyzujący z jednym i tym samym kierunkiem rozpadali się na drobne, pokłócone ze sobą frakcyjki. Tak było w obozie socjalistów narodowych, tak samo było i u międzynarodowców. Dochodziło do tego, że tworzyły się grupki „edkowców” i „bolkowców” – według imion czołowych reprezentantów tych kółek.

Absurdalność takiego stanu rzeczy w dziedzinie organizacyjnej, na tle wzmagających się możliwości rozwoju ruchu w klasie robotniczej, musiała uderzać każdego, kto myślał poważnie o przyszłości socjalizmu w Polsce. Toteż kiedy ze szpalt londyńskiego „Przedświtu”, organu dawnych proletariatczyków, poczęły padać hasła zjednoczenia całego polskiego ruchu socjalistycznego na gruncie nowego, wspólnego programu, spotkały się one ze zrozumieniem w szerokich kołach towarzyszy.

Ale od tego do realizacji owych haseł prowadziła droga najeżona licznymi przeszkodami. A przeszkody te wynikały nie tyle z rozbieżności poglądów na zagadnienia programowe czy kwestie taktyczne, ile z animozji i wstrętów osobistych, utrwalonych w toku przewlekłych dyskusji i sporów, zwłaszcza zagranicznych.

Toteż inicjatorzy akcji połączeniowej musieli zwracać się nie tylko do organizacji czy kółek, ale i do pojedynczych osobistości, z którymi uprzednio ścierali się nieraz bardzo ostro i bezwzględnie. Do nich należał między innymi i Bolesław Limanowski.

Limanowski był zawsze niepodległościowcem i to zmusiło go do stanowczego rozejścia się w Genewie z międzynarodowcami z Proletariatu. Ponieważ zaś był on również najstarszym i najwybitniejszym przedstawicielem socjalizmu narodowego, przez to ciosy polemiczne z przeciwnego obozu spadały głównie na jego głowę, przy czym w wystąpieniach tych nie żałowano sobie argumentów najbardziej zjadliwych i bolesnych. Dość wspomnieć o głośnej w swoim czasie „szopce” Feliksa Daszyńskiego, rozprawiającego się z Limanowskim i jego towarzyszami bez żadnych względów i skrupułów.

Skoro jednak padło hasło połączenia wszystkich polskich sił socjalistycznych, trzeba było zapomnieć o dawnych urazach i pretensjach. Udano się więc i do Limanowskiego w listopadzie 1892 roku, na czas krótki przed rozpoczęciem zjazdu, który miał to połączenie zrealizować. Dwaj delegaci, przybyli z kraju, zaprosili Limanowskiego na zjazd, wyjaśniając mu jego cele. Cele te powitał z sympatią, ale miał pewne zastrzeżenia. Przede wszystkim oświadczył, że nikogo, prócz samego siebie, nie może na zjeździe reprezentować. Złożyło się bowiem tak, że paryska Gmina Narodowo-Socjalistyczna, do której w ciągu trzyletniego pobytu w Paryżu należał, rozpadła się „raczej z osobistych, niż z zasadniczych powodów” na dwa nieprzyjazne obozy. Nie chcąc uczestniczyć w tej waśni, Limanowski odosobnił się i stał na uboczu, jak pisze w swoich wspomnieniach. Drugie zastrzeżenie było poważniejsze. „Wiecie, towarzysze” – mówił – „o naszych sporach i zatargach przekonaniowych, a, sądząc z pism, w większości krajowej mam przeważnie przeciwników. Zakłóciłbym więc tylko na waszym zjeździe tak potrzebną zgodność, ażebyście mogli wasz zamiar doprowadzić do skutku…”.

W końcu stanęło na tym, że Limanowski w każdym razie na pierwsze posiedzenie zjazdu przyjdzie.

I jakież było jego zdziwienie, kiedy zjazd, w którym uczestniczyli najwięksi jego przeciwnicy (do nich zaliczał przede wszystkim Stanisława Mendelsona), obrał go na swego przewodniczącego, później zaś uchwalił program, pod którym i on mógł się bez zastrzeżeń podpisać.

W ten sposób najstarszy z socjalistów polskich stanął u kolebki Polskiej Partii Socjalistycznej, której odtąd pozostał do ostatniego tchnienia wiernym.

Leon Wasilewski
_____________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w PPS-owskim dzienniku „Robotnik” nr 41/1935, 5 lutego 1935 roku. Od tamtej pory nie był wznawiany. Na potrzeby Lewicowo.pl przygotował Przemysław Kmieciak. Tekst publikujemy w 125. rocznicę rozpoczęcia zjazdu paryskiego, na którym powołano PPS.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *