Stanisław Dubois

300 milionów i 200 rodzin. Tylko 300 milionów

[1937]

Nie umiemy myśleć kategoriami ekonomicznymi. Gdyby społeczeństwa ludzkie w swej masie widziały i rozumiały naprawdę treść przemian zachodzących wokół – myślałyby po stokroć śmielej niż dzisiaj. Wszak dziś najpowolniejszy proces gospodarczo-społeczny przebiega szybciej niż proces myślowy najodważniejszego, odwagą myśli, obywatela. W wyścigu rzeczywistości tempo rzeczywistych wypadków bije o wiele szybkość myślenia.

Te refleksje cisną się z nieodpartą siłą pod pióro dziś, gdy z okazji Nowego Roku próbujemy dokonać bilansu z kilku lat ostatnich w dziedzinie zjawisk gospodarczych.

Uderza zwłaszcza  jedna liczba. 300 milionów złotych całego efektu tzw. prywatnej kapitalizacji w najpomyślniejszym gospodarczo roku 1929 w Polsce!

Czyśmy się kiedykolwiek zastanawiali nad tą liczbą? Toż to wyrok skazujący bezapelacyjnie na śmierć ustrój kapitalistyczny w Polsce.

Chcecie dowodu? I mnie początkowo zdumiała i oburzyła ta liczba. Znalazłem ją ukrytą skromnie wśród natłoku innych skomplikowanych wyliczeń dochodu społecznego Polski w „tłustym” gospodarczo roku 1929, nie znalazłem nic w „chudym” 1933 (M. Kalecki i L. Landau: „Szacunek dochodu społecznego w 1929” i „Dochód społeczny w r. 1933”, Instytut Badania Koniunktur Gospodarczych i Cen, tom I i IV, Warszawa 1935).

Ależ to wyraźny skandal, pomyślałem. Czyżby rzeczywiście nasi kapitaliści byli aż tak biedni, że w szczytowym koniunkturalnie r. 1929 zdołali „zarobić” – a nie tylko zaoszczędzić, skapitalizować, lecz i zainwestować na powrót w aparacie produkcyjnym – tylko skromniutką, żałośnie mizerną sumę 300 milionów? A w kryzysowym roku 1933 prywatnie nie zdołano skapitalizować w ogóle nic! To niemożliwe! To wyraźnie woda na młyn badań Lewiatana, rozdzierającego wszak co dzień szaty nad nędzą przemysłowców, nad stratami w bilansach spółek akcyjnych, nad upadkiem rentowności życia gospodarczego.

Zastanowienie przyszło później. Jakie to są konsekwencje owej sumy 300 milionów złotych kapitalizacji prywatnej w najpomyślniejszym gospodarczo roku w Polsce?

Nie wulgaryzować

Przyznajmy się. Bardzo wielu spośród nas myśli w ten sposób: Odbierzemy kapitalistom ich bajeczne dochody, obszarnikom ich rozległe latyfundia i obdzielimy tym wszystkim sprawiedliwie, po równo, cały naród, a będzie dobrze w Polsce…

I tu tkwi nieporozumienie. Nieprawda, nie będzie dobrze! Bo ani tych bajecznych dochodów fabrykanckich, ani owych mnogich morgów obszarniczych na obdzielenie wszystkich dziś już w Polsce nie starczy. Zresztą sedno sprawy tkwi w ogóle nie w zagadnieniu: starczy czy nie starczy. Bankructwo kapitalizmu polega na zgoła czym innym – na zupełnej dziś już impotencji kapitalizmu w dziedzinie organizowania życia gospodarczego społeczeństwa.

Nie wolno też wulgaryzować sprawy tego rodzaju demagogicznym upraszczaniem. Bo to raczej podnosi tylko szanse trwania kapitalizmu. Pozwala mu tym łatwiej siać zamęt i mętlik pojęciowy i przewlekać w nieskończoność swoją agonię. A tymczasem niewielkie nawet pogłębienie poglądu odsłania obraz bez porównania jaskrawszy i bardziej wstrząsający swą tragiczną nielogicznością.

Ani morgów, ani milionów nie wystarczy

Rozumie dziś każdy, że głęboki ferment i szybka radykalizacja mas chłopskich potęgują fakt, że ziemi obszarniczej dla 8 czy 9 milionów „zbędnych” na wsi nie starczy. Z 19 tysięcy folwarków, liczących w sumie około 14 milionów ha na progu naszej niepodległości, pozostało dziś około 10 milionów ha, z czego grunty rolne stanowią zaledwie czwartą część. Skoro rozparcelować choćby bez wykupu owe grunta między mało- i bezrolną ludność wiejską, osadziwszy na roli 700 może 800 tysięcy rodzin, to znowu tylko czwarta część wszystkich „zbędnych” otrzyma ziemię. Cóż ma robić reszta?

Moment ten wyzyskuje jak umie agitacja zaniepokojonych najbardziej o swą przyszłość obszarników naszych, zorganizowanych w Związku Ziemian tudzież w „związku zawodowym młodych hrabiów” z „Buntu Młodych”. Młodzi hrabiowie rezolutnie twierdzą: ponieważ parcelacja wielkiej własności i tak zagadnienia rolnego nie rozwiązuje, należy jej w ogóle zaniechać. Ale i chłopi przestali być naiwni. Nie, panowie magnaci – mówią – reformę rolną rozpoczniemy od rozparcelowania was, ale rzecz prosta, na tym zatrzymać się nie możemy. Problem rolny stoi nadal otworem, załatwić go całkowicie da się tylko na drodze podniesienia kultury rolnej oraz uprzemysłowienia kraju. Lecz na to potrzebne są środki kolosalne… Czy kapitalizm może je zmobilizować?

Tu wracamy do punktu wyjścia. Co można zdziałać za 300 milionów rocznie? Boć 300 milionów to, jak widzieliśmy, wszystko, czego spodziewać się można od kapitalizacji prywatnej w Polsce.

Niemoralne stadło

Kapitalizm w Polsce przypomina dziś do złudzenia niedobrane stadło małżeńskie, w którym małżonek starzec poślubia młodą, pełną życiowego wigoru i młodzieńczych pragnień małżonkę. Młoda oblubienica – to Polska. Polska przeludniona, Polska z blisko półmilionowym przyrostem naturalnym rocznie, z 8 milionami „zbędnych” na wsi i milionem bezrobotnych w miastach, z milionem dzieci bez szkół, z dochodem społecznym niższym niż przed wojną i o połowę skurczonym w porównaniu z latami lepszej koniunktury. A więc Polska pełna sił żywotnych, pełna drzemiącej energii, lecz jeszcze pełniejsza niezaspokojonych, palących potrzeb.

Czy potrzeby te zdoła zaspokoić staruszek – kapitalizm Polski? Wszak kapitalizm ten w okresie najwyższej ekstazy miłosnej, przy zwyżkującej koniunkturze, zdobyć się jeno mógł na 300 milionów. 300 milionów –to maksimum tego, czego się po kapitalizacji prywatnej w Polsce spodziewać można. To cały zaczyn kapitalizmu, na który z drżeniem niespokojnego pragnienia czeka na próżno morze potrzeb rwącej się do życia Polski.

Owocem tedy niedobranego stadła Polski z kapitalizmem jest potworek dzisiejszej naszej rzeczywistości. Inaczej być nie mogło. To jest logiczna konsekwencja związku zawartego wbrew naturze.

Morze potrzeb

Niewiele ponad 2 miliony ha użytków obszarniczych, jakie pozostały do obdzielenia między 8-9 milionów „zbędnych” na wsi i przeszło 2 miliony gospodarstw karłowatych w Polsce, w sposób nazbyt jaskrawy dla wszystkich wskazują, że parcelacja to tylko pierwszy krok do zasadniczej reformy stosunków rolnych w Polsce.

Zróbmy zaś najzwięźlejszy rejestr potrzeb i kosztorys tych potrzeb, jakie należałoby zaspokoić za sumę 300 milionów wewnętrznej kapitalizacji prywatnej.

Roczny budżet państwa polskiego, budżet prawie wyłącznie konsumpcyjny, wynosi dziś przeszło 2 miliardy złotych. Rozszerzenie aparatu produkcji przemysłowej do takich rozmiarów, by można było wchłonąć milionowe bezrobocie miejskie, szacowane jest nie na miliony, ale na miliardy złotych. Nie mniej kosztowne jest konieczne już odnowienie aparatury przestarzałych na ogół maszyn i urządzeń w polskim przemyśle. A jak rozbudować należałoby ten przemysł, by wchłonąć i nadprodukcję ludności wsi?

Polska jest jednym z ostatnich krajów w Europie pod względem dróg komunikacyjnych, kolejowych i bitych. To samo jest z siecią pocztowo-telegraficzną. Głód tanich mieszkań w miastach staje się z rokiem każdym większy. Miasta w większości są nie skanalizowane, bez wodociągów, elektryczności, gazu. Dla miliona dzieci brakuje budynków szkolnych.

Konsumpcja w Polsce, zwłaszcza towarów przemysłowych na wsi, utrzymuje się na tak zatrważająco niskim poziomie, że nawet zestawienie z konsumpcją krajów kolonialnych wypada dla nas kompromitująco. Co mówić o zaspokajaniu potrzeb kulturalnych?

A czy wyobrażamy sobie, ile może kosztować gruntowne załatwienie problemu rolnego? Osadzenie 800 tysięcy rodzin na własnych gospodarstwach wyniesie przynajmniej 8 miliardów złotych. A wszak to tylko początek. Samo zmeliorowanie Polesia szacowane jest na 1-2 milionów złotych. Spróbujmy zaś rozparcelować, scalić, potem zaś zmeliorować całą Polskę? A dalsze podniesienie kultury rolnej drogą stosowania nawozów sztucznych, potem mechanizacji, elektryfikacji i chemizacji rolnictwa? To wszystko wymaga dosłownie bajońskich sum. Kapitalizm zaś polski proponuje na to wszystko w najlepszym razie swoje 300 milionów kapitalizacji prywatnej.

Cynizm czy starcze zdziecinnienie?

Cynizmem też trzeba nazwać wszelkie kapitalistyczne recepty, jakie obrońcy polskiego stanu rzeczy proponują w okresie tego morza palących potrzeb. Jak wiadomo, tzw. sfery przemysłowe, zgrupowane wokół Lewiatana, oraz sfery ziemiańskie, zjednoczone w swoich związkach, jako jedyne wyjście wskazują właśnie… „przywrócenie rentowności gospodarce prywatnej”. Poza nierealnością tego hasła w dzisiejszych stosunkach, czyż nie oburza i nie rozśmiesza jednocześnie tupet staruszka-impotenta, obnoszącego się ze swoim 300-milionowym sukcesem sprzed lat.

Nie mniej jednak demagogicznie reprezentuje się program młodych, „radykalnych” reakcjonistów spod znaku ONR i pokrewnych. Proponują oni „dekoncentrację” własności, rozdrobnienie zatem aparatu wytwórczości przemysłowej do rozmiarów średniowiecznych warsztatów rzemieślniczych, również prywatnych. Cały ten „program” obliczony jest na sianie jeszcze większego mętliku pojęciowego w dezorientowanym społeczeństwie.

Utrzymanie kapitalistycznego stanu rzeczy w Polsce leży w bezpośrednim interesie „200 rodzin” wielkoprzemysłowych oraz kilkunastu tysięcy rodzin ziemiańskich. Reszta broni kapitalizmu przede wszystkim dzięki nieumiejętności przemyślenia zagadnienia do końca lub dzięki tchórzostwu myślenia i działania.

Gospodarka społeczna

Samo mechaniczne podzielenie skoncentrowanej własności kapitalistycznej pomiędzy drobnymi właścicielami nie rozwiązuje całkowicie zagadnienia sprawiedliwego współbytowania ludzi.

Problem nie polega na tym, by „200 rodzinom” rekinów kapitalistycznych w Polsce i kilkunastu tysiącom rodzin obszarniczych nie pozwolić w dalszym ciągu zżerać kawioru, spijać szampana i rozbijać się po Riwierze. Gdyby nawet rzeczywiście wszyscy oni taki tryb życia prowadzili, ani ich stopa życiowa, ani nawet skapitalizowane przez nich sumy nie mogą obdzielić wszystkich głodnych ani zgalwanizować zamierającego życia. Zło, jak powiedzieliśmy, tkwi w samym systemie gospodarki kapitalistycznej, niezdolnej do uruchomienia nieprzebranych zasobów energii ludzkiej, tkwiącej w masach, ani nawet do eksploatowania bogactw naturalnych.

Mobilizacji tych środków może dokonać ustrój, który nadchodzi, który nadejść musi. Ustrój gospodarki społecznej, ustrój planowy, rugujący wielką własność i konsekwentnie dążący do zaspokojenia wszystkich potrzeb materialnych i duchowych wszystkich obywateli.

Stanisław Dubois

____________________________

Powyższy tekst Stanisława Dubois pierwotnie ukazał się w „Dzienniku Popularnym” nr 1, 1 stycznia 1937. Następnie wznowiono go w Stanisław Dubois – „Artykuły i przemówienia”, Książka i Wiedza, Warszawa 1968. Przedrukowujemy go za tym ostatnim źródłem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *