Jan Dąbrowski

Żyrardów w pętli

[1934]

Pięćdziesiąt cztery kilometry od Warszawy mężczyzna wart jest bardzo mało. Jeszcze wchodzi w rachubę kilkunastu podmajstrzych, trochę reperacyjnych macherów i żywe dźwignie do noszenia ciężarów – placowi. Reszta dawno już poszła na „różowy paszport” [1] i z zakresu płacy zna tylko ochłapy zapomóg Funduszu Pracy.

Spod kolorowych nalepek na półkach tysięcy sklepów, na stołach straganów, za lustrzanymi szybami magazynów bieli się śnieżne płótno. Wzdychają rodzime ekonomiczne patriotki: „Och, tylko żyrardowskie… Popieramy przemysł krajowy”… Szast nożycami. Na prześcieradło, na koszule, na wyprawę dla córki, na śmiertelną koszulę dla biednej Żydówki z Muranowa. Do hurtowni płyną zapotrzebowania, do banków francuskich solidna waluta w złocie, do urzędów skarbowych fałszywe zeznania – a w czerń pochmurnej nocy płynie z żyrardowskich czerwonych kamienic („własność zakładów”…) bezgłośny krzyk nędzy i śmiertelnego znużenia.

Tam w domach czerwonych, jak kropka na mapie, w obłokach jasno oświetlonych wieczorem, skręca się w cienką przędzę len i wyzysk, tkają maszyny białe płótno z szarych nici, brudnych kropli potu i czerwonego krzyku krzywdy.

Tkalnia. Cztery warsztaty. Na prawo płótno, na lewo żakard. Warczą szpule, migają czółenka, pajęczyna osnowy łowi wszelką myśl o spoczynku. Postać, taka sama postać, jak te, co skrzętnie oglądają i przesuwają między palcami białą blachę płótna na straganie, tu miota się od szpuli do szpuli, od warsztatu do warsztatu. Czasem osłabną ręce, omdleją nogi, ale usiąść nie można, nie można ani na chwilę spuścić z oczu misternej plątaniny nitek. Bo… szmelc; ba, kara – bo przyjdzie majster, protegowany szczeniak. Przyjdzie, zapisze, bramą postraszy, od kurew i gorszych zwymyśla. Ją, matkę dzieciom, co pamięta jeszcze ruskie czasy na tym samym warsztacie, w tej samej sali. A jeśli się jakoś uda wytrzymać, jeśli wszystko pójdzie dobrze, nie trzeba będzie czekać na szpulę i towar, nie trzeba błagać o zreperowanie tego czy innego kółka – to nie ciesz się zbytnio, pracowita mrówko z francuskiego mrowiska. Na pewno na drugiej zmianie albo jutro znajdzie się coś, co postara się, by nie wypadła za duża wyplata. 16 złotych tygodniowo – czyż to nie luksus? Ale nie trzeba się martwić – jeśli wypadnie bardzo mało, tak np. 6 zł za cały tydzień, to dobrotliwa administracja dorzuci parę groszy premii. Żeby znowu nie było zbyt wielkiej różnicy z tymi od wzorowych warsztatów. Od tych, co się je pokazuje inspektorowi pracy, co nigdy nie stają i „śpiewający” wyrabiają taki akord, który się już mieści w ramach odpowiednich ustaw. A reszta – ot, leniwe, robić się nie chce.

Na „dużej fabryce”, gdzie wypływają w sekundę kilometry lnianej przędzy na roszarni i tam, gdzie powstają madepolany, weby i inna rozkosz zapobiegliwych gospodyń, wszędzie jedna myśl: prędzej, lepiej, więcej…

Krwawił proletariat całej Europy w walce, grzmiały salwy mauzerów w tłum. Skręcał głód kiszki w czarne dni strajków. Zawziętych aż do zwycięstwa. Wszystko o pierwszą zdobycz robotnika – 8 godzin pracy.

Przyszedł 1926, przyszli Francuzi. Uśmiechnęli się po cichu, czytając ustawy, paragrafy, postanowienia. 8 godzin? Proszę – s’il vous plait… Ale – zdwajamy wydajność. Ot, po prostu do dwóch krosien doda się jeszcze drugą, tu się zabierze pomocnicę, tam przyjmie kogoś nowego, za kim ręczy ksiądz, starosta albo chociaż pastor, i proszę… Macie swoje 8 godzin, macie nawet 6, a my mamy zwiększoną produkcję, mamy zmniejszone koszty – słowem to, co było trzeba. Jeszcze się tam coś niecoś „oszczędzi” przy obliczaniu i odtrącaniu zaliczek – żyrardowskie kobiety wyższej matematyki nie znają. A trafi się ktoś krnąbrny, to jazda z nim na „bielnik” albo i za bramę. Za bramą zmięknie całkiem, a na bielniku pod ciężarem płótna, w wyziewach krochmali skruszeje na amen, będzie jak glina miękki. O, bo bielnik to dobra szkoła. Był jeden „pyskaty” – poszedł na bielnik. I cóż, mlecz sobie naderwał, orać nie mógł, przysiadał, mdlał, odpoczywał, o lżejszą robotę się prosił. Cóż, to oczywiste lenistwo – więc poszedł za bramę z piekłem w myślach i kalectwem w ciele.

Dwa tysiące ludzi wylewa się po gwizdku zza murów zakładów. Tymi dwoma tysiącami żyje teraz miasto.

Bo miasto to tylko narośl na zakładach, istnieje tylko po to, by byli, by istnieli karni i wydajni robotnicy, sprawne dopełnienie starych, pogruchotanych maszyn, łatwo amortyzujące się, niezniszczalne, tanie „roboty”.

A że w zakładach pracuje mniej ludzi, niż ich jest w mieście, że nawet ci, co pracują, z francuskiej akordowej łaski wyżyć nie potrafią, więc nad miastem szedł głód, zakrakał z wież kościoła pogrzebowym hasłem tym pierwszym, co zmarli z głodu, co zdarli się w wędrówkach po „bezrobotną” zupę, choć nie mogły ich zedrzeć lata pracy, lata walk.

Czerwone zakładowe domy tchną nędzą – dawno już nie widzi się uśmiechu na twarzy, wyprostowanych pleców, jasnego spojrzenia. Wieczorami wychodzą na ulice ludzie. Szare mrówki robocze o bladych, pomarszczonych twarzach. Twarze są złe, oczy błyszczą nienawiścią. Nienawiść i złość maluje na nich głód.

Każdy kawałek chleba zatruty jest myślą: jutro… Każdy metr płótna budzi wrogie uczucia.

„Naorze się, naorze, przyjdzie zmiana, popartoli, leserować będzie, połowy tego co ja nie zrobi, a zarobek podzielą równo, równiutko”. A „zmiana” myśli to samo. Więc nienawidzą się te dwie zmiany, a nienawiść ich omija tego, kto na tej zmianie zarabia: zarząd.

Bo i jakże nienawidzić zarząd: ksiądz ręczył, starosta ręczył, buchalter polecił. Pisnąć słówkiem – wyleją. I już nie zapomną, już na zawsze zostanie się po tej stronie bramy. Na zawsze zostaną odcięte murem tajemnice powstawania białego płótna: czesalnie, roszarnie, przędzalnie i wielkie hale tkackich warsztatów. Nie zajrzy już nawet przez szparę na „lekką” pończoszarnię i nie obawia się gryzących krochmali i ciężkich bel bielnika.

Więc milcząc snują się o zmroku głodni, źli ludzie. A złość ich bezsilna, pot gryzący i szara powszednia niedola pętlą spowiły Żyrardów, „Czerwoną kropkę” [2] na mapie w skali 1 : 30 000 000.

II

Czerwone budynki. Białą kropką odcina się na ich ścianach tabliczka z numerem i napisem: „własność zakładów”.

O różnych godzinach poranka wysuwają się z tych czerwonych pudeł ludzkie postacie. Ci także „należą do zakładów”. Najwcześniej wychodzą ci, dla których miejscowa kariera na razie się skończyła: długa kicha podmiejskiego pociągu rozsieje ich szerokim zamachem po ulicach, fabrykach i biurach Warszawy. Przez całe popołudnie ściągać będą grupkami z powrotem – wcześniej, później – zależnie od szczebla tej „kariery zamiejscowej”.

Potem „zakładowi”. Życie ich reguluje gwizdek. Wstać – sto, dwieście czy tysiąc kroków – sześć czy osiem godzin – znowu gwizdek – znowu kroki i znowu czerwone pudło.

O różnych porach wychodzą ci, których z fabryką wiąże przyszłość i przeszłość: sypią się jasne główki, łomocą młode nogi – to przyszłość: ci, co będą pracować, kadra przyszłych niewolników pióropusza dymu i fabrycznego gwizdka. Dziś beztrosko (któż naprawdę bez troski chodzi po ulicach Żyrardowa?) śpieszą do szkół, by wtłoczyć w głowy sto szczegółów o Afryce, które nigdy nie przydadzą się przecież przy zakładaniu szpuli, tysiąc historyjek o pięknym świecie – które zapomni z radości na widok własnej obrachunkowej książeczki. Usłyszą także podniosłe słowa o ojczyźnie i będą pamiętać, że ojczyzna – to jak wywieszają na bramach biało-czerwone płótna, co zeszły z ich matek warsztatu, to jak zakrzyczą hakami liter obwieszczenia o poborze rekruta, jak przyjedzie obcy warszawski pan i zbiera po wypłacie składki na coś, co ma w nazwie same duże litery: L.O.P.P., L.M.K. czy inne. To wreszcie, jak do czerwonego budynku wkroczy z marsem na twarzy pan w urzędowej czapce i będzie naklejał na meblach małe kwadratowe karteczki, których nie wolno zdzierać, „bo to za podatki”.

Późno, wiele godzin po fabrycznych gwizdkach, wyroją się na ulice ci, których już niczego nie trzeba uczyć. Ci, którzy już nic nie potrzebują robić. Nie. Bo przecież pójść raz na miesiąc po dziesięciozłotową emeryturę to nie praca. Chodzić do urzędu pośrednictwa po stemple, do magistratu, do prześwietnego starostwa, by ktoś tam „uznał za stosowne” wydać zapomogowe ochłapy żywności – to także nie praca – to bezrobocie.

A jak się nie pracuje, to znowu tak wiele sił nie trzeba. Więc niech lepiej nie płaczą i nie narzekają ci, których długie lata pracy zmaterializowały się w groszaki emerytalne. Niech nie klną oni, którym ostatnie dziesięć dni miesiąca wypełnia wodzianka z resztek „funduszowej” zapomogi w naturze, którym te ostatnie dni kręcą głodem w głowie – plączą słabością nogi. Niech nie klną – przecież nie pracują: są niepotrzebni.

***

Na ulicach pusto. W sklepach także. Tu już nie wierzy się w kredyt, nie wierzy się w gotówkę. Ktoś, kto przychodzi kupić coś oprócz chleba czy kartofla, to albo chce ukraść (uważać), albo usiłuje wziąć na rachunek (można się uśmiać…), albo wreszcie, jeśli już płaci, to widocznie obcy czy na loterii wygrał (patrzcie, patrzcie… pięć złotych…).

Wieczorami w dnie bliskie wypłaty suną na kwadracie ekranu w kinematograficznej budzie obce obrazy nieznanego życia. A w kasie czeka ktoś na lekkomyślne „roboty” zza dwumetrowego muru, którym może zechce się dziś zachłysnąć wielką goryczą oglądania świata i życia, pozbawionego tkackiego warsztatu, przędzalnianej maszyny, okienka ze stemplem „P.U.P.P.” [3] i magistrackich krętych schodów.

Dokoła po wsiach nasłuchuje się rankami pilnie, czy Żyrardów już „buczał”, patrzy się uważnie, czy przekłuwający wstęgę lasu lub mglistą opaskę horyzontu komin zakwitnie szarym dmuchawcem dymu. Jeśli tak – to w porządku. To znaczy, że jest jeszcze Bóg, państwo i żyrardowska manufaktura. Jeśli nie – trzeba jutro zabrać na plecy bańkę mleka czy ćwierć kartofli i pójść chyłkiem, przewiedzieć się: może koniec świata albo strajk i będą nowych do roboty brać.

***

Kalkulacja… Na giełdach Europy akcje Żyrardowa opierały się zwycięsko krachom i bessom. W bankach, poważnych bankach kontynentu, ta trudna nazwa budzi szacunek.

„Szirardof…” Ach, mister, to mi dopiero klient. To dopiero pracownicy, ci polscy robotnicy. Takie konto… O, znowu wpłata.

I konta w solidnych bankach puchną, rosną… Gdzieś w Marsylii czy Lionie pochyla się nad giełdowym wykazem młoda głowa – stanowisko: bezpłatny praktykant. W sercu: Marks i braterstwo. Myśli: jakże dobrze muszą żyć towarzysze w tym mieście o trudnej nazwie.

„Pewno mają dobre zarobki i ciepłe domy, przede wszystkim ciepłe, bo to gdzieś pod biegunem. A do pracy jeżdżą sankami, zaprzęgniętymi w białe niedźwiedzie. Nie to co nasi liońscy jedwabiarze”.

I zaraz potem refleksja: „Chociaż znowu, jeśli tam rządzą nasi, francuscy kapitaliści, to chyba nie dali się tak bardzo robotnikom opanować. A znowu Polacy to rycerski naród… Napoleon… Prawda…

Nie martw się o Napoleona, blady towarzyszu-praktykancie z zakratowanych świątyń złota „Kredytu Liońskiego”. A kapitaliści wszystkich krajów jednacy. Ojczyzną ich pieniądz, tak jak naszą, wiesz już co… Niebezpiecznie znać takie słowa urzędnikom.

Łatwo przebywają wszelkie granice cyferki na przekazach i czekach.

A tutaj, u nas, blady towarzyszu, nie ma ani ciepłych mieszkań, ani białych niedźwiedzi. Jest potwór – głód, o którym czytujecie w gazetach. Jest potwór – kapitał, którego znacie i wy tak dobrze jak i my.

I jest miasto, co nosi nazwę wykwitającą co dzień na setkach giełdowych tablic, zakwitające co dzień szarymi dmuchawcami dymu nad plątaniną dachów i rachitycznych drzew.

A w mieście tym głód i wyzysk zaciskają śmiertelną pętlę na żylastej, wyschłej szyi robotnika.

Jan Dąbrowski

__________________________

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie lewicowym piśmie ,,Tydzień Robotnika”, związanym z PPS-em, w roku 1934. Następnie zamieszczono go w książce „Polskie drogi. Wybór reportaży z lat międzywojennych”, Czytelnik, Warszawa 1962. Przedrukowujemy go za tym ostatnim źródłem, przypisy pochodzą od redaktorów książki.  

 

Przypisy:

1. Różowy paszport – zarejestrowanym bezrobotnym wydawano karty kontrolne różowego koloru, które należało dwa razy w tygodniu stemplować w Urzędzie Pośrednictwa Pracy, jako dowód, że się jest bezrobotnym.

2. „Czerwona kropka” – cytat z wiersza Edwarda Szymańskiego pt. „Żyrardów”, napisanego po zabójstwie dyrektora Żyrardowa przez robotnika Juliana Blachowskiego.

3. P.U.P.P. – Państwowy Urząd Pośrednictwa Pracy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *