Teofil Wojeński

Żeromski a świat pracy

W polskiej literaturze współczesnej ze świata pracy czerpało tematy wielu autorów. Z szczerym odczuciem krzywdy społecznej kreślili obrazy z życia ludu Teofil Lenartowicz, Maria Konopnicka, Bolesław Prus i inni. Ale żaden z autorów nie wczuł się tak głęboko w życie robotnicze, żaden nie ujął tak głęboko krzywdy społecznej jako kwestii nie tylko społecznej, ale i moralnej – jak Stefan Żeromski. Żaden też z autorów nie odczuł tak silnie fałszu we współczesnym ustroju społecznym, opartym na wyzysku, spekulującym na nędzy mas pracujących i żaden w kreślonych obrazach tragedii człowieka pracy nie zawarł tak silnego krzyku protestu i buntu przeciwko istniejącemu stanowi rzeczy.

Twórczość Żeromskiego we fragmentach dotyczących sprawy społecznej wywiera na czytelniku równie silne wrażenie, jak ów obraz ,,chudego człowieka, antropoida z przedmieścia wielkiej stolicy”, obrosłego kłakami, którego nie może Judym zapomnieć. Ma się wrażenie, że w twórczości Żeromskiego znalazło najpełniejszy świadomy i piękny wyraz „czujące widzenie o czymś nad wszelki wyraz bolesnym”, „echo czyjejś krzywdy, jakiejś hańby bezprzykładnej, której nie byliśmy winni, a która przecie zdaje się wołać na nas z ziemi dlatego tylko, że byliśmy jej świadkami” („Ludzie Bezdomni”, tom I, str. 24). Owo widzenie i owe echo w psychice współczesnego Żeromskiemu pokolenia stanowiło wykładnik moralny jego ideologii społecznej, najistotniejszy czynnik uczuciowy, popychający najszlachetniejszą część społeczeństwa tam, gdzie płonęła żagiew buntu przeciwko istniejącemu ładowi społecznemu.

W kreśleniu obrazów ze świata pracy Żeromski nie jest tylko ideologiem, życie to interesuje go nie tylko jako kwestia społeczna, interesuje go ono jako artystę.

Słowem, posiadającym moc pędzla malarskiego i dłuta rzeźbiarza, kreśli obrazy tchnące szczerością, siłą i ostrymi, wyrazistymi konturami, żywo przemawiające do wyobraźni czytelnika. Żeromski nie idealizuje robotnika, w kreśleniu obrazów z życia robotniczego daleki jest od wszelkiego konwencjonalizmu, jako artysta jednak umie dostrzec w nim piękno. Szczery zachwyt, estetyczne zadowolenie rodzące się w duszy artysty w zetknięciu z pięknem, budzi w nim prosty robotnik przy twórczej pracy – przejawy jego siły fizycznej, dzielności i odwagi. Ten szczery zachwyt odczuwamy w całej pełni w opisie robotnika przy pracy w „Ludziach Bezdomnych” (tom I, str. 65-67). „W rogu sali dłubał nad czymś mężczyzna o takim kadłubie, o takich bryłach mięśni, że Judym przypatrywał mu się, jakby nieznanemu gatunkowi człowieka. Widział podobne kłęby bicepsów, ale tylko w marmurze i na rysunkach. Zdawało się, że gdyby to ramię podniosło się, ta pięść w mur trzasnęła, to by go w mgnieniu oka zgruchotała na szczątki. I był to wspaniały widok, gdy siłacz ujął swój młot i zaczął do spółki z towarzyszem łączyć uderzeniami dwa rozpalone końce szyn… Obok potężnego kowala stał bokiem odwrócony człowiek młody, lat może dwudziestu ośmiu, z twarzą tak piękną, że Judym, ujrzawszy ją, stanął jak wryty. Były to ostre rysy chudej twarzy, regularne i jakby wyrzeźbione z kości. Górną wargę ocieniał mały, czarny wąsik. Człowiek ten był prawie szczupły, tylko jakoś przedziwnie kształtny. Ruchy miał nie szybkie, lecz pewne swego celu, nieodzowne i harmonijne… Chudy robotnik, gdy kolej na niego przyszła, dźwignął swój młot i zaczął uderzać. Wtedy dopiero Judym zobaczył. Młot obiegał krąg rozsunięty i trzaskał w żelazo z ogłuszającą potęgą. Nagie ręce wyrzucały go w prawo i w tył i zadawały sztabie cios z boku, a od samej ziemi poczęty. Korpus ciała stał prosto, jakby w tej czynności nie brał udziału. Tylko biodra wzdrygały się pewnym, minimalnym ruchem, który ukazywał stopień samej siły, i mięśnie łopatek naciągały koszulę. Snopy iskier wyfruwały spod młota w kształcie gwiazd błękitnych i złotych. Otaczały wspaniałą figurę rycerza, jakby aureolą należną wielkiej mocy i cudownej piękności. Po ostatnim uderzeniu młody kowal usunął się w kąt hali melodyjnym ruchem, wsparł ręce na toporzysku i świstał przez zęby. Krople potu stały na jego czole i płynęły strugami z usmolonej twarzy”.

Z podobnym zachwytem kreśli Żeromski obraz warsztatu pracy, wnętrza fabryki. „Płomień szalał. Słup jego zwężony, jak miecz obosieczny, wydawał zduszony ryk – i leciał. Zdawało się, że ten ogień wydrze się ze swego miejsca, zerwie i buchnie w górę. Wzrok nie był w stanie znieść blasku, który rozświetlił ponurą halę” (z opisu odlewni żelaza i stali w „Ludziach Bezdomnych”).

Nie zawsze jednak ów warsztat pracy budzi w Żeromskim uczucie sympatyczne. Czasem staje przed jego oczami owo wnętrze fabryki jako nienasycony potwór, wydzierający człowiekowi siły, zdrowie, radość życia. Takie jest ono w opisie fabryki cygar, takie w opisie kopalń Dąbrowy („Ludzie bezdomni”).

Z siłą kreśli Żeromski obrazy życia domowego robotnika, pozbawionego nie tylko dostatku, ale nie mogącego ze swej pracy zaspokoić najniezbędniejszych potrzeb ludzkich. Jakże smutne wrażenie robi na nas dom Wiktora Judyma! Z ciężkiej pracy swojej nie może wyżywić rodziny, pracuje więc żona jego, ale i to nie wystarcza na utrzymanie domu – ze wszystkich kątów, z bladych twarzy dzieci – wyziera ku nam nędza. Nędza, brud wyziera również z domów, z ulic wielkomiejskich, gdzie dach nad głową znaleźli ludzie pracy. Oto obraz smutny siedlisk robotniczych: „Nie było tam już jednolitego szeregu kamienic i rzadziej trafiały się już domy piętrowe. Natomiast szły w dal drewniane, niskie, odrapane budynki, niepodobne ani do dworów, ani do chałup wiejskich, a przypominające jedne i drugie. Domostwa te były obwieszone jaskrawymi szyldami i zbryzgane błotem. Brud nie puszczał wzroku przechodnia do wnętrza mieszkań i mógł wcale skutecznie zastępować żaluzje. Od frontu mieściły się tam zresztą głównie sklepiki. W jednym sprzedawano nędzne kiełbasy, w drugim, bardziej może mizerniejszym, liche trumny”.

Bliską, może najbliższą sercu Żeromskiego jest dola – nędza bandosa, najmity rolnego, odzianego w zgrzebne, potem cuchnącym przesycone szmaty, bandosa, co od rannej zorzy w całodziennym trudzie zgięty na skwarze haruje na pańskim polu. Nowemu pokoleniu, idącemu w bój o przyszłą Polskę, narzucić chce serdeczną troskę swoją: „czy też kiedy w dalekiej przyszłości polski bandos dolę swoją z kamienia wyklęczy? Czy ją wycałuje z Pana Jezusowych nóg gwoździami przebitych? Czy ją wydepce opuchniętymi nogami z nieskończonych kolein drogi między swoją czarną chatą a dalekim, pszennym krajem?… Kiedyż żeńcy polscy z miłością nachylą ku zbożu dostałemu i kiedyż szerokim zamachem potęgi zagarną pokos trawy szumiącej nie mój, ani twój, ale nasz, ojczysty!..” („Słowo o Bandosie”). Dolę – krzywdę bandosa postawi przed oczy swego pokolenia jak upiora zdejmującego sen z oczu ludzi sytych, sytych krzywdą najbardziej wyzyskiwanych. Jak groźne Mane-Tekel-Phares brzmi w „Słowie o Bandosie” frazes zacytowany z Mickiewiczowskich „Ksiąg Narodu Polskiego i Pielgrzymstwa Polskiego”: „Kto nie wyjdzie z domu, aby zło znaleźć i z oblicza ziemi wygładzić, do tego zło samo przyjdzie i stanie przed obliczem jego”. Chce Żeromski, by ten, kto Polskę nową buduje, „krwawą bandosa dolę przypiął sobie do lewego boku, jak zardzewiały, w ziemię wkopany brzeszczot mieczowy” i by nim uderzył w „z dawna narosłą przemoc w ojczyźnie”.

Bliską jest Żeromskiemu również ciężka dola tych spośród masy robotniczej, którzy, czy z przyczyn politycznych, czy ekonomicznych nie mogą znaleźć zarobku w kraju i idą za chlebem w świat obcy. Nie znając języka ani warunków, błąkają się po omacku wśród obcych, często przez nich poniewierani, darzeni pogardą.

W „Ludziach Bezdomnych” i w „Walce z Szatanem” jak wyrzut i jak podnieta do wysiłków nad dokonaniem reformy społecznej, która by spowodowała jeżeli nie sprawiedliwy, to chociaż mniej krzywdzący masę robotniczą podział wytwarzanych dóbr, uderzają czytelnika polskiego obrazy z życia robotniczego na Zachodzie. I tam istnieje przepaść między warunkami bytu klas społecznych. I tam robotnik jest wyzyskiwany, jednak warunki jego bytu są znacznie lepsze. By przekonać się o tym, dość wraz z Żeromskim zajrzeć do schludnego domku robotnika szwajcarskiego, lub przeciwstawić opis spędzania czasu przez dzieci robotnicze w Szwajcarii i w Warszawie. Tu nikt się nimi nie opiekuje, pozostawione bez opieki, gdy ojciec i matka pracują w fabryce, wyrastają dziko na bezmyślnych szkodników, gdy na Zachodzie dzieci pod dobrą opieką bawią się i uczą.

Dostrzegając w robotniku polskim zalety, pracowitość, często nawet rozmiłowanie się w pracy, np. u współtowarzyszy pracy Wiktora Judyma („Ludzie Bezdomni”), u Łońskiego. („Nawracanie Judasza”), Żeromski podkreśla, że na tle społeczeństwa zachodnioeuropejskiego robotnik nasz razi brakiem oświaty, uspołecznienia. Kiedy jego towarzysz francuski czy szwajcarski ma potrzeby kulturalne, interesuje się tym, co dzieje się w kraju i na szerokim świecie, robotnik polski poza ciasny obręb codziennych trosk rzadko wybiega nawet myślą [1].

Wierzy Żeromski w to, że wśród masy robotniczej jest głód kultury, wiedzy. Czasem oderwie się od tej masy szarej jednostka, w której głód wiedzy jest tak wielki, że pokona ona pracą wszystkie przeszkody i ciernistą drogą, szczebel po szczeblu, wzniesie się do przednich szeregów społeczeństwa – do inteligencji. Taką jednostką jest Radek, w powieści pt. „Syzyfowe prace”. Syn parobka, robotnika rolnego, wyjdzie z nędznej izby folwarcznego najmity w świat szeroki bez grosza przy duszy, przedrze się przez szkołę średnią… Taką jednostką jest Tomasz Judym, syn szewca z Ciepłej ulicy. Opuści suterynę rodzinną. Znosząc cierpliwie niezasłużone szturchańce ciotki opiekunki, znosząc w imię ukochanej wiedzy boleśniejsze upokorzenia – wzgardę kolegów, drwiących z jego nędzy, zdobędzie wiedzę, która pozwoli mu stać się świadomością nieświadomej, pracą przeciążonej masy, z której wyszedł.

W dążeniu do światła masa chłopska i masa robotnicza winna doznać pomocy ze strony dotychczasowych wyłącznych posiadaczy dóbr kulturalnych.

Myśli te rozsiane są w całej twórczości Żeromskiego. Zawarte jest w nich niecierpliwe, a szlachetne pragnienie wydobycia z łona społeczeństwa organu, któryby kulturę polską, w ciągu wieków wytwarzaną przez warstwy uprzywilejowane, pchnął w ciemne miliony chłopstwa („Nawracanie Judasza”). Spełnienie tego zadania, oddania ludowi wartości najwyższych – skarbów ducha – jest, zdaniem Żeromskiego, obowiązkiem dzisiejszych posiadaczy tych dóbr. Zdobyte przecież te wartości zostały kosztem potu i krwi warstw przez wieki uciskanych. I ta świadomość winna pobudzić ludzi, którzy korzyści ciągnęli z przywilejów, do spłacenia długu zaciągniętego w ciągu wieków wobec ludu. Niesienie oświaty, krzewienie kultury wśród warstw ludowych nie jest więc filantropią, dobrodziejstwem czynionym ludowi, ale spełnieniem obowiązku.

Czułe na krzywdę społeczną sumienie Żeromskiego odczuwa ogrom tego obowiązku, tego długu zaciągniętego wobec ludu – w tym stopniu, że, by go spłacić, trzeba zdobyć się na ofiarę, bodaj na bohaterskie poświęcenie siebie, szczęścia osobistego. W poświęceniu się, w bohaterskim wysiłku uczynienia z własnego życia ofiary za grzechy przodków, odnajdzie Żeromski piękno postawy moralnej i pięknem tym prześwietla z tych myśli poczęte postacie swojej twórczości. Odczuwamy urok tej postawy w całej pełni w krótkiej, o zwartej treści ideowej noweli pt. „Siłaczka”. Poddajemy się temu urokowi obcując z wyczarowaną przez wyobraźnię autora prostą, a przecież bohaterską postacią nauczycielki, panny Stanisławy.

Doniosłość pracy kulturalnej dla ludu uczy nas rozumieć Żeromski w „Róży” (Sprawa szósta). Czarowic cały swój entuzjazm dla idei kładzie w budowę szkoły, która temu zadaniu ma służyć.

Odczucie ogromu długu zaciągniętego u ludu każe Żeromskiemu uważać, że spłacać go należy nie tylko przez szerzenie oświaty, ale przez obsadzenie najbardziej niebezpiecznych i największej ofiary wymagających pozycji w walce o wyzwolenie świata pracy. I w związku z tym poglądem znajdujemy w twórczości Żeromskiego wyraz najszlachetniejszych aspiracji szlacheckiej Polski, aspiracji związania istotnie cennych życiotwórczych pierwiastków rycerskiej Polski przeszłości z emancypacyjnym ruchem ludowym. W myśl poglądów Żeromskiego, tradycja rycerska szlachty znaleźć swój wyraz winna nie w maskaradowych występach podczas przeróżnych tromtadracji pseudonarodowych, nie w robionym animuszu pseudosarmackim, ale w rzetelnej pracy – walce, w nadstawianiu piersi w obronie nie własnej tylko skóry i kieszeni, ale w obronie krzywdzonych. Więc nie strojenie się w cudze piórka, w rekwizyty teatru przeszłości, z lamusa wyjęte pióropusze, szyszaki i kontusze, ale dorabianie się rycerskiego pióropusza własną pracą, własną zasługą, własnym bohaterstwem w walce ,,o człowieka nędzarza, o zasłonięcie prześladowanego, o podźwignięcie wdeptanych w ziemię przez buty bogaczów!” („Nawracanie Judasza”, str. 231).

Odzywa się w twórczości Żeromskiego głos najszlachetniejszych ambicji tego elementu szlacheckiego, który dostarczył instruktorów ludowi, podnoszącemu sztandar buntu w wieku XIX na wszystkich niemal barykadach Europy. Odzywa się ten głos w twórczości Żeromskiego wezwaniem do stworzenia z tych, którzy chcą być tradycji wierni, zaczynu mocy, łączącej wszystkich „szlachetnych” w ojczyźnie „w wielki obóz defensywy narodowej i ofensywy społecznej”.

Krzywda społeczna jest plamą na sumieniu społecznym, jest ona w pojęciu Żeromskiego owym smokiem współczesności. W walce z tym smokiem rycerz współczesny zdobywać ma sławę bohatera.

Szereg takich szarych rycerzy przewinie się przez karty powieści Żeromskiego. Do tego szeregu należy Tomasz Judym w „Ludziach Bezdomnych”.

Zanim jednak wyprowadzi go Żeromski na widownię, w szeregu nowel określi plac boju. W nowelach odmaluje nędzę mas wyzyskiwanych, tragedię człowieka pracy w jego codziennej walce o chleb powszedni, o dach nad głową. Oto w noweli pt. „Cokolwiek się zdarzy – niech uderza we mnie” wstrząśnie duszą czytelnika obrazem śmierci chłopa bezrolnego, „kartoflarza z kartoflarzy”, dogorywającego na gruźlicę kości na szpitalnym łóżku, obrazem nieszczęścia, wobec którego bezsilny się staje wszelki bunt. Nieszczęście to odsłania kryjówkę, w której ukryta jest wielka prawda, największa mądrość wypowiedziana przez usta oślepiającego się Edypa. Nowela „Cokolwiek się zdarzy – niech uderza we mnie” w swojej prostocie, bezpretensjonalności skreślonego obrazu otwiera przed nami tragedię bytu nędzarza-wyrobnika do głębi, tragedię zdolną wzruszyć najbardziej obojętne na dolę bliźniego serce, zdolną najbardziej egoistycznie usposobionym narzucić wizję o cierpiących krzywdę pariasach współczesnego ustroju.

Podobną rozpaczliwą otchłań nędzy otwiera przed nami Żeromski w noweli pt. „Zmierzch”. Czyż jest serce ludzkie, którym nie wstrząśnie ów obraz uginających się pod ciężarem, a przecież zajadle pracujących o późnym zmierzchu, Gibałów? Praca jest dla nich przekleństwem. Do pracy ponad miarę, ponad siły zagania ich najstraszniejszy z biczów życia – widmo głodu. Straszną jest owa męka matki, w której myśl o pozostawionym bez opieki głodnym dziecku rozpętuje furię pracy, byle prędzej skończyć, byle zdążyć do dziecka zanim z głodu umrze.

Rozpaczliwa beznadziejność losu nędzarza jest również treścią noweli „Zapomnienie”. Oto nędzarz chłop, Obala, miesiącami odżywiający się z synem zupką na mleczu z kradzionych kłosków, nie ma za co pochować syna, kradnie więc deski z pańskiego lasu na trumnę. Przyłapany na kradzieży, daje się pobić do krwi i, podejmując dziedzica za nogi, prosi tylko o to; by mógł odrobić wyrządzoną mu stratę, bo pieniędzy na zapłacenie za deski nie ma.

Na dno nędzy sprowadza nas również Żeromski w noweli pt. „Niedziela”, każąc nam iść za panem Władysławem do mieszkania trzech zabiedzonych szwaczek, jadających w niedzielę obiad tylko wtedy, gdy „uda im się naciągnąć jakiegoś łatwowiernego kawalera, aby przyszedł do nich i kupił serdelków”. I oto zdaje nam się, że wraz z panem Władysławem dotykamy śliskich ścian domostw, w których gnieździ się nędza, zdaje nam się, jak panu Władysławowi, kiedy dotykał ścian, po których strugami sączyła się wieczna wilgoć, że dotykamy „łez ubóstwa” męczącego się i pasującego z głodem i zimnem po wszystkich kątach ojczyzny. I oto i nam, czytelnikom, wsączają się te łzy w serce i kąsają je – jak płyn zatruty. I dusza czytelnika, jak dusza pana Władysława, składa samej sobie jakąś przysięgę.

W tych łzach, palących jak płyn zatruty, hartowała się dusza bohatera-społecznika. Z takiej przysięgi składanej w obliczu „łez ubóstwa” wyrasta jego czyn – ofiara.

Do galerii tych bohaterów należy Tomasz Judym, („Ludzie Bezdomni”). Od dzieciństwa zetknie się z nędzą, nędza będzie stałą towarzyszką jego lat młodości. A kiedy zostawi ją poza sobą i otworzy się przed nim kariera dobrze zarobkującego lekarza, widmo nędzy mas pracujących zabije w nim radość życia, spłoszy sen o szczęściu osobistym, szczęściu współżycia z kobietą bliską, kochaną i kochającą. Judym wyrzeknie się tego szczęścia. Szczęście domowego ogniska staje się dla niego niemożliwe, jak niemożliwe było dla Konrada Wallenroda. Porzuci Judym sen o szczęściu osobistym, by wszystkie swe siły oddać na usługi sprawie, by całego siebie niepodzielnie poświęcić idei wyzwolenia milionów z oków ciemnoty i wyzysku.

Judym przeżywa świadomie tragizm losu wydziedziczonych z radości życia milionów, dla których praca nadmierna i źle opłacona jest jarzmem niewoli. I w świadomym przeżywaniu tragizmu nędzy żywota milionów wyczerpuje się cała treść duszy Judyma.

Zarzucano Judymowi, że jego ofiara nie jest dostatecznie umotywowana, że płynie raczej z zamiłowania do cierpiętnictwa, niż z istotnej, ideowo uzasadnionej konieczności. Zarzucano Żeromskiemu, że jego bohater w „Ludziach Bezdomnych” poświęca swoje szczęście osobiste nie wiadomo dla czego, nic bowiem naprawdę nie robi dla sprawy.

Zarzuty niesłuszne. Poświęcenie szczęścia osobistego dla Judyma jest koniecznością psychiczną, ono określa jego postawę moralną wobec zjawisk życia społecznego: drogę do mocy wewnętrznej przez wyrzeczenie. Wyrzeczenie ma dać mu prawo do władania duszą zbiorową. Przez zaprzeczenie siebie w sobie, przez odrzucenie precz z duszy wszystkiego, co nie jest miłością milionów, ma stać się Judym tych milionów świadomą wolą czynu.

Któż mógłby zarzucić Mickiewiczowskiemu Konradowi („Konrad Wallenrod”) brak konsekwencji z powodu, że „szczęścia w domu nie znalazł, bo go nie było w ojczyźnie”. Któż zarzucić może Judymowi brak konsekwencji, że nie mógł i nie chciał zdobywać szczęścia przy boku ukochanej kobiety, gdy nie było szczęścia u domowych ognisk miliona wydziedziczonych?

Judym nie jest ideałem działacza społecznego. Przez skreślenie tej postaci Żeromski istotnie nie daje rozwiązania zagadnienia społecznego. Ale też nie jesteśmy niczym uprawnieni do narzucania tego obowiązku autorowi. Żeromski daje nam bowiem w Judymie tylko przeżycie świadome tragizmu zagadnienia społecznego, przeżycie, które dla samego Żeromskiego i dla jego pokolenia było uczuciowym i moralnym punktem wyjścia w ujmowaniu sprawy społecznej. I na tym polega wielka rola, jaką powieść pt. „Ludzie Bezdomni” spełniła.

Podobną rolę spełnia nowela „Doktór Piotr”. Piotr Cedzyna nie może i nie chce być jednym z tych, którzy żyją z wyzysku, nie chce ani przez chwilę pasożytniczo ciągnąć soki do życia z krzywdy głodnych. Wstręt do pasożytnictwa odzywa się w nim silniej, niż związki krwi, głośniej, niż miłość do ojca, Pieniądze przesyłane mu na studia, pieniądze uciułane z obniżania głodowych dniówek robotniczych, uważa za dług zaciągnięty u tych robotników. Porzuca więc dom ojca, by zebrać odpowiedni fundusz i dług zwrócić. By zachować czystość moralną, nie waha się zerwać nici z światem wyzysku, chociaż nić ta przechodzi przez serce ojca, nie waha się zadać bólu, bo nie chce i nie może zawrzeć żadnego kompromisu z krzywdą społeczną, chociażby podeptać przyszło to wszystko, co w osobistym jego życiu jest najdroższe.

Jasno i wyraziście, a pełniej niż Judym, zarysowuje się w twórczości Żeromskiego postać ideowca-społecznika, Ryszarda Nienaskiego. Ryszard Nienaski (trylogia „Walka z Szatanem”) to człowiek, który jak Judym świadomie przeżył tragizm niewoli społecznej człowieka pracy. „Jego bodaj jedynego z całej grupy prawdy wyssane z czerwonych broszurek, z marksowskiego badyla” „moralnie zahaczyły”, ujrzał krzywdę proletariatu nie „od strony wyrazów, albo sylogizmów”, ale „od samego jej uczuciowego wnętrza”.

Ryszard Nienaski wyszedł z tego środowiska młodzieży, z którego wyszła Siłaczka i wielu innych bohaterów Żeromskiego, ze środowiska społeczników, głodomorów, zapalonych wielbicieli nowych idei społecznych, przeszedł przez kółka, „w których nadobne kwitną idee, jak lilijki i margerytki w ogródku, a dokoła pastwiska świńskie, jak daleko myśl zaleci…”, przeszedł przez działanie „w próżni” w stowarzyszeniach emigranckich, przeszedł przez bezpłodne wysługiwanie się ludziom, przez „demokratyczne rozkładanie się przed wszystkimi i każdym, kto tylko ma nogi do deptania po karku”.

Aż gnany rozpaczliwą myślą, że oto nie zdołał zmienić nic w budowie świata, opartej na „sobaczym bezprawiu”, którego mocą „może istnieć miliarder obok i na karkach miliona nędzarzy”, znalazł się wśród nagich szczytów Tatr, sam w obliczu tragedii własnej niemocy, stanął w obliczu palącego pytania, jak powołać do życia organ, który kulturę polską miał szerzyć w ciemnocie milionów chłopstwa: „Skąd wziąć te siły, żeby z ich pomocą przedsięwziąć najważniejszą z prac, tę, której konieczność tkwi jak drzazga z oszczepu wroga, w rozdartym boku – walkę o człowieka nędzarza, o zasłonięcie prześladowanego, o podźwignięcie wdeptanych w ziemię przez buty bogaczów”?

O całe to pytanie i o jego rozwiązanie („Zamieć”) przewyższa Nienaski Judyma. Na szczyty Tatr przyszedł Nienaski, by w piersi swoje wziąć tę jedną moc, która się w Polsce objawia, moc wichru, moc potrzebną, by uniknąć „ohydnego” losu „źdźbła tlejącego w tym polskim nawozie”. Z tą mocą w piersi Nienaski wraca w życie polskie, by jego wiosnę przyśpieszyć, by pokazać bogaczom jak pieniądz, najstraszliwszą broń szatana, przeciwko jemu samemu zwrócić, jak pieniądz – milionom nędzarzy wydarty – tym milionom oddać.

Duszę własną i czytelnika chce choć na chwilę oderwać Żeromski od „cuchnącej rzeczywistości”, chce dać jej choć przez chwilę odetchnąć „bohaterszczyzną”, paść się „widokiem bezgranicznym”. „Zamieć” to kilka dni, w których chce widzieć Żeromski tylko świat swój wewnętrzny, w których chce „pracować w duchu jak cyklop – stwarzać pracę i wiedzę dla tysięcy”.

Tych zaś, którzy śmiać się będą z fantastyczności i nierealności pomysłów w „Zamieci”, rozgrzesza w słowach: „Śmiej się, kołtunie, który się nazywasz tak, czy inaczej, który tworzysz politykę, sztukę, literaturę!”.

Obrazy z życia robotniczego, kreślone przez Żeromskiego, posiadają głęboką wartość ideową. Oto przez nie budzi w duszy czytelnika poczucie dziejącej się krzywdy, świadomość fałszu we współczesnym ustroju społecznym. Obrazy te działają na każdą szlachetną duszę jak pobudka do wysiłków nad dokonaniem reformy społecznej. Żeromski przekonuje czytelnika, że dokonanie reformy społecznej jest koniecznością, jest czekającą na spełnienie wielką sprawą narodową i moralną. Ideałem przyszłości, ku któremu dążyć należy, zdaniem Żeromskiego, jest świat pracy. Świat, w którym jedyną siłą, jedynym prawem jest praca, praca zorganizowana na sprawiedliwych, mądrych i etycznych zasadach.

Któż ma jednak pokonać istniejący stan rzeczy i świat pracy na ziemię sprowadzić? Walczyć o to będzie zawsze hufiec idealistów, hufiec szlachetnych jednostek, zdolnych ukochać nad wygody i dostatek, nad życie, wielką ideę, ludzi, których sylwetki daje Żeromski w swoich utworach, w takich postaciach jak Siłaczka, Judym, Nienaski. Ich wysiłki przecież mogą być tylko drogowskazem. Zwycięstwo zaś świata pracy osiągnąć mogą rzesze ludzi pracujących własnymi rękami, w walce nie bezpośrednio przez rewolucję, z bronią w ręku, ale przez zduszenie starego świata w uścisku żelaznym zwartej organizacji związków zawodowych, i narzucenie społeczeństwu ustroju opartego o nową moralność, naprawdę czystą i naprawdę piękną.

Myśli te wypowiada Żeromski w małej broszurce pt. „Początek świata pracy”, pełnej entuzjazmu dla wyzwolenia pracy, umiłowania człowieka i jego trudu.

Żeromski nie idealizuje proletariatu, widzi go takim, jakim jest nie tylko w osobach swych najlepszych przedstawicieli, ale i takim, jakim jest w masie ogłupiałej z nędzy, ślepo mściwej, często zaniedbanej moralnie. Takim jest on w „Zamieci”, gdy rękami „Mścicieli” morduje Nienaskiego, ideowca, człowieka, który duszą całą ukochał ideę wyzwolenia świata pracy i wszystkie siły swoje poświęcił zapewnieniu tej idei zwycięstwa.

I to właśnie, że Żeromski, dostrzegając wady i ujemne strony uwikłanego w nędzy i ciemnocie człowieka pracy dnia dzisiejszego, nie wpada w pesymizm, nie traci wiary w człowieka pracy przyszłości, że patrząc na niego nie przez różowe okulary i nie przez opalizującą pole widzenia łzę sentymentu, nie przestaje być apostołem idei wyzwolenia świata pracy – to właśnie jest najlepszą miarą siły i jakości głoszonej idei. Żeromski, stawiając czytelnika oko w oko z chamstwem, zaniedbaniem moralnym tłumu, zaniedbaniem wyniesionym z dna nizin kulturalnych, w których utrzymuje go dzisiejszy ustrój społeczny, każe czytelnikowi jednocześnie wierzyć, że owo zło nie jest wiecznym pierwiastkiem duszy, ale zwierzchnią skorupą tylko, grudą brudu i błota, którą trzeba rozbić, względnie, która sama odpadnie wraz z zmianą dotychczasowych stosunków społecznych.

Teofil Wojeński
________________________________
Powyższy tekst to rozdział „Świat pracy” z książki Teofila Wojeńskiego pt. „Stefan Żeromski. Rozbiór treści ideowej”, Wacław Czarski i S-ka, Warszawa 1926. Od tamtej pory nie była wznawiana, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

 

 

Warto przeczytać również:

 

Przypis:

1. Trzeba podkreślić, że Żeromski opisuje stosunki przedwojenne, a od tego czasu, przez kilka lat istnienia niepodległej Polski i udziału szerokich mas w życiu politycznym, wiele się zmieniło na lepsze. Trzeba również podkreślić, że Żeromski, dostrzegając te braki, nie czyni z nich zarzutu robotnikom, ale traktuje to jako skutek opłakanych warunków bytu robotnika w Polsce.

 

 

Teofil Wojeński (1890-1963) – pedagog, działacz oświatowy i związkowy. Od 1916 r. nauczyciel, później dyrektor gimnazjum, działacz Związku Zawodowego Nauczycieli Polskich Szkół Średnich, a po 1930 r. Związku Nauczycielstwa Polskiego. Po podporządkowaniu ZNP obozowi sanacyjnemu powołał z innymi działaczami lewicy nauczycielskiej Towarzystwo Oświaty Demokratycznej „Nowe Tory”. Podczas wojny jeden z liderów struktur tajnego nauczania, członek władz Tajnej Organizacji Nauczycielskiej, był działaczem Stronnictwa Demokratycznego (brał udział m.in. w przygotowaniu „Programu Polski Ludowej”), współpracował także z organizacją Polscy Socjaliści. Po wojnie członek zarządu i prezes ZNP, redaktor naczelny „Głosu Nauczycielskiego”, profesor Uniwersytetu Warszawskiego. Główne prace: „Walka o szkołę polską w okresie rewolucji 1905 roku”, „Historia literatury polskiej”, „Dawne czasy”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *