Antoni Purtal

Zamach na naczelnika niemieckiej policji politycznej dr. Ericha Schultzego w Warszawie

[1932]

Upadek potęgi Rosji carskiej stał się faktem dokonanym. Pokój brzeski i radykalne przeobrażenia wewnątrz Rosji mówiły same za siebie. Rosja przestała być groźną. Rewolucjonistom polskim los uśmiechnął się: zginęło na zawsze to, co zginąć musiało – potęga carów. Ziemia Polski nie była jednak wolna. Zajęła ją druga potęga, nie mniej groźna – Niemcy. Niemcy z początku patrzyły przez palce na nasz ruch niepodległościowy. Pozwalano nam na zakładanie placówek oświatowych, spółdzielczych, zawodowych, a nawet i politycznych. Z czasem jednak Niemcy zmieniły swój stosunek do polskiego ruchu niepodległościowego, w szczególności zaś do socjalistycznego, którego reprezentantką była PPS. Przed polskim socjalizmem stanęło tedy zadanie pobudzenia – i to za wszelką cenę – polskiej klasy robotniczej do walki z okupacją niemiecką.

Polska Partia Socjalistyczna, walcząc konsekwentnie o Niepodległą Rzeczpospolitą Ludową, w pierwszej połowie roku 1917 powołała do życia Centralny Wydział Pogotowia Bojowego. W skład Wydziału wchodzili towarzysze: Tomasz Arciszewski – „Stanisław”, Józef Korczak – „Piotr”, Halina Chełmicka – „Halina”, Tadeusz Szturm de Sztrem – „Mały”, Mieczysław Mańkowski, Marian Malinowski – „Wojtek”, Wacław Fabierkiewicz – „Szymon”, Stanisław Jarecki – „Jarosław” i Józef Kobiałko – „Wałek”.

Kierownictwo Wydziału powierzono Tomaszowi Arciszewskiemu, kierownikiem zaś akcji bojowych został Józef Korczak. Na czele wywiadu stanęła Halina Chełmicka. Łącznikami między Centralnym Komitetem Robotniczym PPS a Wydziałem byli: Bronisław Ziemięcki i Feliks Perl – jako zastępca. Łączność ze strony POW stanowił obywatel Adam Koc.

We wszystkich większych miastach byłej Kongresówki zorganizowano miejscowe oddziały bojowe. Organizacja bojowa zaczęła działać.

Niemcy początkowo nie orientowali się, czy akcja bojowa pochodzi ze strony PPS, czy też jest związaną z inną organizacją niepodległościową. Mimo to represje na członków PPS wzmagały się z każdym dniem. Aresztowano każdego, kto odważnie demaskował postępowanie władz okupantów. Rewizje u działaczy PPS odbywały się dniem i nocą.

O pracy legalnej, uświadamiającej nie było już prawie mowy. Ruszyła „robota” podziemna, tym silniejsza, im więcej spadało represji na działaczy pracy legalnej.

Niemcy rozumieli, że wzrastająca z dniem każdym siła rewolucyjna polskich mas robotniczych stanie się dla nich nieszczęściem, gdyż „wróg” wewnętrzny, niewidoczny, może zachwiać tyłami armii wschodniej. Wzięli się więc do niszczenia tak PPS, jak i POW.

Na czele policji politycznej niemieckiej w Warszawie postawiono zdolnego i energicznego oficera, dr. Ericha Schultzego, związując go całkowicie z głównym dowództwem armii wschodniej. Dr E. Schultze stał się groźną i niebezpieczną jednostką dla ruchu niepodległościowego. Opinia jego o aresztowanym niepodległościowcu bywała podstawą wyroku dla niemieckiego sądu polowego.

Na represje okupantów pozostawała już tylko jedna odpowiedź z naszej strony: niszczyć całą siłą aparat policji niemieckiej, „sprzątać” kierowników. Toteż w miesiącu kwietniu 1918 roku uchwałą Centralnego Wydziału Bojowego PPS wydano wyrok śmierci na dr. Ericha Schultzego.

Rozpoczęto akcję przygotowawczą. Halina Chełmicka zaczęła działać. Jej parotygodniowa praca dała wyniki: poznano Schultzego, wykryto miejsce jego zamieszkania i ustalono czas, w którym opuszczał swoją kwaterę. Wydział Bojowy początkowo postanowił zgładzić go w jego biurze za pomocą bomby zegarowej. Czynu tego mieli dokonać dwaj wywiadowcy Polacy, pracujący w policji niemieckiej, a będący w kontakcie z Wydziałem Bojowym. Jednak po pewnym czasie odstąpiono od tego zamiaru, jako niezbyt pewnego.

W końcu sierpnia 1918 roku byłem zmuszony opuścić Łódź po wykryciu przez policję niemiecką drukarni nielegalnej naszej partii. Z polecenia Wydziału Bojowego przyjechałem do Warszawy w początku września. Byłem „nielegalnym”, ściganym przez policję. Groziła mi kara śmierci za zabójstwo dwóch pałkarzy niemieckich, którzy wkroczyli do lokalu naszej tajnej drukarni.

W Warszawie tow. Korczak zakomunikował mi, że przez Wydział Bojowy zostałem wyznaczony do dokonania zamachu na osobie Schultzego. Polecenie przyjąłem z radością.

W pierwszej połowie września na zbiórce podano mi do wiadomości, że wieczorem tegoż dnia udam się z Józefem Bednarskim do Teatru Wielkiego na operę „Halka”, na przedstawieniu której będzie Schultze, i tam po skończonej operze przy głównym wyjściu wykonam zamach. Na tymże zebraniu obznajomiony zostałem szczegółowo z techniką zamachu. Sześciu towarzyszy zostało wyznaczonych do czuwania na placu Teatralnym, opodal wyjścia z gmachu opery. Halina Chełmicka, Stanisław Jarecki, Józef Korczak, ja, Bednarski i Karol Anders udamy się do gmachu na przedstawienie. Bednarski, w przebraniu ułana-legionisty, miał mi wskazać Schultzego, gdy ten będzie wychodził z teatru, tuż przy głównych drzwiach wyjściowych, wchodząc na niego niby przez nieuwagę. Wtedy miałem strzelić do wskazanego w ten sposób naczelnika policji. Na odgłos moich strzałów stojący na dworze towarzysze mieli rzucić dwie petardy, aby hukiem przerazić i zdezorientować wychodzącą publiczność.

Wszyscy, uzbrojeni w rewolwery i petardy, stawiliśmy się wedle planu na swoje miejsca. Oczy nasze stale były zwrócone na lożę, którą miał zająć Schultze. Niestety – nie przyszedł. Zamach po raz drugi nie powiódł się.

Wywiad nasz pracował w dalszym ciągu. Ustalono dokładnie godzinę, o której Schultze wychodził z domu do biura, tak rano, jak i po obiedzie.

Dnia 24 września udałem się z K. Andersem na Nowy Świat, gdzie miał mi być „przedstawiony” Schultze. Zatrzymaliśmy się na następnym przystanku od ulicy Smolnej w kierunku Krakowskiego Przedmieścia. Wybraliśmy ten przystanek dlatego, ażeby agenci policyjni, odprowadzający swego naczelnika z mieszkania do tramwaju, nie zwrócili na nas uwagi, gdy będziemy go obserwować. Anders stanął przed przystankiem na parę metrów, oznajmiając mi przed tym, że gdy zobaczy w wagonie Schultzego, zwróci się w kierunku przystanku. Z opisu Schultzego znałem tak jego figurę, jak i twarz, a nawet ubranie.

Czekaliśmy na swych miejscach kilka minut, aż naraz Anders ruszył ku mnie. Przyszedł moment, w którym miałem złożyć Organizacji swojej dowód roztropności i sprytu bojowca. Tramwaj stanął przy przystanku. Z umowy wynikało, że Schultze jest w tym tramwaju. Wszedłem – stanąłem na mostku tuż przy wejściu. Tramwaj ruszył. Oczyma szukałem Schultzego, przerzucając wzrok swój z osoby na osobę – nie ma go. Obracam się. Tuż obok mnie na peronie stoi trzech mężczyzn: dwóch oficerów niemieckich, trzeci cywil. Prowadzą ze sobą rozmowę. Cywil obrócony był do mnie tyłem. Czyżby on? Z pomocą przychodzi mi konduktor, prosząc za bilety. Osobnik w ubraniu cywilnym pokazuje konduktorom bilet wolnej jazdy. On – pomyślałem. Zacząłem mu się badawczo przyglądać, poczynając od kapelusza: figura i garderoba zgadzają się z opisem Andersa. Naraz przychodzi mi myśl: a może też spróbować szczęścia i trzasnąć go. Biłem się z myślami, wpatrzony w odwróconą do mnie plecami postać, niezawodnie naczelnika policji. Nagle osobnik ten wyprężył się i jak manekin w oknie wystawowym powoli wykręcił się do mnie twarzą. Tak, był to Schultze. Zachowałem spokój. Przez kilka sekund patrzyliśmy na siebie. Udawałem obojętnego. Wyjąłem gazetę, udając, że ją czytam. Pozostawił mnie w spokoju, nawiązawszy z powrotem rozmowę z oficerami. Ja zaś raczej czuciem niż oczami obserwowałem go w dalszym ciągu.

Tramwaj zatrzymał się przy pomniku Kopernika. Schultze wyszedł z wagonu, idąc wzdłuż niego w kierunku maszynisty. Przecie nie tu ma on wysiąść –pomyślałem. Schultze, doszedłszy do przedniego peronu, obrócił się nagle, rzucając wzrok swój na mnie. Stałem na poprzednim miejscu, udając, że tego nie widzę, przygotowując się jednak myślą do ataku na wszelki wypadek. Mój wygląd i udana obojętność przekonały go o mojej bezinteresowności, gdyż wrócił do wagonu i więcej się już mną nie zajmował. Wysiedliśmy obaj przy pomniku Mickiewicza. Poszedłem za nim jeszcze kilka kroków dla utwierdzenia sobie w pamięci ruchów jego chodu, gdyż te lepiej utrwala wzrok niż twarz.

Tegoż dnia wieczorem poinformowałem dokładnie towarzyszy o przejściu, jakie miałem w tramwaju.

Dnia 30 września Józef Korczak zakomunikował mi, żebym przygotował się na dzień następny do zamachu na Schultzego, dając mi plan terenu, gdzie mam zamach wykonać.

Pozostawało mi 30 godzin czasu na przygotowanie się do zamachu. Czułem instynktem, że zamach wykonam. Nie przypuszczałem tylko, że wyjdę z niego z życiem i tak łatwo. Kierownictwo akcji dano K. Andersowi, osłonę mej osoby powierzono Czesławowi Trojanowskiemu i Janowi Trzcińskiemu. Jeszcze tegoż dnia przygotowałem broń – po dwie sztuki dla każdego wraz z nabojami i petardami. W nocy nie spałem. Nie mogłem doczekać się dnia. Przed oczyma przesuwały mi się obrazy dzielnych zamachowców Polskiej Partii Socjalistycznej. Ich odwaga była dla mnie podnietą. Zdawałem sobie również sprawę, że tu nie chodzi tylko o zabicie człowieka.

Dnia 1 października (w dniu akcji) o godzinie szóstej rano udałem się na ulicę Smolną, gdzie miał być dokonany zamach, dla zbadania terenu oraz ułożenia na miejscu odwrotu.

O godz. 14 wedle polecenia z pełną teczką broni zadzwoniłem do mieszkania obywatelki Straszewskiej – Kamy, mieszkającej przy Nowym Świecie, niedaleko Smolnej. Drzwi otworzył mi M. Malinowski. Po chwili przyszli Trzciński i Trojanowski. Czekaliśmy teraz na K. Andersa, kierownika akcji. Mieliśmy przed sobą niecałą godzinę. M. Malinowski opowiadał nam wesołe kawałki ze swoich przeżyć agitatorskich. Robił to oczywiście dla podniesienia nas na duchu. Godzina zamachu zbliżała się. Anders nie przychodził. Zaczęliśmy się niepokoić. Dzwonek – na pewno Karol. Zamiast oczekiwanego wszedł tow. Wojciechowski, mówiąc, że został przysłany przez Andersa, aby zakomunikować nam, że Anders nie przyjdzie, bo mu syn zachorował. Po wyjściu Wojciechowskiego zapytał mnie Malinowski, czy pokieruję akcją i czy będę „robił” Schultzego. Odpowiedziałem krótko: tak! – Spojrzeliśmy na zegarki. Za piętnaście trzecia, czas wychodzić! Ułożyłem się z towarzyszami: Trojanowski pójdzie ze mną, a Trzciński za nami jako ochrona.

Czas naglił, pożegnaliśmy się z Malinowskim i niebawem znaleźliśmy się na Smolnej. Trzciński wszedł do bramy domu nr 11, ja z Trojanowskim do bramy domu nr 18 (Schultze mieszkał pod nr 20). Z bramy domu nr 18 chciałem strzelić do przechodzącego Schultzego, gdyż uliczka ta była prawie bez przechodniów i echo strzałów szybko by się stłumiło, co miało dla nas wielkie znaczenie. W bramie dozorca dzienny zastąpił nam drogę, pytając, do kogo idziemy. W podwórze – odpowiedziałem. Kazał nam śpieszyć się, gdyż musi zamknąć bramę. Nie wiedziałem, że brama ta w dzień jest zamknięta. Trzeba było zmienić pozycję, i to szybko, bo mogło być za późno. Według informacji naszego wywiadu na Smolnej stale kręcili się agenci policyjni. Dzisiaj, a przynajmniej teraz, nie widzimy żadnego, prawie nie ma przechodniów. Ulica pusta. Szybko wchodzimy do bramy nr 11. Trzciński czeka spokojnie, jak mówił, na przedstawienie. Tu nikt nam nie przeszkadza. Brama ażurowa. Wszystko widać doskonale. Czekamy. Z obecnych ja tylko znałem Schultzego. Uwaga tych dwóch towarzyszy skupiła się na mnie. Naraz szepnąłem przez zęby : Uwaga! On! On! On! – Wybiegłem z wyciągniętą bronią, gotową do strzału. Zastąpiłem mu drogę. Chwila ciszy. Spojrzeliśmy sobie w oczy. Poznaliśmy się wzajemnie. Schultze zamarł – oczy zaszły mu łzami. Padł strzał. Naczelnik policji niemieckiej runął mi do nóg. Usłyszałem tylko jęk: „Herr Jesus”. W tym momencie doskoczył Trojanowski i do leżącego dał jeszcze dwa strzały. Schultze już nie żył. – Znowu chwila ciszy, lecz przerywa ją głos pewnej pani: Kaziu, bierz pieska i uciekajmy do bramy! – To nas poruszyło. Z opuszczoną ku ziemi bronią ruszyliśmy środkiem ulicy w stronę mostu ks. Józefa Poniatowskiego, a za nami chodnikiem Trzciński. To jeden, to drugi z przechodniów zapytywali: „Kto to panowie?” – „Naczelnik tajnej policji niemieckiej” – odpowiadaliśmy. „To dobrze, to dobrze”, dobiegały nas głosy. – „Uciekajcie, panowie, w dół, pod most, tam nie ma nikogo”. – Na ulicy Czerwonego Krzyża ruszyliśmy dopiero całą parą, wpadając na jakąś kobietę z dzieckiem, ta zaś, przewróciwszy się, obsypała nas stekiem przekleństw.

W dniu następnym, 2 października, o godz. 6 rano przyszedł do mnie M. Malinowski dla złożenia mi powinszowania z okazji udanej „roboty”. Dowiedziałem się od niego, że Tadeusz Szturm de Sztrem – z własnej woli – był obecny przez cały czas w pobliżu miejsca zamachu, aby w razie pogoni za nami służyć nam pomocą.

Aparat policyjny „pracował”. Nad ranem 2 października aresztowano szereg osób, których nazwiska były w ewidencji władz politycznych niemieckich. Z naszej strony zostali zaaresztowani: tow. Bronisław Ziemięcki, Wacław Fabierkiewicz i Feliks Turowicz.

Jednocześnie na murach Warszawy rozlepiono poniższe obwieszczenie:

Obwieszczenie

10 000 MAREK NAGRODY

MORDERSTWO

W dniu 1 października 1918 roku między godziną 5 minut 45 a 4 po południu 32-letni komisarz policji polowej dr. Erich Schultze z wydziału policji polowej w Warszawie został zastrzelony przed domem przy ul. Smolnej 28 z zasadzki czterema strzałami z rewolweru.

O zbrodnię podejrzewa się dwóch młodzieńców, z których jeden nosił zielonawe palto; obydwaj zbiegli po napadzie w kierunku mostu Poniatowskiego.

Za rzeczowe doniesienia, na których zasadzie można będzie sprawców wykryć i ukarać, wyznacza się nagrodę 10 000 marek.

O ile kilka osób przyczyni się do pomyślnego wyniku poszukiwań, nagroda będzie odpowiednio podzielona.

Warszawa, dnia 2 października 1918 roku

Prezydent Policji (–) v. Glasenapp

W odpowiedzi na to PPS wydała następujące oświadczenie:

Oświadczenie

Zbrodnie i gwałty okupantów wymagają bezwzględnego odporu.

Jednym z głównych kierowników akcji najezdniczej, dążącej do zdemoralizowania i rozbicia ruchu nie tylko robotniczego, lecz i w ogóle wyzwoleńczego, był komisarz niemieckiej policji polowej – Schultze.

On to dawał inicjatywę i wskazówki, jak demoralizować i rozbijać ruch robotniczy; on ustanawiał z góry wyroki dla aresztowanych; on w szeregach naszych szczepił zarodki zdrady.

Za to wszystko komisarz Schultze musiał być zabity…

Wyrok wykonano.

Jesteśmy przekonani, że czynem naszym wskazujemy drogę, po której trzeba iść, gdy inne drogi wyjścia są zamknięte.

Kto sprzyja walce o wyzwolenie, musi nam sprzyjać.

Zdrajcom, jeśliby się znaleźli, przypominamy, że karą za zdradę jest śmierć.

Samoobrona Robotnicza

Warszawa, w październiku.

Antoni Purtal
_______________________
Powyższy tekst Antoniego Purtala pierwotnie ukazał się w piśmie „Niepodległość. Czasopismo poświęcone dziejom polskich walk wyzwoleńczych w dobie popowstaniowej”, tom V zeszyt 2(10), listopad 1931 – kwiecień 1932, Wydawnictwo Instytutu Badania Najnowszej Historii Polski. Od tamtej pory nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

Warto także zajrzeć do działu Walka zbrojna

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *