Kazimierz Zakrzewski

Zagadnienie inteligencji

[1929]

Według głoszonych szeroko poglądów, z fermentów doby powojennej wyłoniła się nowa klasa społeczna, świadoma swych zadań i organizująca się dla zajęcia właściwego miejsca w społeczeństwie. Klasą tą ma być inteligencja, świadomie wyodrębniona i różna zarówno od mieszczaństwa, jak też i od proletariatu. Ma to być jakaś „trzecia siła”, synteza powołana w duchu filozofii Hegla do objęcia sukcesji po tezie burżuazji i antytezie proletariatu.

Oddajemy głos p. Gliksmanowi, który w następujący sposób określa to zjawisko (cytuję za Tad. Dzieduszyckim: „O teorię nowoczesnej sprawnej państwowości” str. 36 i n.): „Obecnie jesteśmy świadkami nowego procesu różniczkowania się społeczeństwa. Z masy ludności pracującej wyłania się nowa klasa społeczna – inteligencja – i tworzy nową, zapewniającą jej panowanie ideologię. Symptomaty emancypacyjnych dążeń inteligencji ujawniają się wszędzie”… (tu następuje charakterystyka międzynarodowego ruchu inteligencji, zrzeszonej w C.I.T.I.). „Inteligencja z natury rzeczy będzie miała w sprawach zawodowych, wymagających dłuższych studiów, głos kierujący i przy podziale zajęć w produkcji otrzyma stanowisko kierownicze, oczywiście nie może jednak rościć pretensji do monopolu wiedzy i rozstrzygania o tym, co jest dla ogółu ludności dobre czy złe. Znaczenie dokonującego się obecnie procesu wyłaniania inteligencji z ogółu klasy pracującej, nie polega na tym, żeby inteligencja miała zapanować nad innymi klasami ludności, lecz na tym, że w pracy państwowej występuje na widownię nowa, mająca własny kierunek, dojrzała siła społeczna”.

Cytowany autor stwierdza fakty i wyciąga z nich pewne konkluzje, ale stwierdzając fakty jest dość ostrożny, a wnioskuje z pewną rezerwą i to jest właśnie zupełnie słuszne stanowisko. W każdym razie i p. Gliksman wyraża przekonanie, że w społeczeństwie zorganizowanym inteligencja będzie miała kierowniczy głos w sprawach produkcyjnych. Szereg innych zwiastunów pojawienia się nowe klasy, mającej być zarazem klasą kierowniczą, jest w swych wywodach znacznie mniej powściągliwy. Tadeusz Dzieduszycki, nawołując inteligencję do zorganizowania się, głęboko wierzy, że problem „dopo Piłsudski” da się rozstrzygnąć w ten sposób, iż kierowniczą rolę marsz. Piłsudskiego w życiu państwowym zastąpi kolektywne kierownictwo, trwale zorganizowanego i autorytatywnie w sprawach publicznych kierowanego ogółu inteligenckiego.

Odkrywszy sobie swoją rolę w społeczeństwie, oszołomiona inteligencja nasza upaja się jej wielkością. Czy jednak odkrycie nie jest iluzoryczne? W naszej literaturze ideologicznej nie od dzisiaj krzewią się różne mniej lub więcej mesjanistyczne koncepcje, które można by przetłumaczyć na inteligenckie credo. Mamy jednak także i poważne ostrzeżenie, jakim jest „Legenda Młodej Polski”. Ta zapomniana niemal książka St. Brzozowskiego, ciągle jeszcze aktualna, dając analizę „psychologii warstw kulturalnych” z przed dwudziestu lat, poucza nas, że w tej psychice nic się nie zmieniło, że inteligencja nasza nie stworzyła sobie nowego sposobu myślenia, ale snuje dalej przędzę „złudzeń kulturalnej świadomości”, które potępiony przez otoczenie myśliciel dawno już zdemaskował.

Wyłania się więc zagadnienie, jaka jest istotna postawa inteligencji w społeczeństwie? Jaka jest jej rola i zadanie? Zagadnieniu temu pragniemy poświęcić kilka szczegółowych uwag.

I

Czy inteligencja jest klasą społeczną? By na to odpowiedzieć, trzeba rozpatrzyć pojęcie klasy.

Nie istnieje ono dla tych, którzy sądzą, że klasy społeczne wymyślił Karol Marks i że wystarczy odrzucić marksizm, aby przekreślić istnienie ich w sferze obiektywnej rzeczywistości społecznej. Brak mi czasu, by wstąpić tutaj na grunt teorio-poznawczy. Być może, że sfera obiektywnej rzeczywistości społecznej nie istnieje, że istnieją tylko nasze wyobrażenia o niej. Wyobrażenia te nie powstają jednak w pozażyciowej sferze abstrakcji, ale związane są samym życiem, które niesie nas we wspólnym nurcie. Życie polega na utrzymywaniu istnienia, a tego dokonuje ludzkość przez produkcję. Produkcja zaś w dotychczas urzeczywistnionych ustrojach wytwarza różnice między ludźmi, wypływające z odmiennego do niej stosunku różnych grup społecznych. Klasy społeczne wyrastają z tego właśnie: ze stosunku grup ludzkich do produkcji. Stąd też umysłowość jako taka nie stanowi żadnego kryterium do podziału społeczeństwa na klasy. Ściślej biorąc, jakość umysłu, bo stopień jego wykształcenia pozostaje już w związku z tym jedynym kryterium podziałów klasowych, jakie tkwi w produkcji.

Dalszy krok do obiektywizacji pojęcia klasy prowadzi w szczegóły jej wystąpień w dziejach. Nie byle jaki teoretyk klasowości, bo sam Zinowiew pisze: „Słowa »klasa robotnicza«, »klasa« są teraz jasne dla nas wszystkich. Rozumiemy je, nie przedstawiają one tematu do dyskusji. Widzieliśmy w dwóch rewolucjach klasę w toku akcji, wiemy co to jest”. („Istorija R.P.K.”). Teoretycznie Zinowiew upraszcza sobie w ten sposób zagadnienie; praktycznie ma jednak rację: klasa objawia się w działaniu historycznym [1]. Dlatego też dzisiaj nie jest już do utrzymania stanowisko tych, którzy odrzucając marksowską zasadę walki klas, skłonni byliby sądzić, że przez to unicestwiają samo zjawisko. Walczące klasy w każdym momencie przypominają każdemu o swoim istnieniu.

Dotykamy tu tych przejawów istnienia klas, które są już tylko pośrednio związane z procesami produkcyjnymi (teoretyk Kominternu mówi wszak o udziale klas w walkach politycznych). Można by wskazać takie objawy z dziedziny życia umysłowego lub moralnego, w których wyraża się świadomość klasowa. Dlatego obok definicji sorelisty Lagardelle’a: „klasa socjalna jest zbiorowością, względnie homogeniczną ludzi zajmujących tę samą pozycję ekonomiczną i połączonych świadomością wspólnoty”, równorzędnie trzeba postawić uzupełnienie Serbosa, który wyjaśniał, że klasa opiera się na podwójnej bazie ekonomicznej i moralnej, przy czym bazę moralną tworzy pewien zespół wspólnych przekonań i wierzeń, wytwarzających poczucie solidarności między członkami klasy (por. dzieło Jerzego Moreau: „Le syndicalisme, les mouvements politiques, et l’évolution économique”, Paryż 1925 str. 11-17).

Wszystko to składa się na znaczną nieuchwytność pojęcia klasy. Trudno wyznaczyć granice między klasami i trudno ustalić dokładnie, że jest ich tyle, a tyle w społeczeństwie. Faktem jest, że podział „dychotomiczny” społeczeństwa na burżuazję i proletariat, wprowadzony przez marksistów, ma tylko do pewnego stopnia rację bytu, o ile patrzymy na nie przez pryzmat stosunków panujących w nowoczesnej fabryce; nie wyjaśnia jednak wszystkich powstających w społeczeństwie faktów (por. nasze studium pt. „Włościaństwo a demokracja”, „Droga” 1928 nr 11). Faktem jest także, że w łonie poszczególnych klas istnieje daleko idące zróżniczkowanie. Nader dosadnie uchwycił ten stan rzeczy Mussolini, twierdząc w jednym ze swych słynnych przemówień parlamentarnych: „Zdumiałem się słysząc, że czcigodny poseł Labriola posługuje się jeszcze starą nomenklaturą drugorzędnej literatury socjalistycznej, że mówi o burżuazji i proletariacie, jakby o dwóch rzeczach ściśle odgraniczonych… Jest rzeczą najzupełniej pewną, że nie ma jednej burżuazji, ale jest może dwadzieścia cztery, albo czterdzieści osiem burżuazji i półburżuazji, ale tak samo ma się rzecz i z proletariatem”.

Wreszcie faktem jest jeszcze i to, że bardzo wiele jednostek nie posiada żadnej świadomości klasowej i z tego powodu pozostaje poza nawiasem klas. Klasa przejawia się bowiem w działaniu, które jest walką, w antagonizmach, a nie każda jednostka bierze w nich udział. Według formuły proudhonowskiej, dziś jeszcze aktualnej, klasa – mowa tu o klasie robotniczej – „se pose en s’opposant”, manifestuje swe istnienie w walce, w antagonizmie. Inna rzecz, że celem tej walki jest usunięcie powodów antagonizmu, obalenie go, a tym samem unifikacja narodu, rozdzielonego na klasy. Cel ten jest wspólny zarówno rewolucjonistom, jak i zwolennikom pojednania klas; bowiem i jedni, i drudzy dążą ostatecznie do zakończenia walki, wybierając jednak antytetyczne jej rozwiązania. Ale póki cel ten nie jest tak lub inaczej osiągnięty, istnienie antagonizmów klasowych, rozdział narodu na klasy jest jednym ze znamion naszej epoki, którą pozwolimy sobie – używając zbyt może rozpowszechnionego określenia – nazwać przejściową.

Po przejściu tych wszystkich znamion klasowości, czy możemy stwierdzić, że z teoretycznego stanowiska można inteligencję określić jako klasę społeczną? Odpowiedź wypadnie negatywnie. Brak wspólnego stosunku ekonomicznego do produkcji, brak bazy moralnej, jeszcze większe zróżniczkowanie wewnętrzne, aniżeli w łonie klas uznanych, brak antagonizmu do jakiejś innej klasy, w którym by inteligencja manifestowała swą klasową świadomość. Ale może życie praktyczne przekreśla teorię?

II

Nie da się zaprzeczyć, że wpływ rewolucji sowieckiej poważnie zaciążył nad życiem powojennego Zachodu, oddziałując na nie niejednokrotnie w sposób utajony. Rozwój rozlicznych ideologii „klasowych” przed wojną nieznanych, bezsprzecznie w ten sposób można wyjaśnić, a tym bardziej powstawanie nowych „międzynarodówek”.

Klasycznym tego przykładem jest powstanie „zielonej” międzynarodówki, pozostającej przez jakiś czas pod urokiem postaci Stambulijskiego, pomimo że należały do niej partie Węgier, Czechosłowacji, Bawarii, Polski (Piastowcy) o tendencjach antybolszewickich, a nawet niejednokrotnie społecznie – reakcyjnych. Ryzykując oburzenie ze strony niektórych mych przyjaciół, wyrażę przypuszczenie, że ten latentny wpływ moralności klasowej, przychodzącej z Sowietów, oddziałał też przy stworzeniu inteligenckiej „klasowej” międzynarodówki (C.I.T.I.), chociaż oparła się ona o system będący antytezą systemu moskiewskiego, o Genewę. Mówię tu o tych rzeczach, ponieważ to ideologia C.I.T.I. (Międzynarodowej Konfederacji Pracowników Umysłowych) zapłodniła nowymi koncepcjami polski ruch inteligencki.

Inicjatywa klasowego organizowania się inteligencji jako klasy społecznej, odrębnej od proletariatu i od burżuazji, wyszła z Francji. Geneza tego ruchu stanie się jasną po stwierdzeniu tego wielkiego naporu, jaki na państwo i społeczeństwo francuskie wywierała C.G.T. (Generalna Konfederacja Pracy), tuż po momencie l’Armistice, a przed rozłamem wywołanym przez czynniki skrajne, orientujące się na Sowiety. Przez jakiś czas zdawało się, że dawne państwo skapituluje przed młodą, żywiołową siłą. Dla zrównoważenia wpływu C.G.T. zaczęły się więc tworzyć kontrorganizacje. Pod wpływem niektórych polityków burżuazyjnej lewicy (Loucheur) powstała więc konfederacja przemysłowców, pięknie nazwana Konfederacją Generalną Produkcji (C.G.P.). O współudział w budowie „państwa ekonomicznego” zgłosiły się syndykaty rolnicze. Nic dziwnego, że inteligenci nie chcieli być „kowadłem między młotami” i wzięli udział w powszechnej mimikrze syndykalistycznej. Takie było źródło istnienia „Konfederacji Pracowników Umysłowych” (C.T.I.).

Żywotność tej organizacji pozostaje jednak – w szereg lat po jej założeniu – pod znakiem zapytania. Odnieśliśmy to wrażenie po przeczytaniu książki, przedstawiającej genezę, dzieje i perspektywy francuskiego syndykalizmu inteligenckiego, a napisanej przez jednego z twórców i przywódców tego ruchu, literata José Germain („Le syndicalisme et l’intelligence”, Paryż, Valois 1928). Wyniki wieloletniej ofiarnej i gorliwej pracy organizatorów konfederacji są minimalne, chociaż podjęli ją oni z bardzo ambitnymi zamiarami. Na drodze zmierzającej do zapewnienia zorganizowanej inteligencji odpowiedniego udziału w zreorganizowanym „państwie ekonomicznym” nie postąpiono ani krok naprzód. Czemu? Odpowiedź łatwa: „niestety nie zależało jedynie od konfederacji, aby wszystkie reformy, które podejmowała, były przeprowadzone”. Ale też i nie zdołała ona stworzyć siły, zmuszającej kogo bądź do liczenia się z jej postulatami. Po nieskończonych dyskusjach i konwentyklach powstała dopiero wtedy, kiedy zechciało się wystąpić w roli akuszera pewnemu wpływowemu politykowi, Henrykowi de Jouvenel, naówczas redaktorowi bulwarowego „Matina”. Odnosiła sukcesy, kiedy ten i ów minister, szukając popularności, zainteresował się nią i wydał wedle niej zarządzenia (zwłaszcza Herriot). Kiedy minister był niegrzeczny, daremne były wszelkie dąsy i obrazy. A było tak, ponieważ w łonie konfederacji „ośrodek żywy i szlachetny płynie wśród magmy bezkształtnej i bezwolnej”. „Magmą bezkształtną i bezwolną” nazwał rozgoryczony José Germain swoje szeregi, które „nie chcą” – nie tylko działać, ale nawet życzliwie oceniać pracę działających przywódców.

Ten ujemny stan rzeczy w ojczyźnie inteligenckiego syndykalizmu zdradza, że inteligencja nie posiada prawdziwej, klasowej solidarności, która stanowi jedno z ustalonych powyżej kryteriów dla istnienia klasy społecznej. Materiały zebrane przez Joségo Germain są doprawdy pouczające. W czasopiśmie „La Renaissance” w r. 1919 organizatorzy konfederacji przeprowadzili wśród literatów ankietę, mającą na celu zbadanie możliwości organizacyjnych na tym terenie, oraz rozważenie, czy przyszłe zrzeszenie zawodowe ma być niezależne, czy też ma być filią C.G.T. robotniczej albo C.G.P. przemysłowej. Nic charakterystyczniejszego, jak rozbieżność odpowiedzi. Aktor Jules Bounet, przypominając dewizę: primum vivere, deinde philosophari radził: „niech inteligenci idą do robotników, aby od nich nauczyć się vivere; potem będą lepiej philosophari; nauczą tego robotników i wszyscy razem uczynią lepsze społeczeństwo”. Jacques Boulanger był innego zdania: „nie łączmy się z pracodawcami, ani z C.G.T., bo naszą rolą, bardzo użyteczną, mogłoby być pojednanie; wystarcza nieraz wyjaśnić, aby się porozumieć, a czyż nie jesteśmy stworzeni dla wyjaśniania?”. Henri Clouard radził oprzeć się o Ustica, zrzeszenie inżynierów, współdziałające z C.G.T.; odpowiedź jego była jednak „pełna wątpliwości i niepokoju”. Hennebois, Irma Perrot, Leo-Poldes, S. H. Rosny Starszy i inni pragnęli działania w ramach C.G.T., pytając: pourquoi pas? Ale Louis Thomas „stanowczo przeciwny niezawisłości” wskazywał, że należy szczegółowo rozważyć wszystkie argumenty przemawiające za C.G.T i za C.G.P. i dopiero potem wybrać jedne lub drugie oparcie. Na ogół przeważali zwolennicy niezawisłości ruchu inteligenckiego. Trudno jednak chyba o większą rozbieżność zdań, potęgowaną jeszcze przez nieporadność (czy C.G.T. nas przyjmie? czy zdołamy się zorganizować? jak rozdzielić „producentów myśli” między poszczególne kategorie? etc.).

Pierwotnie organizatorzy C.T.I. pragnęli stworzyć tylko trzy sekcje zawodowe, organizujące literatów, artystów i ludzi nauki (zaliczając do tej trzeciej: inżynierów, lekarzy etc.). Wobec trudności, na jakie natrafiło organizowanie inteligencji na gruncie tego schematu, stworzyli jeszcze szereg dalszych sekcji: nauczania, pracy, zawodów wyzwolonych, techników przemysłu, techników handlu etc. W ten sposób zespolono w konfederacji setki różnych zrzeszeń od „niezawisłego związku artystów music-hallu i kabaretów” po „francuskie towarzystwo żeglugi powietrznej”. Okazało się, że wszystkim tym czynnikom brak wspólnego mianownika, którego chcieli im dostarczyć inicjatorzy konfederacji. Praktyka (na gruncie francuskim) nie przekreśliła teorii, ale ją potwierdziła. Inteligencja nie jest i nie może być klasowo solidarna; a zatem nie jest ona klasą społeczną.

Nie inne jest moim zdaniem i doświadczenie polskie. Konfederacja Polskich Pracowników Umysłowych, powstała w oparciu o wzór francuski, rozwija od kilku lat działalność mającą na celu wydobycie ze społeczeństwa „trzeciej” czy „czwartej” siły, mającej stanowić jego mózg zbiorowy. Usiłowania te nie dały i nie dadzą rezultatu, ponieważ polscy działacze przejęli od ruchu francuskiego błędną w założeniu konstrukcję.

Myśl zorganizowania wszystkich „pracowników umysłowych” w jednej wspólnej centrali zawodowej nie została i naszym zdaniem nie może zostać zrealizowana. Pomijając bowiem wszelkie mniej istotne różnice, które ruch zawodowy pracowników umysłowych rozbijają na szereg strug odrębnych, myśl ta nie może pokonać najistotniejszej przeszkody. Szereg związków „pracowniczych”, skupiających czynniki, które – należąc do określonej ustawowo kategorii „pracowników umysłowych” – zbliżone są sposobem życia i umysłowością do klasy robotniczej, nie chce iść pod jeden strychulec z wolnymi zawodami, od których oddziela je cała przepaść trybu życia, sytuacji materialnej, sposobu myślenia. Urzędnicy tworzą zaś świat dla siebie i niewątpliwie stanowią klasę, albo raczej dwie klasy, „wyższych”, i „niższych”. Jeśli komu nie przypada do gustu twierdzenie Mussoliniego, że istnieje dwadzieścia cztery, albo może czterdzieści osiem burżuazji i proletariatów, to każdy zgodzi się z tym, że istnieje czterdzieści osiem, albo i więcej „inteligencji”, wzajemnie sobie obcych. Część ich, to proletariat; druga część, to burżuazja, a ci, co oderwani są od jednej i drugiej klasy i mogliby z tej racji stać się „trzecią” siłą w społeczeństwie, niosącą pojednanie zwaśnionych klasom, siłą właśnie nie są wcale.

Z tego samego powodu nie odniosła dotąd rezultatu inicjatywa powstała w obliczu grożącego kryzysu państwowego na wiosnę 1926 r., aby inteligencja, a (wobec tego, że tyle ich istnieje) dokładniej, elita uniwersytecka porozumiała się „dla systematycznej, ściśle rzeczowej analizy dzisiejszej klęski narodowej i oświetlenia dróg sanacji, z jednolitym uwzględnieniem wszystkich miarodajnych tu specjalności naukowych”, jak brzmi wyjątek listu do prezesa Akademii Umiejętności, podpisanego przez szereg czynnych uczonych. Nie doszło do tego, choć pod listem znalazła się kontrasygnata reprezentantów rolnictwa (prawego odłamu) i tzw. Lewiatana oraz marszałków izb parlamentarnych, pp. Trąmpczyńskiego i Rataja. Akademia Umiejętności „przekazała dalszą inicjatywę Konfederacji P.P.U.”, zapewniając jej platonicznie „pełne poparcie i współdziałanie”. I dalej sprawy nie postąpiły. Nie można o to winić działaczy Konfederacji, którzy niechybnie zrobili wszystko, co do nich należało, aby uczoną bryłę ruszyć z posad. Wina jest po stronie tych, którzy mieli być zorganizowani dla stworzenia zbiorowego mózgu narodu. Trudna rada, po prostu, my naukowcy, może nie jako jednostki, ale jako zbiorowość, jako korporacja, nie nadajemy się do tej roli.

Czymże tedy jest, ma być inteligencja? Jako fakt społeczny jest ona tym samem, czym jest jako fakt psychiczny. Inteligencja jest myślą, jest światłem. Jako taka nie może wyodrębnić się, stać się klasą socjalną. Raczej powinna być we wszystkich klasach. Inteligencja, z natury heretycka („hairesis” znaczy „wolny wybór”), przyłącza się też do wszystkich ruchów socjalnych, bez względu na ich klasowe zabarwienie. Marks i Lenin byli tak samo inteligentami, jak każdy „burżuj” jest inteligentem. Ultra-inteligentem był Jerzy Sorel i jego przyjaciele, którzy zużyli wiele atramentu na opisanie różnych „mefaits des intellectuels” (tytuł książki Edwarda Bertha) i na zachęcanie klasy robotniczej, aby się odgrodziła hermetycznie od wszelkich inteligenckich wpływów. Zdaniem wielu krytyków, rola tych inteligentów w walce z samymi sobą była pożałowania godna. Tymczasem byli oni zupełnie zgodni ze swym ideałem: pragnęli wszak stać się sumieniem i myślą klasy robotniczej.

Występujące na gruncie stronnictw włościańskich usiłowania, aby stworzyć tzw. inteligencję ludową, pomimo pozornej sprzeczności w tym założeniu, wydają nam się dosyć uzasadnione. Istnieje inteligencja, pochodzeniem, sympatiami, sposobem myślenia, trybem życia czy zawodem ściśle związana z włościaństwem i jest rzeczą zupełnie zrozumiała, że inteligencja ta musi współdziałać ze swą klasą, aczkolwiek niekoniecznie na gruncie partyjno-politycznym. Gros warstw inteligenckich pozostaje jednak związana z tzw. burżuazją, we wszystkich jej odcieniach, od drobno-mieszczańskiego aż do wielkokapitalistycznego. Zaś większość „producentów myśli”, uczonych i artystów pozostaje poza nawiasem wszelkich klas, krocząc szlakami oderwani od rzeczywistości społecznej, będącej funkcją gospodarczych procesów produkcji.

III

Tu poruszone zagadnienie inteligencji łączy się ściśle z zagadnieniem elity. Istnieją bowiem tendencje do utożsamienia tych dwóch istności. W samej rzeczy, inteligencja jako zespół ludzi myślących, jako mózg i sumienie społeczeństwa czy jego odłamów, stanowi do pewnego stopnia elitę. Utożsamienie to ograniczamy, ponieważ poza elitą myśli można jeszcze stwierdzić istnienie innych elit. Nie jest natomiast elitą inteligencja pomyślana jako klasa, jako warstwa społeczna. Jest ona bowiem w takim wypadku masą i błędne rozwiązanie zagadnienia doprowadziłoby nas do oczywistej konfuzji, jakim byłoby utożsamienie masy z elitą.

Istnieją różne elity: na przykład towarzyska – zbiór ludzi najlepiej ubranych i prowadzących najwytworniejsze życie; naukowa, zgrupowana na wyższych uczelniach; polityczna itd. Chcę tutaj mówić o elicie społecznej, obejmującej najtęższe, najzdrowsze i przy tym kierownicze siły, nurtujące w życiu społeczno-gospodarczym. Elita ta pokrywa się tylko częściowo z polityczną. Raczej jest postulatem do wywalczenia oddanie rządów w Państwie w ręce elity społecznej, w ręce żywych sił narodu. Postulat ten spełnia się przez rewolucje; zazwyczaj jednak spełnia się w sposób niedoskonały. Każda rewolucja prowadzi bowiem do stworzenia nowej elity politycznej (elity, jakobińskie, bolszewickie, faszystowskie), nie pokrywającej się, albo przestającej się pokrywać z tymi żywymi siłami, w imię których jest wywołana; nieuchronne staje się w dalszej perspektywie oddzielenie jej od tych czynników stanowiących elitę społeczną, a w konsekwencji szybka, wewnętrzna degeneracja.

Zwycięstwo elicie społecznej zapewniłaby tylko rewolucja, przeprowadzona w kierunku wskazanym przez Jerzego Sorela, w klasycznych „Reflexions sur la violence”, będących książką, na której wychowuje się i nadal będzie się rozwijał wiek dwudziesty. Byłaby to rewolucja zmierzająca po zwycięstwie do całkowitego zniesienia elity politycznej na rzecz społecznej, reprezentowanej przez syndykaty wytwórców. Jestem, jak to miałem sposobność gdzie indziej stwierdzić („Słowo Polskie”, nr 54-56 z dn. 24-26 lutego b. r. „Na marginesie projektowanej konstytucji”), zdecydowanym zwolennikiem rozwiązywania zagadnienia elity przez syndykalizm. To znaczy przez taki system, w którym organicznie wyłania się elita społeczna z masy, a odbywa się to w związkach, które, nie będąc partiami, reprezentują energie i dążenia mas, wyrażane zawsze przez najbardziej wartościowe, elitarne ich składniki.

Ostatnie rewolucje europejskie: sowiecka i faszystowska, chociaż dołączyli się do nich uczniowie Sorela, nie urzeczywistniły ideałów sorelizmu; zapewniły panowanie grupom politycznym, a nie zrzeszeniom wytwórców. Rewolucja majowa – i to jest, wobec niedokonanej dotąd jeszcze zmiany ustroju, jej najcharakterystyczniejszym wynikiem – ustanowiła w Polsce rządy nowej elity politycznej, jaką niewątpliwie tworzy obóz Piłsudskiego. Elita owa jest jeszcze młoda i żywotna i nie przez elitę społeczną, albo też przekształcenia się w tym kierunku nie grozi jej, naszym zdaniem, rychła degeneracja; ale proces absorpcji jej jest łatwy do przeprowadzenia, a nawet nie rozpoczął się jeszcze na dobre.

W tej sytuacji naszym obowiązkiem publicystycznym jest zarówno wskazywanie na konieczność takiego procesu, jak też i na ostrzeganie przed błędnymi koncepcjami, mogącymi sprawić, że rozwinie się on w fałszywym kierunku. Taką koncepcją jest, jak można by to nazwać, „inteligenckie rozwiązanie”. Mowa tu o tym, co T. Dzieduszycki, ideolog Konfederacji Pracowników Umysłowych, określa jako zapewnienie kierowniczej roli w społeczeństwie „trwale zorganizowanemu ogółowi inteligenckiemu”. A zatem oddanie tej roli inteligencji zawodowej, pojętej zarazem jako elita i jako „ogół” – masa, co jest sprzeczne, występującej w roli klasy społecznej („trzecia siła”), a nie będącej nią naprawdę, a co gorsze, jak podkreśla wymieniony publicysta, „neutralnej” w stosunku do walki klasowej. Ten neutralizm ma być największą zaletą inteligencji, upoważniającą ją do występowania w roli czynnika, godzącego walczące klasy, co jest ulubionym marzeniem francuskiej Konfederacji Pracowników Umysłowych (C.T.I.), powtarzanym ciągle przez cytowanego wyżej José Germain. W rzeczywistości neutralizm ten wypływa z poza-produkcyjnej postawy sfer inteligenckich; te bowiem ich odłamy, które są w ten lub inny sposób związane z produkcją, neutralne być nie mogą i takimi nie są. Każda bowiem jednostka inteligencka, biorąca udział w produkcji, jest nawet osobiście zainteresowana w takim lub innym przebiegu walki klasowej.

Nie wierzymy ani w to, aby inteligencja stojąca poza klasami (tj. produkcją) mogła stanowić elitę społeczną, ani też w istnienie inteligencji ponadklasowej, mogącej sądzić zwaśnione czynniki społeczne. Wierzymy co prawda – i tej wierze dawaliśmy wyraz – w ponadklasowe Państwo. Państwo jest inkarnacją dziejowej woli Narodu i jako takie nie może stać się nigdy państwem klasy (nawet Sowiety tego nie osiągnęły, organizując wszak w swoich ramach oprócz robotników, również włościaństwo). Trudności, jakie stąd wypływają w stosunku klas do Państwa, usunie całkowicie dopiero rozwiązanie walki klas, stworzenie homogenicznego Narodu wytwórców. Ale nie jest to program na dzisiaj, jest to (trudno tutaj nie powołać się znowu na Sorela) nasz mit społeczny. Na dzisiaj programem musi być tworzenie trybów zorganizowanej elity społecznej, która mogłaby zresorbować ustanowioną przez Rewolucję majową elitę polityczną. I twórczość ta musi się dokonywać w ramach społeczeństwa istniejącego w dzisiejszej rzeczywistości, a zatem rozdzielonego na klasy. Niechaj inteligencja przejęta duchem państwowo-twórczym przenika wszystkie klasy, niechaj manifestuje się w każdej z nich, budząc wszędzie energię i organizując w ten sposób elitę społeczną. A owa elita fara da se, opanuje produkcję i Państwo, bo takie są prawa „przyszłości – wiecznej korektorki”.

Kazimierz Zakrzewski

_____________________________

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Droga. Miesięcznik poświęcony sprawie życia polskiego” nr 4, 1929. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł. Na potrzeby Lewicowo.pl udostępnił i opracował Piotr Grudka.

 

Przypis:

1. Podobnie Guyesse, zbliżony do Jerzego Sorela pisał w przedwojennym organie rewolucyjnych syndykalistów „Le mouvement socialiste”: „Klasy nie są rzeczami, są w całości działaniem: robotnik natychmiast wykaże to uczonym. Dla niego klasy są to walczące zbiorowości. A uczony tego nie zrozumie”. Bo „robotnik czuje, że należy do klasy. Jeśli nie ma idei tego wyraźnej i naukowo sformułowanej, ma przynajmniej intuicyjną świadomość, bo działa, a klasa jest właśnie działaniem”.

 
Kazimierz Zakrzewski (1900-1941) – działacz polityczny, publicysta, naukowiec. Wybitny historyk, habilitował się w wieku 27 lat, profesor Uniwersytetu Lwowskiego, czołowy przed wojną polski bizantynista, od roku 1935 szef Katedry Historii Bizancjum na Uniwersytecie Warszawskim. Jeden z czołowych działaczy polskiego syndykalizmu i lewicy piłsudczykowskiej (jej skrajnie lewego skrzydła). Działał w Związku Patriotycznym, należał do twórców Związku Naprawy Rzeczypospolitej, aktywny w Generalnej Konfederacji Pracy i w Związku Związków Zawodowych (od 1937 r. członek prezydium Centralnego Wydziału ZZZ, od 1939 r. jeden z trzech wiceprezesów Związku), związany był również ze środowiskiem pisma „Droga”. W obliczu ewolucji w prawo głównego rdzenia sanacji, w drugiej połowie lat 30. zwolennik współpracy z PPS, Stronnictwem Ludowym i radykalną inteligencją. Publicysta „Frontu Robotniczego” i „Przełomu”, w roku 1937 był przez kilka miesięcy zastępcą redaktora naczelnego lewicująco-syndykalistycznego dziennika „Głos Powszechny”, jednak pismo upadło z powodu częstych konfiskat ze strony cenzury obozu rządzącego. Autor kilku książek i broszur politycznych, m.in. „Kryzys demokracji” (swoisty manifest środowiska polskich syndykalistów) i „Filozofia narodu, który walczy i pracuje (nacjonalizm Stanisława Brzozowskiego)”. Podczas okupacji należał do twórców podziemnego ugrupowania polityczno-wojskowego Związek „Wolność i Lud” (przemianowany w 1941 r. na Związek Syndykalistów Polskich). Aresztowany w ramach akcji represyjnej przeciwko polskiej inteligencji, rozstrzelany przez hitlerowców 11 marca 1941 r. w Palmirach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *