Leon Wasilewski

Z roboty zagranicznej PPS

[1923]

I

Wkrótce po powstaniu ruchu socjalistycznego w kraju zjawiają się zagranicą pierwsi socjaliści polscy, jako emigranci – bądź czasowi, bądź też stali. Potęgujące się prześladowania w zaborze rosyjskim, po części zaś i w pruskim, stopniowo zwiększają liczbę tych przymusowych uchodźców. Jednocześnie wśród kształcącej się zagranicą młodzieży polskiej hasła socjalizmu zyskują coraz więcej zwolenników. Powstają tedy kółka i grupki socjalistów polskich, wychodzą pisma (,,Równość”, „Walka Klas”, „Przedświt”, „Pobudka”, „Przegląd Socjalistyczny”), ale i na emigracji w polskim obozie socjalistycznym panuje to samo rozbicie organizacyjne, jakie istniało w zaborze rosyjskim, skąd pochodziła większość olbrzymia przebywających zagranicą socjalistów polskich.

Zrozumienie szkodliwości tego rozbicia przeniknęło ogół polskiej emigracji socjalistycznej na początku dziesiątego dziesięciolecia ubiegłego wieku, czego wynikiem był historyczny zjazd paryski z listopada 1892 roku.

Zjazd ten dał nowy program partyjny i miał na celu połączenie organizacyjne wszystkich socjalistów polskich, tak w kraju, jak i zagranicą. Dla urzeczywistnienia tych celów powstał na zjeździe paryskim Związek Zagraniczny Socjalistów Polskich (ZZSP), który niebawem wysyła do zaboru rosyjskiego, jako emisariusza, Stanisława Mendelsona. Gdy ten przyczynia się w kraju do wytworzenia ze szczątków dawnych organizacji („Związku robotników polskich”, „Proletariatu” i „Zjednoczenia [Robotniczego]” oraz luźnej grupy wileńskiej) jednolitej Polskiej Partii Socjalistycznej, ZZSP przystępuje do swych czynności zagranicą.

Do pierwszego zarządu ZZSP, później stale używającego nazwy Centralizacji, weszli: Edward Abramowski, Aleksander Dębski, Bolesław Jędrzejowski, Feliks Perl i Stanisław Wojciechowski. Zanim jednak zdążyli rozwinąć jakąś działalność, wszyscy zostali wskutek interwencji ambasady rosyjskiej aresztowani i wydaleni z Francji. W ten sposób cała Centralizacja ZZSP znalazła się w Londynie, gdzie już uprzednio znajdowała się drukarnia „Przedświtu” i innych polskich wydawnictw socjalistycznych.

Londyn stał się na całe dziesięciolecie głównym ośrodkiem naszej działalności partyjnej zagranicą, ściśle skoordynowanej z rozwojem PPS w kraju. W Londynie wychodził aż do r. 1903 „Przedświt”, który od nr 5 (z 7. IV. 1893) przekształcił się na organ ZZSP – z drukarni londyńskiej ZZSP, odstąpionej mu przez St. Mendelsona, wychodziły odezwy, broszury i książki socjalistyczne, wydawane przez ZZSP i PPS. Londyn stał się łącznikiem między trzema zaborami kraju, a emigracją – europejską i amerykańską.

Po raz pierwszy zetknąłem się z objawami działalności ZZSP we Lwowie, w r. 1893, gdzie podówczas przebywałam na studiach uniwersyteckich. Od Joachima Fraenkla, czynnego członka Galicyjskiej Partii Socjalistycznej, otrzymywałem „Przedświt” i inne wydawnictwa londyńskie, z reguły konfiskowane przez prokuratorię galicyjską. Fraenkel utrzymywał stałe stosunki z Centralizacją. Do „Przedświtu” pisywał drugi z przywódców partyjnych lwowskich, późniejszy poseł, Jan Kozakiewicz. Wśród ogółu towarzyszy galicyjskich w tych czasach jednak panowała jakby pewna niechęć do „Londynu” i do skupiających się tam emigrantów z zaboru rosyjskiego. Ruch galicyjski wyszedł już podówczas z podziemi konspiracyjnych na tory jawnego działania w szrankach konstytucji austriackiej i „spiskowość” działaczy zakordonowych raziła towarzyszy galicyjskich. Obok tego nowy program niepodległościowy, jakkolwiek nie wywołujący sprzeciwu w łonie organizacji galicyjskiej, nie był jeszcze całkowicie przez nią przetrawiony i w pracy codziennej nieraz sprawiał kłopot – czy to ze względu na stosunek do Rusinów [Ukraińców], czy to z powodu zależności ruchu galicyjskiego od Wiednia.

W Galicji emigrantów-socjalistów z zaboru rosyjskiego podówczas jeszcze nie było, toteż nie istniała tam żadna sekcja ZZSP. Z „Londynem” – poza Frenklem i Kozakiewiczem – utrzymywali stosunki przeważnie publicystyczne Ignacy Daszyński, Witold Reger z Przemyśla, Tadeusz Reger (zwłaszcza odkąd przeniósł się na Śląsk Cieszyński) oraz Jan Malisz z Nowego Sącza. „Przedświt” rozchodził się w Galicji bardzo słabo.

Po wyjeździe ze Lwowa do Pragi w dalszym ciągu otrzymywałem z Galicji wydawnictwa londyńskie, ale w bezpośredni stosunek z „Londynem” wszedłem dopiero w Zagrzebiu, skąd wysłałem mój pierwszy artykuł do „Przedświtu” – o prądach moskalofilskich wśród Słowian, wydrukowany w r. 1895.

II

Z samą organizacją ZZSP zapoznałem się dopiero w Zurychu, dokąd przybyłem w r. 1896. Istniało tam dość liczne skupienie kształcącej się młodzieży polskiej, a wśród niej, ściśle zakonspirowana sekcja ZZSP. Do sekcji tej zresztą należała nie sama tylko młodzież, ale i paru starszych emigrantów. Duszą sekcji był Bolesław Miklaszewski, chemik, mąż zaufania (m.z.) ZZSP, który świeżo powrócił przez Londyn z Ameryki Północnej, gdzie z ramienia Centralizacji założył cały szereg organizacji wśród polskiej emigracji robotniczej, występując pod pseudonimem Karola Dolskiego. Obok niego i paru młodszych członków do sekcji należeli: student Wacław Podwiński, uczestnik zjazdu paryskiego i Wincenty Sikorski, krawiec z Warszawy, b. członek „Proletariatu” z r. 1888. Klasę robotniczą reprezentował w sekcji zuryskiej obok Sikorskiego, jeszcze Szymanowski. Był to przeszło 60-letni robotnik o długiej białej brodzie, przypominający z wyglądu portrety ks. Ściegiennego, syn emigranta z 1831 roku, nie mówiący ani słówka po polsku, co mu zresztą nie przeszkadzało być gorącym patriotą polskim. Szymanowski był łącznikiem między sekcją ZZSP a miejscowym ruchem socjalistycznym, w którym brał czynny udział. Do sekcji należał jeszcze Romuald Mielczarski (pseudonim Wierzba), który był podówczas bibliotekarzem polskiego Muzeum Narodowego w Rapperswilu.

Działalność sekcji zuryskiej polegała na pomocy materialnej i moralnej „Londynowi” przez szerzenie jego wydawnictw, na oddziaływaniu na młodzież w duchu programu PPS, wreszcie na jednaniu sympatii dla niej wśród socjalistów szwajcarskich i w ogóle cudzoziemskich. Prawie wszyscy członkowie sekcji klepali biedę, toteż w bardzo małym stopniu mogli się przyczyniać materialnie do rozwoju „Londynu”. Natomiast dzięki swej ideowości i wyrobieniu, wywierali znaczny wpływ na młodzież, zajmowali wybitne stanowiska w jej organizacji („Zjednoczenie Towarzystw Młodzieży Polskiej Zagranicą”) i oddziaływali na nią dodatnio. Przeważająca część członków sekcji nie należała do emigracji, miała możność powrotu do kraju, więc udział jej w sekcji był ściśle konspirowany.

Oddziaływanie członków sekcji na Szwajcarów i w ogóle cudzoziemców było bardzo ograniczone. Tylko przez Szymanowskiego, Sikorskiego i po części Miklaszewskiego miało się możność wywierania jakiego takiego wpływu na te sfery. Socjaliści szwajcarscy z sędziwym Hermanem Greulichem na czele, przeważnie sympatyzowali z programem PPS, choć starano się na nich oddziaływać w kierunku przeciwnym ze sfer esdeckich – polskich i rosyjskich. Zurych bowiem był jednym z ośrodków, w których gromadziła się bardzo liczna podówczas emigracja i młodzież kształcąca się z Rosji, głównie żydowska. Przeważnie hołdowała ona kierunkowi Plechanowa, mieszkającego wówczas w Genewie. W Zurychu Paweł Akselrod był najstarszym przedstawicielem tego kierunku, ale młodsze pokolenie socjalnych demokratów rosyjskich poczęło od niego stronić. Modnym stawał się wówczas pośród niej kierunek „ekonomizmu”, zwalczany przez starsze pokolenie socjalnych demokratów z grupy „Oswobodzenia Pracy” (Plechanow, Akselrod, Zasulicz), silnie akcentujących konieczność walki politycznej. O ile ci ostatni zachowywali się przychylnie wobec PPS i cenili ruch socjalistyczny polski za jego wyraźną fizjonomię polityczną, o tyle młodsze pokolenie socjalnych demokratów rosyjskich i (przyszłych) bundowców – zachowywało się niechętnie lub wrogo.

Z esdekami polskimi sekcja zuryska bezpośrednio nie stykała się. Róża Luksemburg, Leon Jogiches (Tyszko, Grozowski), Stanisław Gutt nie należeli do kolonii polskiej i przeważnie obracali się wśród Rosjan, Szwajcarów i Niemców. Wśród młodzieży polskiej kierunek Róży Luksemburg miru nie zyskał. Przeważały sympatie PPS-owe, toteż sekcja mogła wśród tej młodzieży zbierać składki na cele polityczne, zgodne z dążeniami PPS, opodatkowywać ją na Czerwony Krzyż (Towarzystwo pomocy więźniom politycznym), posiadający markę PPS-ową, i kolportować wydawnictwa londyńskie.

Nastrój sekcji zuryskiej wobec „Londynu” był dość opozycyjny. Nie wynikało to z żadnych pobudek programowo-ideologicznych. Krytykowano prawie wyłącznie małą wydajność pracy „Londyńczyków”, nieregularne ukazywanie się „Przedświtu”, cechy osobiste tego czy innego z działaczy Centralizacji itp. Wobec PPS i jej roboty krajowej sekcja była pełna podziwu i entuzjazmu.

III

Na wiosnę r. 1897 przeniosłem się do Wiednia, dokąd mnie ściągnęła chęć bliższego zapoznania się ze stosunkami austriackimi i z miejscowym ruchem socjalistycznym, który mocno wybujał zwłaszcza po wyborach tego roku. W Wiedniu podówczas pracowało dużo robotników polskich – przy regulacji Wiedenki, po cegielniach i w ogóle w przemyśle. W stowarzyszeniu „Siła” grupowała się najinteligentniejsza część proletariatu polskiego. Znalazło się tam również kilkunastu robotników z zaboru rosyjskiego. Sympatyzowali oni z PPS, gdy znaczna część robotników z Galicji, przeważnie od dawna przebywająca w Wiedniu, nie zdawała sobie sprawy z doniosłości ideologii PPS i skłonna raczej była uważać Galicję za część Austrii niż Polski, co robotników królewiaków mocno raziło.

W połowie r. 1897 do Wiednia przyjechał Borkowski, z zawodu introligator, pochodzący z Częstochowy. Przybył on z Budapesztu, gdzie organizował strajk kilkunastu tysięcy ceglarzy-Polaków, i skąd musiał, ścigany przez policję, uciekać. Wstąpił do „Siły”, zetknął się z jej członkami Królewiakami i zakrzątnął się koło objęcia kierownictwa tego stowarzyszenia przez sympatyków PPS. Przed wyborami do Zarządu „Siły” została przeprowadzona odpowiednia organizacja i „Siła” znalazła się w rękach PPS-owców. W tym przewrocie wzięła udział świeżo założona sekcja wiedeńska ZZSP.

Do sekcji tej należałem ja, dwaj bracia Studniccy –Władysław i Wacław, dr Kodisowa, świeżo na socjalizm nawrócony Adam Bujno (Jerzy), Borkowski i jeszcze kilku robotników-królewiaków. Sekcja pracowała w „Sile”, gdzie kolportowała w znacznej liczbie wydawnictwa londyńskie, nawiązała stosunki z wiedeńską „Arbeiter-Zeitung”, gdzie umieszczała notatki o PPS i jej działalności, wydała przekład broszury K. Kautsky’ego „Niepodległość Polski”, zorganizowała wielkie zgromadzenie publiczne z referatami tow. Daszyńskiego i Kozakiewicza, jednym słowem rozwijała dość ożywioną działalność. Władysław Studnicki był wówczas jeszcze socjalistą, świeżo wrócił z wygnania syberyjskiego i, rozejrzawszy się w stosunkach warszawskich, nie znalazł tam odpowiedniego poła dla swej działalności, wobec czego wyjechał zagranicę i osiadł na czas pewien w Wiedniu, żywo interesując się sprawami PPS.

Na posiedzeniach sekcji wiedeńskiej omawialiśmy plany naszej działalności nie tylko na gruncie lokalnym. Zastanawialiśmy się i nad całokształtem pracy ZZSP.  Nie znając dokładnie jej warunków, a zwłaszcza sytuacji w Londynie, skłonni byliśmy przypisywać dostrzegane braki jednostkom. Zwłaszcza wywoływało nasze niezadowolenie nieregularne ukazywanie się „Przedświtu”, o co winiliśmy przede wszystkim jego redaktora Witolda Jodkę. Niezadowolenie ze stanu pracy ZZSP skrystalizowało się w końcu i w naszej sekcji i w paru innych w konkretny projekt reformy, mającej na celu wprowadzenie nowych ludzi do Centralizacji i redakcji „Przedświtu”.

Projekt ten został nam zakomunikowany przez Zbigniewa Woszczyńskiego, który pracował w drukarni londyńskiej jako zecer i teraz powracał do roboty krajowej przez Zurych, Wiedeń i Kraków. Przedstawił on nam w barwach dość jaskrawych stan rzeczy w Londynie, podał dość nieprzychylne charakterystyki większości członków Centralizacji i skomunikował nas z Aleksandrem Dębskim. W końcu wyłuszczył nam plan – usunięcia części dotychczasowej Centralizacji, dobrania nowych jej członków, oraz powierzenia redakcji „Przedświtu” mnie.

Początkowo plan ten nie wydawał mi się praktycznym, zwłaszcza ze względu na rolę, jaką mi w nim wyznaczono, ale kiedy argumenty Woszczyńskiego zostały poparte i przez moich przyjaciół z sekcji zuryskiej, zgodziłem się.

Plan miał być wykonany podczas zjazdu dorocznego ZZSP – w Zurychu. Zwykle zjazdy takie odbywały się w związku ze zjazdami Zjednoczenia Towarzystw Młodzieży Polskiej zagranicą, ponieważ członkowie ZZSP, jako odgrywający wybitną rolę w poszczególnych stowarzyszeniach młodzieży, zawsze mogli liczyć na mandaty zjazdowe, co umożliwiało im przyjazd do tego centrum zagranicznego, gdzie odbywał się, tajnie oczywiście, zjazd ZZSP.

Podczas Bożego Narodzenia 1897 r. przybyliśmy z Wiednia do Zurychu, gdzie spotkałem się z Dębskim, który musiał się konspirować jako wydalony ze Szwajcarii. Z Dębskim i Miklaszewskim została omówiona taktyka opozycji na zjeździe, mająca wprowadzić na nowe tory całą robotę ZZSP. Pokazało się, że opozycja może liczyć na większość głosów zjazdu.

Zjazd był dość liczny. Z Londynu przyjechali: Al. Dębski, Bolesław Jędrzejowski, Witold Jodko z żoną, Ignacy Mościcki, Feliks Perl oraz Borkowski, b. członek sekcji wiedeńskiej, który wówczas pracował w drukarni ZZSP jako zecer, i Wincenty Sikorski, b. członek sekcji zuryskiej, który również przeniósł się był do Londynu. Zurych reprezentowali Miklaszewski i Podwiński, Genewę – Mieszkowski, Berlin – Zygmunt Chmielewski, Gandawę – Maks Horwitz, Paryż — Michał Luśnia (Kazimierz Kelles-Krauz), wreszcie sekcję krakowską Ryszard Kunicki i Kazimierz Seliwanowicz. CKR [Centralny Komitet Robotniczy] przysłał tow. „Wiktora”. Zaledwie część członków zjazdu znała prawdziwe nazwisko tego delegata, którym był Józef Piłsudski.

Od razu pokazało się, że „opozycja” ma większość. Działalność Centralizacji, zwłaszcza zaś Jodki, poddano ostrej, choć nie zawsze słusznej krytyce. Dochodziło do starć osobistych między Jodką i Jędrzejowskim z jednej strony, a Dębskim z drugiej, ale na ogół dyskusja posiadała charakter rzeczowy i ideowy. Tow. „Wiktorowi” przedstawiliśmy plan zmiany Centralizacji, który on przyjął bardzo niechętnie, zwłaszcza, że ja dla „kraju” byłem człowiekiem zupełnie nowym, znanym tylko z działalności publicystycznej. Jednakże wszelkie argumenty „Wiktora”, pomimo całej jego powagi, jako przedstawiciela najwyższej władzy partyjnej z kraju, pozostawały bez wpływu; opozycja była niezachwiana. Do nowej Centralizacji zostali wybrani: Dębski, Wasilewski L., Studnicki, Luśnia i Miklaszewski. Mnie mianowano redaktorem „Przedświtu”, jednocześnie zaś i sekretarzem Centralizacji, gdyż była to jedyna płatna funkcja, umożliwiająca jakie takie istnienie na bruku londyńskim. Pensja sekretarza wynosiła aż… cztery funty, czyli, według ówczesnej relacji, 38 rubli miesięcznie.

„Opozycja” była trochę skonsternowana odniesionym zwycięstwem. Z jednej strony zarysowywało się nieprzychylne stanowisko „kraju” wobec nowej Centralizacji, z drugiej – nie było zupełnej pewności, czy wysyłani przez „opozycję” do Londynu nowi ludzie sprostają zadaniu. Zwłaszcza budził wątpliwości Studnicki swoją kapryśną i nieobliczalną naturą.

IV

W Londynie stanąłem w styczniu r. 1898. Na gruncie londyńskim poznałem bliżej warunki pracy Centralizacji, które przedstawiały się wręcz rozpaczliwie. Centralizacja mieściła się w starej, dwupiętrowej ruderze przy Beaumont Square 7, w osławionej dzielnicy whitechapelskiej. W tym samym domu, grożącym zawaleniem się, mieściły się: skład wydawnictw ZZSP i poprzednich generacji socjalistycznej emigracji polskiej oraz zecernia. Własnej maszyny drukarskiej nie posiadaliśmy, toteż skład wszystkich druków wychodzących z zecerni beaumonckiej szedł, zabity w ramy, do drukarza Anglika. Niestety, dochody z rozprzedanych wydawnictw i ze składek sekcji najzupełniej nie wystarczały na płacenie należności u drukarza, Skutkiem tego dług Centralizacji rósł i drukarz od czasu do czasu zamykał kredyt, wobec czego zabity w ramy skład „Przedświtu” nieraz tygodniami czekał aż go drukarz Anglik zdecydował się drukować, otrzymawszy kilka funtów zaliczki.

Kłopoty materialne zatamowały całe życie Centralizacji. Pracujących w drukarni beaumonckiej zecerów trzeba było opłacać według norm ustalonych przez angielskie związki zawodowe, ale na tę spłatę pieniędzy nigdy nie wystarczało, bo zecernia londyńska poza obstalunkami partyjnymi prawie nie miała robót z zewnątrz. Toteż całe bractwo londyńskie klepało biedę w dosłownym znaczeniu.

Dawniej kasę zasilał Mendelson, ale po ustąpieniu jego z organizacji, jeszcze w r. 1893, to źródło zanikło. Później dużo stosunkowo pieniędzy wkładał do kasy partyjnej Jodko, ale to nie wystarczało. Pieniądze z kraju, od PPS, z którą Centralizacja znajdowała się w ścisłym kontakcie, napływały w bardzo szczupłych i rzadkich dawkach. Składki zwyczajne i nadzwyczajne członków sekcji ZZSP pozwalały opędzić tylko najkonieczniejsze potrzeby życiowe Centralizacji, ale podczas wakacji, kiedy się młodzież rozjeżdżała, składki te prawie zupełnie nie napływały. Wobec tego wszystkiego położenie pracowników partyjnych w Londynie nie było do pozazdroszczenia, a dni, podczas których nie jadano obiadów, nie zaliczały się do wyjątkowo rzadkich

Nowa Centralizacja, wybrana na zjeździe zuryskim, stanęła wobec olbrzymich trudności. Wprawdzie Dębskiemu udało się zaciągnąć pożyczkę w Ameryce, pozwalającą spłacić część długu u drukarza, ale na normalne funkcjonowanie aparatu Centralizacji to nie wystarczało. Subsydia Jodki odpadły. Z kraju należność za wydawnictwa wpływała kapaniną, a składki członków, jakkolwiek rosły, jednakże nie w takim stopniu, aby można nimi było zatkać wszystkie dziury. Toteż i nasza Centralizacja klepała biedę w całym znaczeniu.

Po zjeździe zuryskim, w wykonaniu uchwał ostatniego zjazdu PPS zostało założone nowe pismo – kwartalnik popularno-naukowy „Światło”. Redakcję jego „kraj” poruczył Jędrzejowskiemu, który jednocześnie został sekretarzem nowej instytucji – Komisji Konspiracyjnej, również utworzonej po zjeździe zuryskim. Utworzenie tej komisji było objawem nieufności „kraju” do nowych ludzi w Centralizacji. Komisja Konspiracyjna miała załatwiać wszystko, co dotyczyło transportów bibuły do kraju i w ogóle wszystkiego, co PPS zlecała do załatwienia zagranicą. W skład Komisji Konspiracyjnej wchodzili, oprócz Jędrzejowskiego, Jodko i Dębski. Jodko zresztą wyjechał z Londynu (tak samo jak Perl i Mościcki) na stałe,

W r. 1898 sieć organizacji ZZSP była dość szeroka. Spomiędzy sekcji czynnych na plan pierwszy wysuwała się paryska, głównie dzięki obecności w niej Michała Luśni. Był to bardzo wybitny publicysta i uczony socjolog, który zasilał swymi pracami „Przedświt” i redagował wydawany przez ZZSP „Bulletin officiel du parti socialiste polonais”, mający na celu zaznajomienie towarzyszy cudzoziemców z ruchem socjalistycznym w Polsce. Luśnia był właściwym kierownikiem sekcji paryskiej, do której należeli też Bolesław Limanowski, dr Kazimierz Dłuski, dr Motz i szereg innych towarzyszy. Dzięki autorytetowi Luśni, sekcja paryska oddziaływała w duchu naszym na dość liczne koła emigracji, zwłaszcza młodszej, miała wpływ przeważający na „Czerwony Krzyż” i bodaj że najobficiej zasilała chudą kasę partyjną ZZSP. Z Luśnią i z sekcją paryską Centralizacja pozostawała w stałym kontakcie i miała w niej mocne poparcie moralne,

Z sekcji szwajcarskich tylko zuryska rozwijała w dalszym ciągu ożywioną działalność, Z niemieckich na plan pierwszy wysunęła się początkowo berlińska, później zaś darmsztadzka. Na czele sekcji berlińskiej stał Zygmunt Chmielewski (Kossuth, Cham), człowiek bardzo zdolny i dobry organizator. Sekcja darmsztadzka rozwinęła się przede wszystkim dzięki sprężystej działalności Stanisława Wysockiego. W Belgii czynny był głównie Maks Horwitz. Po zjeździe zuryskim czynność sekcji zagranicznych znacznie się ożywiła, co się odbiło przede wszystkim na wzroście składek oraz na zwiększeniu się liczby współpracowników „Przedświtu”.

V

Charakterystycznym był fakt, że w Londynie, a więc w siedzibie Centralizacji ZZSP, sekcja miejscowa nie wywierała szerszego wpływu na miejscowych robotników polskich, których wówczas w Londynie było sporo. Część ich, zwłaszcza lepiej zarabiająca, należała do klubu tzw. patriotycznego na Poplar. Byli tam i sympatycy socjalizmu, ale większość uważała się za demokratów i snuła nici, bardzo już nadwątlone, tradycji dawnej emigracji demokratycznej. W klubie socjalistycznym przewagę posiadali esdecy, zwolennicy Róży Luksemburg, jak Wojewski, bracia Dutczaki, Gołębiowski i inni, wyłącznie robotnicy. U podstawy ich ideologii leżała głęboka nienawiść do „inteligencji”, podsycana demagogicznie przez kierowników grupy SDKPiL. Ideę niepodległości traktowali oni jako wymysł „inteligentów’” i stali na stanowisku „organicznego wcielenia” Królestwa Polskiego do Rosji. Najhałaśliwszym przywódcą londyńskiej grupki esdeków był starszy Dutczak, tokarz żelazny, który, pomimo swej fanatycznej nienawiści do „inteligentów”, przygotowywał się do egzaminów, umożliwiających mu osiągnięcie stanowiska inżyniera.

Paru robotników PPS-owców, świeżo przybyłych z kraju, należało do sekcji ZZSP, która i w Londynie, jakkolwiek składała się z samych emigrantów, była organizacją ściśle zakonspirowaną. Tymczasem powoli liczba PPS-owców na gruncie londyńskim rosła, wobec czego stało się możliwe rozszerzenie działalności sekcji londyńskiej na zewnątrz,

Wkrótce po przyjeździe do Londynu nowej Centralizacji sprowadziliśmy do naszej drukarni, przeważnie obsługiwanej przez zecerów z musu, tj. przez emigrantów, którzy nauczyli się zecerki dla zarobku, zecera-fachowca z Galicji. Był nim Tadeusz Bobrowski, towarzysz partyjny z Przemyśla, który postanowił na czas pewien przyjechać do Londynu. Niebawem przybył do Londynu Tytus Filipowicz, sztygar z Dąbrowy Górniczej, który był pierwotnie esdekiem i należał do ostatniego zarządu SDKP. Przeszedłszy do PPS wraz z całą organizacją SDKP w Zagłębiu, Filipowicz brał czynny udział w zagłębiowskiej robocie partyjnej i w końcu został aresztowany. Udało mu się jednak uciec do Krakowa. Ponieważ władze rosyjskie czyniły kroki w celu uzyskania wydania go przez władze austriackie, przeto Filipowicz musiał opuścić Galicję i przyjechał do Londynu, gdzie stanął przy kaszcie dla zarobku, jednocześnie wstąpiwszy do szkoły nauk politycznych. I Bobrowski i Filipowicz, występujący pod pseudonimem Stefana Karskiego, wyrazili chęć pracowania w klubie socjalistycznym, toteż wpisała się do niego cała grupa PPS-owców z zamiarem przekształcenia go z nominalnie bezpartyjnego na ściśle PPS-owy. Po całym szeregu wieczorów dyskusyjnych, podczas których Dudczak starszy z rozpaczą wołał raz po raz: „Co się stanie w Niepodległej Polsce z 40 000 szewców warszawskich, kiedy nie będzie rynków wschodnich?” – udało się nam znaczną większością głosów przeprowadzić rezolucję, na mocy której klub socjalistyczny stawał na gruncie programu PPS. Wprawdzie kilku esdeków wystąpiło z klubu, ale za to poczęły doń przystępować licznie żywioły robotnicze, stojące dotychczas na uboczu. Między innymi przystąpiła do klubu grupa robotników żydowskich z Warszawy, którzy wyjechali już z kraju jako zorganizowani PPS-owcy. Z czasem klub socjalistyczny stał się poważnym ośrodkiem naszej roboty londyńskiej. Odbywały się w nim duże zebrania, przedstawienia amatorskie i odczyty oraz zabawy towarzyskie i obchody.

Oczywiście, praca lokalna była tylko jednym – i to nie najważniejszym z objawów działalności Centralizacji. Główne jej zadanie polegało na organizowaniu polskich żywiołów socjalistycznych na emigracji oraz na dopomaganiu ruchowi krajowemu we wszystkich trzech zaborach. Owa trójzaborowość była bowiem jednym z podstawowych rysów znamiennych ZZSP, jakkolwiek należeli doń prawie wyłącznie towarzysze z zaboru rosyjskiego.

VI

Najmniej mogliśmy pomagać zaborowi austriackiemu, który posiadał już od dawna ruch, rozwijający się normalnie. Tylko w momentach wyjątkowych, jak wybory, jak zawieszony w 1898 roku nad Galicją Zachodnią stan wyjątkowy, towarzysze galicyjscy wymagali od nas poparcia. Składki na fundusz wyborczy lub prasowy (np. na przekształcenie „Naprzodu” krakowskiego na dziennik), wydrukowanie w Londynie jakiejś odezwy lub broszury, niecenzuralnej w Galicji – oto do czego sprowadzała się pomoc ZZSP dla zaboru austriackiego. Poza tym sekcje galicyjskie ZZSP, składające się z Królewiaków, nie mogących brać udziału w jawnym ruchu socjalistycznym, miały obowiązek szerzenia wśród towarzyszy galicyjskich ideologii PPS i zgodnej z nimi współpracy.

Nasi towarzysze, przebywający w Galicji, dobrze wywiązywali się z tego zadania. Tow. Ryszard Kunicki, uzyskawszy obywatelstwo austriackie, stał się jednym z czynniejszych działaczy Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej PSD na Śląsku. We Lwowie działał wydatnie były członek sekcji monachijskiej, Kazimierz Mokłowski. Tow. Jodko zajął się gorliwie pracą wśród młodzieży tzw. promienistej [autor ma na myśli luźno sformalizowane grupy młodzieżowe o nazwie „Promień”, o profilu socjalistyczno-niepodległościowym – przyp. redakcji Lewicowo.pl]. Robotnicy, członkowie sekcji galicyjskich, działali bezpośrednio w zawodowych i politycznych organizacjach robotniczych PPSD.

Naturalnie, główna uwaga ZZSP była zwrócona na zabór rosyjski, którego reprezentacją zagraniczną była Centralizacja.

Po zjeździe zuryskim stosunki między nową Centralizacją a „krajem” (jak wówczas nazywano organizację partyjną zaboru rosyjskiego), były nieco naprężone. Stopniowo jednak naprężenie to znikało w miarę rozwoju roboty ZZSP i przyzwyczajania się CKR do nowych łudzi.

Od czasu do czasu do Londynu przyjeżdżał ktoś z działaczy krajowych. Tak przez dłuższy czas bawił w Londynie Aleksander Malinowski, który przed przejściem na „nielegalnika” uczył się w naszej zecerni kunsztu drukarskiego. Na parę tygodni zjechał do Londynu Józef Piłsudski, który tam pisał wstęp do ogłoszonego przez Partię „Memoriału” ks. Imeretyńskiego. Później już przez czas dłuższy mieszkał w Londynie trzeci członek CKR-u, Stanisław Wojciechowski („Edmund”, „Długi”).

W miarę utrwalania się w kraju roboty PPS i wśród członków ZZSP coraz bardziej szerzył się pogląd, że należy uczynić ściślejszym stosunek między organizacją krajową a zagraniczną.

Reformy te były przedmiotem dwóch ostatnich zjazdów ZZSP – paryskiego w r. 1899 i zuryskiego w r. 1900. Na paryskim nie było, skutkiem przypadkowego zbiegu okoliczności, przedstawicieli CKR, wobec czego sprawa reformy nie została załatwiona ostatecznie. Natomiast do Zurychu przyjechał Stanisław Wojciechowski z opracowaną już uprzednio w Londynie, w porozumieniu z Centralizacją, propozycją przekształcenia tej ostatniej na Komitet Zagraniczny PPS, która obejmowała wszystkie aktywa i pasywa ZZSP, pokrywała jego deficyt i w zamian za to stawała się właścicielką drukarni i składu wydawnictw ZZSP, który jednocześnie przekształcił się na Oddział Zagraniczny PPS, z mianowanym przez CKR partii Komitetem Zagranicznym na czele. Uchwałę tę przyjęto wszystkimi głosami uczestników zjazdu przeciwko głosowi Władysława Studnickiego, który już niebawem miał opuścić szeregi PPS.

VII

Reforma ta przyczyniła się do normalnego rozwoju działalności zagranicznej PPS. Praca Komitetu Zagranicznego została podzielona bardziej równomiernie. Sekretariat i całą wydawniczą część wraz z finansowością objął Baj (B. A. Jędrzejowski), który był z zawodu buchalterem, człowiekiem pedantycznie systematycznym i skrupulatnym, a zarazem ogromnie pracowitym i sumiennym, bezgranicznie sprawie socjalizmu i PPS oddanym. Ja w dalszym ciągu pozostałem redaktorem „Przedświtu”, występując na zewnątrz pod nazwiskiem Leona Płochockiego i używając pseudonimu literackiego – St. Os…arz. Do redagowania „Światła” został sprowadzony ze Lwowa dr Feliks Perl (Res, Rewolucjonista, Latarnik, Grzyb, Grzybowski). Sam lokal Centralizacji na Beaumont Square został zwinięty i przeniesiony na przedmieście Leytonstone, gdzie w schludnym domku piętrowym z ogródkiem zamieszkał Baj z rodziną. Na dole znajdowała się zecernia, na górze skład wydawnictw i kancelaria, w której pracowali Baj, Perl oraz inni towarzysze, obsługujący dział wydawniczy Komitetu Zagranicznego. Na Lingwoodzie (tak się nazywał domek zajmowany przez Baja) mieszkał jeszcze tylko Filipowicz, inni pracownicy partyjni zajmowali mieszkania w pobliżu.

Grono tych pracowników zmieniało się i powiększało. Tak np. do Londynu pod koniec r. 1899 przyjechał na stałe wraz ze świeżo poślubioną żoną Stanisław Wojciechowski, który objął kierownictwo drukarni i pisał broszurę sprawozdawczą o pięcioleciu PPS. Później przez dłuższy czas bawił w Leytonstone dr Feliks Sachs (Anglik, Miller), który objął redakcję „Światła” po wyjeździe Perla do kraju i zajął się wydawnictwami żargonowymi [jidysz], które PPS wówczas (1901-1902) wydawała dla swej stale rozrastającej się organizacji żydowskiej.

Organ żargonowy PPS „Der Arbajter” pierwotnie był też drukowany w Londynie, zanim go przeniesiono do kraju. Numer pierwszy z materiałów przysłanych z kraju ułożył Maks Horwitz (H. Walecki), następnych parę numerów zredagowałem ja, poduczywszy się w tym celu żargonu. Pomocni byli mi pod tym względem robotnicy żydowscy z Warszawy, zjawiający się w coraz większej liczbie w Londynie. Wśród nich pierwszym takim publicystą żargonowym był Hartman, który pracował w naszej zecerni londyńskiej, zaopatrzonej już w czcionki żydowskie. Pierwszą broszurą żargonową, wydaną w Londynie, było tłumaczenie Kautsky’ego „Niepodległości Polski”, dokonane przez tegoż Hartmana. Po przyjeździe Sachsa, który znał dobrze żargon, sprawa wydawnictw żargonowych weszła na tory normalne. On przełożył kilka broszur polskich na żargon, zredagował parę numerów „Arbajtera”, kiedy zaś ten został przeniesiony do kraju, zajął się redagowaniem popularno-naukowego pisma „Di Proletarysze Welt”, które miało być odpowiednikiem żydowskim „Światła”. Po wyjeździe Sachsa do kraju wydawnictwami żargonowymi zajął się Michelson, żyd z Białej Rusi, który dopiero aresztowany, w Cytadeli, zapoznał się z językiem polskim, później na emigracji w Krakowie poznał go gruntownie i tak się przejął kulturą polską i uwielbieniem dla nas, że przyjechawszy do Londynu, występował jako gorący patriota polski i przekonany PPS-owiec. Posiadając znaczne zdolności publicystyczne, pisywał bardzo dużo w żargonie i po polsku (między innymi do „Światła”). Opracował on żydowską przeróbkę „Ojca Szymona” pt. „Herszel der Sznajder”.

Głównie dzięki pracy Oddziału Zagranicznego i jego członków, PPS mogła przeciwstawić antypolskiej agitacji „Bundu”, który też przeniósł do Londynu ośrodek swej działalności zagranicznej, dość poważną literaturę agitacyjna w żargonie. Była to już własna, PPS-owa literatura żydowska, która zastąpiła sprowadzane uprzednio z Ameryki wydawnictwa socjalistyczne, nie zawsze nadające się dla czytelników w kraju. Skutkiem powstania tej literatury pomoc amerykańska, która jeszcze w początkach istnienia ZZSP występowała w formie organizacyjnej „Poczty żydowskiej Ameryki do Polski”, sprowadzała się teraz już tylko do poparcia finansowego akcji wydawniczej PPS w żargonie.

Tu należy podnieść, że finansowa pomoc emigracji polskiej w Ameryce, zwłaszcza od czasu, kiedy skupiać się tam zaczęło coraz więcej robotników z PPS, stale rosła. Wydawnictwa PPS szerzyły się tam coraz bardziej, tworzyły się sekcje PPS, a „Związek Socjalistów Polskich w Ameryce” coraz ściślej zbliżał się z Oddziałem Zagranicznym PPS w Europie.

VIII

PPS zaboru pruskiego była przedmiotem stałej troski ZZSP i Oddziału Zagr. PPS. Tam bowiem ruch nasz był najsłabszy i posiadał najmniej sił organizacyjnych, tam przeciwko niemu były skierowane najzajadlejsze ataki przeciwników programu PPS.

Nasza sekcja berlińska brała udział w prowadzeniu „Gazety Robotniczej”, ale, ponieważ członkowie sekcji byli Królewiakami, więc nie mogli występować otwarcie, i pomoc ich sprowadzała się do zasilania berlińskiego organu PPS artykułami. Centralizacja ZZSP wydawała broszury majowe i przedwyborcze dla PPS zaboru pruskiego, zasilała składkami jej kasę, ale wszystko to były tylko środki doraźne, nie mogące pchnąć rozwoju PPS zaboru praskiego na tory normalne. Najsłabszą stroną jej organizacji było to, że rozwijała się ona niemal wyłącznie w ośrodkach emigracyjnych – w Berlinie, Hamburgu, Bremie, w Westfalii, ale na gruncie krajowym, w Poznańskim i na Górnym Śląsku polski ruch socjalistyczny w dalszym ciągu wegetował i gdzieniegdzie nawet się cofał. Na domiar złego esdecy z Różą Luxemburg na czele, nie mogąc uzyskać gruntu w zaborze rosyjskim, przypuścili szturm do słabej organizacji PPS zaboru pruskiego, usiłując pochwycić ją w swoje ręce.

Pod wpływem oszczerstw, rzucanych przez kółko Róży Luxemburg na PPS zaboru pruskiego, pogarszały się stosunki tej ostatniej z Zarządem partii niemieckiej.

Centralizacja i Komitet Zagraniczny stale interweniowały w obronie PPS zaboru pruskiego w Zarządzie partii niemieckiej, ale na tym nie mogliśmy poprzestać, rozumiejąc, że najlepszą obroną będzie wzrost sił PPS zaboru pruskiego, co znowuż nie stanie się możliwe, dopóki nie nastąpi ostateczne „ukrajowienie” tej partii, to jest wytworzenie na Górnym Śląsku i w Poznaniu mocnych polskich ośrodków partyjnych. Trzeba było pomyśleć przede wszystkim o przeniesieniu z Berlina do kraju „Gazety Robotniczej” i o znalezieniu bodaj jednego, dwóch inteligentów do roboty miejscowej, gdyż wyrobionych dostatecznie robotników w ośrodkach emigracyjnych Niemiec już mieliśmy.

W sekcjach zagranicznych posiadaliśmy zaledwie paru towarzyszy z zaboru pruskiego, ale z nich tylko jeden, Jerzy Haase, kaliszanin, ale poddany pruski, urzędnik bankowy z zawodu, nadawał się do roli kierowniczej. Mieszkał on w Dreźnie, utrzymywał stałe stosunki z Komitetem Zagranicznym, pisywał do „Vorwartsu” i staczał zacięte walki z warcholstwem esdeckim.

Wydelegowany na międzynarodowy kongres socjalistyczny w Paryżu (1900) przez CKR, zetknąłem się tam po raz pierwszy osobiście z Haasem i omówiłem z nim sprawę przeniesienia się na Górny Śląsk i założenia tam Sekretariatu PPS, który by on objął. Haase zgodził się na nasz projekt, ale postawił nadzwyczaj wygórowane, zdaniem ówczesnego Komitetu Zagranicznego warunki, mianowicie 150 marek miesięcznie. Wprawdzie listy składkowe na utrzymanie agitatora w zaborze pruskim, któreśmy rozesłali do sekcji, dały pewien fundusz, zwłaszcza dzięki sekcji darmsztadzkiej, w której St. Wysocki i Ignacy Berner przeprowadzili opodatkowanie się na ten cel nie tylko zorganizowanych towarzyszy, ale i sympatyków. Bądź co bądź jednak musieliśmy się poważnie nad tą kwestią zastanowić, zanim przystaliśmy na propozycję Haasego.

W lutym 1901 r. Haase, otrzymawszy od nas zapewnienie 150 marek miesięcznie w ciągli roku, przeniósł się do Katowic, gdzie założył sekretariat PPS i zaczął przygotowywać grunt do przeniesienia tam z Berlina „Gazety Robotniczej”.

To ostatnie zostało dokonane w dniu 1 lipca 1901 r., kiedy do Katowic przeniósł się wraz z „Gazetą Robotniczą” jej długoletni redaktor, z zawodu stolarz, Franciszek Morawski. Rozumieliśmy bardzo dobrze, że wobec wzrastających potrzeb ruchu na gruncie krajowym, wobec stale pogarszających się stosunków z organizacją niemiecką i wobec nieuniknionych prześladowań ze strony policji niemieckiej, która wszelkimi sposobami uniemożliwiała dotychczas szerzenie się socjalizmu, zwłaszcza zaś polskiego na Górnym Śląsku, należy wzmocnić liczebnie i intelektualnie placówkę katowicką.

Właśnie około tego czasu powróciła z zesłania w Wiatce dr Estera Golde, popularnie zwana w kołach partyjnych Etką, która uprzednio brała czynny udział w krajowej robocie partyjnej, a która teraz nie mogła rozwijać szerszej działalności jako pozostająca pod dozorem policyjnym. Wobec tego PPS zaboru rosyjskiego postanowiła „odstąpić” ją bratniej organizacji zaboru pruskiego. Uzyskanie obywatelstwa pruskiego nie przedstawiało dla niej, jako dla kobiety, żadnej trudności, chodziło tylko o znalezienie jakiegoś poddanego pruskiego, który by się zgodził na zawarcie z nią związków małżeńskich – fikcyjnych. Wówczas w jednej z naszych sekcji mieliśmy młodego studenta, Emila Caspariego, który chętnie podjął się tej roli. W lecie r. 1901 Caspari i Etka przyjechali do Londynu, wzięli tam ślub cywilny, po czym Caspari powrócił do Szwajcarii, Etka zaś osiedliła się w Katowicach, gdzie wraz z Morawskim i Haasem rozwijała bardzo energiczną działalność partyjną.

Nasze przewidywania co do losów działaczy katowickich, sprawdziły się. Policja niemiecka wytężyła wszystkie siły, aby zgnieść polski ruch socjalistyczny. Na „Gazetę Robotniczą” i jej wydawców posypały się kary, aresztowano Morawskiego, Haasego i Etkę, tak, że nikt z kierowników ruchu nie pozostał na wolności. Zdawało się, że „Gazeta Robotnicza” i w ogóle ruch socjalistyczny, koło niej ogniskujący się, upadną.

Tymczasem z wydatną pomocą pospieszyła temu ruchowi sekcja krakowska Oddziału Zagranicznego PPS. Skupiło się w niej wówczas sporo dzielnych towarzyszy, jak Leon Falski, Józef Kwiatek, Julian Bańkowski, Tadeusz Gałecki (Strug), Adam Wrzosek, którzy zorganizowali pomoc dla „Gazety Robotniczej”. Oni ją faktycznie redagowali. Co tydzień ktoś z nich dojeżdżał do Katowic i tam, konspirując się wobec władz pruskich, dopilnowywał korekty. W ten sposób „Gazeta Robotnicza” przetrwała najcięższe czasy – i policja pruska musiała w końcu pogodzić się z istnieniem polskiego ruchu socjalistycznego na Górnym Śląsku, Była to w bardzo znacznej mierze zasługa Oddziału Zagranicznego PPS.

IX

Rozwój naszego ruchu we wszystkich trzech zaborach coraz natrętniej stawiał wobec nas, „Londyńczyków”, kwestię celowości naszego pobytu poza krajem. Od pewnego czasu wszystkim nam przychodziła po kolei do głowy myśl stopniowego przenoszenia naszych instytucji emigracyjnych na grunt tej części kraju, która korzystała ze swobód konstytucyjnych i narodowych w dość szerokim zakresie, tj. do Galicji. Wprawdzie wiedzieliśmy, że jeszcze nie tak dawno policja krakowska nie tylko aresztowała i wydalała, ale nawet wydawała emigrantów z zaboru rosyjskiego w ręce policji carskiej. Jednakże w ostatnich czasach wpływy naszych towarzyszy galicyjskich i w Galicji i w Austrii tak się były wzmogły, że nie wątpiliśmy, iż potrafią oni wywalczyć dla nas prawo azylu. Zresztą cały szereg naszych towarzyszy z zaboru rosyjskiego już faktycznie mieszkał w Galicji i policja nawet najbardziej z nich skompromitowanym nie czyniła wielkich wstrętów.

W drugiej połowie r. 1902 stopniowe przenoszenie „Londynu” do Galicji było już postanowione. Na pierwszy ogień miałem jechać ja z „Przedświtem”, którego redaktorem odpowiedzialnym postanowiliśmy zrobić dra Władysława Gumplowicza, członka Oddziału Zagranicznego, zrazu w Zurychu, później w sekcji krakowskiej, obywatela austriackiego. Nominalnie redakcja „Przedświtu” miała mieścić się w jego mieszkaniu.

W końcu grudnia 1902 r. opuszczałem Londyn, jadąc do Krakowa. W drodze zatrzymałem się w Zurychu, gdzie podczas świąt Bożego Narodzenia odbył się ostatni zagranicą zjazd Oddziału Zagranicznego PPS W Zurychu zredagowałem nr 1 już krakowskiego „Przedświtu”, który miał wyjść przed moim przyjazdem.

Ukazanie się tego numeru nie wywołało żadnego efektu w sferach prokuratorsko-policyjnych. Ani go nie skonfiskowano, ani nawet nie zainteresowano się faktem przeniesienia z Londynu „zakazanego” pisma. To samo było i po wyjściu następnych numerów. Stwierdziwszy tedy, że eksperyment z „Przedświtem” udał się, napisałem do Londynu, gdzie Baj spełniał w dalszym ciągu funkcje reprezentanta Komitetu Zagranicznego PPS, gdzie drukowała się reszta wydawnictw zagranicznych PPS i gdzie istniała księgarnia partyjna oraz biblioteka i archiwum, że można spróbować dalszego przenoszenia Komitetu Zagr. do Galicji.

Istotnie wkrótce i Jędrzejowski stanął na gruncie galicyjskim, na razie we Lwowie, gdzie miał zamiar zapoznać się bliżej z praktyką księgarską, nosiliśmy się bowiem z planami szerszej działalności wydawniczej. Zachowaliśmy na wszelki wypadek adres londyński, jako adres Komitetu Zagranicznego, jakkolwiek wtajemniczeni towarzysze zostali poufnie zawiadomieni, że Centrum Oddziału Zagranicznego było w Galicji, a ja spełniałem (zawsze pod nazwiskiem L. Płochockiego) funkcje sekretarza Komitetu Zagranicznego PPS.

Od r 1903 Galicja staje się coraz bardziej podstawą operacyjną naszej działalności partyjnej. Tu przebywa coraz więcej towarzyszy z zaboru rosyjskiego. Łatwość komunikacji z Krakowem i Lwowem stopniowo niejako zaciera granicę między zaborem austriackim a rosyjskim i w przededniu pierwszej rewolucji rosyjskiej w r. 1905 na gruncie galicyjskim tworzy się jeden z najpotężniejszych ośrodków ruchu w Królestwie. Tu się odbywają konferencje, tu czasowo przebywają wszyscy, komu depczą po piętach szpicle rosyjscy, tu drukuje się wydawnictwa dla zaboru rosyjskiego – częściowo legalnie, częściowo nielegalnie.

W roku 1905 wszyscy emigranci z zaboru rosyjskiego, a wraz z nimi sporo „zasymilowanych” przez nich Galicjan, jedzie „na robotę” do zaboru rosyjskiego i w ten sposób „zagraniczna” robota PPS ulega nagłej przerwie. Jednak nie na długo. Szalejąca reakcja porewolucyjna wyrzuca na grunt galicyjski olbrzymią liczbę uchodźców z Królestwa. Znowu wypełniają się szeregi sekcji zagranicznych PPS, znowu poczyna kipieć praca wśród emigracji. W Galicji odbywają się konferencje i zjazdy PPS, tu organizowane są akcje bojowe, stąd idą do kraju transporty bibuły, tu zarysowują się coraz głębiej sięgające różnice i sprzeczności między tzw. lewicą a tzw. prawicą partyjną, tu wreszcie – po rozłamowym zjeździe wiedeńskim w r. 1906 – powstaje Frakcja Rewolucyjna PPS, stąd wyjeżdżają do „kraju” (jak w dalszym ciągu nazywano zabór rosyjski) jej kierownicy.

W miarę wzrostu reakcji stołypinowskiej i kurczenia się naszego ruchu w „kraju”, Galicja znowu staje się na dłuższy przeciąg czasu właściwą bazą PPS. Prawie wszyscy wybitni członkowie ciał kierowniczych partii mieszkają w Galicji, tylko dojeżdżając – i to coraz rzadziej – do właściwego terenu swej działalności. Jeszcze bojowcy ze Stanisławem (Tomaszem Arciszewskim) na czele uwijają się po kraju, ale i im jest coraz ciaśniej, więc wędrują po kolei do Galicji, skąd przekradają się za kordon dla tej czy innej akcji.

Władze partyjne starają się zapobiec dotkliwie odczuwanemu brakowi nieskompromitowanych sił kierowniczych przez tworzenie w Galicji szkół partyjnych. Po wsypaniu się drukarni „Robotnika” na Foksalu i po zwinięciu drukarni kijowskiej, „Robotnik” przenosi się na stałe do Krakowa, tak samo jak „Górnik”, „Świt” częstochowski i inne wydawnictwa lokalne. W końcu zaciera się wszelka różnica między robotą krajową a „zagraniczną”, jakkolwiek Oddział Zagraniczny z jego sekcjami w Europie Zachodniej i Ameryce, zasilanymi świeżym dopływem emigracji porewolucyjnej, istnieje w dalszym ciągu. Obsługuje go teraz Wydział Zagraniczny, utworzony analogicznie do innych Wydziałów PPS.

Wydział ten wraz z jego sekretarzem w osobie podpisanego, dotrwał do wybuchu wojny, kiedy wszelki kontakt jego z Zachodem został zerwany, a jego członkowie wraz z ogółem czynnych towarzyszy znaleźli się w szeregach wojskowej i cywilnej organizacji strzelców Piłsudskiego, czynem realizując hasła, które w ciągu tylu lat słowem i pismem głosili.

Leon Wasilewski

_________________

Powyższy tekst Leona Wasilewskiego pierwotnie został opublikowany w „Księdze pamiątkowej PPS – w trzydziestą rocznicę”, Nakładem Spółki Nakładowo-Wydawniczej „Robotnik”, Warszawa 1923. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł, ze zbiorów Remigiusza Okraski.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *