Kazimierz Lipczyński

Z lat rewolucyjnych w Kaliszu

[1933]

Urodziłem się w Kaliszu dn. 16 lutego 1879 r. z ojca szewca, Antoniego Lipczyńskiego i z matki, Florentyny z Janasików. Ojciec mój zmarł w drugim roku mego życia, w wojsku rosyjskim na Kaukazie. Po śmierci ojca matka zamieszkiwała u rodziców jego przez czas jakiś na wsi pod Kaliszem, następnie zaś wyprowadziła się do Kalisza, gdzie zajmowaliśmy, wspólnie z jakimiś starymi pannami, mieszkanie w głębokiej suterynie przy ulicy Warszawskiej. Matka chodziła do prania po różnych domach. Wstawała o godzinie 5 rano i wracała o 9 wieczorem, otrzymując za tę pracę 30 kop. dziennie i utrzymanie. W 5. roku życia matka zaczęła uczyć mnie czytać (sama czytała tylko drukowane), później posyłała mnie do pewnej Niemki, p. Gregier, która potajemnie uczyła po polsku. W 7. roku zacząłem uczęszczać do szkoły elementarnej, w której nauka odbywała się po rosyjsku, a język polski był wykładany dwa razy tygodniowo. Religię, również dwa razy tygodniowo, wykładał po polsku ks. Księzki, u którego byłem prymusem. Nauczycielem w pierwszej klasie był Polak, Antonow, uczący trzy oddziały, w drugiej klasie uczył również Polak, Nowak, w dwóch oddziałach, śpiew był prowadzony również po rosyjsku. Kiedyśmy śpiewali „Boże cara chrani”, to ja śpiewałem – „zabij”; raz nawet nauczyciel coś zauważył.

Kiedy byłem w drugiej klasie, odumarła mnie matka – z przepracowania, na zapalenie nerek i puchlinę. Matka moja była bardzo religijna, należała do bractwa Św. Antoniego i do trzeciego zakonu św. Franciszka. Ja otrzymałem religijne wychowanie. Nie zważałem na porę roku ani na pogodę, ale co dzień przed szkołą musiałem wysłuchać mszy św., a do spowiedzi chodziłem co tydzień. Byłem bardzo lubiany przez ks. Księzkiego, któremu służyłem co dzień do mszy w kościele pobernardyńskim. Po śmierci matki, kiedy wychowaniem moim zajęła się babka, matka ojca, wszystko się skończyło. Najpierw przestałem chodzić do kościoła z powodu zbyt znacznego oddalenia, później do szkoły, bo babka uznała, że szkoły mam już dosyć, przy tym byłem potrzebny do roboty domowej. Dziadkowie moi posiadali trzymorgowe gospodarstwo ogrodowe i domek. Dziadek był dekarzem, babka zajmowała się praniem dla obcych ludzi. Zacząłem więc chodzić z dziadkiem do roboty, później zaś nawet do murarki. Ale ta praca była dla mnie za ciężka, bo trzeba było pracować od godziny 5 rano do 7 wieczorem, a wapno w faskach nosić na głowie, taki bowiem był zwyczaj w Kaliszu. Wobec tego oddano mnie na naukę do krawca Gergowicza przy ulicy Mariańskiej. Tam było już nieco lżej, bo do pracy chodziłem od 8 do 9 wieczorem; również i tu był taki zwyczaj. Później i tego mu było za mało, więc my, uczniowie, musieliśmy pracować od 6 do 2 w nocy, dopóki majster nie przyszedł pijany z szynku i nie kazał iść spać. Za taką ciężką pracę morzono nas jeszcze głodem. Nieraz po całych tygodniach nie widzieliśmy chleba, karmiono nas tylko kartoflami, jak prosięta, w dodatku jeszcze i o biciu majster nie zapominał.

Do owego czasu o polityce miałem bardzo słabe pojęcie. Wiedziałem tylko, że jesteśmy Polakami w moskiewskiej niewoli. Często słyszałem coś niecoś o kosynierach, o powstaniu lub też jakąś piosenkę narodową – czy to od babki, czy też od kogo obcego. Tej wiedzy byłem bardzo chciwy. Chętnie też rozmawiałem z rówieśnikami, a zwłaszcza z mądrzejszymi lub przynajmniej z takimi, którzy chcieli za mądrzejszych uchodzić. Z książek znałem tylko szkolne i religijne. Historii Polski w szkole nie uczono, tylko rosyjską. Mimo tego dowiedziałem się bardzo dużo o królach polskich z Wypisów Polskich, a mianowicie o Bolesławie Chrobrym, Kazimierzu Wielkim, Sobieskim i innych. Miałem przyjaciela, niejakiego Kantorskiego, którego ojciec był posługaczem w kościele księży Reformatów. Przez niego Kantorski korzystał z biblioteki kościelnej. Od niego dowiedziałem się o trylogii Sienkiewicza, której treść opowiedział mi bardzo szczegółowo i ciekawie, bo miał dar opowiadania, a ja byłem dobrym słuchaczem. Bardzo wiele nauczyłem się w terminie, bo krawcy są dosyć rozwinięci politycznie, jak mówił pewien żandarm rosyjski. Między czeladnikami był niejaki Patrykąt z Konina, wielki patriota, który miał różne śpiewniki narodowe i pełne zeszyty pieśni. Od niego skorzystałem bardzo dużo [1].

W 15. roku ukończyłem 3-letnią naukę i jako czeladnik krawiecki pojechałem do Warszawy. Nie byłem jeszcze zdolny zapracować na siebie, lecz musiałem się jakoś utrzymać. Warszawa wywarła bardzo duży wpływ na moje pojęcia o polityce. Dowiedziałem się, że akademicy urządzają pochody na 3 maja, dowiedziałem się o powstaniu listopadowym i styczniowym, chodziłem oglądać grób pięciu poległych. Dowiedziałem się wreszcie, że za to wszystko można być przez żandarmów aresztowanym i osadzonym w Cytadeli. Zwiedzałem różne zabytki polskie i różne starożytności.

W roku 1895 widziałem, jak Warszawa obchodziła koronację cara Mikołaja II. Wszędzie było pełno wojska i policji, świątecznie odzianych. Na placach były poustawiane stoły, gdzie darmo rozdawano jedzenie i picie, a nawet nakrycia każdy na pamiątkę zabierał. Bardzo mało osób korzystało z tej darmochy, przeważnie tylko szumowiny Warszawy. Choć byłem głodny, wstydziłem się jednak korzystać z darmochy. Mimo że za jadło i napoje miano carowi życzyć zdrowia, jednak nikt mu tego nie życzył. Wieczorem całe miasto było udekorowane, okna oświetlone świecami, gdyż wyszedł taki nakaz. Na ulicy roiło się od ludzi ciekawych – pieszych i jadących powozami. Na twarzach ich nie było ani cienia radości, przeciwnie, znać było smutek, a wielu mówiło: „Czy my się doczekamy kiedy koronacji polskiego króla w Warszawie?”. Nieco radości wywołała wiadomość, że 3 tysiące ludzi w Moskwie podusiło się przy wódce… Zaczęto się cieszyć i wróżyć carowi nieszczęście.

W tym czasie doszła do mnie w Warszawie wiadomość o PPS i jej działalności – w ogromnej tajemnicy. Dostałem odezwę majową, ostro występującą przeciwko carowi, później numer „Robotnika” z opisem koronacji carskiej. Dowiedziałem się, że socjaliści występują przeciw możnowładcy, a są przyjaciółmi ludzi pracujących, i to mi bardzo zaimponowało.

Musiałem wyjechać z Warszawy do Kalisza i skutkiem tego straciłem kontakt z partią. Po powrocie do Kalisza czułem się już wyższym od innych i zacząłem innym kolegom imponować. Z Kalisza w roku 1898 wyjechałem do Łodzi, gdzie pracowałem jako czeladnik krawiecki od marca do sierpnia, następnie wyjechałem, a raczej poszedłem pieszo do Częstochowy, gdzie się zatrzymałem przez czas dłuższy. Tam zapoznałem się z wieloma młodymi ludźmi, z którymi prowadziłem rozmowy polityczne. Mieliśmy zamiar założyć towarzystwo dramatyczne, ale wszystko skończyło się na sprowadzeniu kilku dramatów nie nadających się dla amatorów, jak Szekspira itp., które z zajęciem czytałem, tak samo jak inne książki.

Do żadnego stronnictwa nie należałem. Legalnych nie było, a do nielegalnych nie było sposobności. Jesienią pewnego wieczora, przechodząc koło szpitala Panny Marii, zauważyłem grupkę ludzi przy wozie z człowiekiem. Jak się dowiedziałem, był to szpieg Szancenberg, zabity przez PPS-owca Czerwińskiego. Od tej pory zacząłem więcej myśleć o polityce. Od czasu do czasu, choć bardzo rzadko, dochodziły mnie broszury i odezwy PPS, lecz bliższego kontaktu z towarzyszami nawiązać nie mogłem. Byłem jeszcze młody i nie pracowałem w fabryce, tylko prywatnie.

W listopadzie 1898 ożeniłem się w Częstochowie z panną Martą Anną z Chartlińskich. W rok później urodził mi się syn, Marian. W styczniu 1900 roku zacząłem pracować jako pomocnik laboranta na Rakowie pod Częstochową. Pracowałem tam do września. W fabryce zachodziły często spory pomiędzy robotnikami a władzami fabrycznymi, przeważnie na tle ekonomicznym, ale do poważniejszych zajść nie doszło. Na 1 maja ukazały się odezwy, które wywołały wielkie wrażenie: od tej chwili zaczęto wierzyć, że ktoś zajmuje się sprawami ludu pracującego. Nie miałem kontaktu z partią, ale już przy sposobności umiałem się nieraz dość jasno wyrazić.

Wyjechałem z rodziną do Kalisza, gdzie miałem stawić się do wojska, ale mnie nie przyjęto z braku przepisanej miary co do objętości klatki piersiowej. Jeden ze znajomych, który siedział w więzieniu kaliskim za przypadkowe zabójstwo, wyrobił sobie takie zaufanie u naczelnika więzienia, że ten go wypuszczał na roboty w mieście bez dozoru. W więzieniu kaliskim panowały takie stosunki, że więźniowie kryminalni chodzili sami po mieście, a nieraz i kradli w dzień i w nocy. Pewnego razu ów znajomy odwiedził mnie wraz z jeszcze jednym aresztantem, Kwiatkowskim. Kwiatkowski był młodzieńcem przebiegłym, roztropnym. Gdy spostrzegł u mnie kilka książek i biblię, wszedł ze mną w rozmowę, z której dowiedziałem się, że jeden z więźniów politycznych pracował w kancelarii więziennej i nauczył go robić hektografy, a nawet mu jeden zrobił. Nazajutrz Kwiatkowski przyniósł mi go i objaśnił mnie, jak się go robi i jak się z nim trzeba obchodzić. Bardzo się ucieszyłem, że posiadam hektograf, na którym będę mógł odbijać różne odezwy przeciw Moskalom.

Od pewnego czasu odnowiłem przyjaźń z kolegą szkolnym, Stradowskim, który przynosił mi „Robotnika”, odezwy i broszurki PPS. Prenumerowaliśmy z nim do spółki różne postępowe gazety i kupowaliśmy książki. Oprócz literatury postępowej i socjalistycznej czytałem pismo krakowskie „Polaka”, którego mi od czasu do czasu dostarczał stolarz, Józef Muszyński, bo trzeba wiedzieć, że podówczas najwięcej zajmowali się polityką stolarze z fabryki fortepianów Fabigera.

Ze Stradowskim często rozmawialiśmy o polityce i w końcu porozumieliśmy się zupełnie. Tymczasem towarzysze, od których on otrzymywał literaturę, zostali aresztowani i osadzeni w więzieniu. W tym czasie w więzieniu znajdowali się członkowie PPS: rzeźbiarz Szadkowski, stolarz Lipiński, stolarz Trzewuski i inni, których nazwisk nie pamiętam. Skutkiem aresztowań cała praca partyjna w Kaliszu ustała i żandarmi cieszyli się, że całą partię mają pod kluczem, trzeba więc było złemu zaradzić.

Mając hektograf, postanowiłem skorzystać ze sposobności i odbić jakieś odezwy. Projekt swój przedstawiłem Stradowskiemu, który go też przyjął. Było to podczas wojny rosyjsko-japońskiej, która bardzo rozpolitykowała Polaków. Wszyscy pragnęli przegranej Rosji, bo w tym widzieli odrodzenie Polski. W połowie kwietnia 1904 z niewiadomej mi przyczyny wybuchł bunt i awantura w więzieniu. Wezwane do stłumienia buntu wojsko strasznie pobiło i poraniło więźniów politycznych. Nazajutrz postanowiliśmy ze Stradowskim wydać odezwę, a raczej sprawozdanie z bestialskiego czynu biurokratów moskiewskich. Stradowski miał ułożyć odezwę i napisać na oryginale, ja zaś miałem odbić na hektografie.

Trzeba było hektograf doprowadzić do porządku. Z uszczerbkiem mojego budżetu kupiłem żelatynę, glicerynę, ramę, atrament i papier, co wszystko z różnych sklepów przynosiła mi żona, która mi w tym pomagała. Wieczorem hektograf był gotów do użytku. Stradowski przyniósł mi trzy napisane oryginały, bo z jednego mogłem odbić tylko 60 egzemplarzy. Całą noc pracowaliśmy z żoną, a na rano było około 200 egzemplarzy gotowych. Praca nasza była podzielona w następujący sposób: Stradowski redagował, pisał na oryginale i kolportował, ja zaś odbijałem i przechowywałem hektograf.

Odezwa nasza wywołała wielkie wrażenie wśród ogółu i była tematem rozmów w całym Kaliszu, ponieważ i fakt omawiany w odezwie, i data jej były tak świeże, że nie mogła ona być skądinąd przywieziona. Odezwa była pisana w duchu niepodległościowym, wzywała do wystąpienia zbrojnego przeciw najazdowi moskiewskiemu i zaopatrzona była w podpis Tow. Polskiej Partii Socjalistycznej w Kaliszu. Jaką radość mieliśmy z tej odezwy, ten tylko może określić, kto takie rzeczy przechodził. Również i na żandarmów zrobiła ona ogromne wrażenie, gdyż jeden egzemplarz posłaliśmy do biura żandarmerii.

Trochę później odbiliśmy odezwę na 1 maja i wydaliśmy jeszcze kilka odezw dla urobienia opinii publicznej i poruszenia jej do dalszej pracy nad odbudowaniem Polski. Z partią nie mieliśmy żadnego kontaktu. Dopiero w sierpniu tego roku przyjechał do Kalisza agitator z CKR pod pseud. „Ludwik” lub „Antoni” (Arciszewski). Przywiózł nam „Robotnika” i trochę innej literatury, na którą czekaliśmy z upragnieniem. Odbyło się kilka zebrań u mnie i w innych mieszkaniach. Tam zapoznałem się z innymi ludźmi, jak tow. Borczyński, Kmiecik, Kluczyński, Pióro itd. Po niejakimi czasie z „Ludwikiem” przyjechał z CKR „Ryszard”, który przemawiał na zebraniach konspiracyjnych, organizowanych przeze mnie i innych towarzyszów. Wszyscy z zajęciem słuchali jego przemówień i pytali, kiedy nadejdzie czas wystąpienia. „Ryszard” zawiązał w Kaliszu komitet PPS, do którego należałem i ja, jako przewodniczący (pod pseud. „Hipolit”), Kmiecik, Stradowski (pseud. „Wacek”), Józef Kulczyński (pseud. „Ignac”). Cała praca spoczywała na mnie, jako na przewodniczącym, i nigdy się od pracy nie wymawiałem. Pracowałem z zamiłowaniem, nie dla honoru albo stanowiska, tylko dla dobra ojczyzny, dla sprawy polskiej i biednego robotnika. Spodziewałem się i wierzyłem, że zwycięstwo nastąpi.

Oprócz literatury tow. „Ryszard” zostawił mi trzy flakoniki ze „smrodem”, z którego przy sposobności mieliśmy skorzystać. Od założenia komitetu robota z każdym dniem posuwała się naprzód. Komitet postanowił pewnej niedzieli październikowej urządzić pochód demonstracyjny. Na to pierwsze nasze wystąpienie przyjechał tow. „Ludwik” dla pomocy nam. Sztandar został zrobiony przez jedną z towarzyszek i przyniesiony gotowy przez tow. „Ludwika”, żona tow. Wolniewicza, stolarza, zaniosła wręczony jej przeze mnie sztandar do kościoła. Po skończonym nabożeństwie razem z wychodzącymi z kościoła ruszyliśmy ze sztandarem i ze śpiewem „Czerwonego Sztandaru”. Ku naszemu nieszczęściu u narożnika ulicy Grodzkiej przechodził policmajster z dwoma policjantami, którym kazał sztandar odebrać. Policjant z bojaźnią podchodził do chorążego, lecz ten rzucił sztandar i uciekł, i cała demonstracja została rozpędzona.

Wieczorem tegoż dnia odbywało się u mnie zebranie komitetowe. Do mieszkania mojego przyszło dwóch wachmistrzów policji, którzy zabrali mnie do sprawdzenia, czy to nie ja niosłem ten sztandar, ponieważ jeden ze znajomych wygadał się, że widział mnie wychodzącego z kościoła w pobliżu sztandaru. Policja jednak stwierdziła, że nie niosłem sztandaru, wobec czego zaraz mnie zwolniono. Chorążego jednak wykryto i aresztowano po kilku dniach. Został on skazany wyrokiem sądu warszawskiego na 9 miesięcy więzienia.

W listopadzie tegoż roku Czerwony Krzyż pod przewodnictwem gubernatorowej Nowosilcowej urządzał w sali ratuszowej raut, na który zeszła się cała klika moskiewska. Postanowiliśmy im ten raut zepsuć. Daliśmy murarzowi, Józefowi Kubiaczykowi, szklaną rurę ze „smrodem” i wysłaliśmy go na raut, kupiwszy bilet na galerię. Na początku uroczystości, kiedy miała wystąpić gubernatorowa, ów murarz nadepnął rurę i zaraz potem wyszedł. W całej sali zapanował tak straszny smród, że uroczystość przerwano i goście musieli rozejść się. Chciano salę wywietrzyć, ale było to niemożliwe. Kubiaczyk przyszedł z sali ratuszowej do mnie, ale jeszcze tak śmierdział, że musiano mu dać inne ubranie i buty. Nazajutrz aresztowano go, ale ponieważ już nie śmierdział, więc go trzeciego dnia zwolnili, nie mogąc mu niczego dowieść.

W grudniu 1904 roku ogłoszono mobilizację. Partia postanowiła nie dopuścić do tego, aby wojska były na czas wysłane. Wzięci do wojska mieli się nie bić i poddawać się Japończykom. Przybyła nowa praca, znowu trzeba było wydawać odezwy, aby ludzie nie szli na rzeź. Mieliśmy ogromny posłuch, bo nikt nie chciał iść na niechybną śmierć. Namawialiśmy do dezercji, toteż bardzo wielu posłuchało: kto mógł, wyjeżdżał do Niemiec, do Ameryki lub gdzie się dało, a przy tym ułatwialiśmy wszystkim przejście przez granicę. Dnia 23 grudnia przyjechał „Ludwik” z różnymi informacjami i tajnymi okólnikami CKR. Wieczorem tegoż dnia odbyło się posiedzenie komitetu, na którym postanowiliśmy opóźnić wyjazd zapasowych na front przez wysadzenie mostu kolejowego. Stradowski pojechał natychmiast do Łodzi po materiały wybuchowe i wrócił stamtąd nazajutrz z walizą pełną dynamitu. Razem z nim przyjechał jeden towarzysz celem sfabrykowania bomby i wysadzenia mostu. Dnia 24 grudnia zamiast kolacji wigilijnej w mieszkaniu moim robiono bomby. Przy pracy tej byłem czynny wraz z moją żoną. Około godziny 11 bomba była gotowa. Wyruszyli z nią nieznany mi mężczyzna z Łodzi i Stradowski. Chciałem i ja iść, lecz mi nie pozwolono, ponieważ miałem żonę i dziecko, chore na tyfus. Wrócili rano, nic nie załatwiwszy, bo w ciemną noc, nie znając dokładnie terenu, nie znaleźli odpowiedniego miejsca na założenie bomby. Robiłem im wymówki za ich niedołęstwo. Nazajutrz rano chciałem iść sam, lecz znowu mi nie pozwolono, poszli więc ci sami, ale powrócili z niczym, ponieważ most był już obstawiony wojskiem. Dnia 26 grudnia umarł mi 5-letni syn z powodu niedopilnowania w chorobie. Towarzysze, między innymi Borczyński, robili mi częste wymówki, że, zajmując się sprawami partyjnymi, za mało opiekuję się rodziną. Ale ja na nic nie zważałem i pracowałem dalej.

W styczniu 1905 roku żona z trzymiesięcznym dzieckiem poszła do szpitala. W tym czasie zaszły słynne wypadki w Petersburgu – pochód robotników z popem Gaponem na czele pod pałac carski, zakończony krwawą rzezią. Znowu więc zwaliła się na mnie świeża robota: zebrania, wydawanie odezw, kolportaż itp. Otrzymaliśmy nakaz z CKR, aby urządzić w Kaliszu ogólny strajk polityczny i pochody ze sztandarami, nie cofając się nawet przed przelewem krwi.

Było nas w Kaliszu zorganizowanych około 20 ludzi, rozrzuconych po rozmaitych warsztatach pracy. W Komitecie PPS postanowiliśmy wywołać ruch w poniedziałek, ale dopiero w środę udało nam się zatrzymać od godziny 1. fabrykę haftów Danzigera. Około dziesięciu ludzi wtargnęło do tej fabryki, ogłaszając strajk powszechny. Wszyscy robotnicy chętnie porzucili pracę, bo tylko czekali hasła. Z fabryki Danzigera wszyscy robotnicy w zwartych szeregach ze śpiewem „Czerwonego Sztandaru” poszli pod fabrykę Frenkla, następnie do Meissnera itd. Fabryka stawała za fabryką. Ja zostałem wybrany przez komitet na kierownika ruchu. Po wybuchu strajku zacząłem odbijać odezwy o strajku i żądania polityczne. Odezwy i żądania były zaopatrzone w hasła: „Precz z carem! Precz z despotą! Niech żyje rewolucja! Niech żyje wolna Polska!”. Wszystkie fabryki stały, a robotnicy chodzili pochodami demonstracyjnymi ze śpiewem i antyrządowymi okrzykami.

W pierwszym dniu wszystko odbyło się planowo. Co chwila przychodził jeden z towarzyszy po instrukcję, zabierając odezwy i żądania. Najwięcej pracował Stradowski. Na ulicy wybijali się przygodni przywódcy, którzy rej wodzili, bezwiednie wykonując to, cośmy zarządzili. Z tłumu wyróżniali się Michał Przerębel, Sylwin Niedzielski i inni. Wreszcie zgromadziło się kilka tysięcy osób, przeważnie robotników i małych Żydków, i cały pochód ruszył pod gazownię, która już była obstawiona wojskiem. I tam robotnicy porzucili pracę. Wszędzie dawały się słyszeć okrzyki przeciwrządowe: „Precz z carem!”, „Precz z Moskalami!”, „Precz z despotą”, „Niech żyje wolna i niepodległa Polska!”, „Niech żyje król Polski!”, a Żydki krzyczeli: „Niech żyje Kazimierz Wielki!”. Wszędzie tworzyły się grupki, do których przemawiali nasi ludzie. W parku o zmroku zebrało się około tysiąca osób, do których przemawiałem ja i tow. Michalski. Wieczorem przyszli do mnie przedstawiciele szkół średnich, aby im przysłać pomoc przed szkołę celem wywołania strajku szkolnego w gimnazjum filologicznym, co też zarządziłem. Tegoż dnia odbyło się zebranie komitetowe, na którym zapadła uchwała co do dalszej pracy.

Wieczorem miasto wyglądało dziwnie: sklepy pozamykane, światło pogaszone, policji nigdzie nie widać, wszędzie pełno ludzi, pytających – co robić dalej. Dopiero w nocy pojawiły się patrole wojskowe, które rozpędzały tylko grupy wznoszące okrzyki antyrządowe. Wydałem rozporządzenie rozejścia się, a na rano wyznaczyłem zbiórkę na Starym Rynku.

Ze Starego Rynku ruszyliśmy przed gubernię, do gubernatora Nowosilcowa, celem wręczenia mu żądań. Gubernator zażądał wybrania delegacji, ale ta nie została wybrana z obawy przed aresztowaniem, wyszło tylko kilku robotników, którzy wręczyli gubernatorowi deklarację. Gubernator obiecał sprawę rozpatrzeć, zasięgając opinii wyższych władz. Następnie pochodem udano się przed gimnazjum męskie filologiczne, gdzie uczniowie wręczyli swoim przełożonym petycję z żądaniem zaprowadzenia języka polskiego jako wykładowego w szkołach i ze śpiewem opuścili szkołę, przyłączając się do pochodu. Następnie poszli przed gimnazjum żeńskie, a w końcu przed gimnazjum realne. Również i w szkołach powszechnych ogłoszono strajk o zaprowadzenie języka polskiego.

Tak tego dnia, jak też i następnych przez cały czas trwania strajku ludzie zbierali się grupami, czy to w dzień, czy w nocy, wznosząc okrzyki antyrządowe. Wojsko było w pogotowiu, aby rozpędzać demonstrujących, a nawet gdzieniegdzie słychać było strzały, lecz do rozlewu krwi nigdzie nie doszło. Młodzież żądała broni. Mieliśmy wprawdzie kilka rewolwerów, ale były to stare i nic albo też niewiele warte. Codziennie zbierał się Komitet PPS, aby radzić, co dalej począć. W sobotę postanowiłem urządzić większą demonstrację ze sztandarami i z bojówką w niedzielę. Chcieliśmy ostatecznie wystąpić z bronią. W niedzielę około dziesiątej przed południem przysłał nam znany na gruncie Kalisza działacz z partii narodowej, adwokat Alfons Parczewski, wezwanie na konferencję. Ponieważ mnie w domu nie zastano, poszedł sam tow. Michalski, którego Parczewski przekonał o bezcelowości rozlewu krwi, żądając odwołania demonstracji. Na to nasz towarzysz zgodził się i samowolnie odwołał o godz. 12 w południe demonstrację, która miała się odbyć około 3. po południu. Nie byliśmy w możności zwołać drugiej, ponieważ trzeba było strajk zakończyć.

W poniedziałek strajk zakończono. Lecz, mimo to, walki nie zaprzestano, tylko zaczęto się organizować. Jedynie szkoły strajkowały. Chcieliśmy wysadzić pomnik Aleksandra II przed Sądem Okręgowym, W tym celu chodził tam kilka razy z bombą Stradowski, ale zawsze zachodziła jakaś przeszkoda w wykonaniu tego zamiaru. Chodził i Kubiaczyk, ale również bez skutku. Po ukończeniu strajku zaczęły się aresztowania, przeważnie tych, którzy się wybili w czasie strajku, jak Przerębel i Niedzielski.

Od czasu do czasu, co jakieś dwa tygodnie, przyjeżdżał „Ludwik”, przywożąc za każdym razem literaturę, „Robotnika” i inne pisma, jak również i okólniki CKR oraz trochę broni. Brał on również udział w zebraniach. Rzadziej przyjeżdżał „Ryszard”, który zostawił adres do Krakowa, do tow. Leona Wasilewskiego. Przysyłano nam z Łodzi towarzyszy skompromitowanych, których przechowywaliśmy, wysyłając ich później za granicę. Oprócz tego ułatwialiśmy dezercję zagranicę zapasowym. Ponieważ spodziewano się, że mogę być i ja aresztowany, przeto kazano mi wyjechać do Krakowa, co też uczyniłem. W lutym wyjechałem z Kalisza do Krakowa z żoną i pięciomiesięcznym synem. Tam zaopiekował się mną tow. Leon Wasilewski. Spotkałem się również z „Ryszardem” i innymi. Raz wysłano mnie do kraju z literaturą, którą miałem przewieźć przez Kalisz, a która została na składzie w Skalmierzycach przez żandarmerię niemiecką zabrana. Ledwie uniknąłem aresztowania, ostrzeżony przez znajomych furmanów.

W Krakowie, przy ulicy Krupniczej 2, utrzymywałem schroniska dla bardziej skompromitowanych w kraju, potrzebujących pomocy za granicą. Tow. Wasilewski wprowadził mnie na kilka zebrań dyskusyjnych o niepodległości Polski i wystąpieniu zbrojnym. W maju 1905 r. na jednym z takich zebrań był, zdaje mi się, tow. Piłsudski.

Po wydaniu przez cara Mikołaja II znanego manifestu październikowego powróciłem w grudniu do Kalisza, gdzie zamieszkałem przy ulicy Babinnej i znowu zacząłem pracować w PPS. Udało mi się nawiązać stosunki z żołnierzami 15 pułku ułanów, stojącego w Kaliszu. W poniedziałek 19 grudnia 1905 odbyło się w moim mieszkaniu zebranie ośmiu żołnierzy, którzy zobowiązali się wywołać bunt w pułku i zgładzić pułkownika Kellera. Na zebraniu tym byli tow. Kunk i tow. Promyk, którzy agitowali wśród żołnierzy i rozdawali im broń do zaczęcia buntu. Ciż sami żołnierze w godzinę po zebraniu aresztowali mnie, przyprowadziwszy do pomocy sobie całą rotę wojska z oficerem na czele. Aresztowanie nastąpiło około 10. wieczorem na ulicy Babinnej przez oddział uzbrojonych żołnierzy z nabitymi karabinami pod dowództwem oficera z obnażoną szablą. Wojsko to szło środkiem ulicy, prowadzone przez kilku żołnierzy, którzy podeszli do mnie, wymieniając jakieś słowa, i schwycili za ręce, widocznie obawiając się, abym do nich nie strzelał. Po zrewidowaniu schwycili pod ręce i wprowadzili w środek wojska, bijąc przez całą drogę to z przodu, to z tyłu. W ten sposób zaprowadzili mnie do korpusu na posterunek warty. Tam znęcali się nade mną, mimo żem leżał na ziemi, bijąc i kopiąc aż do przyjścia pułkownika. Ponieważ nie mogłem się ruszyć, kazał mnie podnieść, co uczynił jeden z żołnierzy, który mnie tak postawił przy piecu, że się ten rozwalił. Na drugi dzień co chwilę przychodził jakiś oficer celem obejrzenia sobie tego „miatieżnika”, a jeden nawet uderzył mnie pięścią w zęby ze słowami, że kazałby mnie w tej chwili rozstrzelać.

W środę 21 grudnia zawezwano mnie na przesłuchanie. Byłem tak wyczerpany, żem nie mógł iść, bo przez te dwa dni nie dano mi nic do jedzenia. Pierwszego przesłuchania dokonał prokurator kaliskiego Sądu Okręgowego, Skarjatin, w obecności sędziego śledczego do spraw ważniejszych. Oskarżono mnie o zdradę stanu przez dążenie do obalenia ustroju państwowego, o wywołanie buntu i o zamach na pułkownika Kellera. Nie wiem, z jakiego powodu przyłączono do mojej sprawy adwokata, Alfonsa Parczewskiego, którego aresztowano nazajutrz po mnie. Oskarżono go, że był na zebraniu żołnierzy w moim mieszkaniu i doręczał im broń, co było kłamstwem. P. Parczewskiego znałem jako powszechnie znaną w Kaliszu osobistość, lecz nigdy z nim nie rozmawiałem. Wiedziałem na pewno, że p. Parczewski był na zebraniu nauczycieli w Hotelu Europejskim. Ze sposobu prowadzenia śledztwa wywnioskowałem, że prokuratorowi chodziło o p. Parczewskiego. Zaprzeczyłem kategorycznie, jakoby p. Parczewski był na zebraniu żołnierskim u mnie, gdzie zauważyłem jedynie nieznaną mi bliżej osobistość, podobną do p. Parczewskiego. Około godziny 10 wieczorem odstawiono mnie wraz z p. Parczewskim do więzienia kaliskiego na wozie wojskowym, otoczonym silnym oddziałem wojska. Osadzono mnie w pojedynczej celi, a p. Parczewskiego w osobnej.

Przez długi czas byłem bardzo strzeżony i mogłem porozumiewać się jedynie przez aresztowanych kryminalistów, przez których wysyłałem i otrzymywałem listy z miasta. W więzieniu siedziało kilku politycznych – za rozbicie więzienia, pomiędzy innymi Rudnicki, Wolski, Brodzki, Granus, lecz skomunikować się z nimi mi nie pozwolono. Przesyłano mi tylko tytoń, korespondencję i żywność. 23 grudnia o godzinie 2 rano przyjechał do więzienia prokurator Skarjatin z rozkazem telegraficznym prokuratora warszawskiej Izby Sądowej uwolnienia p. Parczewskiego, który wraz z nim opuścił więzienie. Telegram był sfałszowany. Tegoż dnia o 6 rano wprowadzono stan wojenny i generał-gubernatorem mianowano gen. Kozłowskiego. P. Parczewskiego miano aresztować ponownie, lecz udało mu się uciec z Kalisza – z domu już obstawionego wojskiem.

Teraz zaczęli do więzienia napływać nowi goście – z Narodowej Demokracji: wójtowie, którzy po manifeście w swoich gminach wprowadzili język polski, pisarze gminni, sędziowie gminni, inżynierowie, właściciele majątków, rządcy, prawie wszyscy za udział w pochodach narodowych. Panowie ci przez różne wpływy wprowadzili do więzienia znośniejsze warunki. Zaczęto też przysyłać więcej żywności z miasta, którą się z nami dzielili. Ale to długo nie trwało, bo szpiedzy donieśli władzom o rozprzężeniu rygoru wojennego. Pewnej niedzieli styczniowej wpadł do więzienia niespodziewanie generał gubernator z wojskiem i zarządził ogólną rewizję. W celach znaleziono pełno gazet, listów pisanych z wolności i na wolność, nawet pijanych. Za takie porządki wydalono pomocnika, a samego naczelnika zawieszono w czynnościach. Trzeba dodać, że i prokurator Skarjatin został zawieszony za wypuszczenie p. Parczewskiego.

Śledztwo w mojej sprawie szło w szybkim tempie i w styczniu 1906 roku zostało ukończone. Po ukończeniu śledztwa przeczytano mi przebieg całej sprawy. Pokazało się, że tegoż samego dnia, kiedy mnie aresztowano, odbyła się w kancelarii gen.-gubernatora Nowosilcowa i pod jego kierownictwem konferencja z naczelnikiem żandarmerii, pułkownikiem 15 pułku ułanów i prokuratorem sądu okręgowego kaliskiego, żandarm i pułkownik żądali sądu wojennego, lecz oparli się temu gubernator i prokurator. W końcu postanowiono skierować sprawę do prokuratora na tej zasadzie, że podczas mojego aresztowania stan wojenny był zniesiony od dziewięciu dni i wprowadzony na nowo dopiero w 3 dni po moim aresztowaniu. Pułkownik Keler zakomunikował gubernatorowi, że ze mną współdziałał p. Parczewski, jak mu donieśli żołnierze. Gubernator widocznie temu nie dowierzał, bo nie wydał rozporządzenia natychmiastowego aresztowania, mniemając, że żołnierze się pomylili, natomiast zawezwał pod jakimiś zmyślonymi pozorami p. Parczewskiego do swej kancelarii, a żołnierzy, którzy brali udział w zebraniu, ukrył w korytarzach zabudowania, aby poznali, czy to jest ten sam, co był na zebraniu. Po przejściu p. Parczewskiego przez korytarz i z powrotem, żołnierze oświadczyli, że to jest ten sam, co był na zebraniu i rozdawał im broń, którą złożyli pułkownikowi. Po opuszczeniu pałacu gubernatora p. Parczewski udał się na ulicę Mariańską, gdzie go aresztowano i haniebnie pobito.

Dnia 22 sierpnia 1906 roku otrzymałem wyrok, skazujący mnie na 3 lata więzienia, z zaliczeniem więzienia prewencyjnego.

Jak już zaznaczyłem, w więzieniu siedziało tylko kilku politycznych za rozbicie więzienia. Po wprowadzeniu stanu wojennego zaczęto sprowadzać każdego, choćby najmniej podejrzanego, i w drodze administracyjnej skazywano go na trzy miesiące, nieraz zaś po odbyciu jednej kary w ten sam sposób skazywano na drugie i trzecie trzy miesiące. Prawie do maja siedziałem sam. Cele w więzieniu kaliskim miały 7 m wzdłuż, 3 wszerz, wysokość 3 i pół metra, okno zaś było tak wysoko, że wyjrzeć przezeń można by było, chyba tylko wszedłszy komuś innemu na ramiona. W celi była jedna „legimata”, tj. łóżko: dwa wałki wmurowane i obciągnięte płótnem, na które na noc kładło się siennik. Kawał płyty żelaznej, wmurowanej w ścianę, stanowił stół, drugi kawał, niżej, służył do siedzenia. Nad stolikiem zawieszony był bilet aresztancki. Do drugiej ściany była wmurowana czworokątna miska metalowa, służąca do mycia, połączona z rurką do spuszczania wody do żelaznego kubła, przez który wszelkie odchody szły do kanału. Mimo przykrycia z kubła wydzielały się wstrętne wyziewy: była to najgorsza zaraza więzienna. O ile siedział w celi jeden aresztant, to jeszcze nic, ale jak nieraz siedziało kilku, to było straszne. Jednym słowem kanalizacja była bardzo wadliwa.

Od samego początku zacząłem się uczyć arytmetyki, niemieckiego, francuskiego, a nawet od Żydów nauczyłem się nieco po hebrajsku – czytać i wiele ustępów na pamięć z biblii. Również duże czytałem, bo biblioteka więzienna była dosyć zasobna i dobra i było w niej dużo dzieł naukowych, ale biblioteka bardzo cierpiała od kryminalnych aresztantów, którzy wydzierali z książek karty na papierosy i specjalnie je niszczyli jako rzeczy „kazionne”.

Początkowo siedziałem sam. Dopiero po kilkutygodniowym pobycie w więzieniu dozorca pozwolił pod sekretem odwiedzić mnie w mej celi tow. Rudnickiemu, z którym znaliśmy się z Krakowa. Siedział on od 8 miesięcy i był ciekaw nowin z wolności. Rozmawialiśmy z nim ze 2 godziny.

W nocy z 31 grudnia na 1 stycznia 1908 roku przyprowadzono do więzienia pierwszą „bojówkę”, jak ją żandarm nazwał. Właściwie spomiędzy przyprowadzonych tylko jeden, Michał Przerębel, należał do Organizacji Bojowej. Reszta – Wróblewski i Michał Rychter – oraz dwóch 15-letnich chłopców – Marszel i Gąchalski – należeli właściwie do ND. Z tych to ludzi żandarmi utworzyli „bojówkę”. Wszyscy oni zostali skazani wyrokiem sądu wojennego na ciężkie więzienie: Przerębel na 6 lat, Rychter i Wróblewski dostali po 4 lata, Marszel i Gąchalski po 2 lata i 8 miesięcy. Wszyscy mężnie przyjęli wyrok.

W styczniu staraniem obywateli Kalisza, w szczególności p. K. Mystkowskiego, założono w więzieniu kuchnię dla politycznych. P. Mystkowski był dostawcą tej kuchni i po jej zlikwidowaniu dołożył 1000 rubli.

Aż do ukończenia śledztwa nie miałem pozwolenia widzenia się z żoną. Musiałem dopiero pisać o pozwolenie do warszawskiej Izby Sądowej i otrzymałem pierwsze widzenie po Wielkanocy. W tym czasie naczelnik więzienia pozwolił mi zająć się pracą, założyłem więc pracownię krawiecką, w której pracowało 4 krawców. Roboty dostarczał Kapłan z Kalisza. Zarobek był marny, bo pewną część trzeba było oddać do kasy więziennej. Robotę do więzienia przynosiła moja żona, co było dobrą okazją do prowadzenia korespondencji, i żona za każdym przybyciem przynosiła całe pliki listów oraz literaturę, z czego korzystali wszyscy polityczni bez różnic partyjnych. Trwało to blisko 3 miesiące, aż w końcu, skutkiem rozmaitych donosów, gen.-gub. Kaznakow kazał pracownię zamknąć. Mimo to żona przychodziła po parę razy w tygodniu do więzienia na widzenie, przynosząc korespondencję. Kilka razy naczelnik więzienia prosił żonę, aby nie nosiła listów ani literatury do więzienia, ale żona zapewniła go, że się tym nie zajmuje, i w dalszym ciągu miewała ze sobą całe pliki papierów. Do żony z listami zwracały się wszystkie partie drogą organizacyjną. Nieraz od żony odbierano listy i literaturę przez kuchnię dla politycznych, która mieściła się w budynku frontowym. Jeden z pracowników kuchni pilnował, jak żona szła, nieznacznie podchodził do niej i paczkę odbierał, żona miała do tego specjalnie zrobioną kieszeń w sukience.

W więzieniu odbywały się egzekucje. Wielkie wrażenie zwłaszcza wywołała jedna z nich: rozstrzelanie tow. Jabłkowskiego na mocy wyroku sądu polowego za zabicie szpiega Galewskiego. Sąd polowy odbył się w więzieniu nazajutrz po zabójstwie. Trwał od 8 wieczorem do 12. Z góry wiedzieliśmy wszyscy, jaki będzie wyrok. Tow. Jabłkowski w ostatniej godzinie przed rozstrzelaniem napisał pożegnanie na mankiecie, który moja żona również doręczyła jego rodzinie. Wyrok został wykonany około 2 w nocy. Około godziny 1 posłyszałem jakieś szmery na podwórzu więziennym od południowej strony, na którą wychodziło moje okno. Wspiąłem się do niego i zobaczyłem kilka sylwetek, krzątających się przy kopaniu dołu w narożniku między murami. W więzieniu panowała cisza grobowa. Wszyscy z zapartym sercem spodziewali się czegoś nadzwyczajnego. Mimo to, że siedziałem w pojedynkę, czułem, że wszyscy czuwają. Nagle posłyszałem, że pod moim oknem powstał większy ruch i jakieś odgłosy, był to oddział żołnierzy. Po chwili dały się słyszeć na korytarzu kroki żołnierzy i zgrzyt klucza wśród głuchej ciszy. Następnie usłyszałem donośny głos: „żegnam was, towarzysze, idę na stracenie!”. Zrozumiałem, że wyprowadzono skazanego na śmierć. Usłyszałem głośne kroki za oknem, wspiąłem się do góry i ujrzałem kilka sylwetek pod murem. Dwie sylwetki odskoczyły i pozostała tylko jedna – i był to skazany. Jeszcze raz donośnym głosem pożegnał się z nami, oznajmiając, że idzie na śmierć, i zaczął śpiewać:

Krew naszą długo leją katy,

Wciąż płyną ludu gorzkie łzy…

Strzał, krzyk, jęk, i ciało runęło na ziemię. Podeszły jakieś dwie sylwetki dla obejrzenia rozstrzelanego. Jak się później dowiedziałem, był to doktor więzienny, który skonstatował śmierć, i oficer. Zaraz po wystrzałach dał się słyszeć w więzieniu odruch protestu: od razu ze wszystkich cel rozległ się dalszy śpiew „Czerwonego Sztandaru”, łoskot i krzyki, co trwało około minuty. Kiedy na korytarz wkroczyło wojsko i zaczęło robić „powierkę”, wszyscy się uspokoili, kładąc się spać. Nazajutrz w więzieniu panował wielki smutek.

Mieliśmy w więzieniu jeszcze jedną egzekucję: rozstrzelano pięciu bandytów, których wywieziono w trumnach i pochowano na cmentarzu Tymickim.

My z PPS trzymaliśmy się razem. Często odbywały się zebrania i wykłady w celi lub sali szpitalnej. Byli to następujący towarzysze: Tołwiński, Rudnicki, Wolski, Brodzki, Przerębel, Borszyński, później Stradowski, Kulczyński, Bajryś i inni, których nie pamiętam. Uchwaliliśmy nawet pod przewodnictwem Tołwińskiego i wysłaliśmy na IX zjazd rezolucję. Również rozpatrywaliśmy, jakie stanowisko zająć w razie wojny Rosji z Niemcami. Prawie jednogłośnie zgodziliśmy się, że trzeba będzie pomagać Niemcom do pobicia Rosji, a następnie snadniej już nam pójdzie z Niemcami.

W trzecim roku mego siedzenia w więzieniu nastały gorsze czasy. Z upadkiem rewolucji poczęto stosować w więzieniu coraz większe represje. Wszyscy pierwsi bojowcy zostali bądź zwolnieni, bądź wysłani. Do Kalisza przysyłano więźniów z innych więzień – z Piotrkowa, Sieradza i Łodzi, wszystkich zakutych w kajdany i skazanych na katorgę. Przychodziły partie po 100 i 200 robotników, a po krótkim czasie wysyłano ich znowu. Cele były przepełnione, trzymano po pięciu, nawet i więcej. Było to okropne z powodów higienicznych. W tym czasie mianowano naczelnikiem więzienia prawdziwego kata, Żyreckiego, który dopiero dał się we znaki, zaprowadzając stosunki nie do zniesienia: skasował kuchnię polityczną i pooddalał dozorców sprzyjających politycznym. Na pół roku przed moim uwolnieniem wsadził mnie na 5 dni ostrego „karcu”, zabraniając zajmować się pracą, żądał od dozorców, abym go prosił o pozwolenie pracowania i o zniesienie obostrzenia, bom jeszcze za karę siedział w pojedynkę. Ale ja nie chciałem go prosić, bo i lepiej było w pojedynkę niż w kilku, tak się już z tym zżyłem.

Pewnego razu starszy dozorca zawołał mnie do magazynu, abym mu uregulował książki. Przyszedł i naczelnik, który zaczął opowiadać, że już jest po rewolucji i że wszyscy jej uczestnicy są w więzieniu i kajdanach. Przyznałem mu to, lecz zaznaczyłem, że w tej rewolucji cały naród nie brał udziału, lecz że w następnej, do której ta była tylko przygotowaniem, naród zwycięży i że my zakujemy wszystkich obecnych ciemiężycieli w kajdany. Na to wszystko wielce się zatrwożył i już więcej o tym nie wspominał.

Z więzienia uwolniono mnie 20 grudnia 1908 r. W owym czasie wskutek obostrzonych stosunków i wysłania najenergiczniejszych ludzi praca była ogromnie utrudniona. Od tej pory zacząłem myśleć o rodzinie i wychowywaniu nowych bojowników o wolność.

Kazimierz Lipczyński

_______________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Niepodległość – czasopismo poświęcone dziejom polskich walk wyzwoleńczych w dobie popowstaniowej” – tom III, zeszyt 1 (5), październik 1930 – marzec 1931. Od tamtej pory nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

[1]: Patrykąt uciekł z wojska rosyjskiego z Konina i wyjechał do Ameryki. Jak się dowiedziałem, wrócił on z wojskiem Hallera jako żołnierz, mimo że miał już 50 lat.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *