Stanisław Nowosiński (Zawierucha)

Z czasów rewolucji 1905 roku i późniejszych walk o niepodległość Polski

[1932]

I

W Zagłębiu Dąbrowskim

Do PPS zostałem wprowadzony przez mego starszego kolegę, Bolesława Gajka, w roku 1903 już jako l6-letni chłopiec. W tym czasie wprowadzenie nowicjusza do szeregów partyjnych związane było z wielkimi ostrożnościami. Prócz poręczeń ze strony wprowadzającego kandydat musiał składać uroczystą przysięgę, że w żadnych okolicznościach i w żadnym wypadku nie zdradzi powierzonych mu tajemnic i nie wyda swych towarzyszy nawet pod groźbą kary śmierci.

Początkowo przynależność do partii polegała na otrzymywaniu nielegalnych wydawnictw do czytania i na uczęszczaniu na zebrania kółka partyjnego, do którego byłem przydzielony. Stopniowo jednak powierzano mi rozpowszechnianie wydawnictw partyjnych i zjednywanie nowych zwolenników. Toteż wkrótce stworzyłem sobie nowe kółko, a później drugie i trzecie. Na zebrania kółek, składających się z 6-10 członków, przybywali często starsi miejscowi towarzysze, jak bracia Łobzowscy, Gajek, bracia Pergier i inni, a czasem nawet przybył któryś z wybitniejszych działaczy partyjnych, jak Arciszewski, Markowski i inni, którzy referowali o celach i zadaniach partii.

Rozpowszechnianie wydawnictw partyjnych odbywało się często w bardzo skomplikowany sposób. Chcąc, by takie wydawnictwa, a szczególnie odezwy, dostały się do szerszych mas robotników, a nawet całego społeczeństwa, uciekaliśmy się do różnych pomysłów i wrzucaliśmy je do mieszkań przez otwarte okna, wtykaliśmy przez szpary drzwi, przyczepialiśmy na klamkach, pozostawialiśmy w miejscach uczęszczanych, pakowaliśmy do kieszeni robotnikom w fabrykach i przechodniom, publiczności w teatrze i modlącym się w kościele. Przyjęty dziś system rozklejania nie był praktykowany, tak ze względu na ewentualność natychmiastowego zrywania, jak i z tego powodu, że przylepionej odezwy przeważnie przechodnie nie czytali, bojąc się, by ich kto nie widział przy tym. Czasem po podrzuceniu takiej „bibuły”, szczególnie przez okno, obserwowaliśmy, jakie to wywoła wrażenie. Bywało, że mieszkańcy podrzucony egzemplarz wrzucali, trwożliwie oglądając się, do pieca, lecz większość czytała, komentując treść odezwy, a było dużo takich, którzy po przeczytaniu oddawali ją swym bliższym lub podrzucali sąsiadom.

W okresie tym, jakkolwiek powoli, to jednak stale zwiększały się szeregi partii, a przy końcu 1904 roku w dzielnicy sieleckiej, do której należała i Pogoń, gdzie mieszkałem, było już kilkanaście zorganizowanych kółek. Jesienią 1904 r., kiedy wojska rosyjskie w wojnie z Japonią ponosiły klęski i zachwiała się potęga caratu, obudziła się nadzieja bliskich wystąpień do walki. Do Zagłębia przyjechało kilku działaczy partyjnych, odbywały się narady i zebrania starszych i pewniejszych towarzyszy i posiedzenia działaczy partyjnych. Posiedzenia takie były urządzane przeważnie w mieszkaniach miejscowych inteligentów sprzyjających ruchowi lub będących członkami partii, jak Bronisław Siwik, W. Kozłowski i innych. Szeregi organizacji zaczęły szybko wzrastać. Celem pobudzenia mas do czynu próbowano urządzić kilka manifestacji.

Pierwsza manifestacja, urządzona przez poborowych, odbyła się w Będzinie, następna w Zawierciu. Była również czyniona próba urządzenia manifestacji w Sosnowcu, ta jednak nie udała się. Manifestacja według ułożonego planu miała się rozpocząć po sumie pod kościołem kolejowym przy ulicy Głównej. Kiedy ludzie zaczęli wychodzić z kościoła, jeden z towarzyszy rozwinął czerwony sztandar, i pochód, złożony z kilkuset ludzi, ruszył ulicą Główną, lecz już naprzeciw dworca kolejowego został rozproszony przez policję i żandarmerię kolejową i z komory celnej. Sztandaru policji nie udało się odebrać, gdyż został ukryty, a drążek od sztandaru przetrącono na głowie usiłującego odebrać go policjanta. W tym dniu zawieszono też kilka czerwonych transparentów na słupach telegraficznych, a po rozproszeniu pochodu jeden z młodych towarzyszy sosnowieckich wpadł na dowcipny pomysł, proponując, by jedną chorągiewkę uwiązać kozłowi, którego on przyprowadzi, do rogów i puścić go na ulicę. Projekt ten został przyjęty i kilku towarzyszy wprowadziło go w czyn. Przyprowadzonemu kozłowi przymocowano chorągiewkę i puszczono go na ulicy Głównej, a kilku małych chłopców z wielką uciechą popędziło go w stronę dworca. Policja, nie mogąc kozła pochwycić, by zdjąć chorągiewkę, zastrzeliła go.

Jakkolwiek demonstracja nie udała się, to jednak umysły szerokich mas były poruszone, a o to właśnie chodziło organizatorom.

W styczniu 1905 zaczęły krążyć wieści o wybuchu rewolucji w Rosji. Wiadomości te wywołały nastrój podniecony. Rozpoczęło się gorączkowe przygotowywanie do wystąpienia i czekano tylko na wskazówki i hasło z Warszawy. Dnia 4 lutego rozpoczął się w Zagłębiu strajk generalny. Około 11 rano przy pomocy syren fabrycznych wezwała do strajku pierwsza fabryka Fitznera i Gampera. Robotnicy tej fabryki w liczbie około 200 porzucili pracę i z młodym a bardzo energicznym towarzyszem A. Staniszewskim na czele wyszli na ulicę. Za ich przykładem poszli robotnicy huty „Katarzyna” w liczbie około 3000 ludzi, fabryki „Hulczyńskiego” około 2500 ludzi itd. Tam, gdzie z powodu słabej organizacji robotnicy sami pracy nie porzucili, udawali się już strajkujący robotnicy i ruch fabryk zatrzymywali, a robotnicy tych fabryk i kopalń, nie mając uprzednio odwagi czy nie rozumiejąc potrzeby przyłączenia się do strajku, po zatrzymaniu fabryki z entuzjazmem przyłączali się do strajkujących i już szli innym pomagać w porzucaniu pracy. I tak w ciągu jednego dnia stanęło kilkanaście kopalń i fabryk, w których porzuciło pracę kilkadziesiąt tysięcy robotników.

Ukazały się odezwy i ulotki partii, wzywające do walki. Komitet Okręgowy PPS wydał odezwę, w której szczegółowo wykazano, pod jakimi hasłami PPS wzywa robotników do walki. Na zakończenie w odezwie było powiedziane: Niech na miejsce zduszonej przez carat Polski stanie Polska wolna, ludowa. Kraj nasz powinien być rządzony przez samą ludność polską według zasad wyłożonych w deklaracji politycznej. Wystraszone władze rosyjskie z naczelnikiem straży ziemskiej Makarowym i policmajstrem Kronenbergiem na czele sprowadziły do Zagłębia nowe oddziały kozaków. Jednocześnie powiększono zastępy policji.

Do strajku przyłączyli się również kolejarze: stanęły warsztaty kolejowe, zatrzymano wszelki ruch pociągów towarowych, a pozwolono tylko kursować pociągom osobowym.

Nazajutrz utworzył się wielki pochód, złożony z robotników Sielec i Sosnowca, i udał się przez Będzin do Dąbrowy celem zatrzymania czynnej tam jeszcze fabryki „Huta Bankowa”. Pochód zatrzymywał po drodze wszystkie mniejsze fabryczki i kopalnie. Po zatrzymaniu „Huty Bankowej” i przyłączeniu się do pochodu tamtejszych robotników wyruszono pod Szkołę Górniczą, której uczniowie po zniszczeniu portretów rodziny carskiej przyłączyli się do strajkujących. Pod szkołą odbył się olbrzymi wiec. Na wiecu przemawiało kilku mówców, między innymi wychowankowie Szkoły Górniczej, przy czym postanowiono w dniu następnym, w niedzielę, po odbyciu zebrań dzielnicowych, ruszyć pochodami z poszczególnych dzielnic na wielki wiec, mający się odbyć w Sosnowcu około szkoły realnej o godzinie pierwszej po południu.

W niedzielę przybyło na wiec pod szkołę realną około 50 000 ludzi. Robotnicy poszczególnych dzielnic przychodzili pod sztandarami PPS swoich dzielnic. W tym samym czasie Narodowa Demokracja zwołała również (w parku sieleckim) wiec, na który zebrało się kilkaset osób. Stamtąd przysłano delegację do organizatorów wiecu pod szkołą z zapytaniem, czy mogą na ten wiec przybyć ze swoimi sztandarami, na co się chętnie zgodzono. Przybyła również na wiec grupa socjaldemokratów ze swoimi sztandarami.

Na wiecu przemawiało kilku mówców PPS, jeden SD i jeden ND. Ten ostatni nawoływał do zaprzestania strajku. Dopuszczono również do głosu policmajstra Kronenberga, który prosił, by zaprzestano strajku i aby robotnicy swoje żądania przedstawili na piśmie i czekali spokojnie, gdyż on te żądania wyśle do cara. Wywołało to wielką wesołość, a jeden z mówców PPS w odpowiedzi przestrzegał zebranych, by się nie dali złapać na żadne obietnice carskich sług i narodowych demokratów, i wzywał robotników, by wytrwali w walce – aż do całkowitego zwycięstwa.

Po zakończeniu wiecu część robotników powróciła pod sztandarami do swoich dzielnic, największy pochód ruszył do Sosnowca ze sztandarem PPS na czele, na którym był napis „Precz z carem”. Pochód ten, przechodząc ulicą Główną, został zatrzymany naprzeciw dworca kolejowego przez sotnię kozaków, uszykowanych do ataku. Pochód zatrzymał się o kilkanaście kroków przed kozakami. Dowódca kozaków zażądał usunięcia sztandaru z napisem „precz z carem”, lecz na czoło pochodu do obrony sztandaru wysunęli się najodważniejsi, a szczególnie ci, którzy już posiadali jakąkolwiek broń. W ręku obrońców błyszczały nawet rewolwery i noże. Ja pamiętam, nie posiadając jeszcze rewolweru, uzbroiłem się w sztylet zrobiony ze starego bagnetu rosyjskiego. Ponieważ ani kozacy, ani manifestanci nie chcieli ustąpić i tak stali naprzeciw siebie przeszło godzinę, więc przyszłoby prawdopodobnie do krwawego zajścia, gdyby nie policmajster Kronenberg, który najpierw próbował namówić manifestantów do rozejścia się lub usunięcia sztandaru, a kiedy mu się to nie udało, nakłonił dowódcę kozaków do ustąpienia. Pochód doszedł do końca ulicy Głównej i rozwiązał się.

Dnia 9 lutego na zebraniu robotników-delegatów fabryk i dzielnic, odbytym na kopalni „Renard”, postanowiono strajku nie przerywać, dopóki nie zostaną zaspokojone żądania ekonomiczne robotników. Ponieważ dowiedziano się, że w hucie „Katarzyna” dyrekcji udało się zwerbować obietnicami kilkudziesięciu robotników i kilkunastu urzędników, którym zagrożono wydaleniem w razie niestawienia się do pracy, i przy ich pomocy uruchomiono pracę przy wielkich piecach (zgaszenie wielkich pieców pociąga za sobą wielkie straty i dłuższą przerwę, dlatego też strajkujący robotnicy, by do tego nie dopuścić – pozostawiali stałą obsługę, utrzymującą ogień w piecach), więc kiedy pochód zbliżył się do fabryki, zastał bramę fabryki zamkniętą. Po wyważeniu bramy kilkuset robotników weszło na plac fabryczny, a wtedy ukryte w fabryce wojsko dało salwę w tłum. Tłum cofnął się do bramy, lecz ta nie wiadomo przez kogo została zamknięta i dopiero pod naporem przy drugiej salwie została wysadzona. Tymczasem do uciekających posypały się strzały karabinowe od strony „hołdy” i od strony łaźni, i biura fabrycznego, gdzie również byli ukryci żołnierze. W wypadkach tych zostało zabitych 38 robotników i młody uczeń gimnazjum, A. Malewicz, syn zawiadowcy stacji kolejowej w Sosnowcu. Oprócz tego było przeszło 150 rannych.

Ciężko ranni zostali przewiezieni przez wojsko i policję do miejscowych szpitali, a zwłoki zabitych umieszczono w trupiarniach tychże szpitali. Na pogrzeb zamordowanych, urządzony przez policję i wojsko, nie dopuszczono nikogo prócz najbliższej rodziny zabitych, a cała miejscowość była pod silną ochroną wojska, którego sprowadzono do Zagłębia dużą ilość. Samej piechoty było podobno 12 000.

Bezpośrednim sprawcą tego mordu podobno był dyrektor fabryki, Skawiński. On sprowadził do fabryki wojsko, a kiedy się dowiedział, że robotnicy postanowili przyjść pochodem do fabryki, by ją zatrzymać, namówił komendanta stacjonującego w fabryce wojska, kapitana Antoniewicza, by ten wystąpił ostro, a nawet podobno sam strzelał do tłumu z rewolweru. Mord wywołał w społeczeństwie wielkie wrażenie i chwilowe przygnębienie w klasie pracującej, lecz przygnębienie to długo nie trwało, gdyż już w kilka dni później pogrzeb Malewicza, który będąc śmiertelnie ranny, zmarł w szpitalu, był wielkim zbiorowym protestem przeciw popełnionej zbrodni. W pogrzebie tym, mimo zakazu, wzięło udział kilkanaście tysięcy uczestników.

Byłem świadkiem wstrząsających tragedii, jakie rozgrywały się w trupiarniach szpitala huty „Katarzyna” i sieleckim przy zwłokach zamordowanych, słyszałem, jak ich krewni i przyjaciele przysięgali zemstę na zbirach carskich i na tych, którzy tym najeźdźcom pomagają. Ja, który bezpośredniego udziału w tym pochodzie nie brałem, a tylko przypadkowo znalazłem się w pobliżu huty, wracając z Konstantynowa, miałem przestrzelony kapelusz i palto i lekko draśniętą głowę.

Po miesiącu robotnicy zaprzestali strajku, lecz huta „Katarzyna” po wymienionych wypadkach przez dłuższy czas nie mogła uruchomić wielkich pieców, gdyż zostały wygaszone, a dyrektor Skawiński już więcej do fabryki nie wrócił.

Wypadki te, jak i cały przebieg dotychczasowych wystąpień, przekonały członków partii, że chcąc prowadzić walkę z caratem, należy się odpowiednio do walki tej przygotować, by na gwałt gwałtem odpowiedzieć. W tym duchu partia wydała odezwę, wzywając robotników do zaopatrywania się w broń i przystąpiła do tworzenia organizacji bojowej.

Po upadku strajku rozpoczęły się represje i aresztowania, lecz władze, jakby przerażone swoim czynem pod hutą „Katarzyna”, represje stosowały przeważnie na ulicach, pozostawiając w spokoju fabryki i kopalnie, do których przeniosło się prawie całe życie organizacyjne. Tutaj urządzano zebrania i wiece dyskusyjne, w fabrykach często odbywały się ćwiczenia oddziałów bojowych i przechowywano składy broni. Była to jakaś eksterytorialność, gdyż mimo iż wiele z tych fabryk znajdowało się pod specjalną opieką władz policyjnych i wojskowych, mimo że w portierniach i innych pomieszczeniach przebywały stale nasłane tam policja i wojsko, to jednak na tereny warsztatów i oddziałów rzadko się zapuszczały, gdyż czuły się tam niebezpiecznie i obco, a zdrajców jeszcze było mało.

Ponieważ OKR nie posiadał własnej drukarni, więc wydawanie „Górnika”, odezw i innych wydawnictw partyjnych było bardzo skomplikowane, bo nie zawsze można było dojść do dobrowolnego porozumienia z właścicielami drukarń, którzy mimo dobrej zapłaty nie chcieli ryzykować, obawiając się wsypy. Toteż nierzadko zmuszeni byliśmy uciekać się do przymusu.

Odbywało się to w ten sposób, że po upatrzenia drukarni przy pomocy oddziału bojowego obstawialiśmy wszystkie wejścia do drukarni i kantoru, zatrzymując wszystkich znajdujących się tam pracowników i cały personel, a nawet i interesantów, którzy musieli pozostawać na miejscu często kilkanaście godzin, dopóki przeznaczona do druku bibuła nie była gotowa i wywieziona. Zatrzymywano również i wszystkich, kto tylko później do drukarni i kantoru przychodził w jakiejkolwiek sprawie. Ażeby zatrzymani nie byli głodni, o ile praca miała trwać dłużej, przynoszono dla nich chleba, wędliny itp. Zdarzały się przy tym nieraz tragikomiczne epizody, kiedy zatrzymani, nie wiedząc, dlaczego się to stało i jaki los ich czeka, tłumaczyli się, że są niewinni, i płakali lub prosili, by im darować życie i że wypuszczeni nigdy nikomu nie powiedzą o tym, co ich spotkało i kogo tu widzieli.

Raz był nawet w Będzinie wypadek, że już do zajętej drukarni przyszedł wachmistrz policji. Wpuszczono go do środka, lecz tu został rozbrojony i zatrzymany. Myśląc, że to będzie jego ostatnia godzina, błagał na kolanach, by mu darować życie, gdyż ma żonę i dzieci, i uspokoił się dopiero, kiedy mu zaręczono, że go nikt nie ma zamiaru zabijać. Przysiągł, że nigdy żadnego z obecnych nie pozna i o tym, co się działo, nikomu nie powie, i tak przesiedział zamknięty w kantorze od 7 wieczorem do 5 rano.

Drukarń, które ulegały takim okupacjom, było kilka w Będzinie, w Sosnowcu i Dąbrowie. Wkrótce jednak i ta sprawa została pomyślnie załatwiona, gdy OKR urządził sobie własną, tajną drukarnię.

Tak wiosna i lato 1905 roku przeszły na uświadamianiu i przygotowywaniu kadr robotniczych do przewidywanych nowych wystąpień.

Działaczami partyjnymi, którzy w tym okresie odgrywali najwybitniejszą rolę w Zagłębiu, byli Barlicki – „Oskar”, Rutkiewicz – „Wicek”, Markowski – „Paweł”, „Sztygar” Ludwik Berbecki, inż. Stefan Dąbrowski, inż. Bronisław Siwik i jego żona „Zośka”, Jadwiga Markowska – „Maryśka”, a z miejscowych robotników najwybitniejszymi byli w dzielnicy Sielce: Łobzowscy Franek i Ludwik, Bergierowie Bolesław, Kazik i Stanisław, B. Gaik, R. Ufel, Bazyli Fiodorow, Ilerhold. W Sosnowcu Rutkiewicz „Adwokat”, na Niemcach Rzempołuch, Oracz. W Dąbrowie – Sperczyński i wielu, wielu innych. Przyjeżdżali również działacze z Warszawy, jak Jędrzejowski – „Baj”, Bujno – „Jerzy” i inni.

Do pierwszych oddziałów bojowych z dzielnicy Sielce należeli między innymi: Stanisław Bergier, Bolesław Gaik, Walenty Zygmunt, Władysław Rolnik, Adam Wojtasik, Wincenty Białas, Torbus, W. Jendrosz, J. Zygulski, S. Nowosiński i inni.

Pierwszym wystąpieniem organizacji bojowej był zamach na wachmistrza Krywoszuka, mieszkającego w Pogoni. Przełożonym szóstki, która miała powierzone wykonanie zamachu, był Stanisław Bergier, udział w wyprawie brali, o ile pamiętam, Rolnik, J. Zygulski, Wojtasik, Białas, Jędrosz, Nowosiński i jeden przyjezdny z Płocka, tow. Malanowski – „Mały”. Zamach miał być dokonany we własnym mieszkaniu wachmistrza naprzeciw szkoły realnej. Było to wieczorem, kiedy oddział bojowców zdążał w stronę mieszkania Krywoszuka, ale przechodząc koło parkanu nowo budowanego kościoła pogońskiego, natknął się na patrol, złożony z dwóch policjantów i kilku żołnierzy. Policjanci i żołnierze z bronią gotową do strzału, wezwali idących do podniesienia rąk w górę, na co bojowiec Malanowski, stojący najbliżej jednego z policjantów, wyciągnął browning, lecz policjant chwycił go za rękę, a drugi przystawił mu lufę rewolweru do piersi. W tej jednak chwili podskoczyli Wojtasik i Bergier, kładąc na miejscu jednego i raniąc drugiego policjanta, co widząc żołnierze, rzucili się na ziemię i rozpoczęli bezładną strzelaninę, nie raniąc jednak żadnego z bojowców. Na odgłos strzałów podążyły w tym kierunku patrole kozackie, lecz bojowcy już zdążyli się wycofać z pola walki.

Wszystko byłoby się skończyło pomyślnie dla bojowców, gdyby nie wypadek, jaki się zdarzył tow. Rolnikowi, który zamiast wycofać się wraz z innymi, przeskoczył przez parkan na plac kościelny i trafił tak nieszczęśliwie, że wpadł do dołu przeznaczonego do lasowania wapna i zwichnął nogę. Ponieważ nikt nie wiedział, gdzie się zapodział, i wszyscy byli pewni, że tak jak i inni szczęśliwie wyszedł z opresji, więc nie szukano go. Rolnik, nie mogąc sam wydostać się z dołu, odrzucił rewolwer dalej i, kiedy go policja tam znalazła, tłumaczył się, że przypadkowo przechodził, a kiedy rozpoczęła się strzelanina, w obawie przed kulami schował się do dołu i wskakując, zwichnął sobie nogę. Tłumaczenie się to niewiele pomogło, gdyż został aresztowany i skazany na karę śmierci. Był to pierwszy wypadek osądzenia na karę śmierci w Zagłębiu w okresie rewolucji. Wykonanie wyroku jednak nie doszło do skutku, bo rodzina Rolnika podała o kasację i sąd zwolnił go z braku dowodów.

Drugim z kolei czynem tej samej szóstki był zamach na podwachmistrza Andrjakowa. Zamach miał być wykonany w niedzielę we wsi Dańdówka. Już o godzinie 10 rano byliśmy na miejscu, lecz mimo wskazówek miejscowych towarzyszy i mimo twierdzenia, że Andrjakow Dańdówki nie opuścił, szukaliśmy go cały dzień w jego mieszkaniu, w mieszkaniu drugiego tam mieszkającego policjanta, we wszystkich sklepach i restauracjach, lecz nigdzie go znaleźć nie było można, aż dopiero wieczorem doniesiono nam, że jest w żydowskiej piekarni. Obstawiliśmy lokal, a dwóch bojowców, tow. Bergier i Malanowski, weszło do środka. Kiedy tylko weszli, Andrjakow, będąc widocznie poinformowany, że jego właśnie poszukują, zaraz się domyślił, że to są bojowcy, gdyż zgasił lampę i zaczął na oślep strzelać, raniąc Żydówkę. Bojowcy dali w kierunku strzelającego parę strzałów, lecz panująca ciemność i straszny krzyk, jaki podniosła cała rodzina piekarza, zmusiły ich do wycofania się z mieszkania, nie chcieli bowiem być przyczyną śmierci znajdujących się tam bezbronnych ludzi.

Andrjaków, raniony w nogę, prędko się wyleczył i dopiero 1906 roku w drugim zamachu, pod dowództwem tego samego tow. Bergiera, został unieszkodliwiony, lecz i on poranił przy tym trzech bojowców: Szuwarę, Kąpałę i Dąbrowskiego.

W dniu ogłoszenia manifestu carskiego o nadaniu konstytucji, PPS ogłosiła strajk powszechny. Stanęły wszystkie fabryki, kopalnie i warsztaty kolejowe. Celem zatrzymania ruchu pociągów, które kursowały pod ochroną wojska, uszkodzono parę mostów i powywracano słupy telegraficzne, a ponieważ i to nie pomogło, gdyż pociągi osobowe kursowały dalej, a przy naprawionych mostach postawiono patrole wojskowe, przeto przy kursujących pociągach postanowiono niszczyć parowozy przy pomocy rozsadzania ich materiałami wybuchowymi. Między innymi był rozsadzony parowóz pociągu osobowego zdążającego od Warszawy do Sosnowca. Pociąg ten został zatrzymany przy pomocy hamulców przez jadący w nim oddział bojowców i mimo że w pociągu jechała eskorta wojskowa i dwóch żandarmów, parowóz został odczepiony, odprowadzony kilkanaście metrów od pociągu i wysadzony dynamitem. Bojowcy, w liczbie których byłem obecny, po krótkiej wymianie strzałów z eskortą powrócili bez strat, a pociąg pozostał na torze między stacjami Łazy i Ząbkowice. To ostatecznie poskutkowało.

Po rozpoczęciu strajku Okręgowy Komitet PPS zajął drukarnię Jermułowicza w Sosnowcu. Była to największa drukarnia z oddziałem litograficznym, jak na ówczesne czasy wzorowo urządzona, i pod tym względem jedyna w Zagłębiu. W drukarni tej rozpoczęto wydawać „Górnika”, który ukazywał się co dzień w ilości kilkunastu tysięcy egzemplarzy, tam też drukowano odezwy i inne wydawnictwa. W biurze drukarni mieściła się redakcja i OKR.

PPS, która w szczerość manifestu carskiego nie wierzyła, wydała odezwę, wykazując w niej obłudę carskich obietnic, i wzywała robotników do walki, aż do ustąpienia z kraju władz carskich. Pamiętam, że na prośbę policmajstra Kronenberga drukowano manifest carski, a na drugiej połowie arkusza odezwę OKR wykazującą obłudę manifestu.

Ponieważ władze carskie były zupełnie zdezorientowane, przeto OKR zwołał wielki wiec w teatrze, na który zaprosił przedstawicieli innych stronnictw. Na wiecu przemawiało kilku mówców, między innymi tow. Markowski, Barlicki i przedstawiciel SD. Dopuszczono również do głosu policmajstra Kronenberga, który najpierw prosił o przerwanie strajku, a w końcu oświadczył, że władzę swą składa w ręce przedstawicieli robotników. Wobec takiego stanu rzeczy wybrano Komitet Obywatelski, w którego skład weszli przedstawiciele ugrupowań politycznych; PPS, SD i SS i postanowiono utworzyć milicję dla utrzymywania porządku i bezpieczeństwa publicznego. Faktycznie jednak siłą gwarantującą bezpieczeństwo była PPS i trzeba przyznać, że bezpieczeństwo to było całkowite, gdyż w ciągu tego czasu, kiedy straż pełnili jej członkowie, nie zdarzył się w Zagłębiu ani jeden wypadek kradzieży lub łobuzerskich wystąpień, tak znanych w Zagłębiu w czasach „spokojnych”.

Niedługo jednak trwała władza ludu, gdyż, tak jak i w miesiącu lutym, władze carskie z naczelnikiem powiatu – Mirbachem – na czele, chwilowo zdezorientowane, przyczaiły się, lecz równocześnie zbierały siły i szukały sposobności do wystąpień. Pierwszym takim wystąpieniem był atak kozaków na zdążające do Będzina, by żądać wypuszczenia siedzących tam więźniów politycznych, upojone chwilową wolnością tłumy, przeważnie kobiet i dzieci. Pochód ten, zdążający torem kolejowym, został napadnięty pod fabryką Fitznera i Gampera przez ukrytych tam kozaków i policjantów, którzy tłukli kolbami karabinów i nahajkami manifestujących. Szczególnie dużo było poturbowanych kobiet. Robotnicy, mimo że byli na napad nieprzygotowani i nie posiadali broni, bronili się laskami, przy czym nawet został zabity jeden kozak, który, uderzony kijem, zleciał z konia głową na szynę kolejową i padł trupem na miejscu.

Po dziewięciu dniach władzy ludu w Zagłębiu został ogłoszony stan wojenny. W tym też dniu wyszedł ostatni numer „Górnika”, wydawanego w zajętej drukarni. Był drukowany jednocześnie z zawiadomieniem policyjnym o ogłoszeniu stanu wojennego. Od tego czasu działalność partii wraz z całym ruchem robotniczym musiała się z powrotem skryć pod ziemię.

Po upadku strajku robotnicy tym bardziej przekonali się, że wszelkie obietnice w postaci manifestów carskich są wydawane tylko w czasie silnego nacisku na władze nieprzygotowane do odporu i tylko po to, by uśpić zrewolucjonizowaną ludność, a gdy władze przygotują się, to nie tylko odbiorą to, co musieli dać w czasie słabości, lecz z jeszcze większym niż przedtem okrucieństwem będą postępować.

Rozumieli to dobrze wybitniejsi działacze PPS, dlatego też z jeszcze większą niż dotąd energią przystąpili do tworzenia ścisłych szeregów organizacji partyjnej, a szczególnie do tworzenia sprężystej i dobrze zakonspirowanej organizacji bojowej. Równocześnie organizacja bojowa coraz częściej i coraz energiczniej zaczęła ujawniać się, wykonując różne akty terrorystyczne i konfiskatę pieniędzy rządowych, które do prowadzenia akcji bojowych i ich przygotowania były potrzebne, jak i nie mniej były potrzebne na prowadzenie kosztownej pracy agitacyjnej i uświadamiającej przy pomocy wydawnictw nielegalnych.

Nastąpił cały szereg aktów bojowych, wprawiających w podziw i zdumienie tak odwagą i poświęceniem bojowców, jak i organizacją przeprowadzanych akcji. Najdzielniejszych bojowców miała dzielnica Niemce. Członkowie tej organizacji, złożeni przeważnie z górników, odwagą i upartością swoją doprowadzali do rozpaczy władze, gdyż każdy przysłany tam policjant, o ile tylko okazał się gorliwym w tropieniu przestępców politycznych, był natychmiast przez bojowców usuwany. Wywołało to taką panikę, że przez kilkanaście miesięcy w tej dzielnicy nie utrzymywano policji z powodu braku amatorów na te stanowiska. W ciągu tego okresu nie było tam żadnych przestępstw natury kryminalnej.

Wobec takiej sytuacji aresztowania i rewizje urządzano w ten sposób, że otaczano silnymi kordonami wojska w nocy całe miejscowości, a prócz tego przy każdym domu stawiano patrole i dopiero wówczas policja i żandarmeria, tak zabezpieczona i złożona z licznych oddziałów, wpadała do poszczególnych mieszkań na rewizję. Aresztowanych przed świtem uprowadzano do Będzina lub pociągami wywożono dalej.

W początku 1906 roku zdarzył się bardzo przykry wypadek.

W Pogoni mieszkało trzech braci Zygmuntów, z których najmłodszy, Walenty, pseudonim „Gruby”, był instruktorem bojowym, a pozostali byli również członkami Organizacji Bojowej, przy czym najstarszemu z nich powierzono konstruowanie bomb. Pewnej nocy, około godziny pierwszej, na skutek jakiejś nieostrożności nastąpił wybuch skonstruowanej bomby. Wybuch był tak silny, że powyrywał drzwi i okna w mieszkaniu, zerwał sufit, a w sąsiednich domach wyleciały wszystkie szyby. W mieszkaniu wymienionych Zygmuntów, prócz ich trzech, znajdowała się jeszcze ich matka i siostra. Matka, siostra i najstarszy Zygmunt zostali zabici na miejscu, średni był lżej raniony, tak że zdążył jeszcze dobiec na Konstantynów i tam, po opatrzeniu ran, został wysłany na Niemce, a stamtąd do Krakowa. Najmłodszy, jakkolwiek przy pomocy towarzyszy był zabrany z miejsca wypadku, to jednak trzeba go było umieścić w najbliższym szpitalu, z powodu ciężkich ran. Umieszczono go w szpitalu w Pogoni, lecz policja, dowiedziawszy się o jego tam pobycie, postawiła przy nim straż i oddział kozaków, którzy pilnowali szpitala.

Okręgowy Komitet Robotniczy PPS postanowił uprowadzić tow. Zygmunta ze szpitala. Zadanie to powierzono sieleckiej Organizacji Bojowej, kiedy jednak plan uwolnienia Zygmunta był gotów, w przeddzień wykonania planu władze w nocy przewiozły go do szpitala powiatowego w Będzinie, znajdującego się w pobliżu komisariatu policji i koszar kozackich. Mimo poważnie zwiększonych trudności, z uprowadzenia Zygmunta nie zrezygnowano i dla przeprowadzenia wywiadów i zbadania sytuacji około szpitala wysłano tow. Malanowskiego i mnie. Udając się do Będzina, już po drodze zauważyliśmy, że jesteśmy śledzeni. Aby zgubić śledzącego nas szpicla, rozeszliśmy się; tow. Malanowski poszedł do Małobądza, ja zaś zostałem na tak zwanym Nowym Będzinie u Herholdów i umówiliśmy się, że spotkamy się za trzy godziny w okolicach szpitala, udając zupełnie wzajemnie nie znających się. O umówionej godzinie, kiedy zbliżałem się do szpitala, zostałem otoczony przez policję i kozaków na tak zwanym Nowym Rynku i aresztowany. Jakkolwiek nic nie zdołano mi dowieść, to jednak pod zarzutem należenia do Organizacji Bojowej i dążności do uwolnienia tow. Zygmunta trzymano mnie pięć miesięcy w więzieniu.

Wkrótce po uwolnieniu mnie z więzienia zaczęto mnie znowu poszukiwać, więc zmuszony byłem porzucić swą praktykę zawodową i pod obcym nazwiskiem, na „lewy” paszport zostałem zaangażowany przez OKR jako stały funkcjonariusz w technice, do pomocy tow. „Łukaszowi” – Janocie.

Pracy w technice było w tym czasie bardzo dużo, gdyż poza „Robotnikiem”, który przez pewien czas wychodził co dzień, a którego na Zagłębie przysyłano nam około 2000 egzemplarzy, wychodził dwa razy w miesiącu „Górnik”, prócz tego otrzymywaliśmy na Zagłębie dużą ilość różnych broszur, pisma przeznaczone dla robotników żydowskich w żargonie, pisma w języku rosyjskim przeznaczone do agitacji wśród żołnierzy, i kilka pism wydawanych w poszczególnych okręgach. Praca ta była bardzo odpowiedzialna i ryzykowna. „Bibuła” była przesyłana w pakach pod pozorem różnych towarów. Paki takie, ważące często po kilka pudów, otrzymywaliśmy na stacjach Będzin, Dąbrowa Górnicza, Gołonóg, a czasem i Ząbkowice za okazaniem listu przewozowego, który był przesyłany pod umówionym adresem. Wykupywanie na stacji takich przesyłek było nadzwyczajnie ryzykowne, gdyż nigdy nie można było być pewnym, czy zawartość przesyłki nie była już przez żandarmerię kolejową lub szpicli zbadana i czy zgłaszający się po nią nie będzie przychwycony, a nierzadko trzeba było po dwa razy dziennie wykupywać przesyłki z jednej stacji, bo przeważnie przesyłano je na stacje Będzin i Dąbrowa.

Wykupioną pakę zabierało się do przeznaczonego mieszkania celem rozdzielenia otrzymanej bibuły na poszczególne dzielnice, gdzie następnie roznoszono lub oddawano zgłaszającym się, a przeznaczonym przez poszczególne dzielnice do tej czynności ludziom. Ze stacji paki zabierano na furmankę, o ile należało je przewieźć dalej, lub też odsyłano przez upatrzonego tragarza. Nie mniej ryzykowali właściciele mieszkań, do których przesyłki były przenoszone ze stacji.

Jednym z takich mieszkań było mieszkanie przy stacji Nowy Będzin robotnika nazwiskiem Stelmach, ożenionego z wdową po pierwszym mężu nazwiskiem Marek, matki towarzysza Bolesława Marka, członka Organizacji Bojowej, skazanego na karę śmierci, który po zamianie kary śmierci na dożywotnią katorgę zmarł w więzieniu na suchoty. Dzielna ta kobieta bardzo często sama przenosiła lub przewoziła bibułę na dzielnice i przez jej mieszkanie przeszły setki pudów „bibuły” i nigdy się nie wsypały. Dopiero po aresztowaniu Bolka trzeba było mieszkania tego wyrzec się.

Raz przy zabieraniu przesyłki ze stacji Będzin miałem takie zdarzenie. Kiedy paki były już umieszczone na saniach, przyszedł żandarm stacyjny i prosił, by go zabrać na Środulę, bo przedtem już dowiedział się od furmana, że w tym kierunku ma odwozić paki. Ja rad nie rad, nie chcąc wzbudzić podejrzenia, udawałem, że chętnie się na to zgadzam. Kiedy przyjechaliśmy na Środulę, oświadczyłem żandarmowi, że teraz skręcamy na boczną drogę, do stojących na osobności trzech domów, proponując mu, by wysiadł. Żandarm oświadczył, że i on właśnie udaje się do tych domów, mimo że przedtem wskazywał inny kierunek podróży. Wobec takiego postawienia sprawy zrozumiałem, że żandarm coś podejrzewa i chciałby wiedzieć, w jakim kierunku paki się wywozi. Zacząłem szybko szukać forteli do pozbycia się żandarma. Ponieważ żandarm umieścił się na pace, która była do sani przywiązana, więc przypuszczałem, że w razie nagłego skręcenia saniami i uderzenia tylną częścią o jakiś wystający kamień musi go z sań wysadzić. Porozumiałem się więc wzrokiem z furmanem, który, będąc wtajemniczonym, nie dał sobie dwa razy tego powtarzać i przy nadarzającej się okazji tak nagle skręcił, że żandarm, nie spodziewający się niczego, wyleciał na parę kroków i bardzo się potłukł. A ja z największą czułością zająłem się nim, kazałem zdjąć paki na drodze, a jego umieściliśmy na saniach i furman odwiózł go na stację. W jakiś czas później został ciężko raniony przez tow. Karkochę – „Czesława”, i więcej do Będzina nie wrócił.

Dla przechowywania większej ilości bibuły, której w dniu otrzymania nie można było rozdzielić i rozesłać, wynająłem na skład specjalne mieszkanie w okolicach cmentarza żydowskiego w Będzinie. Pewnego razu, a było to w sobotę, wykupiłem większy transport, który po rozpakowaniu i podzieleniu na paczki według dzielnic przewoziłem na skład na przypadkowo najętej furmance, wracającej od przewożenia cegły. Kiedy zatrzymałem furmankę przed domem, w którym mieścił się skład, i zacząłem wraz z furmanem zdejmować paczki, wyszli ze znajdującego się w tym domu sklepiku trzej policjanci, przyglądając się ciekawie naszym czynnościom. W tej samej chwili furman podniósł nieostrożnie jedną paczkę, na której pękł szpagat, a znajdująca się w niej bibuła rozsypała się na ulicy. Furman widząc to, skoczył na furę, zepchnął z niej ostatnią paczkę, podciął konie i uciekł. Ja stanąłem, popatrzyłem na stojących zdziwionych policjantów i, udając zupełnie spokojnego, przystąpiłem do zbierania rozsypanych egzemplarzy. Policjanci, nie będąc prawdopodobnie pewni, czy w pobliżu nie znajdują się gdzie ukryci bojowcy, woleli się z tego miejsca wycofać. Znając się na ich przebiegłości, byłem pewny, że na tym się nie skończy i że trzeba jak najprędzej skład opróżnić. Toteż widząc przechodzącego robotnika, o którym wiedziałem, że należał do partii, wezwałem go do bramy i posłałem go, by szedł pod wskazany adres, z napisaną przeze mnie kartką.

O zmroku zajechały dwie furmanki i czterech bojowców i w ciągu godziny skład został opróżniony, a bibuła wywieziona w inne miejsce.

W pół godziny po naszym wyjeździe dom został otoczony przez policję i kozaków, a po przeszukaniu wszystkich mieszkań, strychów, komórek i piwnic, w których nic nie znaleziono, aresztowano Bogu ducha winnego właściciela domu, lecz nie mogąc mu nic dowieść, wypuszczono go po dwóch tygodniach.

Raz po otrzymaniu transportu na stacji Dąbrowa i po rozpakowaniu i podzieleniu go, wracając do Sosnowca, a raczej do Nowego Będzina, gdzie stale wysiadałem przewożąc do Sosnowca bibułę (Sosnowiec jako stacja graniczna był bardziej strzeżony), postanowiłem zabrać bibułę na dzielnicę Sielec i Sosnowiec, a resztą zajął się tow. Janota, który został w Dąbrowie, gdzie stale mieszkał. Wchodząc do wagonu, usiadłem w przedziale III klasy, w której jechało 5 uzbrojonych kozaków, uważając na podstawie z doświadczenia, że w takim towarzystwie jest bezpieczniej. Nie dojeżdżając do Będzina, zauważyłem jakiś podejrzany ruch w pociągu. Pociąg nagle zaczyna zwalniać biegu. Wyjrzałem przez okno i widzę, że pociąg otacza policja i wojsko, które nie wiadomo skąd się tam wzięło. Nie namyślając się wiele, proszę jednego z kozaków, by przypilnował mojej paczki, gdyż ja muszę wyjść na chwilę, i ulatniam się do trzeciego wagonu. Okazało się, że w pociągu była rewizja, lecz w przedziale, w którym znajdowała się moja paczka, prócz kozaków nie jechał żaden cywil, więc policja, nie przypuszczając, by kozacy mogli wieźć coś podejrzanego, przedział ominęła, a mnie w trzecim wagonie poddała osobistej rewizji, lecz nie znaleźli nie podejrzanego, ja zaś po skończonej rewizji, gdy pociąg ruszył, wróciłem po swoją paczkę. Takie rewizje pociągów odbywały się często.

Podobny wypadek zdarzył mi się później i na stacji Strzemieszyce. Przewoziłem do Sosnowca większą paczkę bibuły, otrzymanej z Krakowa przez zieloną granicę. Podchodząc do kasy biletowej, zauważyłem, że w poczekalni żandarm z dwoma policjantami i patrolem wojskowym rewidują pasażerów. Widząc, że tu może być gorąco, poprosiłem stojącego przy kasie żandarma, by był łaskaw przypilnować mojej paczki, gdyż ja muszę wyjść na chwilę. Żandarm zgodził się, a ja poszedłem do drugiej klasy i stamtąd obserwowałem, co będzie dalej. Za chwilę rewidujący, przechodząc około kasy i rewidując tam stojących pasażerów, paczki mojej, na której oparł się żandarm, nie ruszyli, a po zrewidowaniu pasażerów, znajdujących się w drugiej klasie, budynek stacyjny opuścili i poczęli przeprowadzać rewizję w przybyłym z Sosnowca pociągu osobowym. Kiedy nadszedł pociąg zdążający do Sosnowca, zabrałem paczkę, podziękowałem żandarmowi, który nic nie wiedział, jaką oddał mi przysługę, i już szczęśliwie przyjechałem do stacji Dańdówka, gdzie wysiadłem.

Takich i temu podobnych zdarzeń, często bardzo niebezpiecznych, lecz zarazem niepozbawionych cech humorystycznych, było bardzo dużo.

Tymczasem nastroje i przekonania kierowników partii zaczęły się różniczkować, zaczęli się dzielić na „lewych” i „prawych”, rozpoczęły się na tym tle dyskusje na biurach, posiedzeniach OKR i konferencjach, aż przy końcu 1906 roku na kongresie wiedeńskim nastąpił rozłam.

Po rozłamie prawie wszyscy kierownicy partyjni w Zagłębiu inteligenci wypowiedzieli się po stronie „Lewicy”. Inni, nie będąc zdecydowani, usunęli się od wszelkiej pracy. Między innymi do lewicy przeszedł technik okręgowy, tow. Janota, który miał w swoim ręku wszystkie nici techniki, a między innymi technikę graniczną i drukarnię partyjną, do których to tajemnic ja jeszcze nie byłem dopuszczony.

Po stronie Frakcji Rewolucyjnej wypowiedziała się natomiast kolosalna większość robotników i organizacje bojowe, między innymi cała organizacja najlepiej zorganizowanej dzielnicy Niemce z towarzyszem Oraczem, członkiem OKR na czele, a z funkcjonariuszy partyjnych tylko jeden, z dzielnicy Zawiercie, którego pseudonimu już dzisiaj nie pamiętam. Ja od razu stanąłem no stronie Frakcji Rewolucyjnej i postanowiłem zorganizować technikę.

Wracając ze zjazdu, przybył do Zagłębia tow. Arciszewski i nawiązał stosunki z towarzyszami, którzy wypowiedzieli się za Frakcją. Celem nawiązania bliższych stosunków i udzielenia mi wskazówek zostałem wezwany przez CKR Frakcji Rewolucyjnej do Warszawy i tam spotkałem się z centralnym technikiem, tow. Turowiczem, który prócz udzielenia wielu cennych rad wyasygnował mi na cele organizacyjne 100 rb. i powierzył technikę graniczną na odcinku od Czeladzi do Ojcowa, dając mi kilka adresów ludzi pomagających w tej pracy po jednej i drugiej stronie granicy.

Jakoś wkrótce po rozłamie przyjechał do Zagłębia tow. „Wojtek” Malinowski, znany ze swojej energii i zdolności organizacyjnych, toteż wkrótce stosunki organizacyjne Frakcji w Zagłębiu wzmogły się do większej potęgi, niż to było w okresie przedrozłamowym. Przybył szereg nowych funkcjonariuszy partyjnych, przeważnie z robotników, którzy ukończyli specjalne kursy agitacyjne i organizacyjne.

W marcu 1907 roku na konferencji okręgowej Frakcji, odbytej w Sławkowie, wybrano OKR, do którego i ja wszedłem z racji swojej funkcji technika okręgowego, a przez przedstawiciela CKR dostałem w imieniu tegoż podziękowanie za wzorowe zorganizowanie techniki okręgowej i granicznej.

Technika graniczna miała tym większe znaczenie w tym czasie, że z powodu zabrania drukarni, która była pod opieką Janoty, przez Lewicę, trzeba było wiele bibuły sprowadzać z zagranicy.

Sprowadzanie bibuły zza kordonu odbywało się dwoma sposobami: przez tak zwaną granicę „zieloną”, przy pomocy przemytników, i koleją, czy to przewożąc ją ukrytą na sobie (funkcje te spełniały przeważnie kobiety), czy to za pośrednictwem kolejarzy. Tego ostatniego sposobu używaliśmy na stacji Granica (Maczki), gdzie mieliśmy towarzyszy kolejarzy, z którymi utrzymywaliśmy kontakt przez maszynistę tow. Kowalskiego. Przewożenie odbywało się w ten sposób, że przygotowany w Szczakowie transport bibuły wrzucało się do zdążającego do granicy pociągu towarowego, którego konduktorzy byli wtajemniczeni, a ci – po przejściu pociągu przez most na rzece Biała Przemsza – wyrzucali paczkę w umówionym miejscu, a tu już miejscowi kolejarze chowali i oddawali przysyłanym po to ludziom.

W podobny sposób przeprowadzano również przez granicę przysyłanych z różnych okręgów ludzi nie mających możności otrzymania paszportu zagranicznego, a zmuszonych kraj opuszczać. Taki pasażer umieszczał się na stacji Granica w stojących w rezerwie wagonach towarowych i czekał hasła. Ze stacji zdążał za granicę pociąg towarowy jeszcze małą szybkością, więc pasażer wyskakiwał ze swego ukrycia i wskakiwał do idącego pociągu, a następnie, nie dojeżdżając Szczakowej, wyskakiwał już na terytorium Galicji. Sam kilkakrotnie w podobny sposób przejeżdżałem granicę, lecz najczęściej przebywałem ją za tak zwanymi półpaskami, które otrzymywali mieszkańca nie podejrzani, a mieszkający nad granicą w promieniu 20 kilometrów. Półpaski takie pożyczałem od znajomych na różne nazwiska. Często przejeżdżałem dwa razy dziennie i zawsze na inne nazwisko i inny wiek.

Raz zdarzyło się, że rano jechałem do Katowic przez Sosnowiec i miałem lat 18, a po powrocie miałem jechać wieczorem do Krakowa. Ponieważ poprzedni półpasek w tym dniu przestał być ważnym, więc pożyczyłem sobie innego, lecz tym razem na 32 lata, sam mając lat 19. Nieszczęście chciało, że stemplował półpaski ten sam żandarm co i rano i kiedy mu podałem półpasek do okienka, spojrzał on na mnie zdziwiony i zapytał, czy to jest mój półpasek. Ja, widząc, że zapamiętał mnie z przejazdu rano, wpadłem na dowcip i leżący na stoliku półpasek wziąłem z powrotem, oświadczając, że przez pomyłkę zabrałem półpasek starszego brata, a zanim on zorientował się w sytuacji, ja z półpaskiem zdążyłem się ulotnić i dopiero na drugi dzień po otrzymaniu innego półpaska przedostałem się przez komorę Modrzejów.

Raz tak było, że nie mogąc dostać odpowiedniego półpaska, zaryzykowałem przejść granicę w Czeladzi na półpasek wypisany na imię kobiety, co mi się udało, gdyż imię Stefania dość niewyraźnie było wypisane i mogło uchodzić za Stefana.

Przy końcu 1907 roku z powodu rozkonspirowania się w technice zmuszony byłem ten dział opuścić i zostałem dzielnicowym dzielnicy Niemce, a funkcje technika OKR i graniczną objął tow. Dębski – „Kuba”. W tym to czasie doniesiono tow. „Wojtkowi”, gdzie się znajduje nieczynna od dawna drukarnia partyjna, ukryta przez lewicowców. Po naradzie ze mną i z tow. Rutkiewiczem „Adwokatem”, postanowił drukarnię tę zabrać. Ja wynalazłem mieszkanie na pomieszczenie drukarni w Strzemieszycach u tow. Żurka, górnika, wynająłem furmankę zaprzężoną w dobrą parę koni i pod opieką kilku bojowców drukarnia została przewieziona z Nowego Będzina do Strzemieszyc, gdzie pod kierownictwem tow. „Kuby” zaczęła pracować, drukując odezwy i „Górnika”.

Szale wypadków zaczęły się jednak już przechylać na niekorzyść rewolucji, zjawiali się coraz to nowi prowokatorzy, jak Sankowski, Sukiennik, Tarantowicz i inni. Rozpoczęły się orgie rewizji i aresztowań, a siepacze carscy, mszcząc się za okres triumfu rewolucji, w okrutny sposób znęcali się nad aresztowanymi. Coraz to nowych działaczy wyrywano z szeregów partii, a między innymi aresztowano i tow. „Wojtka”, a chociaż jego miejsce objął również dzielny tow. Władysław Bartniak – „Henryk”, powieszony w 1910 roku, lecz i ten niedługo mógł bawić w Zagłębiu. Pewnej nocy podczas rewizji w mieszkaniu w Dąbrowie, w którym nocował, zabił kilku policjantów, uciekając sam przez okno w bieliźnie, a następnego dnia przybył do mnie do mieszkania przy ulicy Żytniej w Pogoni, skąd z panną Janiną Radek (nazwisko nie ma nic wspólnego z tow. Radkiem – „Osą”), córką właściciela lokalu, od której mieszkanie odnajmowałem, udał się do Sosnowca, a stamtąd za granicę i już więcej do Zagłębia nie wrócił.

Najdłużej trzymała się dzielnica Niemce, lecz i ta po wsypie Tarantowicza została rozbita.

Około połowy lata 1908 roku ze wszystkich funkcjonariuszy partyjnych zostałem tylko ja sam na całe Zagłębie. Przetrwałem szczęśliwie do tego czasu, mimo że wszyscy wymienieni prowokatorzy znali mnie dobrze osobiście. Jednakże ruchy moje były bardzo skrępowane, a praca bardzo utrudniona z powodu rozpanoszenia się szpicli i policji, a co za tym idzie, i zniechęcenia, i niewiary robotników, którzy wskazywali na bezsiłę partii pozwalającej bezkarnie chodzić różnym prowokatorom, szpiclom i policji. Trzeba było na to koniecznie zaradzić i unieszkodliwić przynajmniej kilku najbardziej jawnych.

W tym celu wyszukałem kilku dawnych bojowców i z nimi postanowiłem rozpocząć wznowioną działalność. Na pierwszy ogień miał iść tokarz z fabryki Milowice, Białek, który w sposób jawny wskazywał policji robotników należących do partii. Pewnego dnia rano przed godziną 7 wybrałem się z dwoma bojowcami, tow. Józefem Zimoszem i innym towarzyszem z Milowic, którego nazwiska nie pamiętam, by spotkać Białka idącego do pracy, lecz ten, jakby coś przeczuwając, w dniu tym do pracy nie przyszedł.

Wracając z tow. Zimoszem, rozstaliśmy się przed kościołem w Pogoni. Nie zdążyłem jeszcze skręcić w stronę ulicy Orlej, kiedy naprzeciw tow. Zimosza wyszedł wachmistrz Krywoszuk, mieszkający w Pogoni, znany łotr, jeden z tych, którzy mieli być usunięci według planu naszej działalności. Widziałem, jak Krywoszuk zrobił ręką ruch, świadczący o chęci wyciągnięcia rewolweru, lecz zanim zdążył podnieść rewolwer do strzału, padł strzał z ręki tow. Zimosza i wachmistrz padł trupem na miejscu. Działo się to naprzeciw bramy placu kościelnego, na otwartym placu, zasadzonym kartoflami i naprzeciw sklepu Włosińskiego, rzeźnika. Widziałem, jak tow. Zimosz pobiegł w kierunku ulicy Pogońskiej i byłem pewny, że jest już bezpieczny. Widziałem również, jak Włosiński, który przy rozstaniu się moim z Zimoszem stał przed sklepem, wpadł do sklepu i za chwilę wybiegł z furią i strzelając, pogonił w kierunku, w którym oddalił się tow. Zimosz. Działo się to w odległości około 150 kroków ode mnie. Będąc jednak zupełnie pewnym, że tow. Zimosz jest już daleko, sam udałem się do swojego mieszkania przy ulicy Żytniej, oddalonego o ćwierć kilometra od miejsca zajścia. Upłynęło może pół godziny, gdy przybiegła z płaczem jedna z córek Radkowej, mówiąc, że kozacy i policja złapali bojowca, który zastrzelił wachmistrza, przyprowadzili go na miejsce zabójstwa i tak go okrutnie katują, że już leży nieprzytomny, a Włosiński im opowiada, jak to było i że on poznaje, że to jest ten sam, który strzelał. Włosiński znał mnie dobrze, a nawet, jak przypuszczałem, wiedział, gdzie ja mieszkam, gdyż w domu tym była piwiarnia Maślankiewicza, do której on często chodził i widział, że ja też do tego domu wchodzę. Znał mnie i stąd, że zachodziłem często do biura Związku Włókienniczego, prowadzonego przez tow. „Filipa”, a mieszczącego się przez pewien czas w jego domu, nad jego sklepem.

Opuściłem więc niezwłocznie mieszkanie, lecz już tegoż dnia wieczorem doniesiono mi, że policja poszukuje mnie i że wszystkie wyloty ulic prowadzących do ulicy Żytniej, jak również ulica Ditlowska, prowadząca do Sosnowca, i Floriańska są obstawione, ale ja już byłem na Nowym Będzinie.

Wobec takiego stanu rzeczy dalszy pobyt w Zagłębiu okazał się dla mnie bezużyteczny, gdyż działalność moja byłaby całkowicie uniemożliwiona. Dlatego też postanowiłem przedostać się do Krakowa i stanąć do dyspozycji CKR. Do Krakowa przedostałem się wyżej wspomnianą drogą przez stację „Granica” i potem już do pracy organizacyjnej w Zagłębiu nie wróciłem.

Stanisław Nowosiński (Zawierucha)
_______________________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Niepodległość – czasopismo poświęcone dziejom polskich walk wyzwoleńczych w dobie popowstaniowej”, tom V zeszyt 3 (11), 1932. Od tamtej pory nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł. Jako ilustrację wykorzystano ulotkę PPS z okresu rewolucji 1905 z Zawiercia w Zagłębiu Dąbrowskim.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *