Henryk Raabe

W szponach

[1904]

Kradzież, której dopuszcza się biedak względem bogatego człowieka, jest czynem nieetycznym i występnym. A kradzież popełniana przez bogatego na ubogim? Zresztą, w tej dziedzinie ludzie wyrobili sobie pewne kryterium i, opierając się na nim, otaczają złodzieja pogardą, wykluczają go, wypędzają ze swego środowiska.

Jest jednak pewien występek, pokrewny poprzedniemu, który, dzięki niezrozumiałej logice naszych społeczeństw, jest nawet tolerowany i usprawiedliwiany. Mówię o wyzysku. Wyzysk objął silnie w ramiona nasze społeczeństwa i chociaż w ostatnich czasach chcą one wyrwać się z jego uścisku, napotykają ogromne przeszkody, głównie w osobach pojedynczych jednostek, opierających się na swej przewadze materialnej i lekceważących żądania sprawiedliwości. Nie będę dzisiaj poruszał wszystkich form wyzysku; wiele z nich powszechnie jest już znanych i z tymi zaczęły walkę odpowiednie instytucje, czy to prywatne, czy publiczne. Chodzi mi teraz o tych wyzyskiwanych, którzy mniej znani są powszechnie, którzy nie mogą i nie mają odwagi skarżyć się na swe krzywdy, których głos zresztą nie doszedłby do nas spoza ogradzających ich murów. Szeregi ich są liczne. Są to ludzie słabi, bezdomni, rozrzuceni, których w sumie są tysiące, a którzy są wyzyskiwani czasami aż do ostatniej kropli krwi – na zewnątrz zaś są reprezentowani przez różowe fizjonomie ich krzywdzicieli, przez ich tłuste brzuchy. Są to różni służący, wyrobnicy, „praktykanci”, uczniowie itd.

Znani są czytelnikom praktykanci-ogrodnicy; weseli chłopcy, lat 16-19, biegają sobie po ogrodzie, trochę narwą kwiatków, podlewają takie ładne oranżerie i jedzą gruszki prosto z drzewa… Jadają wszakże i inne rzeczy; na dowód, przytoczę menu wigilii w jednym z pierwszorzędnych zakładów ogrodniczych w Warszawie z roku zeszłego.

Praktykantom wiadomo było, że wigilia jest to takie święto, które, między innymi, obchodzone bywa przez spożycie odpowiednich potraw – pamiętali to jeszcze z domu, gdy przed rokiem matka piekła ciasto i gotowała ogromnego szczupaka na kolację, a ojciec przynosił paczkę pierników. Otóż postanowili urządzić coś podobnego – przyjechali przecież „na naukę” do tego obiecanego grodu, pracują minimum po 11 godzin dziennie, zarabiają pieniądze, więc – będzie uczta! No i była; po namyśle postanowili następujące dania: na pierwsze: „kartofle z garnka”, na drugie: „śledź z beczki”; niektórym tylko zdawało się, że dań powinna być cyfra nieparzysta; biedzili się nad tym, co tu zrobić z tym fantem, i dopiero wybawił ich łaskawie z kłopotu pan pryncypał, który przysyłał trzecie danie, mianowicie po kawałku piernika na oddzielnych talerzach. Wieczorem mieli za to przyjemność, bo mogli się przyglądać oświeconym oknom apartamentów pana pryncypała.

Może cokolwiek za długo rozpisałem się, ale chodziło mi o to, ażeby dowieść, iż praktykanci naprawdę jadają. Teraz przejdźmy do porządku i opowiedzmy szczegółowo, kto to są praktykanci, jakie są ich dążenia i co robią w ogrodach.

Praktykanci-ogrodnicy rekrutują się głównie ze sfer wiejskich, albo małomieszczańskich, z młodych 16-20-letnieh ludzi, którzy chcą w tym kierunku wyspecjalizować się i w przyszłości otrzymać stanowisko ogrodnika we dworze i w ogóle na wsi. Wszyscy umieją czytać i pisać, gdy wstępują do ogrodów, a wielu ukończyło bądź niższe szkółki, bądź jedno- i dwuklasowe miejskie. Gołosłownym może będzie się wydawało moje twierdzenie, ale jest ono oparte na pewnej znajomości rzeczy, iż połowa tych ludzi w pierwszych latach swej „nauki” marzy o wyższych stanowiskach, o wyższej specjalizacji i chce dążyć naprzód. Zresztą, że są to ludzie rzeczywiście o pewnych dążeniach, świadczyć mogą choćby takie przykłady, jak prenumerowanie przez 8 młodych ludzi, pracujących w jednym z największych zakładów warszawskich, za ostatnie kilka groszy dwóch pism codziennych: „Kurierka Warszawskiego” i „Dziennika dla wszystkich”; bądź składkowe abonowanie przez kilku uczniów „Księgi pożytku i uciech” w jednym z ogrodów; albo uczęszczanie tłumne praktykantów na odczyty, urządzane w Bagateli przez Towarzystwo Ogrodnicze, pomimo oddalenia i warunków, w jakich ci ludzie się znajdują; częste są oprócz tego wypadki zwracania się ich z prośbą o książki. A więc mamy przed sobą młodych ludzi, którzy wybierają sobie zawód ogrodniczy, niekiedy przyjeżdżają „na naukę” nawet z głębokiej prowincji i chcą dobić się powoli lepszego stanowiska w świecie. Warszawa naturalnie spotyka ich z rozwartymi ramionami: dostają się do różnych ogrodów, tutaj znajdują budynek murowany, składający się z 2 pokojów o 4 oknach (na 8 uczniów) otrzymują tytuł praktykanta, odróżniający chłopca od zwykłego wyrobnika, na początek 12 rubli miesięcznie, opał i połowę opłaty za obiady – uczeń może pozostać, jak długo chce, i w razie wykazania swej fizycznej siły, bądź pilności, może mieć nadzieję dojścia po roku od 16 do 17 rubli na miesiąc. Żyć, a nie umierać! Wspaniale! Spójrzmy jednak teraz na odwrotną stronę medalu, na wydatki praktykanta, z których bardzo niewielu ma pomoc pieniężną z domu, i na jego pracę. Z przeciętnie pobieranych miesięcznie 14 rubli płaci on za życie koło 8 i pół rubla wraz z pensją kucharki; a więc pozostaje 5 i 1/2 rb. – z tego musi opłacić: światło, należność stróżowi za napalenie w piecu, gdyż sam po całodziennej pracy nie ma już siły tego zrobić, ubranie (choćby 3-4 rb. miesięcznie), pranie, drobne wydatki, jak: szkła do lamp, szyby itp.; a więc akurat resztę pochłonie prenumerata „Kuriera Warszawskiego” i „Dziennika dla wszystkich”; o tym, żeby kupić książkę, iść do teatru, zaznać jako takiej przyjemności – marzyć naturalnie nie można; zresztą trudno byłoby mieć takie zachcenia i przy pieniądzach, gdy młody człowiek zajęty jest od 6 rano do 7 wieczorem, a w składzie nasion, który jest w tym samym ogrodzie – od 6 do 11 wieczorem, tj. 17 godzin; odliczając obiad, śniadanie itd. – 15 godzin (autentyczne!). Dla młodych ludzi, nierozwiniętych ani fizycznie, ani umysłowo, 14-godzinna praca, z wynagrodzeniem wystarczającym zaledwie na najpierwsze potrzeby! Ale za to na Boże Narodzenie pracujący w tym dziale otrzymują specjalną gratyfikację.

Takiego postępowania z młodymi chłopcami zresztą nie sposób nazwać wyzyskiem! Cóż, że oni są pozbawieni opieki, bezdomni w większości wypadków, a nawet, że chodzą im po głowie jakieś mrzonki i marzenia, że chcą się „uczyć” i że woleliby mniej pracować, niż 15 godzin na dobę; zresztą polepszyć im byt i samemu zbankrutować! – a cóż by wtedy było w wigilię (och, aż strasznie pomyśleć): kartofle i śledź – i człowiek musiałby do kościoła piechotą chodzić… A zresztą gdzie indziej nie jest lepiej. W innym zakładzie w okolicach Warszawy w lecie wszyscy pracują od 5 do 20.30 z wyłączeniem 2 godzin na posiłek, tj. 14 godzin, i nadto dopłacają niekiedy „za naukę”! „Od kogo można, od tego się bierze, a kto nie chce dać, to temu się daje” –oto zasada właściciela, a więc są tam praktykanci spełniający jednakowe obowiązki, a różniący się tylko tym, że jedni dopłacają po 5 rb., albo 10, a innym pan pryncypał dopłaca po 3-7 rubli. Nawet różnica w uzdolnieniu nie jest tu uwzględniona. Za to mają już całkowite utrzymanie: 3 razy dziennie jedzenie, a w lecie 4; mięso – 3 razy tygodniowo, czasami 2. Tak, ale za to mają naukę! I do tego jak systematycznie prowadzoną: wszędzie podług tego samego schematu –tak, że gdy człowiek pobędzie 5 lat, to przechodząc w szóstym do nowego ogrodu na pewno będzie wiedział, iż przez pierwszy miesiąc uczy się kopać ziemię, wynosić śmiecie i odnosić obstalunki na miasto, w drugim i trzecim robi to samo, a gdy Pan Bóg pozwoli, to z czasem zapozna się i z tym, po co tu przyszedł, naturalnie tylko do tych granic, do których pozwala tajemnica robienia bukietów, przechowywana specjalnie na użytek wyłączny danego zakładu.

Jeżeli dla dorosłych 8-10 godzinna praca uważana jest za wyczerpującą, to czyż nie będzie bardziej wyczerpującą dla nieletnich! Jeżeli dorosłym za oznaczoną wyżej pracę winniśmy wynagrodzenie zaspakajające ich potrzeby, to czyż młodych ludzi już choćby za 8 godzin pracy nie powinniśmy nie tylko zabezpieczyć pod względem materialnym, ale dać możność kształcenia się i rozwijania? Pryncypałowie powiedzą, że nie mogą być filantropami; ale mnie się zdaje, że nie byliby filantropami, gdyby nawet zmniejszyli pracę choćby do 8 godzin dziennie, nie byliby filantropami nawet, gdyby utrzymywali obowiązkową dla uczniów swoich szkółkę, gdyby zakładali bibliotekę, łazienki i… gdyby pozwalali na otwieranie w zimie okna w pokoju praktykantów chociaż raz na miesiąc, bez względu na stratę opału. To wszystko wpłynęłoby może na zmniejszenie dochodu, ale jakoś jaśniej zrobiłoby się wokoło naszych „zacnych” i „szanownych”.

Praktykanci powinni: pracować najwyżej 8 godzin dziennie, mieć zabezpieczony za tę pracę byt lepszy niż teraz, i powinni mieć możność kształcenia się w kierunku ogólnym i specjalnym. Powinny być zorganizowane specjalne stałe popołudniowe wykłady za pewną opłatą, założone czytelnie, łazienki itd. Zająć się tą sprawą jest obowiązkiem w pierwszym rzędzie naszych instytucji społecznych, a mianowicie Towarzystwa Ogrodniczego i Towarzystwa Higienicznego.

Henryk Raabe

 ___________________

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w tygodniku „Ogniwo” nr 4/1904, 23 stycznia 1904. Od tamtej pory nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię według obecnych reguł. „Ogniwo” było jednym z najważniejszych ówczesnych polskich legalnych czasopism lewicowo-postępowych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *