Bronisław Siwik

Uwagi profana o literaturze

[1925]

W artykułach umieszczonych na łamach „Wiadomości Literackich” spotkałem się w kilku miejscach z dumnymi ze strony twórców artystycznych z powodu dyskusji o zarozumialstwie i niezrozumialstwie oświadczeniami, lekce sobie ważącymi sądy krytyczne i potrzeby profanów. Wydaje mi się, że są to oświadczenia ludzi nie tyle niezrozumiałych, ile nie  rozumiejących i nie wyczuwających współczesności.

Bronią się jeszcze twierdze Grenady… A tu już czasy inne, inne, inne.

Sprawy publiczne, a do nich należy też literatura, nie należą już tylko do górnych dziesięciu tysięcy. W orbitę życia narodu wchodzą zwartą masą nowe warstwy i klasy społeczne, na znojnym trudzie wyrosłe, surowe, brutalne i twarde. Wyłaniają się w ostrym bólu porodowym nowe potrzeby, nowe zainteresowania i nowe wartości. Twórca, który tworzy jeno dla swoich najbliższych, przestaje być twórcą narodowym. Niezrozumialscy mogą tworzyć sobie kluby, kółka i kapliczki, lecz nie ma to nic wspólnego z literaturą narodową. A powiedzieć im to może dziś szary profan, czytelnik.

Twórczość pisarska jest rzeczą najwewnętrzniejszej potrzeby wypowiedzenia się jednostki. Lecz właśnie dlatego, że jest potrzebą wypowiedzenia się publicznego, ma w sobie pierwiastek społeczny i podlega ocenie społecznej. Pisarze nie tworzą dla siebie tylko, bo wtedy nie drukowaliby swych utworów. Są oni wytwórcami artystycznymi, a czytelnicy, owi wzgardzeni profani – odbiorcami, konsumentami. I dlatego muszą pogodzić się pięknoduchy, że odbiorca rości sobie prawo wypowiadania się o artystycznym towarze.

Pośrednik, nawet najbardziej pontyfikalny pośrednik, już nie wystarcza. Tyczy się to wszystkich dziedzin życia, nie wyłączając literatury. Urzędowi pośrednicy w dziedzinie literatury: wydawcy, krytycy i recenzenci, rzadko mają dobro społeczne na celu. Kierują nimi aż nadto często względy nic wspólnego z wartością istotną dzieła nie mające. Nie ma dziś jeszcze organizacji spożywców w dziedzinie potrzeb ducha. Stowarzyszenia spożywców mają dotąd przeważnie na celu zaspokojenie potrzeb ciała członków. Lecz kwestii nie ulega, że w niedalekiej przyszłości i w dziedzinie potrzeb ducha zorganizowani spożywcy zetkną się bezpośrednio z wytwórcami.

Tymczasem pozwalam sobie zabrać głos jako niezorganizowany czytelnik-odbiorca, jako spożywca, mający określone potrzeby i świadomy tych potrzeb. Zdaję sobie sprawę z tego, że potrzeby moje są jednostronne i ułamkowe. Lecz tak samo jednostronna i ułamkowa jest twórczość artystyczna poszczególnych pisarzy.

Z ułamków potrzeb składa się całość potrzeb. Z ułamków twórczości składa się całość twórczości. Pisarz-twórca, największy pisarz-twórca, jest tak samo znikomym ułamkiem całości, jak najzwyklejszy czytelnik-odbiorca. A należy sobie uprzytomnić i to, że ten najzwyklejszy czytelnik-odbiorca może też być twórcą w innej dziedzinie, choć różnej skali. Dopiero gdy tak ustosunkujemy się do siebie, możemy zmierzać do harmonii, która jest najwyższym życiowym celem zarówno jednostki, jak i społeczeństwa, możemy się rozumieć.

Dziś o to trudno. Przewala się i kotłuje w nowych formach bytu roztrzęsione i okaleczałe wskutek przeżyć cielsko społeczne. Jesteśmy wciąż jeszcze jakby na oceanie w czasie burzy. Fale zalewają oczy nawet tych szczęśliwców, co znajdują się na powierzchni i jadą na pokładzie pierwszej klasy. Wysokie bałwany przesłaniają najbliższy horyzont, a nieustanny chybot sprawia zawrót głowy i brak równowagi. Trudno w takich warunkach tworzyć. Ryk bałwanów i kakofonia tonów „życia” – z jednej strony oszałamiają pisarzy, z drugiej – skłaniają do kroczenia po linii najsłabszego oporu i wysiłku, a więc do kręcenia się na powierzchni i zadowolenia się najbliższym horyzontem.

Dzieło sztuki – to fragment życia, to jego mniejszy lub większy odcinek twórczy. Lecz ujęcie tego fragmentu, tego odcinka może być różne bardzo. Może być malutkie, wąskie, płytkie, lub wielkie, szerokie, głębokie. Zależy to od ducha twórczego, jego mocy i woli. Zależy to od tego, ozy on chce i umie tworzyć nowe życie, czy też pragnie się do niego ustosunkować tylko. W dobie obecnej zwłaszcza, w dobie wyłaniania się nowych form życia nie sposób stworzyć dzieła ważkiego, posiadając jeno talent, choćby duży. Dziś pisarz pragnący zmierzyć się z potężnym nurtem życia, który nas niesie, musi mieć ideę jako busolę i drogowskaz. Tylko wtedy nie będzie się bał przepastnej jego głębi, nie będzie z fałszywą dumą odeń się odwracał, zamykał nań oczu, ani też wywracał na jego fali i wraz z nią koziołków swawolnych, lecz będzie się starał po męsku ogarnąć go i ująć od dna do powierzchni, wzdłuż i w poprzek.

Forma, wyraz, styl, język… są to atrybuty sztuki, bezsprzecznie niezbędne, ważne, stanowiące o rodzaju, o typie. Bez nich nie może być mowy o dziele sztuki. Lecz nie są to atrybuty jedyne, a nawet najważniejsze. O wielkości i wieczności dzieła stanowi duch twórczy, który je ożywia, duch człowieczy . Ten duch człowieczy wprawdzie płynie z życia, lecz jest twórczy właśnie dlatego, że je tworzy, i tylko wtedy, gdy je tworzy.

Słowo – to bezwarunkowo wyraz życia. Słowo ludzkie – to wyraz rozwoju człowieka. Lecz słowo to ani życie samo, ani człowiek, ani jego rozwój. I dlatego słowo nie może być sobie celem.

Wysilać się celem tworzenia formy dla formy to wierutne głupstwo, zdolne bawić głupców. Ekwilibrystyka zwrotów i słów oraz gmatwanina zwrotów i słów – to może i sztuka, ale ani wielka, ani głęboka. Wielkie uczucia i wielkie myśli oblekają się na ogół w kształty proste i jasne. Dzieła ducha wielkiego, nawet w formie chropowatej, są wielkie i wieczne. Najbardziej natomiast wycyzelowana forma, najbardziej wyszukane i dobrane zwroty nie ukryją nicości ducha i nie przeżyją pokolenia. Duch twórczy sam tworzy formy najbardziej dlań odpowiednie, nie siląc się na nie. I tylko wtedy formy te są ważkie i istotne.

Sztuka dla sztuki i słowa dla słów – to dekadentyzm sztuki i słów, to wyraz wyjałowienia ducha i bezideowość. W sztuc współczesnej jest dużo przejawów zwyrodnienia kulturalnego, płynącego z braku wiary w życie, z pasożytnictwa i odosobnienie. Te najprzeróżniejsze „-izmy” formalne i werbalne, to bańki mydlane na powierzchni życia, jak te bańki – znikome i puste. Mogą one wypełniać nudę filistrów po sytym obiedzie, ale nie są w stanie zadowolić ludzi pracy, szukających w dziele sztuki nie tylko rozrywki, lecz i pokarmu.

Ludzie pracy tęsknią do dzieł prostych i jasnych, a głębokich, do dzieł przepojonych wiarą w życie, w jutro, w dobro. I tylko dzieła przepojone wielką myślą i uczuciem mogą zawładnąć szeroką rzeszą czytających ludzi pracy oraz podbić ją duchowo. A przecież zwycięstwo duchowe to chyba największy tryumf twórców.

Oto staje się nowe życie. Na jego arenę wchodzą nowi ludzie z innymi pojęciami, innymi potrzebami, innymi dążeniami. Nic też dziwnego, że łakną nowej sztuki, że tęsknią do twórców, którzy by byli bliscy głębi życia społecznego, środowiska pracy.

Świat pałaców i pałacyków, świat dworów i dworków, świat salonów, balów, restauracji i teatrów, w którym obraca się nasza fabuła powieściowa, to świat przeważnie obcy środowisku pracy i egzotyczny. Życie polskie – to już nie życie nierobów i pieczeniarzy. Polskie dwory i pierwsze piętra kamienic miejskich nie odgrywają w tym życiu roli twórczej. I dlatego sztuka polska, która obraca się jeno w atmosferze tych dworów i pierwszych pięter jest doprawdy obca twórczemu nurtowi życia, jest bajkowa i egzotyczna. A egzotyczność jej jest bardziej daleka od ludzi pracy, niż środowisko utworów Conrada czy Londona.

Rozumiem, ze sztubak rozwija się w pewnych warunkach, że wymaga pewnej ilości światła i ciepła. Ale minęły czasy, gdy to światło i ciepło wytwarzały się w atmosferze i pod skrzydłami sytego próżniactwa. Dziś panuje już tam przeważnie tylko zaduch stęchlizny i rozkładu.

Nowa sztuka, jako odpowiednik nowego życia, sztuka wielka, jako odpowiednik przeobrażeń wielkich w świecie ludzkim, nie wyjdzie z tego środowiska, nie dadzą jej pisarze wyrośli i obracający się w zatrutej jego atmosferze, choćby najbardziej byli ciekawi i żądni życiowych „nowinek”, choćby najbardziej radykalizowali słowem i formą. Będzie to snobizm bardziej lub mniej utalentowany, lecz nic ponadto. Nową sztukę dadzą dopiero nowi, silni ludzie, którzy potrafią spojrzeć na życic z tej strony, oczami wierzącego w życie człowieka twórczej pracy nie tylko indywidualnej, lecz i społecznej.

Dziś żyjemy w okresie twórczym marcowego przedwiośnia.

Bronisław Siwik
______________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w PPS-owskim dzienniku „Robotnik” nr 265(2708), 27 września 1925 r. Od tamtej pory nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

Na podobny temat warto przeczytać:

Bronisław Siwik (1876-1933) – działacz socjalistyczny od roku 1904, organizator nielegalnych struktur w Zagłębiu Dąbrowskim, za działalność zesłany na trzy lata w głąb Rosji. W czasie rewolucji październikowej przebywał w Sankt Petersburgu, gdzie stał się krytykiem bolszewików i ich rządów oraz całego internacjonalistycznego i marksowskiego nurtu w ruchu socjalistycznym. Po wojnie urzędnik Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej, pełnił też funkcję dyrektora warszawskiego oddziału ZUS, radny Warszawy, ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej, publicysta prasy socjalistycznej. Zasłużony działacz spółdzielczości spożywców, prezes Rady Nadzorczej Związku Robotniczych Stowarzyszeń Spółdzielczych, inicjatorów zjednoczenia „klasowego” ZRSS z „neutralną” spółdzielczością spożywców, w efekcie czego w 1925 r. powstał potężny Związek Spółdzielni Spożywców RP. U schyłku życia rozstał się z PPS-em wskutek różnic w ocenach J. Piłsudskiego. Pozostawał pod wpływem myśli Edwarda Abramowskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *