Leon Wasilewski

Ukraiństwo, moskalofilstwo a sprawa rosyjska w Galicji

[1910]

I

Obchód grunwaldzki sprowadził do Krakowa między innymi i paru przedstawicieli Rosji liberalnej, którzy życzyli nam doczekania się za 500 lat „swobody” (Pogodin), oświadczyli się za autonomią Królestwa Polskiego i przeciwko niepodległości Polski (Rodiczew), wreszcie zainteresowali się ogromnie sprawą „Rosjan” galicyjskich (Stachowicz). Członek stronnictwa „kadetów” rosyjskich i znany liberał, Stachowicz, został nawet pouczony namacalnie o sympatii, jaką cieszą się „Rosjanie” galicyjscy wśród chłopów ruskich, poturbowano go bowiem podczas znanych zajść między Ukraińcami a Moskalofilami w Koropużu.

Powszechne zdziwienie wywołał fakt, że Rodiczew, przemawiając na temat stosunków polsko-ruskich, stale nazywał Rusinów „Rosjanami” i że Stachowicz, pragnąc osobiście zbadać stosunki w Rusi, znalazł się w towarzystwie moskalofilów. Tymczasem jest to zjawisko najzupełniej naturalne, mogące dziwić tylko tych, co nie znają stosunku Rosjan do Ukraińców.

Liberałowi i radykałowi rosyjskiemu można wytłumaczyć konieczność pedagogiczną posługiwania się językiem ukraińskim w nauczaniu elementarnym, można udowodnić mu rację bytu wydawnictw popularnonaukowych w języku ukraińskim, zrozumie on wreszcie, że poezja w języku ukraińskim najbardziej zdolna jest oddać tęsknotę duszy ukraińskiej. Ale praw Ukraińców do posługiwania się mową rodowitą w szkole średniej i na uniwersytecie, w sądownictwie i w urzędach, wreszcie w literaturze naukowej, przeciętny inteligent rosyjski nie uznaje. Żądania te są w jego oczach tak jaskrawym nonsensem, że ich wprost niepodobna traktować na serio. Przecież ten sam Rodiczew – jeden z najbardziej radykalnie usposobionych „kadetów” – powiedział na zgromadzeniu publicznym w Petersburgu, że należy Ukraińcom umożliwić wprowadzenie języka ukraińskiego do szkół ludowych po to, aby przekonać ich praktycznie, jaki to jest absurd. Drugi z gości krakowskich, również „kadet” Stachowicz, interpelowany przez Ukraińców lwowskich co do uznania praw języka ukraińskiego w gimnazjach i uniwersytetach w zaborze rosyjskim, zapewniał swych interlokutorów, że Ukraińcy w Rosji, otrzymawszy te prawa, na pewno nie zechcą z nich korzystać. Jednym słowem i dla Rodiczewa, i dla Stachowicza ukrainizm w sferach inteligencji jest zupełnie absurdem, w którego urzeczywistnienie nikt z najbardziej liberalnie usposobionych Rosjan nie wierzy.

W Rosji po prostu nikt nie chce uznać Ukraińców za narodowość odrębną. Ludzie potępiający ucisk słowa ukraińskiego przez rząd rosyjski prawie zawsze wychodzą z tego stanowiska, co Stachowicz. „Znieście ucisk – i Ukraińcy sami nie zechcą rozwijać swej odrębności” – tak rozumuje każdy niemal liberał i radykał rosyjski, mówiąc o kwestii ukraińskiej. Że tak a nie inaczej zapatrują się na nią Rosjanie, wina w tym nie tylko nacjonalistycznego wychowania tradycyjnego inteligencji rosyjskiej, ale i samego ruchu ukraińskiego.

Ruch ukraiński w Rosji jako nie już pewna siła, ale w ogóle prąd polityczny, z którym się należy liczyć, nie istnieje. Rusyfikacja inteligencji ukraińskiej, zakończona tryumfem rosyjskości już w wieku XVIII, osiągnęła ten skutek, że nawet odrodzenie kulturalno-narodowe Ukrainy, bądź co bądź posuwające się naprzód w ciągu całego stulecia ubiegłego, nie obudziło żadnych samodzielnych dążeń ukraińskich. Tak zwane „ukrainofilstwo” posiadało charakter wybitnie apolityczny, skwapliwie i konsekwentnie podkreślany przez jego wodzów przy każdej sposobności.

Te na wpół świadome tendencje polityczne, które odnajdujemy u Tarasa Szewczenki, są bezwarunkowo naleciałościami polskimi i tłumaczą się wpływem polskiej poezji romantycznej i osobistego stykania się „kobzarza” z Polakami: Bronisławem Zaleskim, Żeligowskim itd. Jedynym politycznym wystąpieniem „ukrainofilów” starego autoramentu była owa słynna „spowiedź” Włodzimierza Antonowicza, podszyta ładnie brzmiącymi frazesami demokratycznymi, niemniej jednakże politycznie reakcyjna. Wobec dylematu – czy Ukraina ma iść z demokratyczną Polską powstańczą, czy z caratem, Antonowicz wyrzekł się wszelkiej wspólności z Polakami i, przyjąwszy prawosławie, poszedł drogą kariery rządowej. Wśród pomocników Milutina, „urządzających” Królestwo po powstaniu, nie brak było i ukrainofilów, a jeden z najwybitniejszych beletrystów ukraińskich, Ołeksa Storożenko, był pomocnikiem Murawiewa-Wieszatiela. Jedyny Ukrainiec, który poszedł do powstania i zginął, walcząc wspólnie z Polakami – Potebnia – łączył się z nami jako radykał i rewolucjonista rosyjski, jako członek rosyjskiej partii antyrządowej.

W rosyjskich ruchach liberalnych i rewolucyjnych Ukraińcy brali zawsze udział wybitny, ale nigdy się nie wyodrębniali. Nawet Dragomanów, który po opuszczeniu Rosji silnie akcentował potrzeby Ukrainy, pragnął utrzymać ruch ukraiński w ramach ogólnorosyjskiego ruchu liberalno-konstytucyjnego. Wśród rewolucjonistów rosyjskich było sporo Ukraińców – nie tylko z pochodzenia, ale i ze świadomości – wystarczy tu wymienić Lizohuba, Kibalczycza, Krawczyńskiego-Stepniaka, ale ruch ukraiński jako taki pożytku z tego nie miał. Przeciwnie, Rosjanie coraz bardziej przyzwyczaili się do faktu, iż Ukrainiec-rewolucjonista niczym się – poza wymawianiem dźwięku h – od Wielkorusa nie różni, żadnych odrębnych dążności nie żywi i w gruncie rzeczy jest Rosjaninem.

Kiedy na schyłku wieku ubiegłego na Ukrainie zrodził się ruch socjalistyczny, stanął on wobec faktu znacznego już rozbudzenia się świadomości narodowej i ruchu kulturalnego, przy zupełnej nieobecności odrębnych politycznych pierwiastków ukraińskich. Praca agitacyjna wśród mas chłopskich i do pewnego stopnia robotniczych wymagała posługiwania się językiem ukraińskim i specjalnych organizacji ukraińskich. Jednakże organizacje te były kierowane przez inteligencję, politycznie zupełnie zrusyfikowaną, skutkiem czego nie umiały wytworzyć odrębnych programów ukraińskich. Zapożyczony u PPS program niepodległościowy „ukraińskiej partii socjalistycznej” i przeflancowany z Galicji pierwszy program „ukraińskiej partii rewolucyjnej” (RUP późniejszej „SD partii robotniczej Ukrainy”) nie mogły się utrzymać. Ukraińskie partie socjalistyczne nie umiały przeciwstawić żadnych sił poważnych centralistycznej „Spiłce” (utworzonej przez socjalistów rosyjskich), która wchłonęła znaczny zastęp Ukraińców, nie wyłączając byłych członków ukraińskich partii.

W dniach spotęgowanej walki rewolucyjnej, od wojny japońskiej aż do upadku powstania moskiewskiego, kiedy najdrobniejsze grupki narodowościowe – w rodzaju Jakutów czy Czuwaszów – budzą się i głośno zaznaczają swoje istnienie, o Ukraińcach jako o samodzielnej sile politycznej głucho. Ukraińscy działacze kulturalni korzystają skwapliwie z ustępstw wydartych rządowi przez rewolucję, zakładają własne pisma, czynią pewne zachody w kierunku zagwarantowania językowi ukraińskiemu wstępu do szkół, zakładają stowarzyszenia ukraińskie. Ale w dziedzinie politycznej tej czynności nie towarzyszą żadne kroki. Co do socjalistów, to cała ich energia jest skierowana ku temu, aby wejść w charakterze części autonomicznej do „Socjalno-demokratycznej Partii Robotniczej Rosji”. Hasło autonomii, rzucane w r. 1905 na różnych „kresach” państwa rosyjskiego, przyjmuje się i na Ukrainie, ale jako hasło nowe przez żadną z grup politycznych w Rosji nie jest brane na serio.

Bądź co bądź jeszcze u socjalistów ukraińskich hasło autonomii przybrało jakieś konkretne kształty, poświęcono mu garść artykułów i broszurę, zawierającą argumenty ekonomiczne, zainteresowano nim masy. Inteligencja niesocjalistyczna ujawniła daleko mniejszą energię pod tym względem. W rezultacie hasło autonomii Ukrainy pozostało hasłem martwym. Żadna z partii rosyjskich, u których grupy ukraińskie zabiegały w sprawie poparcia tego hasła, za swoje go nie uznała. O to żądanie rozbiły się wszystkie próby socjalnych demokratów ukraińskich wejścia do SD Rosji, która zachowała się wobec autonomii Ukrainy wręcz odwrotnie. Nie rozporządzając żadną własną organizacją polityczną, która by posiadała poważniejsze znaczenie, Ukraińcy są jako czynnik polityczny w państwie rosyjskim ignorowani.

Wprawdzie czarnosecińcy od czasu do czasu podnoszą w swojej prasie hałas z powodu rzekomego „separatyzmu” ukraińskiego. Ale krzyki te mają tę samą wartość, co i denuncjowanie przez czarnosecińców naszych ugodowców o dążenie do powstania. Dla Rosji i jej całości Ukraińcy przedstawiają obecnie żywioł daleko mniej niebezpieczny od plemion tubylców nadwołżańskich, wśród których agitatorzy tatarscy szerzą islam i dążności panslawistyczne. Niebezpieczeństwo ukraińskie grozi Rosji tylko z Galicji i dlatego też na tę ostatnią Rosja rządowo-czarnosecinna zwraca tak baczną uwagę.

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że to, co obecnie posiadają Ukraińcy w zaborze rosyjskim, zawdzięczają oni w przeważnej mierze tej wolności (malgré tout!), z jakiej od roku 1848 korzystają w Galicji.

Gdy w Rosji żywioł ukraiński został skazany na zagładę, w Galicji uzyskiwał on krok za krokiem poważne zdobycze we wszystkich dziedzinach życia publicznego. Język chłopów i popów schłopiałych powoli przekształcał się tu na organ życia narodu normalnego, na język szkoły niższej, średniej i wyższej, literatury i prasy dla inteligencji, sądów, urzędów, sejmu itd., gdy tymczasem w zaborze rosyjskim pozostawał on językiem masy ludowej wyłącznie.

Kiedy próby odrodzenia literatury ukraińskiej zostały w Rosji stłumione brutalną dłonią rusyfikatorskiego centralizmu, Galicja stała się i dla Ukraińców rosyjskich jedynym schroniskiem narodowym. Tu wychodziły pisma zasilane przez pisarzy ukraińskich z Rosji, tu kształtował się ogólnoukraiński język publicystyczny, naukowy, w ogóle „inteligencki”, tu krzewiła się nauka ukraińska, tu wreszcie krystalizowało się samo pojęcie Ukrainy – narodu odrębnego, Ukrainy – społeczeństwa samoistnego. Galicja przechowała i rozwinęła poczucie narodowościowe ukraińskie – poczucie nie jakiejś odmiany prowincjonalnej czy etnicznej, lecz narodu, dążącego do zrealizowania pełni praw swoich.

I na wzór Galicji musi kształtować się życie zakordonowej części Ukrainy, pozostające w tyle za Galicją o jakieś lat 50-60. To, co dla Rusinów w Galicji stawało się urzeczywistnialnym już w roku 1848, i dziś jeszcze jest dla Ukrainy rosyjskiej najzupełniejszą utopią. Bądź co bądź jednak te mnożące się z dnia na dzień zdobycze Ukraińców w Galicji oddziałują i na Ukraińców rosyjskich w kierunku wzmacniania ich poczucia narodowościowego i utrwalania się przekonania, że i Ukraińcy będą mogli wytworzyć naród samoistny – taki, jaki stanowią dziś Rusini, dzięki możliwości zdobywania coraz nowych praw. Przecież tak bagatelna drobnostka jak napisy ukraińskie na biletach kolejowych, sama możność walki o takie ustępstwo (w warunkach rosyjskich utopijne) musi oddziaływać na Ukraińców w Rosji w kierunku dla jej centralistycznej rusyfikacji wręcz niepożądanym.

I to „demoralizujące” znaczenie Galicji jest w sferach rosyjskich oceniane należycie. Galicja jako „ognisko knowań antyrosyjskich” zawsze była solą w oku gadzinowej prasy rosyjskiej, a oderwanie wschodniej Galicji od Austrii i przyłączenie tego „odwiecznie rosyjskiego kraju do Rosji” jest punktem programu wszystkich nacjonalistów rosyjskich.

II

Program ten posiada swą część minimalną i maksymalną. Maksimum to połączenie wschodniej Galicji z Rosją. Minimum – to możliwa rusyfikacja Rusi galicyjskiej bez odrywania jej na razie od Austrii. I jeśli dla zrealizowania programu maksymalnego trudno było coś rządowi uczynić, to dla urzeczywistnienia programu minimum i rząd, i nacjonaliści rosyjscy nie szczędzili ani sił, ani zasobów materialnych.

Od połowy siódmego dziesięciolecia wieku ubiegłego propaganda rosyjska szerzy się wśród Rusinów galicyjskich. Kiedy po porażkach w wojnie z Prusami Austria zmuszona była ostatecznie wejść na drogę rozwoju konstytucji i autonomii krajów, Rusini galicyjscy znaleźli się w położeniu dość osobliwym. Rząd austriacki nie potrzebował już swych „Tyrolczyków Wschodu”, wyzyskiwanych przezeń do paraliżowania rewolucyjnych dążności polskich, i oddał cały kraj w ręce szlachty polskiej. Było to dla przywódców politycznych Rusinów ciosem strasznym.

Pozbawieni pomocy rządu, wpadają w skrajny pesymizm i zwracają swe oczy ku Rosji, która wysyła swoich agentów dla przygotowania w Galicji gruntu do aneksji tego kraju, wydającej się wówczas czymś zupełnie prawdopodobnym wobec osłabienia Austrii. „Świętojurcy” lwowscy zbyt są ostrożni, aby zdradzić się otwarcie z nadziejami na Rosję, ale poczynają oni energicznie zaznaczać jedność narodu mało- i wielkoruskiego, występować przeciwko odrębności Rusinów od Rosjan itd. W ten sposób powstaje moskalofilstwo rusińskie, podsycane stale przez panslawistów rosyjskich i rząd carski.

Moskalofilstwo to posiadało przez czas bardzo długi charakter wyłącznie politycznego marzycielstwa. Pisarze i działacze moskalofilscy wiele mówili o jedności Rusi z Rosją, o języku rosyjskim jako wspólnym narzędziu literackim „wszystkich odłamów Rusi”, ale w praktyce, z bardzo nielicznymi wyjątkami, moskalofilstwo ich sprowadzało się do marzeń o zajęciu wschodniej Galicji przez Rosję. Poza tym byli to ludzie w życiu codziennym posługujący się tym samym językiem, co i ich antagoniści (narodowcy rusińscy), w prasie zaś okropnym żargonem cerkiewno-rusko-rosyjskim. Nienawidząc chłopskiego języka ukraińskiego, moskalofile chętniej używali polskiego i w kołach polskich zwykle nie afiszowali się swą ruskością.

Jako kierunek polityczny moskalofilstwo było czymś zupełnie martwym, utrzymywanym sztucznie przez sfery rządowo-panslawistyczne, skazanym na powolne zanikanie skutkiem postępów, czynionych przez narodowców. W końcu ubiegłego stulecia moskalofilstwo rusińskie było na wymarciu. Parę pism moskalofilskich żywiło skupiających się koło nich publicystów, utrzymujących żywe stosunki z Rosją, poza tym obóz moskalofilski składał się z popów starszego pokolenia i garści urzędników. Wśród młodego pokolenia moskalofile stawali się zjawiskiem coraz rzadszym, gdy narodowy ruch ukraiński zdobył dla siebie olbrzymią większość inteligencji.

To zanikanie moskalofilstwa i jego zupełna mizeria moralna spowodowały zwrot znamienny w stosunku do niego pewnych grup społeczeństwa polskiego. Narodowi demokraci, zapoczątkowując na gruncie galicyjskim walkę nacjonalistyczną z Rusinami, postanowili zużytkować do swych celów zamierające moskalofilstwo. J. L. Popławski w „Przeglądzie Wszechpolskim” pierwszy wypowiedział się przeciwko tradycyjnie utartemu u nas poglądowi na stosunki wewnętrzne społeczeństwa rusińskiego.

Pogląd ten wymagał traktowania moskalofilów jako galicyjskiej ekspozytury Rosji, a więc jako bezwzględnych, nieprzejednanych wrogów Polski. Bez względu na stosunek do tych czy innych żądań ukraińskich narodowców, stojących na gruncie odrębności Ukrainy od Rosji, uważano za prawdziwych reprezentantów Rusi i ich uznawano za stronę w stosunkach polsko-rusińskich, ignorując moskalofilów jako renegatów, jurgieltników moskiewskich itd.

Otóż Popławski i narodowi demokraci zapoczątkowali zmianę tego poglądu. Postanowili oni traktować moskalofilów również jako wyrazicieli opinii narodowej Rusi, aby tą drogą osłabiać narodowców ukraińskich. Prawdopodobnie nie wierzyli oni wcale w możność rozwoju moskalofilstwa na gruncie galicyjskim ani w żywotność propagandy rosyjskości w Galicji. Chodziło tu więc tylko o komedię, o udawanie, jakoby obok prądu narodowego wśród Rusinów istniał prąd inny, również zasługujący na uwzględnianie. A ponieważ w interesie rządu austriackiego nie leży popieranie moskalofilstwa, więc narodowi demokraci byli pewni, że ich polityka, mogąc być nieprzyjemną dla narodowców, nic realnego moskalofilom by nie dała.

I ta gra obłudna, a zarazem prowokacyjna, byłaby przez dłuższy czas zabawką dość nieszkodliwą, gdyby do niej nie przyłączyły się pierwiastki nieco innego charakteru. Oto kiedy na Rusi wybuchły w roku 1902 słynne strajki rolne, szlachtę podolską ogarnęła panika. W Ukraińcach ujrzano nie tylko przeciwników narodowych, ale przede wszystkim żywioł zagrażający ekonomicznemu „stanowi posiadania” obszarników polskich. Stąd dla zwalczania Ukraińców zaczęto przeciwstawiać im konserwatywnych pod względem społecznym moskalofilów.

Poparcie, udzielane tym ostatnim przez szlagonerię, przyczyniło się do nagłego wzmożenia się sił moskalofilstwa. Namiestnik hr. Andrzej Potocki użył całego aparatu administracyjnego, aby poprzeć moskalofilów przeciwko narodowcom – i oto nagle stronnictwo moskalofilskie staje się czynnikiem realnym polityki krajowej, a w sejmie galicyjskim zjawia się kilkunastu jego przedstawicieli.

Usiłowania polskich kół nacjonalistyczno-konserwatywnych doprowadziłyby w końcu do tego, że obok demokratyczno-radykalno-socjalistycznego odłamu Rusi skonsolidowałby się odłam konserwatywno-klerykalny, zatracający swój charakter moskalofilski, natomiast ugodowy względem Polaków. Tymczasem wypadki wewnętrzne wpłynęły na moskalofilstwo galicyjskie w zupełnie innym kierunku.

Oto Rosja, która w dobie spotęgowanej ekspansji na Dalekim Wschodzie ogromnie zaniedbała robotę agitacyjną wśród Słowian austriacko-bałkańskich, pobita przez Japonię, znów zwraca oczy na Bałkany i Austrię. Odradza się panslawizm zaborczy, przemalowany pospiesznie na „neoslawizm”. Rośnie szybko nacjonalizm rosyjski, a z nim apetyt na wschodnią Galicję, jako na „kraj starożytnie rosyjski” i jako na „ognisko wichrzeń antyrosyjskich”.

Zjazd praski jest punktem przełomowym w rozwoju moskalofilstwa galicyjskiego. Na nim to po raz pierwszy Polacy (to jest pp. Dmowski, Balicki itd.) uznali oficjalnie istnienie „Rosjan” w Galicji, mających takież same prawo do zaspokojenia swych potrzeb „rosyjskich”, jak Polacy „polskich” w zaborze rosyjskim. Po zjeździe praskim hr. Bobryńskij, Giżyckij i inni czarnosecińcy rosyjscy objeżdżają Ruś galicyjską, jako teren przyszłych operacji – na razie finansowych, a z czasem wojennych, w pismach rosyjskich ogłaszają się składki na poparcie sprawy rosyjskiej w Galicji i moskalofilstwo rusińskie przybiera zgoła nowy charakter.

Nagle, jakby za uderzeniem różdżki czarodziejskiej, wśród moskalofilów galicyjskich wybujał kierunek, dotychczas najsłabszy, najniepozorniejszy. Kiedy akcja antyukraińska narodowych demokratów i władz galicyjskich przyczyniała się do rozwoju najbardziej umiarkowanych, najbardziej ugodowych żywiołów moskalofilstwa, to po zjeździe praskim wysuwają się na czoło w obozie moskalofilskim elementy zupełnie odmienne.

Grupa „Rosjan”, otwarcie występująca z potępieniem nie tylko ukraiństwa narodowców, ale i „ruteństwa” starszego pokolenia moskalofilów, grupa dotychczas bardzo nieliczna, szybko rośnie. We Lwowie poczyna wychodzić wielki dziennik „Prikarpatskaja Ruś” – w języku bardzo udatnie naśladującym wielkorosyjską mowę literacką, w stowarzyszeniach moskalofilskich „Rosjanie” podnoszą głowę, a ich najwybitniejszy przywódca, Dudykiewicz, walczy, nie przebierając w środkach, ze starymi moskalofilami, nie chcącymi popierać prądu skrajnie rusyfikatorskiego. Wybór Dudykiewicza na prezesa „Towarzystwa imienia Kaczkowskiego” – największej organizacji moskalofilskiej – był widomym znakiem tryumfu „Rosjan” nad „Ruteńczykami”. Zarzuty natury kryminalnej, którymi ci ostatni operowali w walce z Dudykiewiczem, doprowadziły wprawdzie do rozbicia klubu „rosyjskiego” w sejmie lwowskim, niemniej jednakże większość stronnictwa wypowiedziała się za Dudykiewiczem. Kierunek „rosyjski” zwyciężył.

I w tym kierunku prowadzona jest obecnie praca agitacyjna i organizacyjna przez zwolenników Dudykiewicza i dziennika „Prikarpatskaja Ruś”. Specjalną uwagę zwrócono na młodzież gimnazjalną, którą się rusyfikuje po bursach, zaopatrzonych w siły „wychowawcze”, sprowadzone z Rosji. Dla przeciwdziałania stowarzyszeniom ukraińskim tworzy się mnóstwo organizacji po wsiach i miasteczkach – organizacji ekonomicznych, oświatowych, gimnastycznych itd. Specjalną uwagę zwrócono na rusyfikację chłopów, wśród których forsuje się nauczanie języka rosyjskiego, których wozi się do Kijowa, Poczajowa i innych ośrodków czarnoseciństwa rosyjskiego itd.

Moskalofilstwo z martwego kierunku, reprezentowanego przez garść niedobitków dawnego reakcyjnego „świętojurstwa”, przekształciło się w naszych oczach na poważny czynnik polityczny, na placówkę Rosji carskiej i jej polityki zaborczej w Galicji. Pracując nad urzeczywistnieniem programu minimum nacjonalistów wszechrosyjskich, moskalofilstwo galicyjskie (przy pomocy polskiej narodowej demokracji w pierwszym rzędzie) przygotowuje grunt do realizacji ich programu maksymalnego – aneksji wschodniej Galicji przez carat.

Leon Wasilewski
______________________
Powyższy tekst Leona Wasilewskiego, sygnowany pseudonimem St. Os…arz, pierwotnie ukazał się w miesięczniku „Krytyka” numer 9/1910. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł, ze zbiorów Remigiusza Okraski. „Krytyka” była postępowo-lewicowym czasopismem społeczno-kulturalno-literackim, sympatyzującym z niepodległościowym nurtem polskiego ruchu socjalistycznego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *