Stanisław Ossowski

Taktyka i kultura

[1955/56]

Artykuł ten był napisany w październiku r. ub. w związku z toczącą się wówczas dyskusją o rozumieniu kultury, o autorytetach, o szkołach w nauce i o poszukiwaniu prawdy w humanistyce. Dyskusja była ważnym wydarzeniem na tle ówczesnych warunków: wielu czytelników powitało ją jako jedną z jaskółek historycznej przemiany. Nie dotarła ona jednak do źródeł zjawisk, które stanowiły jej przedmiot, a sytuacja humanistyki polskiej była – wedle mego przekonania – charakteryzowana połowicznie, bez wyciągania ostatecznych konsekwencji. Sądziłem, że ze względu na doniosłość sprawy trzeba, aby stanowiska zostały wyrażone bez osłonek, bez uciekania się do aluzji czy napomknień.

Wskutek okoliczności od autora niezależnych artykuł napisany na jesieni dociera do prasy drukarskiej na przedwiośniu. Pod koniec tego pięciomiesięcznego okresu zaszły wydarzenia, których doniosłość trudno nam jeszcze dzisiaj docenić. W każdym razie sprawiły one, że dystans pomiędzy jesienią roku 1955 i końcem marca 1956 nie daje się w naszych doznaniach mierzyć zwykłą skalą odcinków ziemskiej orbity.

Pomimo tego dystansu artykuł nie stracił chyba na aktualności, ponieważ zagadnienia, których dotyczy, nie są związane z jednym tylko okresem ani z jednym tylko krajem. Jeżeli zmieniły się zasady polityki kulturalnej, jeżeli zmienił się stosunek do rzeczywistości w szerokich kręgach naszego społeczeństwa, nie zmieniły się tak szybko nawyki i dyspozycje umysłowe ukształtowane w ciągu lat, nie zanikły skutki metod wychowawczych zmierzających do przekształcania czaszek ludzkich w akustyczne rezonatory.

Doświadczenie wykazało, że pracownicy kultury przy odpowiedniej presji łatwo umieją się wyrzec istotnej roli społecznej na rzecz kostiumu i aktorskiego gestu. Słowa o zadaniach społecznych, które na nich ciążą, nie stały się zbędne i dzisiaj, w dniach marcowego przedwiośnia. Jasne uświadamianie dróg, które wiodły do spętania myśli twórczej, jest równocześnie uzbrajaniem jej przeciw niebezpieczeństwom, które mogłyby jej zagrozić w przyszłości.

Rzecz idzie nie tylko o wartości kultury naukowej i artystycznej: rzecz idzie o ocalenie wiary w idee socjalizmu, zachwianej skojarzeniami, jakie wokół tego słowa narosły w minionym okresie.

***

Nauka jako pewna sfera ludzkiej twórczości związana ze specjalnymi instytucjami (instytuty i pracownie naukowe, wydawnictwa naukowe, akademie, stowarzyszenia, kongresy) posiada wielorakie zadania społeczne, które, jak mi się zdaje, można sprowadzić do trzech funkcji zasadniczych: nazwijmy je funkcją techniczną, funkcją humanistyczną i funkcją, propagandową.

Funkcja techniczna to ta funkcja, dzięki której nauka daje człowiekowi władzę nad przyrodą: dostarczanie wiedzy potrzebnej do przekształcania rzeczywistości, wiedzy o środkach do celów, wiedzy pozwalającej przewidywać wydarzenia, względem których chcemy zająć czynną postawę. Zwykle mówi się tu raczej o funkcjach utylitarnych, wolę jednak mówić o funkcji technicznej, ponieważ posługiwanie się tamtym terminem mogłoby zagrozić rozróżnieniu funkcji technicznej i funkcji propagandowej.

Nauka przekształca świat i nauka przekształca człowieka. Z przekształcaniem człowieka wiąże się humanistyczna funkcja nauki. Tutaj ocenia się naukę ze względu na jej rolę w zaspokajaniu potrzeb intelektualnych i doskonaleniu umysłów. Takie „humanistyczne” wartości ma się na myśli, gdy mowa o roli nauki w walce z przesądami, gdy za filozofami XVIII wieku oczekuje się nowych ludzi w wyniku rozwoju i szerzenia się wiedzy, albo gdy za Engelsem oczekuje się, że nauka da człowiekowi wolność, uświadamiając mu zakres konieczności. Nikt zdaje się nie wątpi, że rewolucja kopernikańska, w przeciwieństwie do rewolucji przemysłowej, była rewolucją przede wszystkim ze względu na tę humanistyczną funkcję nauki. Nikt nie kwestionuje doniosłości, jaką posiadała teoria ewolucji ze względu na przekształcanie umysłowych i emocjonalnych postaw człowieka, chociaż równocześnie posiadała doniosłe konsekwencje techniczne, które się ujawniły w zastosowaniach praktycznych biologii. Techniczne funkcje odkryć Pasteura lub teorii Pawłowa nie zmniejszają w niczym ich „humanistycznego” znaczenia. Na terenie wychowawczym techniczne funkcje nauki wysuwają się na czoło w kształceniu zawodowym, funkcje humanistyczne w tzw. kształceniu ogólnym.

Funkcję humanistyczną można rozumieć szerzej lub węziej. W węższej interpretacji, w interpretacji, która odegrała doniosłą rolę w dziejach kultury, idzie tu nie o jakiekolwiek zaspokajanie potrzeb intelektualnych, lecz o zaspokajanie ich w sposób „godny zaufania”; idzie o kształtowanie umysłów nie wedle jakichkolwiek wzorów osobowych, ale o kształtowanie ich „na drodze mądrości”, o rozszerzanie horyzontów myśli i pogłębianie stosunku do świata.

Nauka miewa inne jeszcze zastosowanie społeczne. Może pełnić funkcję propagandową: twierdzenia nauki w oparciu o autorytatywne postaci lub instytucje oddają usługi obronie pewnych stanowisk na polu społecznej działalności, propagowaniu dyrektyw praktycznych, nakłanianiu ludzi do takiego postępowania, które odpowiada celom kierowników akcji propagandowej, celom innym niż „doskonalenie umysłów ludzi” i rozszerzanie ich wiedzy o świecie. Umocnione autorytetem naukowym wiadomości o bogactwach egzotycznego kraju mogą służyć propagowaniu emigracji. Odkrycia naukowe dotyczące wpływów alkoholu na tkanki organizmu oddają usługi propagandzie antyalkoholowej, a informacje dotyczące zasięgu skutków eksplozji atomowej są narzędziem propagandy antywojennej. Niemiecka propaganda za odrębnością „narodu góralskiego” (Goralenvolk) wyzyskiwała drobiazgowe badania historyczne prowadzone przez Ostinstitut, a przedwojenni głosiciele programu agrarystycznego w Polsce powoływali się na niektóre wyniki badań etnografii i historii kultury. Radio amerykańskie osiągnęło mistrzostwo w wyzyskiwaniu odkryć naukowych i autorytetu uczonych dla reklamy firm handlowych wszelkiego rodzaju.

Te funkcje nauki, którym nadaliśmy tu nazwy, „funkcji technicznej” i „humanistycznej” rozróżniał już Arystoteles, kiedy taką wiedzę, której źródłem jest ciekawość i która prowadzi do mądrości, przeciwstawiał wiedzy, która rodzi się z potrzeb praktycznych i prowadzi do rzeczy użytecznych. Rozróżnienie to znane jest także filozofii indyjskiej, a w Europie wraca wielokrotnie w ciągu wieków pod różnymi terminami aż po niedawne spory o utylitarną i „bezinteresowną” postawę w nauce. Zagadnienie propagandowej funkcji – jako zagadnienie ogólnej teorii wiedzy – jest problemem nowoczesnym, aczkolwiek wymownych pod tym względem przykładów można szukać równie dobrze w nauce XX wieku, jak i w dziełach Herodota czy Arystotelesa. Temat ten zdobywa sobie poczesne miejsce w dziejach myśli marksistowskiej w związku z pojęciem nadbudowy i z koncepcją dwóch nurtów w kulturze. Funkcją propagandową nauki zaczyna się nieco później zajmować również niemarksistowska socjologia wiedzy. Ze szczególną satysfakcją intencje propagandowe w różnych teoriach naukowych demaskował Pareto.

Stosunek do rzeczywistości

Funkcję techniczną i funkcję humanistyczną w klasycznej interpretacji nauka pełni dzięki temu, że pozwala poznawać rzeczywistość. Znaczy to, że twierdzenia i teorie mogą pełnić każdą z tych funkcji tylko w miarę swej zgodności z rzeczywistością. Gdy się te funkcje ma na względzie, nie można rezygnować z prawdziwości głoszonych tez, ani z takiego ich formułowania, które nie będzie budziło nieporozumień. Most zbudowany na podstawie fałszywych lub mętnych założeń grozi katastrofą.

Gdy idzie natomiast o funkcję propagandową, zgodność z rzeczywistością nie jest bynajmniej warunkiem niezbędnym. Łatwo o przykłady, kiedy jest nawet szkodliwa z punktu widzenia celów propagandy: ani rasizm hitlerowski, ani rasizm amerykański nie mógł rezygnować z fałszywych założeń i fałszywych uogólnień. Ze względu na doraźne zadania propagandy ważna jest nie prawdziwość głoszonych poglądów, lecz ich wartość perswazyjna. Nie jest również ważna precyzja sformułowań. Dla akcji propagandowej, podobnie jak dla celów mowy obrończej w sądzie, tezy wyrażone w sposób wieloznaczny, nadający się do wielorakich interpretacji, mogą być bardziej korzystne.

Względy propagandowe łatwo tedy wchodzą w konflikt zarówno z obiektywizmem w nauce, jak z postulatem precyzji naukowej, gdy idzie o osiągnięcia na krótką metę; a doniosłość tego konfliktu ma różny stopień, zależnie od dziedziny nauki i od sfery zagadnień. Na ogół tendencyjne deformacje rzeczywistości zagrażają nauce w stopniu tym większym, a) im silniej treść twierdzeń jest związana z antagonistycznymi interesami grup społecznych, b) im większa jest ich wartość propagandowa, c) im mniejszy jest zakres technicznych zastosowań wiedzy w danej dziedzinie, d) im bardziej niedoskonałe są metody weryfikacji.

Otóż z tych wszystkich czterech względów humanistyka jest znacznie bardziej niż nauki przyrodnicze narażona na wpływy deformujące, na terenie humanistyki zaś deformacje tendencyjne zagrażają w największym stopniu tzw. naukom społecznym w węższym sensie. W stosunku do innej dziedziny nauki trudno byłoby oczekiwać takiej wypowiedzi, jak wypowiedź Jakuba Litwina, która ukazała się w swoim czasie w „Myśli Filozoficznej”: „Wszelkie poglądy społeczne (…) służą w walce klasowej jednej z walczących stron a jeżeli służą jednej stronie – nie mogą już służyć stronie przeciwnej” [1]. Teza ta, o ile mi wiadomo, nie wywołała nawet sprzeciwów, chociaż podważa przekonanie o prawdziwości twierdzeń marksizmu: wszak twierdzenia prawdziwe mogą służyć obu walczącym stronom, choćby tylko ze względu na możność przewidywania przyszłych wydarzeń.

A jednak i w humanistyce propagandowa funkcja nauki jest pochodna w stosunku do tamtych dwu funkcji. Jest pochodna, bo nauka może mieć wartość propagandową tylko dzięki temu, że utrzymuje się przekonanie o jej wartościach technicznych i humanistycznych, przekonanie, iż obowiązkiem uczonego jest kierowanie się prawdą w każdym wypadku. Odrzucając podporządkowanie prawdy względom politycznym nie musimy bynajmniej wyrzekać się propagandowych walorów nauki. Ileż cennych dzieł w zakresie humanistyki podjęto z myślą o roli, jaką praca naukowa może odegrać w krzewieniu pewnych postaw i dążeń społecznych.

Polityka i nauka

W toku dyskusji nad sytuacją humanistyki w Polsce Ludowej wynikła sprawa upolitycznienia nauki.

Termin ten bywał interpretowany wielorako. Aby więc uniknąć nieporozumień, wyjaśniam, że mówiąc o upolitycznieniu nauki mam na myśli nie rolę ideologicznej motywacji w podejmowaniu pracy naukowej, lecz sens, który temu wyrażeniu nadała praktyka: podporządkowanie działalności naukowej koniunkturalnym dyrektywom politycznym, podporządkowanie, którego nie należy utożsamiać z selekcją tematyki badań spowodowaną przez „zamówienia społeczne”. Nie wydaje mi się, aby można było trafnie scharakteryzować sytuację humanistyki w Polsce w ubiegłych latach nie mówiąc o upolitycznieniu nauki w takim właśnie potocznym znaczeniu.

Upolitycznienie nauki pociąga za sobą koncentrację uwagi na jej funkcji propagandowej, podobnie jak upolitycznienie sztuki redukuje jej zadania na rzecz plakatu politycznego w szerokim sensie. Na zjeździe poświęconym sprawie badań terenowych, który się odbył w Łodzi przed kilku laty, wyrażano pogląd, że jeżeli jakaś ekipa pracowników naukowych znajdzie w terenie fakty niepożądane, to znaczy, że jej stosunek do Polski Ludowej jest wrogi albo przynajmniej niewłaściwy. Oto jeden z niezliczonych przykładów, gdzie dla celów naiwnej propagandy rezygnuje się z użyteczności badań pod innymi względami.

Wybujałość funkcji propagandowej nie jest wszakże jedynym objawem upolitycznienia nauki, jak to za chwilę będziemy mieli sposobność zauważyć.

Sprawa „szkół” w marksizmie

Założenia socjalizmu naukowego jak słusznie pisał Leszek Kołakowski – nie powodują konieczności wyboru między prawdą i polityką. Ale czy to ma jakieś znaczenie dla aktualnej roli marksizmu w polskiej humanistyce ostatniego dziesięciolecia, jeżeli spór się toczy nie o wpływy marksowskich idei, lecz o działalność ludzi, którzy byli uznani za marksistów przez czynniki miarodajne? Czyż przyjęcie podstawowych założeń i dyrektyw metodologicznych socjalizmu naukowego wystarczało, aby ktoś był w autorytatywny sposób uznany za marksistę?

Założenia i dyrektywy marksizmu jako systemu teoretycznego nie zostały dotąd nigdzie sformułowane w sposób jednoznaczny. Podlegają one interpretacji wielorakiej. Wystarczy przypomnieć niedawne zmiany w oficjalnej interpretacji tak podstawowych pojęć, jak „baza” i „nadbudowa”.

Gdyby za marksistę uważać każdego, kto przyjmuje podstawowe założenia i dyrektywy marksistowskiego systemu, nie byłoby powodu, aby nie uznawać szkół w marksizmie. Ale nie tak pojęty marksizm ma się na myśli, gdy się dyskutuje, czy istniał monopol marksizmu w naszej humanistyce. Tutaj kryteria marksizmu są instytucjonalne. Aby być marksistą w tym instytucjonalnym znaczeniu, trzeba było we wszystkich sprawach, uznanych za ważne i za rozstrzygnięte z marksistowskiego punktu widzenia, przyjmować, a przynajmniej głosić interpretacje i wnioski poparte w danym momencie decyzją autorytetów politycznych; we wszystkich zaś sprawach, uznanych za ważne, a nierozstrzygnięte ostatecznie z marksistowskiego punktu widzenia, zachowywać należytą powściągliwość. Nie był marksistą, kto przed siedmiu laty pozwalał sobie krytykować morganowską i engelsowską koncepcję rozwoju społecznego w sposób, który dziś odpowiada marksistowskiemu stanowisku. Nie był u nas marksistą, kto nie uznawał teorii Marra przed r. 1950 albo kto nie potępiał jej latem 1950 r. Jednym z założeń marksizmu jest teza o rozwoju i zmienności we wszystkich dziedzinach. Ale nie był marksistą, kto nie czekał z wypowiadaniem nowych myśli, aż nowa faza w rozwoju teorii marksistowskich uzyska instytucjonalną aprobatę.

Jeżeli więc marksizm rozumiemy instytucjonalnie – a takie chyba rozumienie jest ważne właśnie w dyskusji nad monopolem marksizmu – to prof. Schaff ma słuszność: w marksizmie nie może być szkół. Marksizm jest „kierunkiem”, „nurtem”, „szkołą”, ale jest równocześnie czymś więcej. I „nurt”, i „kierunek” to terminy, które nie przewidują ostrych kryteriów przynależności. A chyba ostre kryterium przynależności stanowiło cechę marksizmu w rozważanym okresie. Marksizm jest „kierunkiem”, jest szkołą, ale jest jednocześnie obozem. Jest obozem zarówno w oczach marksistów, jak w oczach przeciwników. Termin „obóz marksistowski” spotykaliśmy stale na łamach marksistowskich wydawnictw. Jest obozem, gdzie teoria wiąże się ściśle z praktyką, gdzie teoria miała się stać podstawą wychowania milionowych rzesz i orężem w walce o budowanie i umacnianie nowego ustroju, gdzie teoria naukowa i pogląd na świat są zespolone ściśle z programem społeczno-politycznym. Przekonanie o nierozdzielnym związku między doktryną i walką polityczną kieruje dziejami marksizmu. Ale teza ta nie usprawiedliwia dyrektyw, jakie z niej wyprowadzono.

Prakseologia walki i prakseologia nauki

Tutaj docieramy w moim przekonaniu do sedna tragicznych konfliktów i błędów tragicznych przy budowaniu socjalistycznej kultury w Polsce i w innych krajach. Słowa „tragiczny” używam tu nie dlatego, abym wierzył w bezsilność ludzką wobec Mojry dziejów, ale dlatego, że skala wydarzeń jest dostatecznie wielka, aby mogły się narzucać analogie z sytuacjami, które uwiecznił patos greckiej tragedii – jeżeli się nie patrzy na świat oczami Arystofanesa. Idzie tu ostatecznie o ten typ tragizmu, który miał na myśli Marks, kiedy cytował starożytną formułę: „Propter vitam vivendi perdere causas”.

Ograniczymy się tutaj do terenu nauki, aczkolwiek sprawa nie tylko tego terenu dotyczy. Źródłem konfliktu, który zaciążył na polskiej humanistyce ostatniego dziesięciolecia, jest przeniesienie metod skutecznego działania w pewnych typach walki w dziedzinę twórczości naukowej. Albowiem prakseologia walki nie zgadza się z prakseologią nauki, jeżeli użyjemy terminu, który wprowadził u nas Tadeusz Kotarbiński.

W rozmowach z niektórymi przedstawicielami obozu marksistowskiego miałem sposobność stwierdzić, że nie zdają sobie sprawy z rozbieżności pomiędzy metodami skutecznego działania w pewnych typach walki, do których przywykli, i metodami skutecznego działania w nauce. A przecież sprawa jest prosta. Nietykalny autorytet wodza może być czynnikiem decydującym o zwycięstwie. Nietykalność jakiegokolwiek autorytetu hamuje rozwój nauki. Posłuszeństwo w toku walki – poza zakresem spraw pozostawionych inicjatywie żołnierza – jest warunkiem powodzenia. Posłuszeństwo w myśleniu zabija twórczość naukową. Brak wątpliwości i wahań w sprawach zasadniczych podnosi szanse zwycięstwa: ani na polu walki orężnej, ani na polu walki politycznej zwycięstwo nie bywa zazwyczaj udziałem Hamletów. Wątpliwości natomiast są źródłem zagadnień naukowych, autokontroli i procesów weryfikacyjnych; postęp w nauce nie wydaje się możliwy bez aktów wątpienia. Karol Marks, jako działacz, wypowiadał się zawsze w sposób apodyktyczny, bez wahań i zastrzeżeń. Ale jako uczony w swoim gabinecie, za ulubioną swoją dewizę podawał słowa: De omnibus dubitandum.

Idźmy dalej jeszcze. Gdy się prowadzi walkę polityczną lub walkę orężną, sytuacja nasza jest tym gorsza, im przeciwnik jest silniejszy. W dyskusji naukowej groźny przeciwnik jest naszym sprzymierzeńcem, jeżeli leży nam na sercu rozwój nauki; jest sprzymierzeńcem, bo współdziała z nami w wykrywaniu naszych błędów i zmusza do dźwignięcia myśli naukowej na wyższy poziom. W ostrej walce politycznej, gdy idzie tylko o sukces bezpośredni, zwykło się nie szczędzić wysiłków, aby przeciwnika osłabić wszelkimi sposoby, aby nie dopuścić do głosu jego argumentów, aby te argumenty zniekształcić lub ośmieszyć, aby nie przyznać mu nawet częściowej racji, aby nie spoglądać na sprawy ani przez chwilę z jego punktu widzenia, chyba w celu zastosowania reductionis ad absurdum; w walce może być rzeczą korzystną za wszelką cenę bronić przekonania, że słuszność jest tylko po jednej stronie. Wszystkie te użyteczne w pewnych sytuacjach sposoby postępowania są zgubne w pracy naukowej.

W r. 1950, w artykule, który nie znalazł możliwości druku [2], pisałem:

„Wyniki dobrej roboty w nauce, które badacz podał w taki sposób, aby ułatwić powszechną kontrolę swej pracy zarówno przyjaciołom, jak przeciwnikom, wchodzą do nauki tout court, do nauki bez przymiotnika, z której dorobku korzystają inni pracownicy naukowi, niezależnie od swej przynależności partyjnej lub klasowej, czy to będzie rachunek różniczkowy, czy teoria jądra atomowego, czy studium o czarnym pasie w Chicago. W tym sensie i dziś jeszcze musimy się zgodzić ze słowami młodego Marksa: Prawda jest powszechna, nie należy ona do mnie, należy do wszystkich. Nauka w takim zakresie, w jakim podlega weryfikacji, choć wyrasta z klasowego podłoża, jest sprawą pozapartyjną. Trzeba rozróżniać tezę o społecznym uwarunkowaniu badacza i postulaty dotyczące pracy naukowej. Z młodych studentów nie wytworzymy pracowników naukowych, którzy pracowaliby z pożytkiem dla rozwoju socjalistycznej kultury, jeżeli nie nauczymy ich wgryzać się z mozołem w zagadnienia, jeżeli przyzwyczają się rozprawiać z trudnościami naukowymi w sposób najtańszy: przy pomocy metody paszportowej”.

To były słowa pisane przed sześciu laty. Skutki upolitycznienia nauki można dziś śledzić na wyższych uczelniach. Można je również śledzić we wszystkich polskich czasopismach humanistycznych, zwłaszcza tych, które są poświęcone zagadnieniom społecznym i filozoficznym. Pod tym względem szczególnie znamienne są lata 1949-1953. Nie znaczy to bynajmniej, aby wolne od nich były czasopisma przyrodnicze, zwłaszcza biologiczne, albo wydawnictwa nieperiodyczne. Nie tutaj miejsce na analizę owych materiałów. Zagadnienie ma zresztą charakter ogólniejszy. Ani metody preparowania przeciwników w taki sposób, aby ich tezy i teorie można było bez trudu unicestwić – ani przekształcanie tezy, że proletariat jest zainteresowany prawdziwością dociekań naukowych, w immunitet chroniący przed porażką „przedstawiciela proletariatu” na polu nauki, gdy nie dopisują mu argumenty rzeczowe – ani niechęć stosowania metod marksizmu do analizy własnej działalności – ani granitowa apodyktyczność choćby najbardziej hipotetycznych twierdzeń, które się w danym momencie wygłasza – ani ewangeliczny system dzielenia wszelkich poglądów na idealistyczne i materialistyczne – ani skłonność do sztywnych formuł, etykiet i sloganów, i do dyskwalifikowania ludzi, niezależnie od treści głoszonych poglądów, za styl używanych zwrotów, za stosowanie pewnych słów, za brak uświęconych terminów – nie były bez precedensu. Mniej lub bardziej analogiczne zjawiska – tylko na terenach nie tak rozległych – spotykamy w różnych okresach i w różnych środowiskach, gdzie metody walki politycznej i metody politycznej, wojskowej lub kościelnej dyscypliny przenosi się na teren kultury.

Przed stu laty Michelet, przyjaciel Mickiewicza, w swej „Historii Rewolucji Francuskiej” porównywał dawnych i nowych gospodarzy klasztoru św. Jakuba: „dawnych jakobinów”, którzy nosili habit św. Dominika i sądzili, że oni tylko umieją kroczyć linią wiary katolickiej bez żadnych odchyleń, oraz „nowych jakobinów” którzy uważali się za jedynych prawdziwych przedstawicieli wiary rewolucyjnej. Charakteryzując „nowych jakobinów” mówi o sztywności formuł i o „nietolerancji względem tych, co ożywieni tym samym duchem nie wypowiadali tych samych słów” [3].

Posłuszeństwo w myśleniu i służba społeczna uczonego

Przenoszenie metod działania organizacji bojowych na teren twórczości naukowej i artystycznej ma jeszcze inny aspekt związany z postawą posłuszeństwa przy poszukiwaniu nowych prawd i nowych wartości naukowych, artystycznych czy moralnych.

W tym artykule ograniczam się do sprawy posłuszeństwa na terenie działalności naukowej. Da się to ująć krótko. Pracownik naukowy, to taki człowiek, do którego zawodowych obowiązków należy brak posłuszeństwa w myśleniu. Na tym polega jego służba społeczna, aby pełniąc swe zawodowe czynności nie był w myśleniu posłuszny. Pod tym względem nie wolno mu być posłusznym ani synodowi, ani komitetowi, ani ministrowi, ani cesarzowi, ani Panu Bogu. Jeżeli jest posłuszny, jeżeli poglądy swoje zmienia na rozkaz, albo jeżeli myśl jego nie jest w zgodzie z jego słowami, sprzeniewierza się swoim obowiązkom, tak jak się sprzeniewierza inżynier, który dla świętego spokoju, albo dla zysku, albo przez lenistwo, albo przez małoduszność pustakami zastępuje żelazobeton albo drewnem granit. Gdyby zaś wydawało się komu, że propaguję tutaj dumną izolację uczonego od walk i trosk społecznych, niechże sobie przeczyta zapomniane dziś słowa, którymi Karol Marks piętnował naginanie nauki do zewnętrznych zamysłów [4]. A Karol Marks nie był z tych, co się zamykają w wieżach z kości słoniowej.

Tytuł uczonego nie zwalnia od dyscypliny zawodowej ani od obywatelskiej karności. Ale w pewnych sytuacjach dyscyplina zawodowa wymaga nieposłuszeństwa.

Stary to truizm, że tam, gdzie tworzywem są słowa, obok ludzi, których działalnością kieruje wzgląd na sukces bezpośredni, potrzebni są społeczeństwu ludzie, których działalność skierowana jest ku wartościom nie przemijającym wraz ze zmianami taktyki politycznej. Ci drudzy zawdzięczają swój autorytet opinii, że ich słowami kieruje wzgląd na prawdę, a nie zmienna taktyka lub posłuszeństwo. Wiemy, jak często rzeczywistość temu przekonaniu kłam zadaje.

Otóż pracownik naukowy, który pisze posłusznie, pełni w gruncie rzeczy funkcję urzędnika lub speakera, a udaje człowieka w roli pioniera prawdy. Dzięki swoim kwalifikacjom formalnym usiłuje wprowadzić ludzi w błąd, przedstawiając się za tego, kim nie jest.

W krajach liberalistycznych motyw zysku lub kariery może skłaniać uczonych do spontanicznego frymarczenia własnym autorytetem. System planowego podporządkowania nauki taktyce politycznej, wykreślając w poszczególnych dziedzinach nauki „właściwe linie”, apeluje bądź do ideologii, bądź do interesu osobistego, bądź wreszcie wyzyskuje ludzką lękliwość albo bezwładność i kwietyzm: posłuszeństwo zwalnia wszak od trudu myśli i od ciężaru decyzji.

Nie trzeba zapewne tłumaczyć, czym jest z punktu widzenia rozwoju kultury podporządkowanie działalności, która ma zmierzać do wytwarzania wartości trwałych, względom na korzyści chwilowe, względom na koniunkturalną taktykę. Warto natomiast zauważyć, że z punktu widzenia celów politycznych przekształcanie pracowników kultury, a w szczególności pracowników nauki w narzędzia posłuszne liniowym dyrektywom stanowi przykład gospodarki rabunkowej. Kapitał zaufania, którym rozporządza ten, kto występuje w społecznej roli uczonego, sprawia, że jego wypowiedzi mają nierównie większą wartość propagandową, niż wypowiedzi urzędnika lub zawodowego agitatora. Ale na wypowiedzi uczonego kierowane nie prawdą, lecz posłuszeństwem zużywa się nie procent od kapitału zaufania, tylko sam kapitał. Gdy wypowiedzi uczonego lub artysty są tylko grą, kierowaną przez czyjeś decyzje, kapitał związany z wytwarzaniem tzw. wartości trwałych zostaje roztrwoniony, a rola uczonego traci użyteczność z punktu widzenia skutecznej propagandy. Słowa jego stają się puste.

Oto groźny sens monopolu w nauce, zarówno gdy monopol jest osiągnięty presją złota, jak i presją władzy politycznej.

W dziejach kultury ciągnie się front walki o prawo do prawdy nie uświęconej przez władze kościelne, polityczne czy ekonomiczne. Pokonani w skali dni albo lat, zwyciężają w skali wieków, a słowa: „E pur si muove!” dźwięczą przez pokolenia. To brzmi romantycznie, ale nie wszystkie tezy romantyczne były w niezgodzie z rzeczywistością. Twórcy socjalizmu przekazali nam wiarę, że zwycięstwo socjalizmu będzie równocześnie zwycięstwem prawa do prawdy.

Pracownik naukowy, który kieruje się w swej zawodowej działalności motywacją społeczną i wiąże istotnie swoje zadanie ze sprawą socjalizmu, niełatwo zrezygnuje z przekonania, że presja polityczna deformująca wyniki badań lub hamująca ich rozwój nie była przy budowaniu socjalizmu koniecznością, lecz błędem wynikającym z niedoceniania skutków dalekosiężnych.

Kompromisy z prawdą

W warunkach podporządkowania nauki dyrektywom koniunktury politycznej kształtują się z upływem czasu swoiste postawy psychiczne, rozwijają swoiste metody postępowania i swoiste normy ocen moralnych. Częstym zjawiskiem zarówno wśród partyjnych, jak i niepartyjnych pracowników naukowych są próby kompromisu, które bywają formułowane dwojako: jak daleko można się posuwać po linii posłuszeństwa, nie tracąc szacunku jako pracownik naukowy? albo – jak daleko można się kierować własnym przekonaniem o prawdzie, nie schodząc z linii?

Niejeden pracownik naukowy stawał wobec zagadnienia: czy nie warto iść na kompromisy z prawdą, aby mieć możność prowadzenia pożytecznej społecznie pracy badawczej? – Ale kompromisy z prawdą deprawują. Rozwija się technika półprawd, technika sformułowań dopuszczających wielorakie interpretacje, tak aby można się było obronić i przed tym, kto zaatakuje w imię linii politycznej, i przed tym, kto zaatakuje w imię prawdy; rozwija się technika ochronnych zwrotów lub ochronnych cytatów. Postawa pracownika naukowego zostaje wypierana przez postawę adwokata, który koncentruje swą uwagę nie na słuszności wypowiadanych poglądów, lecz na ich obronności w obliczu dwojakiego niebezpieczeństwa. Z czasem przyzwyczaja się do metod obrony per fas et nefas. Kompromisy z prawdą deprawują nie tylko moralnie, ale i umysłowo, wywołują zobojętnienie dla zagadnień. To nie jest dobry fundament dla budowania nowej kultury.

O przyszłość socjalistycznej kultury

Socjalizm otworzył w Polsce nowe możliwości twórczej pracy naukowej, możliwości, których nie znało społeczeństwo oparte na zasadach prywatnego zysku. Socjalizm rozszerzył pole rekrutacji kadr naukowych i zwielokrotnił nakłady dzieł naukowych, które szybko znikają z półek księgarskich. Nurt świeżego powietrza wdarł się do niejednej z dawna nieprzewietrzanej pracowni. Humanistom starszego pokolenia marksizm odsłonił nowy aspekt dziejów, co w wielu wypadkach przyczyniło się poważnie do pogłębienia ich prac i wzbogacenia problematyki. Nowe spojrzenie na dzieje kultury wydobyło na jaw nieznane fakty i nieznane, a cenne twory naszej i nie naszej przeszłości. Socjalizm uczył związku twórczości naukowej z wszelkimi przejawami życia społecznego, rozbijał izolację uczonego, uświadamiał mu wielkość obowiązków, którymi uczony mógł okupić wielkość przywileju pracy twórczej.

Tym boleśniej odczuwało się marnowanie wspaniałych możliwości przez presję taktyki politycznej, przez przenoszenie tych samych metod z jednej sfery działalności ludzkiej w sferę zupełnie odrębną przez tropienie wroga klasowego w myśli niezależnej, przez tępienia zagadnień i pojęć, które zmuszały do wyjścia poza uświęcone schematy, przez wyparcie się, nie w słowach wprawdzie, ale w praktyce, heraklitejskiej i marksowskiej zasady potwierdzonej całą historią nauki, że myśl rozwija się w starciach.

Podporządkowanie kultury dyrektywom politycznym może znaleźć usprawiedliwienie w chwilach wielkich kataklizmów, kiedy to cała energia społeczna jest skoncentrowana ku jednemu bliskiemu celowi. Staje się zgubne, gdy rozciąga się na dłuższy okres, w którym zjawiają się pozory życia normalnego i gdy w tych warunkach, uważanych za normalne, kształtuje się nowe pokolenie.

Byli tacy, którzy jeszcze parę lat temu twierdzili, że Konieczność Dziejowa skazała nas na to, aby taki okres trwał lat czterdzieści – tak długo jak pobyt Izraelitów na pustyni – i że dopiero potem wejdziemy do Ziemi Obiecanej: w epokę wolnej twórczości. Dzisiaj nikogo by już, zdaje się, nie pocieszył taki żałosny optymizm. Dziś taka, dialektyczna droga do Królestwa Bożego przedstawia nam się jako jeden z mitów, które człowiek tworzy, aby się pocieszać lub aby się dręczyć.

Przyszłość kultury socjalistycznej zależy od odzyskania roztrwonionego kapitału wiary w wartości niekoniunkturalne, od przywrócenia wagi zdewaluowanym słowom, przyszłość kultury socjalistycznej zależy od tego, czy będą ją budowali ludzie, którzy służąc idei socjalizmu nie będą w myśleniu posłuszni.

Stanisław Ossowski

____________________________________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Przeglądzie Kulturalnym” nr 13 (187) z 29.03.1956 r. Został wznowiony w książce Jakuba Karpińskiego „Nie być w myśleniu posłusznym. Ossowscy, socjologia, filozofia” (Londyn 1989). Przedruk za pierwszym z tych źródeł. Na potrzeby Lewicowo.pl udostępnił i opracował Wojciech Goslar. Cytaty w przypisach podano przy pierwodruku w językach oryginalnych – tłumaczenia pochodzą od redakcji Lewicowo.pl.

 

Przypisy:

1. Myśl Filozoficzna. 1952, nr 2 (4), str. 272; podkreślenia St. O.

2. „Walka klas i komplikacje dialektyczne”.

3. „Ta pozorna jedność, trwanie w pewnych formułach, ten brak tolerancji dla tych, co ożywieni tym samym duchem nie wypowiadali tych samych słów, służąc Rewolucji, niejednokrotnie były dla niej zgubne”.

4. „Podłym nazywam człowieka, który naukę podporządkować próbuje punktowi widzenia pochodzącemu nie z samej nauki (jakkolwiek błędną być ona może), ale z zewnątrz, z obcych jej, zewnętrznych interesów”.

 

Stanisław Ossowski (1897-1963) – jeden z najwybitniejszych polskich socjologów, profesor Uniwersytetu Łódzkiego i Uniwersytetu Warszawskiego. Żołnierz w wojnie z bolszewikami w 1920 r. oraz w kampanii wrześniowej, podczas okupacji zaangażowany w tajne szkolnictwo. W roku 1951 usunięty z przyczyn politycznych z pracy na UW, przywrócony na stanowisko po Październiku ’56. Współtwórca Polskiego Towarzystwa Socjologicznego, w latach 1959-62 wiceprzewodniczący Międzynarodowego Towarzystwa Socjologicznego. Autor wielu publikacji, z których najważniejszą w jego dorobku – i zarazem jedną z kluczowych w dorobku polskiej socjologii – jest rozprawa „O osobliwościach nauk społecznych”. Sympatyzował ze środowiskami lewicowymi i demokratycznymi – przed wojną z PPS-em, w PRL-u zaś z tzw. socjalizmem humanistycznym.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *