Jan Cynarski (Krzesławski)

Stefan Żeromski podczas rewolucji 1905 r.

[1937]

O Żeromskim po upływie dziesięciu lat od jego śmierci dużo pisano – nie tyle o jego twórczości, co o życiu. Niektórzy usiłują zeń uczynić reakcjonistę i twierdzą, że ewolucja jego poglądów szła ku nacjonalizmowi. Przeczy temu „Przedwiośnie”, ostatni akord jego twórczości, ostatnie ostrzeżenie przed zbliżającą się może burzą.

Niewątpliwie Żeromski podczas wojny światowej przeciwstawiał się „aktywizmowi” w formach nadanych mu przez pruso- i austrofilów. Ale wypływało to z jego organicznej niechęci do oportunizmu i ugody i z sympatii do Francji. Nigdy Żeromski nie czuł się bliskim narodowej demokracji.

Najmniej może w 1905 roku, w najpiękniejszym okresie dla wszystkich burzycieli dawnego porządku.

Żeromski z rodziną mieszkał w Nałęczowie w tym samym domu, co i Gustaw Daniłowski. Tam było ognisko ruchu PPS-owego, promieniującego na całą okolicę. Żeromski założył tajną szkołę, był twórcą wszystkich poczynań społecznych, był przede wszystkim człowiekiem czynu.

Był koniec października. Koleje stanęły. Ale nagle gruchnęła wieść o manifeście październikowym – o upadku absolutyzmu. Żeromski promieniał cały. Dzielił się z przyjaciółmi marzeniami o tym, co najbliższa przyszłość Polsce przyniesie. Przyjaciele nie chcieli sączyć zwątpienia do jego duszy.

1 listopada 1905 roku zaimprowizowano zebranie na wzgórzu. Przyszli socjaliści, przyszła i narodowa demokracja, z inteligencją miejscową i starym działaczem, chłopem Poniatowskim, na czele. Endecy przemawiali hamująco, przestrzegali przed rozpętaniem ruchu. Prawili dużo o jedności narodowej. Świetnie się rozprawił z nimi Daniłowski, który dowodził, że jedność działania rewolucyjnego jest najlepszą formą jedności narodowej. „Patrzcie – mówił – jak wszystko w kraju stanęło na jedno skinienie, gotowe do walki z caratem. Do takiej jedności czynu was wzywamy”.

A potem przemawiał Żeromski.

Jak dziś, pamiętam jego postać na wzgórzu z rozwianym włosem. Oczy jego rzucały błyskawice, a słowa padały mocne, ważkie i ciężkie. Gromił ugodę i słabość, nawoływał do ofiarnego czynu. Przypomniał, że masy pracujące – robotnicze i chłopskie – są narodem, a poza tym narodem pozostanie tylko garstka zdrajców i zaprzańców. „Kto chce walki o niepodległość i lepszą przyszłość narodu, ten pójdzie z nami – za czerwonym sztandarem!”.

I tłum za przewodem Żeromskiego opuścił wzgórze, śpiewając „Czerwony Sztandar” i wznosząc go. Na wzgórzu pozostała mała garstka zwolenników narodowej demokracji.

W niedzielę 5 listopada odbył się w Nałęczowie ogromny wiec. Znowu przemawiał Żeromski. Nie słyszałem go jednak, gdyż wyjechałem w sprawach partyjnych do Lublina, gdzie jednymi ulicami kroczył pochód socjalistyczny, drugimi – tak zwany „pochód narodowy”. (Wówczas zatrzymałem się u tow. Kratowskich – ich mieszkanie przy ulicy Gubernatorskiej było ośrodkiem ruchu. Przemawiał między innymi tow. W. Trzciński-Kiejstut, którego na parę dni przedtem poznałem w Nałęczowie u Daniłowskich).

Już 12 listopada rozklejono ogłoszenia o stanie wojennym. Zaczęła się reakcja. Od czasu wpadał do Nałęczowa oddział kozacki, przeprowadzając rewizje. Pamiętam, jak w tym czasie chodziłem po parku dokoła stawu z dr. Przemysławem Rudzkim (nie trzeba go mieszać z dr. Stefanem Rudzkim, przywódcą PPS w Lublinie). Dr Rudzki od czasu do czasu przystawał, wyjmował z kieszeni i zza poły płaszcza butelki i wrzucał do stawu. Byłem tym zdziwiony. Za chwilę sprawa się wyjaśniła. Nałęczowscy robotnicy należący do PPS rozbili monopol w okolicy. Niektórzy, zamiast rozbić butelki na miejscu, jak to się zwykle czyniło, zabrali je sobie, a tu z dnia na dzień oczekiwano rewizji, butelki zaś stanowiły dowód winy. Dr Przemysław Rudzki podczas wizyt lekarskich, aby ochronić towarzyszy, zabierał od nich butelki i niepostrzeżenie wrzucał do stawu.

Do Żeromskiego ludność odnosiła się z pietyzmem, a endecy psy na nim wieszali.

29 listopada w domu Żeromskich obchodzono rocznicę listopadową, Żeromski prosił mnie o wygłoszenie historycznego odczytu. Pokój, przedsionek, krużganki były zapełnione chłopami. Żeromski wygłosił najpierw krótkie przemówienie, następnie odczytał z namaszczeniem manifest Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, po czym udzielił mi głosu. Na sali zapanował nastrój rewolucyjny. Wreszcie znany działacz ludowy Kazimierz Dulęba (brat proletariatczyka Henryka), który z żoną i jej siostrą, Faustyną Morzycką, znaną działaczką, mieszkał w Nałęczowie, zaintonował pieśń „Armaty pod Stoczkiem”, zmieniając ją trochę. Tak np. śpiewał:

„My, chłopi, nie znamy wiedeńskich traktatów…”.

Tłum włościański, złożony z paruset PPS-owców i ludowców z okolicy, podchwycił tę pieśń przy pierwszej strofce. Później odśpiewano „Czerwony Sztandar”.

Potem do późnej nocy rozmawiałem z Żeromskim. Z czasem miałem się stać przyjacielem tej rodziny (w Krakowie i Zakopanem) i nauczycielem przedwcześnie zmarłego Adasia Żeromskiego, który wówczas w Nałęczowie miał kilka lat zaledwie. Pasierbica Żeromskiego, Henia Rodkiewiczówna, późniejsza dromaderka [tak nazywano w kręgach lewicy niepodległościowej kobiety zajmujące się przemycaniem nielegalnej tzw. bibuły, czyli czasopism i innych publikacji partyjnych – przyp. redakcji Lewicowo.pl] Marii Paszkowskiej (dziś z męża Witkiewiczowa), była moją pierwszą „damą klasową”, asystowała bowiem na moich lekcjach historii w tajnej szkole, założonej przez Żeromskiego.

Później wiele się w rodzinie Żeromskiego zmieniło. Do nałęczowskich wspomnień, związanych z wiosną rewolucji, często jednak powracam myślą.

Jan Krzesławski
_____________________
Powyższy tekst Jana Cynarskiego (Krzesławskiego) pierwotnie ukazał się w piśmie „Kronika ruchu rewolucyjnego w Polsce – kwartalnik poświęcony dziejom walk o niepodległość i socjalizm” nr 1 (9), styczeń – marzec 1937 r. Ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *