Tadeusz Kotarbiński

Sprawy sumienia. Zagadnienia etyki niezależnej

[1956]

Mowa będzie o etyce niezależnej. Od czego niezależnej? Od religii. Albowiem dominuje u nas etyka religijnie ugruntowana. Uzasadnia ona własne hasła naczelne odwołując się do Boga, do życia przyszłego, do pośmiertnego wymiaru nagród i kar za czyny dobre i złe. Jest jednak spora ilość ludzi niewierzących ani w istnienie Opatrzności, ani w życie przyszłe. Ci więc potrzebują etyki, która by się obywała bez takich uzasadnień. A przyda się ona także i osobom wierzącym w przypadku zachwiania się lub zgoła utraty wiary religijnej, co zdarza się często. Źle, jeżeli wraz z wiarą załamuje się etyka.

Problem jest u nas teraz aktualnie i społecznie ważny. Kto bowiem ma oczy otwarte, ten widzi dokoła rozprzężenie moralne. W środowiskach tradycjonalistycznych, religijnych, istnieje wypracowana przez wieki świadomość etyczna i ona w znacznej mierze wyznacza postępowanie ludzi tak usposobionych. Inaczej rzecz się ma jednak w sferze wyznawców światopoglądu bezreligijnego, a przecież socjalizm naukowy, prąd dzisiaj przewodni, wyraziciel nieodwracalnego bodaj kierunku myśli badawczej i konstrukcyjnej, związany jest zasadniczo z naukowym poglądem na świat, w którym to poglądzie nie ma miejsca ani na Opatrzność, ani na życie przyszłe. Świadomość socjalistyczną rozwijają tedy i wedle niej usiłują kształtować stosunki społeczne ludzie potrzebujący etyki niezależnej. Tymczasem brak systemu takiej etyki i boleśnie dają się odczuć skutki tego braku w wychowaniu masowym. Trudno nie dopatrywać się jednego z najważniejszych źródeł chuligaństwa niedorostków w braku świadomości etycznej, w pustce etycznej, powstałej na miejscu utraconej etyki tradycyjnej. Już więc chociażby dla celów leczniczo-społecznych trzeba próbować tworzyć i budować zrąb etyki niezależnej.

Czy to możliwe? Odpowiedź na takie pytanie może być tylko empiryczna. Możliwość okazuje się czynem. Aby okazać możliwość etyki niezależnej, trzeba podać jej przykład. Ci zaś, którzy próbują konstrukcji takich przykładów, mogą być dobrej myśli, widząc, że osiągają piękno moralne w życiu swym różni ludzie, którzy zerwali z religią i wyznają przyrodniczy pogląd na rzeczywistość. Tacy mają świadomość moralną, i to nie oderwaną od praktyki, lecz przeciwnie, kształtującą ich czyny. Tę świadomość moralną trzeba sobie uświadomić poszukując zasad etyki niezależnej.

Wyjaśniło się tedy, co mamy na myśli domagając się niezależności etyki, ale nie było mowy o „etyce” samej, o jej problematyce. Otóż pozwolimy sobie określić jej zadanie, przyjmując, że etyka – to teoria kierowania życiem duchowym człowieka. Nie mówimy po prostu „życiem”, lecz życiem duchowym. Albowiem higiena np. to też teoria kierowania życiem, ale z punktu widzenia zdrowia fizjologicznego, i nie należy do etyki, tak samo jak sztuka lekarska, przywracająca zdrowie zachwiane… W obrębie zaś generalnego zadania etyki mieszczą się i wypełniają sobą jej całość trzy zadania poszczególne. Są one przedmiotem dociekań tzw. felicytologii, tzw. prakseologii oraz etyki właściwej, etyki w węższym tego słowa znaczeniu. Tak więc felicytologia to – krótko mówiąc – teoria kształtowania życia szczęśliwego. Zastanawia się ona nad tym, jak trzeba żyć, aby być szczęśliwym i nie popaść w stan przeciwny szczęśliwości, stan, kiedy człowiek mówi o sobie, że jest nieszczęśliwy. Prakseologia pilnuje sprawności, mówi o tym, jak trzeba się zachowywać, jeśli się chce być skutecznie czynnym, działać jak najsprawniej, a nie być niedołęgą. To technika dzielności. Natomiast etyka właściwa (a ona ma być przedmiotem obecnego roztrząsania) interesuje się tym, jak trzeba żyć, by być porządnym człowiekiem, by żyć zacnie, a nie żyć w stanie hańby. Oczywiście problemy i wskazania tych trzech działów zazębiają się wzajemnie, chociażby dlatego, że dzielność potrzebna jest do tego, by unikać klęsk, by bronić się przeciw nieszczęściom, a z drugiej strony szczęśliwym być nie można, jeśli kogo nękają wyrzuty sumienia z racji popełnianych czynów haniebnych. Ale ważne jest wyróżnienie tych trzech głównych problemów kierowania życiem duchowym, z których każdy inaczej organizuje całość dociekań.

Obrawszy jako temat zagadnienia etyki właściwej, traktującej o walorach moralnych postępowania, wypada przede wszystkim zastanowić się bliżej nad treścią głównych pojęć, którymi ona operuje wypowiadając swoje zachęty i przestrogi. Cóż to znaczy żyć zacnie? Cóż to znaczy postępować haniebnie? Oto odpowiedź: haniebnie – to znaczy, że się przez to zasługuje na pogardę ze strony ludzi godnych szacunku, a zacność jest tego przeciwieństwem. Zacnie postępuje, kto zasługuje przez to na szacunek ludzi godnych szacunku. Krócej, czyny haniebne – to czyny godne pogardy, czyny zacne – to czyny godne szacunku. A porządnym człowiekiem jest ten i tylko ten, kto nie zasługuje na pogardę, zacnym – ten i tylko ten, kto zasługuje na szacunek. I rzecz jasna, że te oceny podlegają stopniowaniu. Znaczenia słów zostały więc ustalone i można już teraz za ich pomocą sformułować naczelne zagadnienie. A brzmi ono tak: co trzeba czynić, a czego nie czynić, aby być porządnym i zacnym człowiekiem.

Tu powstaje kwestia metody. W jaki sposób dojść do odpowiedzi na to pytanie i jak tę odpowiedź uzasadnić. Chcemy to zrobić empirycznie, doświadczalnie, na zasadzie obserwacji i namysłu nad jej danymi. Aliści u samego progu zamierzonej podróży czyha szkopuł. Jak to? Chcecie dociekać, co zasługuje na pogardę, a co na szacunek… W czyich oczach? Wszak różnymi czasy i w różnych krajach tak dalece rozmaicie feruje się wyroki moralne, tak bardzo niezgodne wydaje się oceny, że bodaj od razu należałoby raczej zrezygnować z możności otrzymania jednolitej odpowiedzi. Wszak sumienie sumieniu nierówne, zmienia się jego głos w ciągu wieków i co kraj, to obyczaj… Na to prosta wystarczy odpowiedź. Nie chcemy w tej chwili uprawiać etologii, lecz etykę… Nie idzie nam o to, by opisywać, co kiedy uważano za dobre lub złe, lecz o to nam idzie, by ująć istotę dobra i zła moralnego, rozumianego w tym sensie, w jakim my je tutaj i teraz rozumiemy. Idzie o to, by uwyraźnić głos naszego własnego obecnego sumienia. Wolno założyć, że ono w gronie Czytelników jest wspólne. I wolno prosić o zastanowienie się wspólne nad tym, czego się ono domaga, przez przyjrzenie się w myśli naszym własnym dokonywanym ocenom.

Czy nie jest prawdą, że wahają się one wedle pięciu chyba linii wahania… Po pierwsze – czcimy bohaterów, którzy z wielkim wysiłkiem znoszą ból fizyczny i inne cierpienia, a nie załamują się w obstawaniu przy swoim, potępiamy zaś tych, co ze strachu robią wszystko, czego się domaga grożący. Po drugie – szacunek zyskuje człowiek ofiarny, dobry dla innych, a wstręt moralny budzi sobek, egoista, złośliwiec. Po trzecie, i może nade wszystko: ceni się sobie etycznie prawość, a potępia nieprawość. Prawość – jako postępowanie sprawiedliwe, jako wypowiadanie się prawdomówne, jako dotrzymywanie danego słowa, gdy przeciwnie, oburzenie wzbudza wyrządzanie niesprawiedliwości, kłamliwość, niespolegliwość. Po czwarte – gardzimy pijakami, nałogowcami, ludźmi bez woli, a w wysokiej mamy cenie ludzi opanowanych. I wreszcie, po piąte – podobają nam się moralne sublimacje motywów, typy o upodobaniach szlachetnych, w przeciwieństwie do tych, co się kierują motywacją prymitywną, elementarną. Mówi się wtedy o uleganiu niskim instynktom itp. Mamy tedy następujące linie oscylacji naszych własnych ocen etycznych: 1) męstwo – tchórzostwo, 2) dobre serce – zły człowiek, 3) prawość – nierzetelność, 4) panowanie nad sobą – brak woli, 5) szlachetność – niskie motywy. Czy nie pominęło się czego ważnego? Chyba nie. Mógłby kto zapytać: gdzie tu ocena godności własnej jako dobra moralnego, jako tego, co zasługuje na szacunek i jako tego, czego brak ściąga słuszną pogardę? Sądzę, że to walor pochodny: oceniamy w ten sposób tych, co z innych względów zasługują na szacunek i sami są tego świadomi i dokładają starań, by być takimi oraz by ich traktowano wedle należnej im miary szacunku.

Zbliżamy się do problemu centralnego. Czy jest jaka swoista wspólność w wymienionych pięciu rodzajach ocen etycznych? A jeśli jest, to co jest tą ich odrębnością, co jest – powiedzmy – istotą oceny etycznej i rdzeniem moralnej wartości postępowania. Zanim jednak spróbujemy sformułować domysł w tej mierze, skorzystajmy z dokonanych już stwierdzeń, by nieco pogłębić rozumienie niezależności etyki niezależnej… Przede wszystkim jednak – chyba wolno nam potwierdzić daną na początku jej charakterystykę. Toż przecie nie potrzeba odwoływać się do Opatrzności ani do nieśmiertelności, by uznać za słuszne, jeśli się chwali męstwo, dobroć serca, prawość, godność własną, szlachetność motywacji. Każda z tych ocen jest wyrazem uczuciowości istot dzielnych, uczciwych, istot z górnym polotem. Kto tak czuje, ten nie odczuwa potrzeby zaświatowych uzasadnień, by porwać się do obrony słabszego, by zwrócić pożyczone pieniądze, by nie pozwolić sobie na zdradę wierności małżeńskiej. Czuje on i rozumie, że tak jest dobrze i słusznie, niezależnie od tego, czy istnieje Ktoś Najlepszy i Wszechpotężny, i niezależnie od tego, jak się to opłaca wobec perspektywy życia przyszłego i pozgonnego wymiaru sprawiedliwości. Oceny tego rodzaju żywe są nawet u dzieci… Łączą one porządnych ludzi o różnych ideologiach… Więc potwierdza się charakterystyka etyki niezależnej jako niezależnej od religii.

Atoli zarazem ujawniła się nam inna jeszcze jej niezależność, szersza… Niezależność od filozoficznego światopoglądu… Jak się układa w głowach myślicieli obraz stosunku psychiki do materii w strukturze wszechświata, czy materia myśli, czy duch od niej odrębny, czy przedmiotami wiedzy ludzkiej są byty absolutnie obiektywne, czy też wiedza ma do czynienia tylko z obiektami w postaci materiału zewnętrznego, ukształtowanego przez formy umysłu ludzkiego, czy wszechświat jest skończony czy nieskończony w czasie i przestrzeni itp. – co to ma do rzeczy w przypadku zagadnień etycznych trzeźwo postawionych… Czy tak czy owak rzeczy się mają w ogólnej strukturze bytu, jasne jest, że znęcanie się jest gałgaństwem, że stchórzyć – to rzecz podła, że czyn nauczycielki Ludwiki Wawrzyńskiej, która rzuciła się w ogień, by uratować obce dzieci, zasługuje na cześć. Skonstatujmy więc śmiało, że etyka rzetelna – to etyka niezależna od filozofii. Czy to paradoks? I tak, i nie. Jeżeli przez filozofię rozumieć zespół kilku nauk, pod tą rubryką wyliczanych w katalogach bibliotek i wydawnictw – to będzie rzeczywiście paradoks, gdyż etyka właśnie należy do tego zespołu obok estetyki, teorii poznania, logiki i in. Jeśli etyka ma być dyscypliną teoretyczną, należącą do składu filozofii, rozumianej jako zespół pewnych dyscyplin – to rzecz jasna nawoływanie do niezależności etyki od filozofii zawierałoby po prostu sprzeczność. Inaczej jednak układają się stosunki, jeżeli przez filozofię rozumie się systemy światopoglądowe, czyli to, co wypełnia sobą dzieła poświęcone historii filozofii. Etyka, naszym zdaniem, w równej mierze jak lecznictwo lub jak administracja, nie potrzebuje światopoglądowych uzasadnień. Jej wskazania pozostają niezmiennikami, wszystko jedno, czy ktoś rozsądny jest materialistą czy idealistą czy spirytualistą w dziedzinie ogólnej teorii bytu. Co tu jedynie potrzebne, ale za to bardzo potrzebne, to obrona przed fantazmatami w uzasadnieniach… Trzeba się opędzać od przesądu, skądkolwiek by on pochodził, a więc i od fantastyki pochodzenia filozoficznego, światopoglądowego. Oto przykład. Uporczywie się powtarza od wieków rozumowanie zniechęcające, które można nazwać fatalistycznym uzasadnieniem indyferentyzmu. Mówi się tak: co się ma stać, to się i tak stanie, czy będę działał tak czy owak, skoro panuje przyczynowość powszechna i wolna wola jest złudzeniem. Ileż tu nieostrożności myślowej, ile nieporozumień… Wszak po pierwsze, przyczynowość powszechna bynajmniej nie pociąga za sobą tego, iż wszystko, co ma zajść w przyszłości, zajdzie niezależnie od tego, co kto zrobi. Właśnie czyny tego lub innego człowieka mogą być niezbędne do pewnych spraw przyszłych, właśnie w toku działania przyczynowości powszechnej, podobnie jak do wybuchu burzy potrzebne są uprzednie ruchy i zmiany termiczne prądów atmosfery. Przyczynowość działa też i poprzez nas, a nie wyłącznie obok nas lub wbrew nam… Po drugie, wolna wola jest złudzeniem tylko, jeżeli się rozumie wolność woli jako bezprzyczynowość naszych postanowień. Ale do uzasadnień etycznych tak rozumiana wolność woli nie jest potrzebna. Potrzebna jest wolność w sensie praktycznym, jako możność zrobienia tego, co się zechce i tak, jak się zechce. A taką wolność wszyscy mamy, w ograniczonym zakresie oczywiście… I nie kłóci się ona bynajmniej z determinizmem, z doktryną o uprzyczynowieniu powszechnych zdarzeń. Więc strzeżmy się złudnego, bezzasadnego wywodzenia fatalizmu z determinizmu. Zwalczajmy przesąd, który prowadzi do indyferentyzmu w etyce, do doktryny, iż nie ma sensu, a przeto nie warto usiłować zasłużyć sobie na szacunek należny, skoro w ogóle nic od nas nie zależy. Można by mnożyć przykłady zamętu pochodzącego z inwazji pomylonej argumentacji światopoglądowej do zagadnień etyki, zagadnień ściśle socjotechnicznych, leżących w dziedzinie stosunków praktycznych ludzi względem współczłonków gromad społecznych. Ale dosyć może będzie tego jednego przykładu. Pora zakończyć dygresję i zwrócić się znowu bezpośrednio do ocen etycznych i do zagadnienia, co jest w nich wspólne a swoiste.

Tu pozwolimy sobie sformułować domysł, prosząc Czytelników o uczestnictwo w jego analizie i krytyce. Co właściwie podoba nam się etycznie w postawie i działaniach ludzi odważnych, dobrych, prawych i sublimowanych? Czy nie za to szanujemy takich, że można liczyć na nich jako na opiekunów? Że taki stanie twardo na placu w obliczu niebezpieczeństwa, broniąc tych, którzy są zdani na jego obronę, że takiemu nie zbraknie chęci, by pomóc innemu wydobyć się z klęski, że taki, skoro zapowiedział, że zrobi, co potrzeba, to dotrzyma zapowiedzi i zrobi, że taki nie ulegnie pokusom syreniego śpiewu i nie porzuci placówki ani domu dla doraźnych powabów, dla satysfakcji elementarnych, dla narkotyku… Może nie od rzeczy będzie tedy streścić lapidarnie sens naszego domysłu, mówiąc, że godny szacunku jest opiekun spolegliwy. I niech nam styliści pozwolą użyć tego śląskiego przymiotnika. Spolegliwy – to tyle, co taki, na którego można liczyć. Odwrotnie, na pogardę zasłużył, kto podopiecznych opuszcza w potrzebie czy to ze strachu, czy dlatego, że go nie obchodzą lub przestali obchodzić, bo on, sobek, dba tylko o swoją skórę, swoje mienie, swoje przyjemności, czy dlatego, że zapowiedź opieki potraktował niepoważnie, lekkomyślnie, albo dlatego, że dał się skusić jakiejś ponęcie i zszedł z posterunku albo się zamroczył, nie zdobywszy się na przeciwstawienie chętce doraźnej rozumnego, świadomością prześwietlonego powściągu. Pogardę ściąga na siebie postawa lub działanie świadczące o tym, że człowiek nie ma kwalifikacji na spolegliwego opiekuna, lecz przeciwnie, nie można na niego liczyć, nie można mu sprawy powierzyć, bo stchórzy, bo zdradzi, bo zaniedba, bo zlekceważy, bo mu nie starczy chęci, woli, serca, albo nawet odezwą się w nim i zwyciężą wrogie intencje względem dóbr znajdujących się pod jego opieką.

Jeśli to wszystko prawda, w takim razie dość jasno już byłoby widać, za co się czci, a za co się moralnie potępia, i dość wyraźnie wyróżniałoby się to, jakiej domaga się motywacji nasz głos sumienia. Żąda on, by postępowano wedle tych motywów, które charakteryzują strukturę emocjonalną spolegliwego opiekuna. Ale szacunek i pogarda podlegają wszak stopniowaniu i można w większym lub mniejszym stopniu na nie swym postępowaniem zasługiwać. Ciśnie się przeto na usta pytanie, czy ten dopiero jest porządnym człowiekiem, kto się wysilił maksymalnie wedle owej motywacji, zasługując sobie na cześć możliwie jak największą… Inaczej mówiąc, czy jest moralnym obowiązkiem starać się o to, by być człowiekiem jak najczcigodniejszym… Sądzę, że nasze sumienie nie jest aż tak wymagające… Żąda ono nie rekordów, lecz solidności. Wystarcza mu to, że się nie zasłużyło na hańbę. Kto tę próbę w życiu wytrzymał, temu przyznaje ono prawo koleżeństwa w gronie porządnych i zacnych ludzi. I w dziedzinie ocen etycznych, podobnie jak w produkcji, w artyzmie lub sporcie, możliwe są osiągnięcia ponad normę. Ceńmy sobie wyjątkowo przodowników etyki, ale nie wymagajmy przodownictwa od nikogo.

Gdy się tak wsłuchujemy w głos sumienia, inne z kolei uporczywie powraca pytanie: dlaczego rozumną ma być rzeczą właśnie dbać o cechy porządnego człowieka w życiu własnym. Czy nie byłoby rozumniej zobojętnić się na ocenę etyczną. Żyłoby się wtedy jakoś swobodniej, bez chronicznego, uciążliwego skrępowania, ba, i sprawniej jakoś, gdyż porządny człowiek ciągle cofa się przed czymś na drodze do swych celów, by kogoś nie pokrzywdzić, a taki amoralny maszeruje wprost do celu dziarskim krokiem, depcząc po drodze i serca, i skrupuły. Jak ponętnie brzmią takie podszepty, jak szatańsko zręcznie przymilają się one upodobaniom ludzi energicznych! Ale zastanówmy się bliżej nad ich treścią, a może pozbędziemy się złej ułudy. Czy to istotnie apel do rozumu? Czy nie do pewnych uczuć raczej? Do jakich? Chcą w nas wmówić, że mylimy się, stawiając wyżej zasługę etyczną nad bujność doznań i rozkosz ekspansji. Sądzą, że gdy zastosować na trzeźwo jakiś wspólny miernik tych walorów, zważyć je na jakiejś dobrej wadze, to szala wagi przechyli się na rzecz amoralnego witalizmu… Tkwi tu ukryty apel od etyki do felicytologii… Zamiast pytania, co szanowniejsze, wysuwa się pytanie: z czym Ci będzie lepiej. Na to pytanie jedyna narzuca się odpowiedź: dla każdego, kto ma nasze wspólne sumienie, największym jest nieszczęściem – być z nim w niezgodzie. Jest to nieszczęście nieporównywalne z żadną inną stratą.
W tej fazie obecnych roztrząsań można by doznać złudzenia, że temat został w zasadzie wyczerpany. Sformułowaliśmy dyrektywę naczelną pewnego przynajmniej spośród możliwych systemów etyki niezależnej, dokonaliśmy próby jej uzasadnienia i pozostawałoby chyba rozwijanie jej w szczegółach, wzbogacanie egzemplifikacji, odpowiadanie na głosy przeciwników, skoro zaczną się rozlegać. W rzeczywistości jednak bynajmniej tak nie jest. Znajdujemy się dopiero na półmetku niejako. Albowiem nasza dyrektywa wskazuje dopiero motywację charakterystyczną dla działań i usposobień etycznych, mówi, że szacunku jest godzien ten, u kogo dominuje uczuciowość znamienna dla dzielności w sprawowaniu opieki. Atoli teraz dopiero staje przed nami w całej swej powadze problem: jak należy postępować, by uczynić zadość wymaganiom takiej motywacji. Zrazu może się wydawać, że nie ma tu powodów do roztrząsań: skoro chcesz zyskać prawo do uznania za cnoty spolegliwego opiekuna, sprawujże opiekę tak, by można było na ciebie liczyć, i sprawa skończona, i filozofować na ten temat nie ma powodu.

Istotnie, filozofować nie należy, ale namyślić się trzeba. Cisną się bowiem do głowy różne natarczywe zagadnienia, np.: Czy masz obowiązek opieki tylko względem tych, względem kogo podjąłeś się expressis verbis opiekę sprawować? A jeśli nie zaciągnąłeś takiego zobowiązania wobec nikogo, to czy jesteś w porządku siedząc z założonymi rękoma? I jeśli jesteś wtedy moralnie w porządku, to jakże to można pogodzić z tezą, że zasługuje na szacunek ten, i tylko ten, kto działa wedle motywacji spolegliwego opiekuna… A dalej – i tu jest problem kapitalny – jak ma postępować człowiek etyczny w środowisku dysharmonijnym, kiedy pomagając jednym, szkodzi się innym. I wreszcie – znowu zagadnienie pierwszorzędnej wagi – komu należy się opieka ze strony ludzi etycznych: czy tylko istotom moralnie cennym, czy też i stworom godnym, pogardy… Dość chyba wymienionych przykładów dla okazania, że jest nad czym jeszcze się namyślać, jeśli się chce dojść do jasnego uświadomienia, czego żąda i czego zabrania etyka niezależna, usiłująca oprzeć swe wskazania na postulacie spolegliwego opiekuństwa.

Doszliśmy do punktu, w którym autor musi przypomnieć szanownym Czytelnikom tytuł niniejszego roztrząsania. Mowa tam o zagadnieniach etyki niezależnej… Dotychczas przeważało dociekanie dyrektyw, lecz nadal będzie przeważało formułowanie zagadnień. Autor nie porywa się bowiem na rozbudowywanie systemu etycznego, a można zbudować niejeden zgodny z przyjętymi wyżej założeniami. Poruszy się tu jedynie kilka problemów najbardziej niepokojących. Przede wszystkim, to jasne, że głos oceny etycznej domaga się, byśmy zajmowali stanowisko opiekuńcze bynajmniej nie tylko względem tych, względem których zobowiązaliśmy się do tego umową lub w jakiś podobny sposób. Serce ma swoje prawa niezależnie od umów. Żąda ono uczestnictwa w losach wszystkich istot, które są od nas faktycznie zależne, to zaś uwikłanie społeczne jest nam dane przez całość sytuacji. Do pewnego kresu, rzecz jasna, może się rozszerzać lub zwężać sfera istot, na których powodzeniu lub niepowodzeniu odbijają się nasze kroki, lecz w każdym razie jest to ogół wykraczający poza szczupłe grono czyichś zarejestrowanych niejako podopiecznych. Człowiek o dobrym sercu, a dzielny nie może nie czuć obowiązku liczenia się z konsekwencjami własnych czynów w odniesieniu do kogokolwiek, kogo one w bliższych lub dalszych następstwach mogą dotykać… Ale tu nastręcza się wielka trudność. Gdybyż potrzeby wszystkich osobników były zgodne, zharmonizowane, jakież by to było łatwe wówczas zadanie! Cóż jednak widzimy w rzeczywistości? Wężowisko wrogich zazębień… Trzeba wybierać! Trzeba się opowiedzieć po którejś stronie… Jakże często! Łatwo by było wybierać, gdyby po jednej stronie znajdowali się sami dobrzy i dzielni, a po drugiej sami nędznicy, żywiący niecne zamierzenia. W rzeczywistości wszelako zwykle bywa inaczej… Stają naprzeciw siebie grupy o walorach mieszanych. I wtedy sumienie ludzi dobrych i dzielnych utyka na rozdrożu, roztapia się w jakimś bezkształtnym „wszystko jedno”. Trudno dziwić się tym, którym nie wystarcza w tej sytuacji kryterium ilościowe: że niby co dobre dla większości, to dobre, choćby mniejszość srogo za to płaciła.

W tej arcytrudnej sytuacji jedno przynajmniej wydaje się jasne. Nie chcąc dopuścić do marazmu, nieuchronnej konsekwencji zobojętnienia, trzeba się zdobyć na akt wyboru i zsolidaryzować się z jakimś gronem podstawowym, przy którym będzie się stało mocno w przypadku antagonizmu z podmiotami poza tym gronem. I ludzie dokonywają takich wyborów lub za nich niejako dokonywają wyboru stosunki, w które są uwikłani. Przypuśćmy więc, że ktoś wybrał solidarność podstawową. Mogło to być np. społeczeństwo własnego państwa albo naród, do którego się należy, albo klasa społeczna, np. proletariat światowy. Na tym jednak sprawa się nie kończy. Wybór taki rozstrzyga jedynie o tym, po której stronie opowie się ów ktoś w przypadku sytuacji aut-aut, wóz-przewóz, np. w przypadku bitwy rozstrzygającej w wojnie dwu społeczeństw. Ale problem etyczny tym się nie wyczerpuje, ponieważ sumienie nasze tak jest ukształtowane, że żąda od nas postawy opiekuńczej względem wszelkiej istoty doznającej, znajdującej się w zasięgu naszego możliwego oddziaływania. W pamięci niejednego z widzów trwa rozdzierająca scena z filmu, który przedstawiał nędzę biedoty chińskiej. Matka była zmuszona sprzedać jedno dziecko, by móc wyżywić drugie. To jest symbol jaskrawy i dosadny sytuacji pospolitej. Ciągle musimy poświęcać jakąś sprawę jednych, leżącą nam na sercu, by móc doprowadzić jakąś sprawę jakichś innych do pomyślnego końca… I oto w takich okolicznościach uświadamia się nam i narzuca pewne dodatkowe kryterium etycznego postępowania: oszczędzać, ile się da, tych, którzy się znaleźli po przeciwnej stronie barykady, ani jednego ciosu ponad bojową konieczność.

Tu gotów nam ten i ów przerwać i zaprotestować. Jak to – powie być może – jak to, czy sumienie nie domaga się od nas właśnie wymierzania kar zbrodniarzom, czy pobłażliwość dla sadystów, grabieżców, oszustów, łotrów wszelakiego rodzaju nie jest wprost przestępstwem etycznym? Spróbujmyż ustosunkować się do tego protestu z naszego punktu widzenia. Rzecz jasna, że pobłażanie sadyzmowi, rozbojom, malwersacjom – to pewna postać uczestniczenia w nich, a więc zachowanie się wprost przeciwne postawie rzetelnego opiekuna w stosunku do ofiar takich wyczynów. Mając do wyboru aut-aut: solidarność z gołębiem lub solidarność z jastrzębiem – wybierzemy oczywiście tę pierwszą solidarność w stosunkach międzyludzkich, zaopiekujemy się maltretowaną żoną i brutalnie traktowanym dzieckiem, a nie znęcającym się nad nimi mężem i ojcem, pijakiem i awanturnikiem. Z tym trzeba się obejść jak należy: nie dopuścić do wybryków, ograniczyć jego swobodę, zmusić do odrobienia szkód w miarę możności, a ponadto, o ile się da, zmienić jego wolę, wytępić w nim przeciwetyczną motywację. Ale pamiętać, że i taki człowiek ma potrzeby, i bywa często, że jest zły, bo jest mu źle, i że i jemu też należy się pomoc, a zwłaszcza pomoc w sprawie zawsze dla każdego niezmiernie ważnej, w sprawie wydobycia się z dna upadku, ze sposobu życia, który budzi pogardę dla nędznika w jego własnym, przygłuszonym, lecz odzywającym się sumieniu.

Z innej jeszcze strony słychać głosy krytyczne. Domagają się one rozróżnienia sytuacji, kiedy się zaciągnęło zobowiązanie, i takich, kiedy tego nie było. Jeśli zawarłem umowę – winienem jej dotrzymać, jeśli zachowałem się tak, iż ktoś inny ma słuszną rację do rozumienia mego zachowania się jako zapowiedzi pomocy dlań z mojej strony lub jeśli naraziłem kogoś na stratę – winienem pomoc okazać, stratę wynagrodzić… Ale skąd obowiązek opiekuńczej postawy wobec istot, z którymi nie jestem związany żadną z takich więzi? Na to jedyną chyba będzie odpowiedzią wsłuchać się bacznie w głos własnego sumienia. Pozywa ono do czynu opiekuńczego w każdym przypadku cudzego cierpienia, któremu możemy zapobiec… Nie dopiero w przypadku umowy, zapowiedzi lub szkody wyrządzonej. To są dane dodatkowe, wzmagają one odpowiedzialność przed własnym sumieniem, do pogardy za sobkostwo i marazm w przypadku nieinterwencji dołączają pogardę za nieprawość.

Można by mnożyć przykłady problemów etycznych, wymagających rozstrzygnięcia ze stanowiska koncepcji zasadniczej, której kontury staraliśmy się zarysować. Nie zamierzamy jednak wytaczać ich wszystkich, a już najmniej idzie nam o to, by stworzyć pozór wykończenia systemu etyki niezależnej. Pragnęliśmy jeno podać zarys możliwości takiego układu poglądów i dyrektyw. Zresztą zagadnienia etyczne odznaczają się z natury rzeczy pewną plastycznością. Nie znoszą one rozwiązań i oderwanych, i szczegółowych zarazem. Tak łatwo wtedy popada się w jakąś kazuistykę… Trzeba mieć świadomość głównego kierunku, mieć coś w rodzaju busoli, a zagadnienie wykonawcze, zastosowanie tendencji naczelnej do aktualnych przypadków z ich zawiłymi splotami okoliczności – rozstrzygać konkretnie, dla każdego danego przypadku w całej jego pełni, w całej jego swoistej odrębności. I dlatego nie podobna nauczać etyki jako ustalonej w szczegółach dyscypliny. Owszem, jest możliwa i prosperuje etologia, czyli znawstwo opisowe, przyczynowe i krytyczne danych w dziejach układów nastawień etycznych, norm i systemów, lecz etologia – nauka o moralności, nauka historyczno-socjologiczna – to nie etyka, nie całość odpowiedzi na pytanie, jak trzeba działać, by zasłużyć na szacunek, a nie zasłużyć na pogardę ze strony ludzi godnych szacunku. Przy próbach uświadamiania sobie i formułowania tych odpowiedzi dobrze bywa, oczywiście, poradzić się książek, porozmawiać po koleżeńsku z tymi, co sami borykali się z podobną udręką. Więc czytajmy autorów roztrząsań etycznych, studiujmy dzieła, w których myśl etyczna znalazła swój dobitny wyraz, ot takie jak dialogi Platona o męstwie i innych cnotach, albo jak profesorskie kompendia Hoffdingów, Giżyckich, Moore’ów, Wundtów, Dupreelów i wielu innych… Ale nie przypuszczajmy, że znajdziemy tam pouczenia równie określone, w równym stopniu intersubiektywnie uzasadnione, jak twierdzenia w podręcznikach algebry lub geometrii. Etyka niezależna jest niezależna jeszcze i w tym sensie, że własnego głosu sumienia nie podobna zastąpić głosem cudzym. W istocie rzeczy każdy z nas, niezależnie od kogokolwiek innego, odwołuje się przede wszystkim do własnego sumienia. Ono jest dla każdego z nas sędzią nad sędziami. Ono wydaje w każdej sprawie moralnej sąd surowy, bezwzględny, ostateczny.

Tadeusz Kotarbiński
__________________________________
Powyższy tekst Tadeusza Kotarbińskiego pierwotnie opublikowano w piśmie „Kronika” nr 21, 1956. Następnie wszedł – obok dwóch innych – w skład broszury: Tadeusz Kotarbiński – „Sprawy sumienia”, Biblioteczka „Po Prostu”, Książka i Wiedza, Warszawa 1956. Przedruk za tym ostatnim źródłem. Na potrzeby Lewicowo.pl udostępnił i opracował Wojciech Goslar. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *