Edmund Bałuka

Socjalizm to nic złego

z Edmundem Bałuką rozmawia Michał Sobczyk

Ideały, którym był Pan wierny przez całe życie, miały swój początek w rodzinie.

Edmund Bałuka: Bałukowie wywodzą się z Kozaków, z pól nad Dniestrem. Ten naród stale walczył o to, żeby stworzyć własną ojczyznę, swoje własne państwo, którego nigdy nie miał. Jeden z moich pradziadków był nawet rzekomo – nie wiem tego na pewno, ale tak mówiono u mnie w domu w Krośnie – atamanem. Wielu ludzi, którzy widzieli moje postępowanie, wierzy, że jestem z pochodzenia Kozakiem. Tylko że ja się konia boję (śmiech).

Mój ojciec miał pięciu braci i jedną siostrę. Tych dwóch, którzy trzymali się naszej rodziny, działało w PPS-ie. Byli także partyzantami; jednego zatłukli Niemcy podczas obławy. Po wojnie u drugiego, który pozostał działaczem pepeesowskim, cały czas odbywały się narady partyjne – tam pierwszy raz usłyszałem słowa „socjalizm”, „demokracja” czy „kapitalizm” i zaczynałem w tym wszystkim powoli nabierać orientacji.

W Grudniu ‘70 stanął Pan na czele grupy protestacyjnej w Stoczni Szczecińskiej, która odrzuciła porozumienie zawarte przez Ogólnomiejski Komitet Strajkowy i próbowała zmusić władze do wycofania się z podwyżek cen żywności. Czy zanim wyrósł Pan na jedną z najważniejszych postaci tamtych wydarzeń i został uznany za „wroga publicznego”, angażował się Pan w działalność związkową czy polityczną?

E. B.: Nie. Opowiem Panu historię. W dowodach osobistych wpisywano każde zameldowanie, wymeldowanie, zakłady pracy. Kiedyś szedłem wieczorem ulicą z taką jedną babką, która potem, zdaje się, okazała się prostytutką; w każdym razie nie pracowała. Milicja zaciągnęła nas na komendę na przesłuchanie. Oficer otwiera mój dowód osobisty i pyta: „Panie Bałuka, co Pan tak dużo podróżuje, zmienia adresy i zakłady pracy?”. Ja mówię: „Panie Poruczniku, bo mnie w tej Polsce tak dobrze jest, że muszę ją zwiedzić”. Myślał, że z nim gram w głupka.

Przed stocznią pracowałem m.in. w kopalniach. Ale nigdy nie prowadziłem żadnej działalności, nie należałem do ZMP ani do późniejszego ZMS-u, nie wstąpiłem do Partii. Gdy zostałem mistrzem w Stoczni Szczecińskiej i objąłem grupę roboczą dwudziestu kilku robotników, podszedł do mnie sekretarz oddziału i mówi: „Słuchaj, Edmund, Ty jesteś w Partii?”. Ja mówię, że nie. Pyta, dlaczego. „A bo nie chcę!”. „Ale Ty nie możesz, teraz prowadzisz grupę ludzi, musisz ich wychowywać!”. Więc mówię: „A bez zapisania do Partii nie da rady ludzi prowadzić? To ja mam to w nosie, biorę śrubokręt i wracam na W-2”. Był na mnie zły, myślałem, że potem będę miał kłopoty. Ale zawołał mnie kierownik i powiedział, żebym się nie wygłupiał i został.

Proszę opowiedzieć, jak został Pan robotniczym przywódcą.

E. B.: Pierwszy strajk w stoczni im. Warskiego miał miejsce w maju czy czerwcu ’70. Grupa, którą prowadziłem jako mistrz na wydziale malarskim, przygotowywała kadłub do wodowania. Robotę odbierał taki kontroler, Norweg. O ile wcześniej odbierał, powiedzmy, 10 m2 powierzchni od jednego pracownika, to później – na trzy razy po metrze. Robotnicy zamiast zarabiać 120-130 złotych dziennie, zarabiali 25-30. Koniec śniadania, a robotnicy nie wychodzą ze stołówki; wszystkie inne grupy poszły do roboty, a moi nie. Mówię: wychodzić pod kadłub! Jeden z robotników, który był takim starszym grupy roboczej, wychodzi i mówi: „Edmund, my za te pieniądze nie będziemy leżeć pod kadłubem”. „No ale do roboty trzeba iść, przecież nie będziecie strajkować?”. „No właśnie będziemy…”. „To ja będę musiał porozmawiać z kierownikiem”.

Przychodzę do niego i mówię: „Florek, moi ludzie nie wychodzą do pracy”. „Zadzwoń do Luli, dyrektora produkcji”. „Ja będę dzwonił? Ja jestem tylko mistrzem, Ty jesteś kierownikiem!”. Zaraz podjeżdżają dwa samochody, wysiada Lula, drugi sekretarz komitetu zakładowego, przewodniczący rady zakładowej, dyrektor techniczny.

Robotnicy siedzą przy stolikach, jeszcze piją mleko. Lula krzyczy, że przerwa w pracy jest niedozwolona. Przewodniczący rady zakładowej mówi: „Słuchajcie, wy sobie nie wyobrażacie, co robicie”. Ja zamiast siedzieć spokojnie za filarem w stołówce i nie pokazywać się, wychodzę i mówię: „Chwileczkę!”. Wyciągam z kieszeni karty robocze, na których była ilość metrów, ilość godzin. I mówię: „Słuchajcie, każdy z Was, kto tu siedzi, niech przyjdzie i zrobi 50 proc. tej roboty, a ja biorę odpowiedzialność za resztę”. Jak na nich to podziałało… Ja, zwykły mistrz, każę takiej świcie iść do roboty i chwycić za pneumat? Pogadali, pogadali, w końcu kazali nam iść pod kadłub, bo nie można pokazywać, że zatrzymujemy produkcję. Wsiedli w samochody i pojechali.

Za jakieś dwie godziny, podczas których poszliśmy pod kadłub, ale nie wzięliśmy się za robotę, przychodzi goniec: dzwoni dyrektor Lula. Podchodzę do telefonu, Lula mówi: „Panie Bałuka, leć Pan z »Wulkana« na wydział W-7, do normowszczyków, oni dadzą Panu nowe karty”. Wsiadłem na rower, pojechałem (to było siedem kilometrów), patrzę – a na tych kartach na ten metraż co było 120 godzin, jest 450 godzin.

Gdy siedziałem i wypełniałem karty, przyszedł do mnie kierownik. Mówi: „Edmund, jutro rano jak przyjdziesz, masz się nie przebierać, tylko masz iść bezpośrednio do Luli”. Lula nawet nie pozwolił mi usiąść, tak jak to było dawniej, kiedy mistrz przychodził do dyrektora. Stałem jak palant, a on mówi: „Dziękuję wam bardzo za waszą »wytrwałą walkę o pracę w stoczni«. My, Bałuka, nie potrzebujemy takiego mistrza, który o 350 procent zwiększa wydatki stoczniowe. Zwalniam was z pracy, możecie pójść do kasy, wziąć pieniądze za trzy miesiące naprzód i jesteście wolni”.

Przychodzę na wydział, mówię kierownikowi: „Florek, Lula mnie zwolnił”. On na to: „Edmund, czekaj chwileczkę, w stoczni dyrektorzy zmieniają się co pół roku, rok; czort wie, co tu będzie za parę miesięcy. Ty masz codziennie przychodzić do stoczni i podbijać kartę zegarową, najwyżej będziesz siedział w magazynku; pieniądze przecież i tak dostaniesz. A potem ja coś wymyślę”. Musiałem być jednak pracownikiem fizycznym, nie mogłem być mistrzem. I tak, Grudzień ‘70 zastał mnie w magazynku wydawania farb.

Jaka była różnica między protestami w Trójmieście a tymi w Szczecinie?

E. B.: Istniały tzw. bodźce ekonomiczne, m.in. w Stoczni Gdańskiej; oni je utrzymali. Robotnicy zobaczyli, że zarabiają ok. 30 proc. mniej, jeśli nie wyrobią wszystkich norm. A tu nagle podwyżka cen o 30 procent! Wtedy robotnicy opuścili Stocznię Gdańską. Potem po rozróbach, małej strzelaninie wracają z powrotem i wszystko prawie się rozchodzi. Na drugi dzień, w Gdyni Stocznia im. Komuny Paryskiej, Kociołek wzywa stoczniowców: „Chodźcie do roboty!”. A gen. Korczyński dał rozkaz, żeby żołnierze obstawili stocznię z karabinami z ostrą amunicją. Zabito chyba siedemnastu robotników. Po tej strzelaninie oni wrócili do domów – bo to nie był strajk okupacyjny.

Jest różnica między Gdańskiem, Gdynią i Szczecinem. W Szczecinie byli przyjezdni (dużo lwowiaków oraz szabrownicy, którzy po wojnie przyjechali na zachód Polski). Co innego było rządzić w Gdyni i Gdańsku, co innego – w „różnokolorowym” Szczecinie. Jak ucichło w Gdyni, potrzebny był dla frakcji Gierka, która walczyła, żeby usunąć Gomułkę, jeszcze jeden punkt zapalny: trzeba było spalić komitet wojewódzki w Szczecinie.

I tak się stało.

E. B.: 17 grudnia myśmy ze stoczni nie wyszli, nas wyprowadzono. Przed główną bramą stało dwóch czy trzech tramwajarzy oraz paru innych robotników. „Chodźmy, spalimy sk…synów, czerwonych łobuzów!” – zaczęli się drzeć. A tam jakieś trzy tysiące ludzi pod bramą główną… My jednak ruszyliśmy nie na Komitet Wojewódzki, lecz do miasta. Ale zaraz przy pl. Grunwaldzkim stała milicja, z wyrzutniami gazu. Zaatakowali nas, zabronili pójść do miasta, zepchnęli w kierunku Komitetu Wojewódzkiego, który mieliśmy podpalić…

W pewnym momencie – sam nie wiem, kto to zarządził – ktoś rzucił hasło ataku na milicjantów; każdy z nas miał kilka kamieni. I pędzimy dalej, pod Komitet Wojewódzki. A on już płonie. Patrzę, a tam jest blisko komenda wojewódzka MO. Tam jest plac, a na placu stała taka masywna szalupa. Ktoś krzyknął: rozbijemy nią drzwi! Kiedy to zrobiliśmy, poleciała seria. Pomyślałem sobie: „Tyle tu się jeszcze będzie działo, a jak mnie zabiją, to nie będę nic widział, lepiej się schować za drzewko”. I ze strachu schowałem się za takiego grubego kasztana. Pierwszy raz w życiu się bałem.

Później, będąc już liderem protestów, pojechaliśmy z Adamczukiem do Warszawy wybadać sytuację, bo były takie pogłoski, że Gomułka został uderzony popielniczką i znalazł się w szpitalu. Przyszliśmy do jego domu, portier potwierdził, że jest w szpitalu. Przyjęła nas Zosia Gomułkowa. „Towarzysze stoczniowcy! – mówi do nas, obu bezpartyjnych – jak wyście mogli podnieść rękę na władzę ludową!”. Trochę mi to nie pasowało, chciałem ją opieprzyć (z reguły odpowiadam, jak mnie ktoś naciśnie; często niekulturalnie, trzeba przyznać), ale się powstrzymałem. „Oni Wieśka wrobili! – mówi. – Podwyżka miała być po Świętach!”.

Po tych wydarzeniach w Stoczni powstał komitet strajkowy. Nie było w nim jednak Pana.

E. B.: W Stoczni Remontowej na czele komitetu strajkowego był dyrektor naczelny, partyjniak; w Stoczni Szczecińskiej – Dopierała, członek plenum Komitetu Wojewódzkiego. Sami partyjni! Dopierała, członek egzekutywy Komitetu Wojewódzkiego, przemawiał przez radiowęzeł na całą stocznię. Jeszcze nie rozumiałem wtedy, że to była walka frakcyjna, ale coś mi się zaczęło nie podobać. „Jak to, dyrektor stoczni »Gryfia«, członek egzekutywy oraz drugi sekretarz komitetu zakładowego na czele strajku? To nie jest robotniczy strajk…”. Ale to były moje ciche rozważania, jeszcze się z nikim tym nie dzieliłem.

Mnie wybrali na komendanta ochrony rejonu „Wulkan”. Miałem tam cicho, spotykałem się z dowódcami zmianowymi. Był porządek, choć nikt go nie nakazał ani nie był nauczony: sami ludzie obstawili płoty, każdy z kablem czy z rurką. Kioski na terenie stoczni były pootwierane, stołówka była czynna. To było ciekawe: strajk, a wszystko czynne, wszystko w sprzedaży.

Trzeciego dnia strajku, w nocy, przychodzą „moi” robotnicy oraz sześciu-siedmiu z K-4 i K-2. Jeden z nich, Tokarski się nazywał, mówi do mnie: „Edmund, chodź, pomóż, musimy coś załatwić. Dopierała jest cały zachrypnięty, nie może gadać, poszedł spać”. A chodziły takie gadki, że mamy jeszcze pięć dni tego strajku wytrzymać, to wylądują wojska ONZ-u i obronią stocznię, i podobne pierdoły. Nie chciałem iść, bo miałem swoją funkcję, ale mnie w końcu wyciągnęli. Wsiedliśmy na wózek elektryczny, a oni do mnie gadają: „Ty, Edmund, przecież ty wtedy zastrajkowałeś i chcieli cię zwolnić, nie? Ale cię nie zwolnili i nadal przychodziłeś?”. A ja mówię, że tak, bo nie chciałem zmieniać pracy, chciałem pracować w stoczni.

Przyjechaliśmy na świetlicę główną, a tam zbierają się grupami, gadają jeden przez drugiego… Mój kolega z wydziału mówi: „Słuchajcie, cisza! Mam tu takiego jednego człowieka, który stanął w obronie robotników, potem chcieli go zwolnić z pracy! On powie najlepiej”. No i zrobiła się kompletna cisza. Zapytałem: „Gdzie są członkowie komitetu strajkowego?”. „Oni wszyscy śpią”. Bo oni pojechali do technikum okrętowego, gdzie urzędowały władze (komitet był spalony). I tam te urzędasy wojewódzkie nagadali im, przewracali im w głowie. No i oni później poszli spać. Robotnicy od razu proponują, że mnie obiorą na przewodniczącego. Ja mówię: „Zaraz, a Dopierała?”. „A ch… z Dopierałą!”.

Od tego to momentu to Pan kierował strajkiem.

E. B.: Od razu zapowiedziałem, że będę to robił inaczej niż partyjni. Zarządziłem, żeby zbierały się trójki wydziałowe, szły na wydziały, ustalały postulaty, a potem przyjdą i będziemy nad nimi radzić. Wszyscy pytali mnie, co dalej mamy robić. „Będziemy walczyć, aż zwyciężymy, przecież po to tu jesteśmy!”. Sam w to nie wierzyłem, ale tak musiałem mówić. Niektórzy zaczęli gadać o Świętach. „Ale panie Bałuka, moja żona była pod stocznią, mówiła, że kupiła choinkę i spirytus, którego nie ma kto rozrobić…”.

Rano telefonistka dostała telefon, że mam przyjść do dyrektora naczelnego stoczni, że będzie przemawiał Franciszek Kaim [minister przemysłu ciężkiego do 23 grudnia 1970 r., następnie wicepremier – przyp. red.], będzie jakieś posiedzenie. Przychodzimy, a tam taki widok: latają helikoptery, spuszczają masę ulotek. Kaim przemawia: stoczniowcy, każdy z Was, który uchwyci taką ulotkę, niech idzie do domu na Święta, ma wolną drogę przejścia, nie będzie zatrzymywany przez milicję. Z dyrekcji stoczni są okna na bramę główną – ja patrzę, a tam masa ludzi przebranych w ubrania cywilne opuszcza stocznię, trzymając te ulotki. Patrzę, a Dopierała, Cenkier, dyrektor naczelny, oraz Skrobot, przewodniczący zarządu przemysłu stoczniowego, ściskają się: dobrze, że strajk się skończył.

Poszliśmy na bramę główną, a tam stoi chyba z dziesięciu robotników z rurkami: „Sprzedaliście nas!”. To byli stoczniowcy z „Gryfii”, którzy przepłynęli promem. Po tym wszystkim wróciliśmy do domu.

Po Świętach przychodzimy do stoczni, ale nikt się nie przebiera, wszyscy siedzą na wydziałach i dyskutują – co żeśmy zyskali, co robić dalej. Tak było do 22 stycznia. Ja niby jestem przewodniczącym komitetu strajkowego, mam narady z zastępcami, ale przecież nikt nie ma odwagi iść na miasto bić się z milicją, bo wszyscy już to przeżyli. 21 stycznia wieczorem w telewizji pokazują zebranie na rurowni. Pełna sala rurarzy, stół prezydialny i hasło: „Czynem produkcyjnym popieramy nowe kierownictwo Partii i rządu”. I trzech czy czterech nadmistrzów rurowni ogłasza: „Przystępujemy w niedzielę do roboty, bezpłatnie, będziemy pracować dla Partii”. A rurownia miała to do siebie, że otwierała pracę dla innych wydziałów.

Rano wstaję, przebrałem się, włożyłem w kieszeń dwie kromki chleba ze smalcem i zasuwam! Ale nie idę na „Wulkan”, lecz na „Arsenał”, na rurownię. A tam od cholery ludzi, jakieś dwa tysiące się zebrało. I kłócą się, że nie chcą pracować w niedzielę. Gołaszewski krzyknął: „Chodźcie, pójdziemy spalimy radio, prasę, telewizję!”. O komitecie nic nie mówił, bo komitet był już spalony.

Ludzie zaczynają wychodzić. A przy bramie głównej był kiosk spożywczy. Na dach weszło kilka osób i też krzyczą, żeby „spalić sk…synów”. Kolega, Adam Ulfik, mówi: „Edmund, musisz wejść i coś powiedzieć!”. Podsadzili mnie, wdrapałem się i mówię przez tubę: „Chcecie iść spalić radio, prasę, telewizję? Pójdziemy! Ale za czyje pieniądze oni to później odbudują? Za nasze! Komitet Wojewódzki spaliliśmy, a oni już zwożą marmury”. I mówię: „Najlepiej jest ogłosić strajk okupacyjny. I wezwać tu najwyższe władze, bo z tymi z regionu to nie ma co gadać. I niech oni się tłumaczą, czy chcą tak dalej rządzić”. Ogłosiłem strajk okupacyjny, kazałem zamknąć bramę i bronić płotu stoczni, a trójki strajkowe niech przyjdą na świetlicę główną, wybierzemy komitet strajkowy. Wszyscy po cichu się rozeszli, ale było słychać, że się zgadzają.

Przychodzę, siadam, a tam nikogo nie ma. Myślę sobie: „Niech teraz ludzie nie przyjdą, a przyjedzie bezpieka. Oni mi dadzą strajk okupacyjny…”. Ale trójki wydziałowe zaczęły się stopniowo schodzić. Wtedy mówię: „Słuchajcie, trzeba zrobić większy komitet strajkowy, nie może być tylko pięciu członków – każdy wydział (było ich 38) powinien mieć swojego jednego. Trójki wydziałowe – za małe, piątki muszą być”. Posłuchali, poszli na wydziały wybrać. „Tylko bez partyjnych, pamiętajcie!”. Bo ja już wiedziałem, kto gra pierwsze skrzypce w tej robocie.

Wybraliśmy komitet strajkowy i zaczęły się telefony z dyrekcji. „Panie Bałuka, dzwonią biskupi ze Szczecina”. Powiedziałem, że nie trzeba nam biskupów do pomocy. Potem z Rady Miejskiej, z kultury. Ja mówię: „Po co kultura teraz potrzebna? My teraz walczymy o ważniejsze sprawy!”. Choć przeszedłem do historii, to wtedy popełniłem podstawowe błędy: odsunąłem od siebie Kościół i naukowców. Nawet sekretarki patrzyły na mnie z wyrzutem, że ich nienawidzę – i ja faktycznie taki wówczas byłem.

W skład komitetu wszedł jednak pewien naukowiec, z którym Pan potem blisko współpracował.

E. B.: Przyszli do mnie robotnicy i mówią, że znają takiego jednego, byłego spawacza, który ukończył studia w Poznaniu i jest stoczniowym socjologiem. Może się przydać, jak będzie trzeba napisać coś mądrego – tylko że on jest partyjny. Przekonywali mnie, że Lucjan Adamczuk jest fajny chłop. Kiedy go przyprowadzili, powiedział mi tak: „Panie Bałuka, jestem w Partii, ale mam też swoje zdanie, tylko nie zawsze mogę otwarcie mówić”. Zgodziłem się go zapisać do komitetu, tak jak jego kolegę, Wilanowskiego, który był robotniczym prokuratorem (później go zwolnili, bo żądał za małych wyroków), też partyjnego.

Jak wyglądało zbieranie postulatów?

E. B.: Zgłoszono ich chyba ze trzy tysiące. Niektórzy np. chcieli mieć do pracy pięciopalcowe rękawiczki zamiast trzypalcowych, albo inny kolor strojów roboczych. Nikt nie chciał pracować w niedziele, co jeszcze można było wybaczyć, ale niektórzy chcieli także wolnych sobót. Jak tu im dać soboty wolne, jak jest taki zapieprz z robotą? Takie postulaty wyrzucaliśmy.

Trzeciego dnia telefon: do stoczni przyjeżdża Szlachcic, chce się spotkać z przewodniczącym komitetu strajkowego. Dowiedziałem się od niego, że Gierek jest w Szczecinie i chce przyjść do stoczni. A my nie mamy jeszcze postulatów! „To kiedy towarzysz Gierek może przyjść do Was?” – zapytał. Powiedzieliśmy, że potrzebujemy jeszcze półtora godziny. „Towarzysz Gierek będzie jeszcze tyle czekał?”. „Jeśli nie ma gotowych postulatów, to musi poczekać”. Niedługo później Gierek był już pod bramą. „Dzień dobry, nazywam się Edward Gierek, jestem pierwszym sekretarzem Partii. Czy mnie wpuścicie?”. Stoczniowcy otworzyli mu bramę.

Wcześniej w Warszawie była narada, jak się później okazało. Radzili, żeby siłą zdławić strajk w stoczni, byli za tym m.in. Szydlak, Jaruzelski i Ochab. Gierek się długo namyślał, w końcu powiedział: nie, ja do nich pojadę. Jaruzelski pochwalił to jako leninowskie podejście, bo Lenin pisał, że wskazania bezpartyjnych, większości, są bardzo ważne dla ludzi Partii, bo wskazują im właściwą drogę.

Do stoczni przyjechali także inni prominenci, m.in. właśnie Jaruzelski i premier Jaroszewicz.

E. B.: Dyskusja trwała dziewięć godzin, a wszystko było puszczane przez radiowęzeł – a głośniki były wszędzie; słuchali jej stoczniowcy oraz ludzie, którzy przybywali pod bramę stoczni. Negocjacje były trudne; Jaruzelski nigdy nie palił papierosów, a wtedy zapalił pierwszego papierosa. Był moment, że Gierek prawie płakał. „Towarzysze stoczniowcy, Wam tu serce kładę na talerz, no nie ma siły, żeby obniżyć te ceny” (to był nasz pierwszy postulat). Dopiero później robotnice z Łodzi dokonały tego; zastrajkowały, płakały i wywalczyły.

Na tamtym spotkaniu Gierek obiecywał: „Towarzysze stoczniowcy, ja będę tak rządził – niedługo, rok – żeby partia była partią, związki zawodowe związkami, rząd rządem”. Później na VII Kongresie związków zawodowych w Pałacu Kultury był pierwszym mówcą. I mówił: „Nie pozwolę odłączyć od Partii związków zawodowych!”. Później dostajemy statut i w pierwszym akapicie czytamy: związki zawodowe w Polsce kierują się linią przewodnią PZPR. Myślę sobie: k… mać, nie tak miało być…

Nie miał już Pan żadnych złudzeń.

E. B.: W 1972 r. wyszła książka prof. Szczepańskiego „Rozważania o Rzeczypospolitej”, którą ktoś w stoczni kupił i przeczytał i przekonał nas, że trzeba tych książek więcej kupić, na każdym wydziale musi być, „bo on tak fajnie pisze, ten profesor”. Pojechaliśmy z Sokołowskim do Warszawy, żeby mu pogratulować, zaprosić do stoczni i tej książki chcieliśmy więcej przywieźć. Kiedy się zameldowaliśmy w sekretariacie, profesor stanął w drzwiach gabinetu i zakrzyknął: „Pani Wandziu, pani zrobi trzy kawy, tylko takie mocne, nie takie jak dla towarzyszy partyjnych! Bo koniak to ja mam”. Gratulował nam tego, jak daliśmy władzy popalić w tym styczniu, że teraz nie ma nawet siły oddychać. Przyznałem mu się w rozmowie, że ja tylko siedem klas ukończyłem. „Cudownie! – mówi. – Jakaś siła wyższa uchroniła pana przed wyższymi studiami! Bo jakby pan ukończył studia, po której stronie pan by stanął?”. Pomyślałem sobie: faktycznie, k…, gdybym był po studiach, zostałbym jakimś dyrektorem i pędził ludzi do roboty, a nie – stanął na czele strajku.

W Madrycie, gdy byłem na emigracji, moim tłumaczem był prof. Dering, były ambasador rządu londyńskiego. Powiedział mi: „Panie Bałuka, ja panu nie zazdroszczę. Nie będzie pan przez żaden rząd lubiany ani popierany. Ma pan to załatwione na stałe”. Pytam, dlaczego. „Czy pan słyszał, żeby gdziekolwiek na świecie całe naczelne władze państwowe przyjechały do zakładu zamkniętego strajkiem okupacyjnym? „Nie”. „No właśnie, bo to był pierwszy taki przypadek. A zadarł pan jeszcze z biskupami, nie przyjął ich, kiedy chcieli panu doradzać. Potem pan zadarł z naukowcami. No i co pan chce? Do kogo pan teraz się zwróci? Kto będzie pana lubił? Pan zostanie sam! Może jeszcze kiedyś ktoś sobie przypomni, jakieś pokolenie dziewiąte czy dziesiąte po panu, że żył taki w Szczecinie, taki jeden robol, który przekreślał wszystko, co partyjne”.

Wróćmy do wydarzeń, które miały miejsce wcześniej. Już pod koniec 1972 r. został Pan usunięty ze stoczni i pierwszy raz wyjechał na emigrację. Także tam prowadził Pan jednak aktywną działalność, której przyświecał cel obalenia władzy PZPR przez robotników – i stworzenia prawdziwego socjalizmu.

E. B.: Pierwsze stypendium związków zawodowych dostałem w 1973 r., dzięki Stefanowi Nędzyńskiemu [działacz Międzynarodowej Organizacji Związków Zawodowych Pracowników Łączności w Genewie, w latach 80. organizował pomoc dla polskich związkowców – przyp. red.], który przed wojną był pocztowcem w Polsce. A w 1976 r. zorganizowano w Paryżu duży mityng na cześć dwudziestolecia powstania na Węgrzech i w Polsce. Pracowałem w tym czasie w Manchesterze w Anglii w kontroli technicznej. I przyjeżdżają do mnie z Francji, trzech takich panów i proszą, żebym przyjechał na ten mityng. Poszedłem do szefa poprosić o trzy dni wolnego. A on: „Co, znowu, film jakiś robisz?”. Bo kiedy robiliśmy „Trzy dni w Szczecinie” [film Bolesława Sulika, wyprodukowany przez brytyjską telewizję Granada – przyp. red.] , to dużo brałem wolnego. „My nie zatrudniamy tutaj artysty, lecz robotnika” – powiedział. Ale w końcu mnie puścił.

Ale coś będę musiał mówić, prawda? W pociągu do Paryża napisałem trzynastopunktowy program. Napisałem: „Wolność kraju”. Bo przecież każdy chce żyć w wolnym kraju! A Polska i Węgry nie były wolnymi krajami i właśnie o to walczyli wtedy ludzie. I to stale miałem przed oczami później. Dalej: „Zniszczenie monopolu PZPR, która nie reprezentuje interesów klasy robotniczej, lecz jest podporządkowana interesom KPZR”. Wiadoma rzecz, jasna jak słońce: PZPR to nie była klasa robotnicza, tylko świta na górze – a członkowie mieli tylko płacić składki.

Kiedyś zaczepiła mnie kontrola graniczna w Anglii, w Dover, kiedy jechałem na imprezę „Marxism ‘77” do Londynu. Jeden z oficerów mówi do mnie: Do you like communism in Poland? Odpowiedziałem: If you look at what is communism in Poland, you no speaking about… Co to jest za komunizm… Później na swojej rozprawie sądowej powiedziałem adwokatowi, który mówił, że broni socjalistycznej Polski Ludowej: „Nie, Panie Majorze, Pan broni swojego stołka. Pan nie broni ani socjalizmu, którego nie ma, ani Polski Ludowej. Polska nie jest wcale »Ludowa«. Polska to jest Polska, a Pan nawet nie ma pojęcia, co to jest Polska. Która niejednemu dała w dupę, nawet na Kremlu siedzieli Polacy. To jest właśnie Polska. Nie Pana wymarzona jakaś Polska Ludowa chłopów i robotników”.

Jakie były kolejne punkty tego programu?

E. B.: „Ewakuacja wojsk Kremla z terenów Polski” – wiadomo. Od zawsze mówiłem, że Polska nigdy nie będzie Polską, dopóki Rosjanie stąd nie wyjdą. Po cholerę oni tu w wolnym kraju by byli? Kolejny punkt: „Unieważnienie zawartych układów krzywdzących Polskę, w tym unieważnienie Jałty, Teheranu i Poczdamu”. Możecie sobie wyobrazić: sala na 10 tys. ludzi, ja czytam te postulaty, tłumaczenie na żywo; na koniec stałem, a oni dobre 15 minut bili brawa na to moje lakoniczne wystąpienie.

Gdy już zszedłem z tej mównicy, wzięli mnie na kolację i mi proponują, żebym przyjechał do Francji. We Francji raz wcześniej byłem, tylko krótko, bo mnie wyrzuciła DST, francuska służba bezpieczeństwa – uważali, że z polecenia bezpieki przyjechałem, żeby prowadzić robotę komunistyczną. To znaczy sam wyjechałem, oni proponowali, żebym się wyprowadził z Paryża, że mogę mieszkać nie bliżej niż sto kilometrów od niego. Dlatego pojechałem do pracy do Belgii, gdzie uzyskałem azyl.

Dostałem propozycję, żebym wrócił z Anglii do Francji, bo teraz, gdy mam azyl, już mi Francuzi mogą nagwizdać. Nie wiem, czy jest jakieś większe miasto we Francji, gdzie bym na uniwersytecie nie był.

Wsparcie otrzymał Pan od Organisation Communiste Internationaliste, której liderem był Pierre Lambert. Była to organizacja trockistowska.

E. B.: Mówiłem mu: „Wiesz co, Pierre, Ty jesteś przewodniczącym, a nigdy w Polsce nie byłeś”. Bał się przyjechać do Polski. Powiedziałem mu, że ma rację. „Bo jako Żyd francuski byś mógł chodzić po ulicach. Ale gdyby się ludzie dowiedzieli, że jesteś przewodniczącym partii trockistowskiej, łeb by Ci urżnęli od razu. Wiesz, kto to był Trocki? To był czerwony sk…syn i partyjniak, tak jak Stalin. Prowadził armię, chciał zatrzymać się dopiero w Lizbonie. Piłsudski dał im w dupę i ich pogonił”.

Mówiłem mu, że on, jako stary już, może wierzyć w te swoje pierdoły, ale oni młodych ludzi zbierali, tamci bili brawo, uczyli się… Gdy wyjeżdżałem z Francji, wyszła chyba już dwunasta książka Pierre’a Broué, takiego profesora uniwersytetu w Grenoble, a Lenin napisał 53 tomy. Oni się nauczyli od tych proroków Chrystusa: siedzieli, sk…syny, i pisali, aż im wrzody na dupach wyrosły.

A jaki był Pana stosunek do działalności demokratycznej opozycji w kraju, szczególnie do Komitetu Obrony Robotników?

E. B.: Wie Pan, był taki popularny kawał: ROPCiO – rop ciokolwiek. Samo powstanie KOR-u… To robotnicy są tacy biedni, że nie potrafili się sami bronić, tylko KOR musiał powstać? Ktoś musiał korzystać, tworzyć własną epopeję, promować własne nazwiska… To wszystko o dupę potłuc.

W roku 1977 przyjechałem do Szczecina. Mieliśmy złożyć kwiaty pod tablicą w stoczni. Czekamy w sali konferencyjnej dyrektora naczelnego, kupa ludzi; pół godziny, godzinę… Pytam się, na co czekamy. „Na biskupów” – słyszę. – „Biskupi mają przyjść”.

Niedługo później wsiadłem w samolot, przyleciałem do Paryża i mówię do Pierre’a, że już więcej do Polski nie wracam. „Dlaczego? Przecież to Twój kraj, Twoja ojczyzna? Masz tam tyle do roboty!” Odpowiedziałem, że nic tam nie można zrobić. Czekaliśmy na biskupów, żeby złożyć kwiaty, a oni wpieprzali jeszcze śniadanie.

Później moja francuska żona mnie namawiała, żeby wrócić do kraju. Na początku mówiłem, że nie, nie ma po co jechać, wolałem we Francji gnuśnieć niż tam.

W 1981 r. nielegalnie wrócił Pan jednak do kraju, by włączyć się w nabierającą dynamiki opozycję wobec PZPR.

E. B.: Po moim powrocie do Szczecina, do stoczni, zakładałem Polską Socjalistyczną Partię Pracy.

Kiedy zaczynałem ją budować, jeszcze na emigracji, wysłałem zaproszenia do wszystkich krajów zachodnich, poprzyjeżdżali. I wszystko pasowało – oprócz tego jednego „S”. Po co Socjalistyczna Partia Pracy? Ja kierowałem się tym, że moi wujkowie walczyli o socjalizm. Przecież socjalizm to nic złego! Pomimo, że nie mam szkoły, to we łbie coś zostało. Przeczytałem na przykład trylogię Dreisera o powstaniu kapitalizmu amerykańskiego. I wiem, że kapitalista to człowiek taki, że jeśli będzie miał sklep ze sznurami i będzie wiedział, że klient, który przyjdzie kupić dwa metry sznura, na nim się powiesi, to i tak mu sprzeda. Bo on musi sprzedać, na tym polega kapitalizm.

Oni mówili, że w Polsce jest socjalizm, ale w Polsce nie było socjalizmu. Duża część delegatów na zjazd PSPP wychodziła z niego i nie wracali więcej. Koledzy mówili do mnie: „Edmund, przecież jak Ty wrócisz do Polski, nikt nie będzie chciał z Tobą gadać o socjalizmie, bo mają go dość”. „To jak ma być, Polska Partia Pracy?”. Pomyliłem się, trzeba było dać taką nazwę, to może by chwyciło. A tak, nie miałem więcej niż trzydziestu członków w Polsce. Co to za partia?

Jeśli chodzi o „Solidarność”, wszystkiemu zawinił Wałęsa. Byłem na pierwszym zjeździe „Solidarności” w Oliwie, widziałem te całe komedie z wybieraniem przewodniczącego. Potem był 13 grudnia, internowali mnie, siedziałem parę lat w więzieniu. Po wyjściu na wolność byłem jeszcze około roku w kraju, ale nic się tu nie działo, poza tym miałem zakaz pracy w stoczni, więc wyjechałem znów na Zachód. Zresztą miałem powody ku temu, bo miałem syna, żonę dwadzieścia dwa lata młodszą ode mnie, która mieszkała w Zduńskiej Woli.

Kilka lat później rozpoczęły się przemiany ustrojowe. Jak je Pan ocenia z perspektywy ideałów, o które Pan walczył?

E. B.: Gdybym był wtedy w Polsce, to przy tym „okrągłym stole” za cholerę bym nie usiadł. No, mnie by oczywiście nawet nie wpuścili. Komuna leżała już, trzeba ją było tylko lekko popchnąć, to by zupełnie upadła. A oni stworzyli „okrągły stół”, i jeszcze się umówili na gorzałę do Magdalenki, żeby łatwiej było niektóre sprawy załatwić. Ubek, który w Szczecinie miał władzę nad stocznią, teraz prowadzi duży zakład futrzarski. Drugi w banku siedzi. Wszyscy funkcyjni mają wysokie emerytury – dlaczego im nie zabrano ich od razu? Od dwudziestu lat dostają pieniądze – za co, za to, że bili naszych, że nas sądzili i trzymali w więzieniach?

Po zmianie ustroju technika mechaniczne i elektryczne pozamykali, wszyscy chcą zajmować się reklamą, handlem, zarządzaniem. Czym oni będą zarządzać, czym handlować? Zakładów pracy tyle nie ma, ilu was jest wykształconych.

Niektóre rzeczy zmieniły się jednak na lepsze.

E. B.: Byłbym kłamcą, gdybym powiedział, że nic nie zyskaliśmy. Ale weźmy np. Unię Europejską. Wielu ma takie zdanie, że Unia jest fajna, daje pieniądze i tak dalej. To ona robi te pieniądze sama, czy te pieniądze są skądś? To tak, jak za komuny było: „państwo daje”. A skąd państwo bierze to, co ma do „dawania”?

Myśmy tak narzekali, że tylu biurokratów było w Polsce. A w Unii? Oni w tym całym zamieszaniu zebrali tyle pieniędzy, że nie wiedzą, co z tą forsą robić. Mają miliardy i nie wiedzą, czy mają się bić o kształt ogórka, czy o kabanosa. Unia musi się rozlecieć, taki twór nie może istnieć. Ale co potem będzie, to ciekawe.

Dlaczego Pana zdaniem lewica solidarnościowa, robotnicza, nie wydała z siebie żadnej formacji politycznej, która mogła jakoś urzeczywistniać ideały Sierpnia?

E. B.: Trudno powiedzieć. Na pewno zabrakło ludzi! To wszystko okazało się dziecinadą. Wie Pan co, jak dyskusje były później, to człowiekowi chciało się rzygać. Takie to było wszystko „męskie”. Mężczyźni zniewieścieli! Nie ma mężczyzn już w Polsce. Ja jeszcze tylko jeden zostałem (śmiech). Jeszcze przed zmianą ustroju to, co było, było dobre na fornali, albo dla księży, żeby mieli parobków. Przyglądałem się późniejszym strajkom w Stoczni Szczecińskiej, zanim otworzyli Nową: robotnicy chodzili po placu, płakali. To nie są robotnicy.

Przeczytam moją wypowiedź z jednej książki: „Wie Pan, najgorszy śmiech, to śmiech z samego siebie. Śmieję się z siebie, bo wreszcie zrozumiałem, że nie ma już klasy robotniczej. Nie chciałem w to wierzyć, ale tak jest”.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 4 marca 2009 r.

współpraca August Grabski i Borys Hass

________________________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Obywatel” (obecnie „Nowy Obywatel”) nr 46, lato 2009. Na zdjęciu Edmund Bałuka w trakcie negocjacji strajkujących stoczniowców z władzami PRL.

 

Edmund Bałuka (ur. 1933) – legendarny lider protestów stoczniowców w Szczecinie w Grudniu ‘70. Pochodzi z ubogiej chłopskiej rodziny z Machnówki nieopodal Krosna. Pracował m.in. jako marynarz i portowiec. W 1956 podjął próbę ucieczki na Zachód – zatrzymany przez czechosłowacką straż graniczną. Od 1962 r. zatrudniony w Stoczni Szczecińskiej. Do 1970 r. nie wyróżniał się działalnością związkową ani polityczną, jednak w grudniu tego roku stanął na czele grupy robotników, którzy odrzucili porozumienie zawarte przez Ogólnomiejski Komitet Strajkowy i próbowali walczyć o cofnięcie decyzji o podwyżce cen żywności. W styczniu 1971 r. był liderem strajku okupacyjnego w Stoczni, kiedy to udało się zmusić najwyższe władze partyjne i państwowe do rozmów z robotnikami. Komitet Strajkowy został następnie przekształcony w Komisję Robotniczą, która miała m.in. czuwać nad prawidłowym przebiegiem wyborów władz związkowych i rad robotniczych, które były jednym z postulatów strajkowych. Komisja starała się także m.in. wyciągać robotników z więzień. Bałuka, wybrany sekretarzem rady zakładowej, załatwiając bardzo konkretne sprawy pracownicze poprzez instytucje i legalne struktury zakładowe, jednocześnie otwarcie głosił postulaty rozwoju samorządu pracowniczego oraz uniezależnienia związków zawodowych od PZPR, w związku z czym władze i Służba Bezpieczeństwa próbowały na różne sposoby podkopywać jego pozycję. Szczecińską grupę Bałuki spotkały brutalne represje: w niewyjaśnionych okolicznościach zginął Bogdan Gołaszewski (zatrucie gazem), zaś Adam Ulfik został odurzony chloroformem przez „nieznanych sprawców”, którzy następnie odkręcili gaz w jego mieszkaniu, cudem się uratował; później oskarżono go bez żadnych podstaw o molestowanie nieletniej dziewczyny, w niejasnych okolicznościach zmarł w 1976 r. W październiku 1972 r. Bałuka, który był wówczas przewodniczącym Zarządu Okręgowego Związku Zawodowego Metalowców w Szczecinie, brał udział jako delegat w VII Kongresie Centralnej Rady Związków Zawodowych, gdzie jako jedyny głosował przeciwko statutowi, który potwierdzał faktyczną podległość związków zawodowych wobec Partii. Niedługo później został zwolniony z pracy w stoczni. W marcu 1973 r. uciekł zagranicę (prawdopodobnie wskutek zakulisowej, szeroko zakrojonej gry SB, której nie był świadomy), gdzie nagłaśniał sytuację w kraju, co był powodem wszczęcia przeciwko niemu śledztwa. Początkowo przebywał w Wielkiej Brytanii, gdzie współpracował z emigracyjnymi strukturami Polskiej Partii Socjalistycznej. Po przeniesieniu się do Francji, jako autentyczny robotniczy przywódca otrzymał życzliwe wsparcie ze strony francuskiej radykalnej lewicy – trockistów skupionych w Organisation Communiste Internationaliste, mających wpływy w związku zawodowym Force Ouvrière. Ta pierwsza organizacja, kierowana przez Pierre’a Lamberta, m.in. umożliwiała mu wydawanie własnego lewicowego czasopisma „Szerszeń” (przemycanego do Polski), szanując przy tym niezależność jego poglądów i linii pisma. W marcu 1980 r. stworzył Polską Socjalistyczną Partię Pracy, której krajowe struktury starał się budować od momentu, gdy w kwietniu 1981 r. wrócił do ojczyzny przy pomocy fałszywego francuskiego paszportu. W stanie wojennym internowany i skazany na pięć lat więzienia (za działanie „w celu obalenia przemocą ustroju PRL oraz osłabienia mocy obronnej kraju”), z którego wyszedł na mocy amnestii w sierpniu 1984 r. W stoczni odmówiono mu możliwości pracy, a jego wizja polityczna nie znajdowała w kraju zwolenników, toteż wiosną 1985 r. wyjechał ponownie z Polski. Po upadku PRL ponownie w kraju, mieszka w Warszawie, na Saskiej Kępie. W sierpniu 2006 r. miał zostać przez Prezydenta RP uhonorowany Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, jednak odmówił przyjęcia odznaczenia.

Jeden komentarz nt. “Socjalizm to nic złego

  1. Pingback: Człowiek, którego warto zapamiętać | NOWY EKRAN

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *