Marcin Kacprzak

Rozrodczość a bezrobocie

[1937]

Jedną z najcięższych plag przeżywanego przez nas okresu jest bezrobocie, gnębiące w większym lub mniejszym stopniu cały świat cywilizowany. Skutki tych niekrwawych, lecz bardzo groźnych, zmagań potrzeb z rzeczywistością, pozornie tylko zamkniętych w granicach poszczególnych państw, dotyczą najróżnorodniejszych stron życia i będą miały duży wpływ na drogi rozwoju całej ludzkości. Jedną z dziedzin, na którą wpływ bezrobocia, należy sądzić, będzie duży, jest rozrodczość. Dotąd tej sprawie poświęcono uwagi niewiele, co może tłumaczy się trudnością badań i krótkim okresem obserwacji, nie pozwalającym jeszcze na wyciąganie wniosków. I w pracy niniejszej nie chodzi także o dokładne zbadanie sprawy, lecz o poruszenie zagadnienia i rzut oka na nie z punktu widzenia bezpośrednio zainteresowanych, tj. bezrobotnych.

W grudniu 1931 roku Instytut Gospodarstwa Społecznego w Polsce ogłosił konkurs na opracowanie życiorysu bezrobotnych. Zwrócono się za pośrednictwem prasy, żeby bezrobotni w postaci pamiętników opisali swoje położenie i zabiegi o kawałek chleba. Pamiętniki nie były skrępowane żadnym kwestionariuszem, każdy bezrobotny mógł pisać dowolnie co chce. W odezwie konkursu zaznaczono tylko, że jest pożądane podanie wieku, zawodu, warunków rodzinnych, warunków pracy przed bezrobociem i w czasie bezrobocia, środków utrzymania, odżywiania, stanu zdrowia, starań o pracę itd. Konkurs był anonimowy; wynagrodzenie za najlepszą pracę wynosiło 250 zł, za drugą 100 zł, prócz tego było 10 nagród po 25 zł.

Konkurs miał duże powodzenie. Nadesłano na czas 774 pamiętniki, co wynosi 0,25% bezrobotnych wówczas zarejestrowanych, których liczono w tym czasie 312 487.

W opracowaniu niniejszym uwzględniono 783 pamiętniki; zwiększona liczba tłumaczy się tym, że w opracowaniu Instytutu niewielka część pamiętników, nie odpowiadających warunkom, np. nadesłanych przez Polaków z Francji, została pominięta.

Ogłaszając konkurs, Instytut miał na względzie tylko pracowników fizycznych, jednak 102 pamiętniki zostały napisane przez pracowników umysłowych, choć w okresie bezrobocia niekiedy zarabiających pracą fizyczną. 672 pamiętniki należały bez zastrzeżeń do pracowników fizycznych, z czego było 118 robotników niewykwalifikowanych, 94 pracujących przy obróbce metali wszelkiego rodzaju oraz elektrotechników, 72 pracujących w budownictwie, 42 przy produkcji wyrobów włókienniczych itd.

Według wieku uczestników można podzielić na następujące grupy: poniżej 21 lat – 4%, w wieku lat od 21 do 30 – 24,1%, od 31 do 40 lat – 33,3%, od 41 do 50 lat – 19,6%, powyżej 50 lat – 19,0%.

Podział według płci: kobiety tworzą 8,6% (67), mężczyźni 91,4% (716). Należy przy tym dodać, że podział według różnych cech nie zawsze dotyczy tej samej liczby pamiętnikarzy, gdyż nie wszyscy podają wiadomości o najważniejszych nawet cechach osobistych. Tak np. niektórzy pomijają wiek, inni stan cywilny itd.

Gros pamiętnikarzy tworzą ludzie mający rodziny. Rażąca jednak jest różnica pod tym względem między mężczyznami i kobietami: mężczyźni żonaci tworzą 70,4%, kobiety tylko 31,3%. Kobiety niezamężne stanowią 29,9% (mężczyźni nieżonaci – 18,3%), wdowy – 23,9%, (wdowcy – 0,6%). Rzuca się więc w oczy wśród bezrobotnych kobiet ogromna przewaga osób, które własnej rodziny nigdy nie miały, albo ją utraciły.

Należy przypuszczać, że ci, którzy stanu cywilnego nie podali, należą do osób wolnych, gdyż w podanych wiadomościach związek małżeński musiałby się w jakiś sposób uwidocznić.

Z pamiętników tych pragnąłbym wyciągnąć dane, dotyczące wpływu bezrobocia na rozrodczość, a pośrednio i na więź rodzinną. Odpowiedź jednak na te pytania napotyka szereg trudności. Najpierw w warunkach i konkursu, zawierających ogólne wytyczne, o czym należy pisać, nie ma żadnych wskazań na zagadnienie rozrodczości, na stosunek do rodziny. Dlatego wiele pamiętników pomija te sprawy zupełnie, z niektórych zaś można wyprowadzić tylko wnioski pośrednie, tym bardziej, że pamiętnikarze to przeważnie mężczyźni, z natury rzeczy piszący mniej o sprawach rodzinnych. Trudność polega i na tym, że biorący udział w konkursie pochodzą ze środowiska bardzo niejednolitego i że okres bezrobocia u poszczególnych członków konkursu jest bardzo różny, a – co jeszcze ważniejsze – najczęściej nie podawany. Trudno więc jest powiedzieć, czy liczba dzieci w danej rodzinie jest w jakimkolwiek związku ze stanem bezrobocia, którego skutki mamy badać. Piszący pamiętniki nie zawsze podają, ile mają dzieci, i nie zawsze omawiają swój stosunek do tego zagadnienia. Pewne znaczenie ma również fakt, że pamiętniki były pisane na konkurs, a więc dla innych ludzi, którzy mieli je ocenić, uznać za złe lub dobre, nawet wynagrodzić. Mogło to niekiedy nadawać wypowiadanym poglądom specjalne zabarwienie. W ocenie trzeba mieć również na względzie, że nie tylko bezrobocie wywiera wpływ na poglądy człowieka i jego postępowanie, lecz i odwrotnie – pewne cechy charakteru prędzej prowadzą do bezrobocia, niż inne. Zjawisko to ma bardzo dużą doniosłość w omawianej grupie pamiętnikarzy, gdyż nie zawsze są to ludzie należący do określonej kategorii pracowników, którzy utracili pracę wskutek kryzysu w danej gałęzi przemysłu; często są to jednostki przerzucające się z zawodu do zawodu lub bezowocnie próbujące szczęścia w różnych zawodach, ludzie mający trudność w adaptacji do walki o byt, cięższej obecnie, niż kiedykolwiek. Pewna liczba pamiętników nosi jakby cechy podań o pomoc, piszący wyraźnie potrzebują raczej opieki społecznej niż pracy. Niewątpliwie wreszcie sama umiejętność i chęć pisania jest pewnego rodzaju selekcją.

Pierwsze pytanie, na jakie na podstawie pamiętników próbowaliśmy odpowiedzieć, dotyczy wielkości rodziny, tj. liczby dzieci na rodzinę. Mówimy tylko o dzieciach żyjących, o     zmarłych brak danych. Związków małżeńskich w całej grupie było 507, z czego bezdzietnych 70, tj. 13,8%. Pozostałe 437 rodzin miało 1262 dzieci, co czyni na rodzinę 2,5, włączając małżeństwa bezdzietne, a 2,9 po wyłączeniu małżeństw bezdzietnych. Jest to w porównaniu z przeciętną dla tego środowiska dość dużo, W badaniach Landaua [Ludwik Landau, Bezrobocie i stopa życiowa ludności dzielnic robotniczych Warszawy, Warszawa, Instytut Spraw Społecznych 1936] przeciętna wielkość rodziny robotniczej w Warszawie wynosiła 4,16 osób, przeciętna liczba dzieci do lat 12 w tymże środowisku wahała się od 0,58 do 1,56 na rodzinę, zależnie od dzielnicy.

W innej pracy, dotyczącej bezrobotnych rodzin na terenie miasta Warszawy, będących pod opieką Ośrodka Zdrowia, znaleziono, że na 100 kobiet zwracających się do Ośrodków, było dzieci żyjących 2,5, żyjących i zmarłych razem – 3,3 [Halina Krahelska i Stefan Pruss, Życie bezrobotnych, Warszawa, Instytut Spraw Społecznych 1933]. Liczby dzieci zmarłych nie udało się nam w pamiętnikach ustalić, gdyż wzmianki na ten temat, aczkolwiek częste, są jednak zbyt ogólnikowe. Na tej podstawie można tylko powiedzieć, że umieralność dzieci w tym środowisku musi być dość wysoka.

Należy zauważyć, że większość badanych (67%) straciła pracę w ciągu dwóch ostatnich lat (1930 i 1931), wpływ więc bezrobocia na zmniejszenie rodziny mógł tu być bardzo nieznaczny. Duża na ogół liczebność wypływa z tego, iż głowy tych rodzin należą do starszych grup wieku, jeżeli bowiem należący do ubezpieczalni powyżej lat 40 tworzą 29,0% ogólnej liczby, osoby biorące udział w konkursie w tych samych grupach stanowią 38,5%.

Przewaga osób starszych, którą widzimy wśród pamiętnikarzy, tłumaczy się tym, że o zwolnieniu z pracy decyduje zwykle czynnik większej lub mniejszej przydatności. Wobec tego zaś, że im młodszy człowiek, tym więcej z siebie może dać, w okresie kryzysu i nadmiaru rąk młodszych pozostawia się go, a starszych zwalnia.

Dla oświetlenia interesującego nas zagadnienia najważniejsze są poglądy, wypowiadane w niektórych pamiętnikach, o małżeństwie, liczebności rodzin i o dzieciach w ogóle. Oto kilka wyjątków, wziętych bezpośrednio z pamiętników.

Robotnik, mający 24 lata i 1 dziecko, tak mówi o swoim małżeństwie. „Ożeniłem się; z jednej nędzy i biedy wylazłem, w drugą wlazłem, bo żona moja też jest niezamożna. Z czasem doczekałem się syna, to skarb człowieka głodnego i gorsza nędza, niż przed tym”.

Bileter kinowy z dużego miasta, mający lat 27, powiada, że po utracie pracy przed paru laty udał się na wieś i tam zaoszczędził 200 złotych. Po powrocie do miasta zdecydował stabilizować swoje życie i ożenił się. „Gdy już miałem trochę pieniędzy i żywności, postanowiłem się ożenić. Po weselu powodziło mi się nieźle. Żona zarabiała 50 zł miesięcznie, chodząc do sprzątania pokojów u jednych państwa. Ja trochę handlowałem. I żeśmy żyli tak do czasu, kiedy moja żona nie mogła już pójść do sprzątania z powodu ciąży. A teraz zaczyna się nasza bieda, że się tak wyrażę. Żona przestała pracować, ja nie miałem już pieniędzy na handel. Co teraz? Nie miałem innej rady, jak uzbroić się w śmiałość i od mieszkania do mieszkania iść żebrać”.

Górnik, stary już, ma w chwili obecnej pięcioro dzieci. O swoim stosunku do wzrostu rodziny tak się wyraża: „Naraz w 1922 roku żona znów mi porodziła syna i znów jest wszystko w porządku, lecz radości nam to nie sprawiło tak wielkiej, gdyż już bieda zaczęła nam zaglądać do chaty”. A po kilku latach, kiedy już go bardzo gnębiło bezrobocie, tak pisze: „W tej tak strasznej nędzy jeszcze mnie moja żona obdarzyła 5-ym dzieckiem”.

Robotnik, lat 30, ożenił się przed kilku laty. Długo się przed tą decyzją namyślał tylko z obawy ciężkich warunków materialnych. Przyjaciel jego, od 5 lat żonaty, stawiał mu siebie za przykład, dowodząc, że przecież można się ożenić, bo to życie człowieka stabilizuje, ale dzieci należy się wystrzegać dopóki miecz redukcji wisi nad głową. Pod wpływem niejako tych rozmów ożenił się i po pewnym czasie urodziło mu się dziecko. O tym piszący pamiętnik tak mówi: „Stworzyłem istnienie ludzkie, chłopczyk przyszedł na ten padół ziemski. Spełniłem obowiązek obywatela, lecz swoją drogą nie pozbyłem się obaw. Zawsze myślę, że my ludzie biedni, nękani nieraz głodem i chłodem, żyjący z dnia na dzień ze strasznym słowem redukcja, nie powinniśmy mieć dzieci, które później mają tak samo poniewierać się, jak my bezdomni, głodni, wyzyskiwani”. Po pewnym czasie robotnik ten został zredukowany, o czym tak pisze: „I komuż ja potrzebny, na co ta męczarnia, po co się żeniłem i tworzyłem życie, czy po to, by patrzeć, jak biedna żona choruje, czy po to, by patrzeć, jak dziecko pragnie wszystkiego?”. Wreszcie pod wpływem ciągłych braków w stanie depresji wystrzałem z rewolweru popełnia samobójstwo, ale zostaje wyratowany.

Niewykwalifikowany robotnik, ojciec pięciorga dzieci, z których najstarsze ma lat 14, wspomina swoje dobre życie przed redukcją, a następnie straszne warunki z czasu bezrobocia. W końcu wierszem sumuje niejako całość i między innymi powiada:

„Żona moja narzeka na miłość, którąśmy się kochali,

I żeśmy to marne życie dzieciom naszym dali,

Żebyśmy byli lepiej w młodości pomarli,

Niż na te ciężkie czasy małżeństwo zawarli”.

W wielu pamiętnikach spotyka się krótkie, lecz dobitne określenia, jak np. „ożeniłem się, wobec czego do jeszcze większej niedoli i biedy wpadłem”. „Teraz znalazłem się w daleko cięższym położeniu, ponieważ w międzyczasie ożeniłem się”, ,,Tu można powiedzieć zgłupiałem zupełnie, bo na te ciężkie czasy ożeniłem się”.

Jeden z bezrobotnych, nieżonaty, tak uzasadnia swój niechętny stosunek do sprawy małżeństwa i dzieci. „Patrzyłem na nieludzką zbrodnię mego ojca, który popełnił ją na skutek utraty roboty. Widmo głodowej śmierci tak go przeraziło, że w szale rozpaczy, nie mogąc znieść płaczu głodnych małych trojga dzieci, wymordował je, zabijając przy tym siebie. Na wytłumaczenie owej zbrodni po śmierci ojca znaleźliśmy list, pisany jego ręką, treści następującej: »Jestem zwolniony z roboty, czeka mnie śmierć głodowa. Pracowałem 31 lat na kolei, Nie mogę patrzeć na śmierć swoich kochanych dzieci. Wolę, żeby razem ze mną ginęły, więc giniemy razem«”.

Biorąc pod uwagę dużą liczbę rodzin wielodzietnych, należy zauważyć, że narzekania na nadmiar dzieci są bardzo rzadkie. Zaledwie w 11 przypadkach piszący pamiętniki wyraźnie podkreślają swoje niezadowolenie z licznego potomstwa i robią sobie wyrzuty z tego powodu. Pośrednio można jeszcze w kilku-kilkunastu przypadkach wyczuć ten niechętny stosunek. Na ogół jednak ojcowie dużych rodzin, przeżywający największą nędzę z powodu warunków, w jakich znajdują się oni, a szczególnie ich dzieci, cierpią, ale rzadko choćby ubocznie wzmiankują, że tych dzieci jest za dużo, że bez nich byłoby łatwiej. W ich pamiętnikach jest wiele goryczy w stosunku do społeczeństwa. Liczne są opisy chorób dzieci, jak gruźlica, krzywica, cierpień związanych z głodem lub z niemożnością zaspokojenia najprymitywniejszych potrzeb, jak np. brak ubrania i bielizny, brak koszyczka dla dziecka, które z tego powodu trzyma się w walizce, pozostałej z dawnych lepszych czasów. W dwóch przypadkach mąż przy porodzie żony odgrywa z konieczności rolę akuszerki. Ojcowie dużej liczby dzieci to najczęściej starsi, prawdziwi bezrobotni, którzy dłuższy przeciąg czasu pracowali i robotę stracili. U nich bardzo rzadko spostrzega się żal do rodziny, bo jest ciężarem; w przeważającej większości przypadków, sądząc z tych pamiętników, bezrobocie wzmaga tu więź rodzinną. W niektórych pamiętnikach wyczuwa się jakby pewien fatalizm, co jeden z robotników śląskich tak wyraża: „Powróciwszy tedy w roku 1925 do domu, zastałem rodzinę liczniejszą. Zresztą to już jakoby być musi u robotnika śląskiego, a i ksiądz tak nakazuje, a w końcu otrzymuje się większy »Hausstandsgeld«”.

Inny robotnik, starszy wiekiem, mający czworo dzieci, pisze: „Bo i cóż one winny, że na świat się urodziły. Wprawdzie powiedzą państwo, że na co tyle dzieci spłodziłem, kiedy się nie ma co im dać jeść i ubrać, no i kształcić nie ma za co. Ale my robotnicy nie mamy pieniędzy na spędzanie płodu, bo to i grzech i kara, a jak starczy tej łyżki strawy na troje, to i na czworo”.

Nieco inaczej przedstawia się sprawa młodszego pokolenia, dotkniętego bezrobociem na początku swojej kariery życiowej. Dawniej pracownik fizyczny po powrocie z wojska żenił się i zakładał rodzinę, obecnie wielu z nich unika małżeństwa, dopóki nie znajdzie pracy, co czasem trwa długo, a zawarłszy małżeństwo, stara się nie mieć potomstwa, co jest zjawiskiem coraz częstszym. Na życie rodzinne młodszego pokolenia wpływ bezrobocia jest wyraźnie destrukcyjny, co przebija ze wszystkich pamiętników.

Duża liczba nie będących w związkach małżeńskich (Tablica III) wskazuje na hamulce w tej dziedzinie. Liczba osób samotnych wśród pamiętnikarzy wynosi 151 (bez osób w stanie wdowim), więc 19,3%. Niestety, w tej liczbie jest 55 osób (36,4%), których wiek jest nieznany; spośród tych, którzy wiek podali, znaleźliśmy: poniżej 21 lat 14 osób (9,4%), powyżej 26 roku, a więc kiedy normalnie stan wolny, szczególnie wśród prawników fizycznych, należy do rzadkich wyjątków, 46 osób czyli 30,5%, Jest to fakt bez wątpienia godny uwagi, aczkolwiek trudno go wyjaśnić. Może powstać wątpliwość, czy ci ludzie nie zawarli żadnych związków, bo im na to nie pozwalało bezrobocie, czy też mają oni pewne niedomagania fizyczne lub braki w zdolnościach adaptacyjnych, utrudniające im znalezienie pracy i zawarcie związków małżeńskich. Przypuszczalnie oba czynniki odgrywają tu rolę. Głębsze wczytanie się w te pamiętniki wskazuje, że niektórzy z piszących, może niezbyt liczni, jednak liczbowo mający pewną wagę, to tak zwane „niespokojne duchy”, którzy ciągle szukają czegoś lepszego i do regularnego życia małżeńskiego nie są zbyt skłonni i robotę z trudem znajdują i w każdym momencie zmniejszania rąk roboczych pierwsi odpadają. Niewątpliwie jednak bezrobocie utrudnia albo wręcz uniemożliwia w wielu zupełnie normalnych przypadkach zawarcie związku małżeńskiego i bardzo silnie wpływa na liczebny wzrost rodziny. Wielu bezrobotnych wyraźnie mówi, że z powodu ciężkich warunków materialnych nie może się żenić, albo unika potomstwa. Wynurzenia autorów pamiętników są pod tym względem znamienne.

Robotnik, lat 29, żonaty, mający jedno dziecko, opowiada, że nie żenił się, dopóki za mało zarabiał. Kiedy dostał podwyżkę o 10 zł tygodniowo, ożenił się, co sytuację jego znacznie pogorszyło: „Ponieważ głupota ludzka nie ma granic, a że i ja byłem człowiekiem, więc sobie pomyślałem: 10 złotych podwyżki toż to bogactwo, więc mam 45 zł tygodniowo – to świetne wynagrodzenie dla mnie. Ależ ja nawet mógłbym się ożenić”. Tak też i zrobił.

Młody mężczyzna, zakochany w kobiecie pracowitej i oszczędnej, zdecydował, że lepiej będzie żyć wspólnie i ożenił się. Niestety, wkrótce został bezrobotnym i wówczas wszystkimi siłami unikał potomstwa. Wbrew jednak najlepszej woli żona zaszła w ciążę i „powiła aż dwoje dzieci: chłopca i dziewczynkę. Przyzwyczaiłem się już do dziecka, które miało przyjść, ale dwoje – tego się nie spodziewałem. Sąsiedzi z suteryn gratulowali mi, a ja stałem prawie oszołomiony, widząc całą grozę swego położenia. Żona jakby wzrokiem tłumaczyła się, że nie jest temu winna”.

Młody stolarz, mieszkający w stolicy, zakochał się w dziewczynie, z którą nie mógł się ożenić, bo nie miał pracy i mieszkał u matki, sypiając na podłodze. Jak sam powiada, przeżywał męczarnie, bo głodny był cieleśnie i duchowo. Wreszcie zarobił pewną sumę pieniędzy i ożenił się. O swoim stosunku do dzieci tak mówi: „Dzieci nie mamy i mieć na pewno nie będziemy, bo gdzie człowiek starszy się obróci, z dzieckiem trudno. I zresztą na dzisiejsze czasy to nie sztuka mieć dziecko, ale wychować je, dać wykształcenie, w tym właśnie jest cała sztuka. Bo w dzisiejszych czasach nie zapracuje robotnik na kształcenie swego dziecka. I gdzie najwięcej dzieci w rodzinie robotniczej, tam największa bieda. Bo robotnik, właśnie ten, który posiada największą ilość dzieci, to mówi sobie: dał Bóg dzieci, to da i na dzieci. Ale w życiu jest inaczej”.

Inny młody szewc, niedawno żonaty, posiadający jedno dziecko, powiada: „W wewnętrznej strukturze małżeńskiej wprowadziłem pewne reformy, między innymi, aby nie przyszło na świat żadne dziecko”.

Często spotyka się drobne, charakterystyczne wykrzykniki w rodzaju: ,,cóż po dzieciach, kiedy nie ma dla nich utrzymania”, albo „kawaler łatwiej przeżyje okres bezrobocia”, albo „nie mam ani ojca, ani matki, sióstr, braci ani żony (Bogu dzięki)”, albo „jeść mi się chce a nie miłości” itd.

Charakterystyczne są rozważania młodego, bo mającego zaledwie 21 lat kowala, o rozrodczości i wpływie kryzysu na to zjawisko. Autor, podając tabliczkę 16 mieszkań w domu, w którym sam mieszka, wyodrębnia mężczyzn między 21 a 30 rokiem życia. W końcu mówi: ,,W domu, gdzie mieszkam, jest tylko 9 samych mężczyzn (nie licząc kobiet), którzy ukończyli 21 rok życia, ukończyli wojsko, są zdolni do zawierania małżeństw, a przecież żyją w celibacie bo są bezrobotnymi. Czy ci, którzy są u steru państwa, wiedzą o tym? Czy czasem statystyka, mówiąc ciągle o największym przyroście naturalnym w Polsce, nie wprowadza zainteresowanych w błąd? Jeśli porównamy stan mieszkań i liczebność potomstwa w młodych małżeństwach robotniczych i rolnicy mogą być porównani w tym przykładzie, to na pewno zauważymy, że kryzys gospodarczy kładzie tu swą bezlitosną rękę”.

Do podobnych wniosków dochodzą i inni piszący, a jeden z nich tak barwnie ujmuje swoje poglądy: „Zaiste, dziewczynki, wiele najpiękniejszej płci musi pozostać bez zamążpójścia, nie mogąc pójść na ślubny kobierzec, bo wielka część kawalerów bez zajęcia, tak samo myśli, co i ja. Czy i to nie jest zagładą stopniową cywilizacji?”.

Niezawieranie małżeństw prowadzi z konieczności do nielegalnych związków, które, zdaje się, są zjawiskiem częstym. Wprawdzie nieliczni tylko piszą o tym wyraźnie, większość pomija dyskretnie to zagadnienie, musi ono jednak być częste, sądząc z napomknień i niedomówień. Trudno zresztą przypuszczać, by większość tych ludzi nie zaspokajała popędu płciowego; przynajmniej wśród mężczyzn jest to uważane za zjawisko zupełnie normalne i dlatego o tym wcale się nie mówi. W pamiętnikach umieszczane są tylko fakty wyjątkowe, oburzające, grzeszne. Tak więc dziewczyna robotnica, mająca lat 24, opowiada o własnym ojcu, który chciał z nią żyć płciowo, a kiedy ona z oburzeniem tę propozycję odrzuciła, kazał jej się wynosić z mieszkania. W innym przypadku wdowa przychodzi do szpitala z 8-letnią córką, zniewoloną przez 14-letniego chłopca, brata. Cała rodzina spała w jednym łóżku. To znów robotnik, pozostający dłuższy czas bez pracy, ożenił się dla ułatwienia sobie bytu, a kiedy żona wyjechała na jakiś czas, żył fizycznie z teściową „za jej namową” (jak się wyraża). Podobnych zjawisk, należy przypuszczać, jest dość dużo, aczkolwiek wyraźnie o nich się nie mówi.

Liczne są przypadki narzeczeństwa, które w rzeczywistości są małżeństwem, mniej lub więcej długotrwałym i nie zawsze w następstwie legalizowanym, nawet jeżeli są dzieci, jak to widzimy w barakach dla bezdomnych na terenie Warszawy, gdzie nielegalizowane rodziny są zjawiskiem bardzo częstym. Trzeba także dodać, że zapobieganie ciąży poczyniło w środowisku robotniczym duże postępy, co widać np. ze statystyki poradni świadomego macierzyństwa.

Mężczyzna, opisując swe perypetie, jako bezrobotny, powiada „zapomniałem nawet o obowiązkach względem narzeczonej, którą już po raz trzeci doprowadziłem do poważnego stanu”.

A oto jak opisuje swoje przeżycia z luźnego związku służąca, mająca lat 25, „Przed dwoma laty, kiedy byłam jeszcze w domu u ojca, bo matki już nie mam tylko macochę, poznałam człowieka, którego dobroć i szlachetne serce tak mnie zjednały, że pokochałam go z całego serca, oczywiście mając wzajemność, tak że od tej pory żyć już bez siebie nie mogliśmy. Tyle snuliśmy planów i projektów na przyszłość, życie i świat cały wydawał mi się tak pięknym do chwili, kiedy przyszedł czas, kiedy miałam zostać matką. Mój narzeczony pocieszał mnie, że niedługo się ze mną ożeni, że oprócz mnie nikogo nie kocha, ale ponieważ został zredukowany, to w ogóle o tym mowy być nie mogło, bo nawet, gdy pracował, to zarabiał tyle, że ledwie sam mógł się utrzymać, a gdzie dziś tak łatwo znaleźć pracę? Nie pozostało mnie nic innego, jak wyznać ojcu i macosze, którzy gdy to usłyszeli, wypędzili mnie z domu”. Wyjechała wówczas do większego miasta, gdzie pracowała jako służąca, aż została bezrobotną. Narzeczony z czasem przestał pisywać i rzucił ją zupełnie.

Sprawa nielegalnych związków występuje znacznie jaskrawiej u kobiet niż u mężczyzn z racji możliwych następstw i z racji przywiązywania przez kobiety znacznie większej wagi do zbliżenia fizycznego i wreszcie z uwagi na możliwości wyzyskiwania życia płciowego dla celów zarobkowych. Z 20 niezamężnych kobiet, piszących pamiętniki, trzy miały dzieci, z tych zaś, które są obecnie zamężne, niektóre miały dzieci przed ślubem. Inne, można przypuszczać, żyły płciowo, choć to nie pociągnęło następstw.

Panna, według własnych słów, odznaczająca się urodą, straciła pracę wskutek niepoddawania się zalotom jakiegoś mężczyzny. Po pewnym czasie zawarła znajomość i była utrzymywana przez mężczyznę, z którym żyła. Kiedy zaszła w ciążę, mężczyzna ów porzucił ją. Za namową sąsiadki udała się wówczas do akuszerki, która okazała jej pomoc bardzo niefortunnie, bo musiała udać się do szpitala, żeby zakończyć poronienie. Następnie wielu mężczyzn namawiało ją do współżycia: ,,każdy mężczyzna chciał mnie zdobyć, ale na co, rzecz jasna, na moje nieszczęście”. Jeden z mężczyzn namawiał ją: ,,…że miałabym możność zarobić bez pracy, gdybym stanęła na jednej ulicy i czekała, aż ktoś przyjdzie i da 5 złotych. Po pewnym czasie znowu zaszłam w ciążę i wtedy dla przerwania jej ułożyłam sobie plan działania, choć głupi, ale praktyczny. Zrobiłam sobie huśtawkę na sznurku i zaczęłam się huśtać. Zerwał się sznurek, spadłam na ziemię i to poskutkowało”.

Sztuczne poronienia muszą być w ogóle dość częste, tylko w pamiętnikach, pisanych przez mężczyzn, rzadko jest o nich mowa. Jeden z bezrobotnych, którego matka jest akuszerką, powiada na ten temat: ,,Są takie baby, które chodzą same do mieszkań i za 5 zł psują każdą potrzebującą. Ale jak słyszę z rozmów, to w naszej dzielnicy są już tak mądre kobiety, że tylko w rzadkich wypadkach potrzebna im jest obca pomoc”. We wspomnianej już wyżej pracy o życiu bezrobotnych (H. Krahelska i St. Pruss) znajdujemy na 100 kobiet zamężnych 52 poronienia, a więc przynajmniej co druga kobieta roniła.

O życiu kobiet, o ich wyzyskiwaniu wielokrotnie piszą mężczyźni, malując te stosunki w bardzo czarnych barwach. Oto przykłady. Tokarz, mający lat 50 i zamieszkały w dużym przemysłowym mieście, tak pisze na ten temat: „Co się tyczy bezrobotnych kobiet moich znajomych, to sytuacja tak się przedstawia. Są to kobiety, które starają się obsługiwać zamożniejszych mężczyzn, nie patrzą na to, czy popsują sobie w ten sposób życie rodzinne”.

W innym wypadku znajdujemy opis stosunków w pewnej fabryce: „Pracowała sobie 17-letnia sierotka w wielkiej firmie i choć mocno zbiedzona, jednakże o pięknych lśniących czarnych włosach i ciągle załzawionych oczach. Pracowała spokojnie dopóty, dopóki pan majster, 60-letni starzec, nie zauważył jej piękności. Odtąd ustawicznie ją nachodził, w końcu kategorycznie powiedział, że od dziś nie reperuje jej krosna. Pracowała jeszcze parę tygodni. Ciągle jej się przetrzaskiwały czółenka, wyrywając każdorazowo moc nici. Płakała, rwała sobie włosy, w końcu kierownik wypędził ją, ponieważ »przestała umieć robić«. Nastąpiły prośby, płacze, padania do nóg. Nic nie pomogło. Nie chciała – więc nie umie robić. Poszła na bruk. Nie miała w Ł. rodziny, więc o kiju żebraczym powędrowała do P. do ciotki. Która dziś się nie zgodzi? Najcnotliwszą widmo braku i nędzy zmusi. Fabryki podczas kryzysu stają się gniazdami występku. Głód, nędza, widmo redukcji jest matką rozpusty”.

Naturalnie, niektóre z tych opisów są po literacku przejaskrawione, niektóre są więcej echem panujących poglądów, niż odzwierciedleniem rzeczywistych stosunków, są jednak i fakty niewątpliwie prawdziwe. Można z pewnością powiedzieć, że sytuacja samotnych kobiet w tych warunkach nie jest łatwa, widoczne też jest szukanie przez kobiety jakiegoś oparcia. W przeciwieństwie do mężczyzny, bezrobocie kobiety raczej zwiększa chęć zawarcia związku małżeńskiego, niż zmniejsza. Jedna tylko z kobiet pisze, że nie wyszła za mąż „nie mając przekonania i różne przeszkody do małżeństwa, pracowałam u ludzi”.

Bezrobocie zdaje się wywierać bardzo duży wpływ na wzajemny stosunek małżonków i na trwałość związków małżeńskich. Zaznaczyłem powyżej, że w dość dużym odsetku przypadków bezrobocie zwiększa troskę o potomstwo, pozbawione mieszkania, ubrania, odzieży, cierpiące różne braki. Bezrobotni troszczą się o swoje dzieci i współmałżonków, a o nich często troszczą się i okazują pomoc członkowie rodziny, niekiedy przyjaciele, a nawet ludzie nieznani. Niektórzy z piszących pamiętniki wspominają o doraźnych przejawach współczucia, okazywanych im nawet przez ludzi obcych, zupełnie przypadkowo spotykanych. Nie można jednak powiedzieć, żeby bieda zawsze wzmagała więź rodzinną, budziła w człowieku lepsze pierwiastki w stosunku do bliźniego, który cierpi. I odwrotne zjawisko nie jest rzadkie zarówno poza rodziną, jak i w rodzinie, nawet w stosunku do najbliższych. Wydaje się, że to ciężkie przeżycie, związane z nędzą, jest jakby sitem: u jednych, może mniej licznych, wzmaga troskę o innych, przynajmniej o najbliższych, zwiększa poczucie obowiązku i powoduje cierpienia, jeśli obowiązku nie można wypełnić, u drugich wywołuje tylko niezadowolenie, zniechęcenie, wreszcie bezradność, ucieczkę już to żeby nie patrzeć na cierpienie bliskich, już to żeby sobie wprost ulżyć.

Przypadki złego pożycia małżeńskiego z powodu bezrobocia są bardzo częste. Zdaje się, że to zjawisko jest dość powszechne nawet w rodzinach, które długie lata żyły zgodnie. Tylko postać niezgody przybiera różny charakter, zależnie od poziomu kulturalnego środowiska.

Oto garść wypowiedzi na ten temat:

Młody rzemieślnik, niedawno ożeniony, 26 lat, jedno dziecko, powiada: „Żona w czasie, gdy jeszcze nie była mężatką, biedy i nędzy nie znała i teraz w chwili braku najpotrzebniejszego nie jest ta między nami harmonia, która między małżonkami powinna być”.

Robotnik z dość liczną rodziną, po kilkunastu latach pożycia małżeńskiego, pisze: ,,Żyję w małżeństwie 15 lat, do tego czasu nie miały miejsca między mną a żoną żadne scysje, nawet małych nieporozumień nie było… dzisiaj harmonia życia naszego szwankuje, wkradły się niezgoda, nienawiść, zło”.

Robotnik, mający troje dzieci, takie snuje refleksje o nieporozumieniach rodzinnych bezrobotnego: „Gorycz, która napłynęła do jego piersi przez cały dzień daremnych poszukiwań, fermentuje teraz w nim, prowadzi do kłótni. Przepracowana matka zła, że oprócz pilnowania dzieci i mieszkania musi przepracowywać się za marne parę groszy. To wystarczy, aby powstała awantura. Przekleństwa, rozbijanie statków, a w końcu bójka. Oto utarty szlak ciągłych awantur”.

Robotnica niezamężna, lat 24, powiada: „…głupie jest to przysłowie: gdy rodzina żyje w zgodzie, to jej bieda nie dobodzie. Powinno ono brzmieć teraz inaczej, według mego zdania, a mianowicie tak: gdzie bieda bodzie, tam się żyje w niezgodzie”.

Ślusarz, lat 36. „Teraz żona niejednokrotnie robiła mi masę wymówek, że takiego męża to i po 60 latach mogłaby dostać, po co ja się w tak okropny sposób męczę… Dlaczego za ciebie wyszłam, żebym z głodu umierała, nie miała swego kata i dachu nad głową. Co to za mąż? Ja sobie postaram się o kochanka…” itd.

Czasem chodzi o kawałek chleba za jaką bądź cenę, choćby zdobytego drogą nieuczciwą. Mężczyzna, mający 3 dzieci, powiada, że żona ciągle kłóci się z nim, narzeka na jego niezaradność i powiada, że „powinienem iść na kolej i w czasie jazdy pociągów zrzucić parę kawałków węgla na opał, a trochę by się sprzedało i już by były pieniądze”.

Niejednokrotnie te nieporozumienia i kłótnie są wstępem do mającego nastąpić rozejścia się. I mężczyzna i kobieta jednogłośnie twierdzą, że obowiązkiem męża jest dać żonie utrzymanie. Bezrobotny nie jest partią, a dla wielu kobiet widmo bezrobotnego męża jest tak groźne, że w obawie przed ciężkimi warunkami unikają nawet małżeństwa. Mamy 5 przypadków, w których narzeczeni rozeszli się z powodu bezrobocia jednego z partnerów, przy czym – rzecz charakterystyczna – w 4 przypadkach narzeczona porzuca narzeczonego, w jednym przypadku narzeczony porzucił narzeczoną.

Przypuszczalne rozchodzenie się narzeczonych jest zjawiskiem dość częstym, tylko o tym się nie mówi, gdyż narzeczeństwo to często jest ukrywane, często nie brane poważnie, szczególnie przez mężczyznę.

Jeden z młodych robotników pisze: „…nawet dziewczynka mnie opuściła!”. A dalej cytuje jakoby słowa swojej narzeczonej: „e, ja bym za niego nie poszła. On ani się ładnie ubiera, ani nigdzie nie robi, a ja bym chciała mieć męża maszynistę albo szofera z osobówki”.

Dość dużo jest danych, dotyczących rozejścia się małżeństw. W pamiętnikach mamy 21 przypadków, w których małżeństwo rozeszło się w ostatnich latach, z tych przypadków w 9 żona porzuciła męża, w 5 mąż porzucił żonę, w 4 przypadkach rozeszli się za wspólną zgodą, czyli, jak się niektórzy wyrażają: „zlikwidowali pożycie małżeńskie”, w 3 przypadkach brak danych w jakich okolicznościach nastąpiło rozejście się. W wielu małżeństwach związek trwa do pewnego czasu dlatego tylko, że trudno go zerwać.

Istnieje głębokie przekonanie, u większości, jeśli nie u wszystkich, że mężczyzna powinien utrzymywać żonę i dzieci, albo nie powinien był się żenić, co w kilkudziesięciu pamiętnikach jest powiedziane. W jednym z tych pamiętników czytamy: „ożeniłem się, lecz z żoną nie tworzymy stadła zharmonizowanego, największym powodem jest byt. Moja żona jest tylko zwykłą kobietą, która ceni mężczyznę, gdy ma byt i może czymś zaimponować, choćby drobiazgiem swym koleżankom. Mąż powinien dać byt i egzystencję i to jest słuszne. Albo być kawalerem i być sam”.

Inny robotnik, lat 26, mający jedno dziecko, tak charakteryzuje swój stan obecny. „Dziś unikamy wzajemnie (z żoną) swego wzroku, by nie wspominać tych wszystkich górnych rojeń. Żal za dawną wolnością przedmałżeńską występuje coraz częściej. Biada się nad utrudnieniami i formalizmem dla otrzymania rozwodu”.

Czasem to prowadzi do rozejścia się bez rozwodu. „Pewnego dnia chciałem pójść z żoną do kościoła, lecz ona nie chciała, po czym zabrała się i wyszła. Udałem się i ja do kościoła, i po wyjściu ze świątyni zapytałem, dlaczego ze mną razem nie idzie. Powiedziała mi, że z bezrobotnym hultajem nie ma przyjemności nigdzie iść. Gdy wróciłem do domu i chciałem porozmawiać z żoną, to schwyciła flaszkę od lemoniady i cisnęła we mnie, po czym rozeszliśmy się w rozmaite strony. Oto skutki, które wytwarza bezrobocie”.

Inny bezrobotny tak maluje moment rozejścia się z żoną.

,,…a w końcu po przykrej, lecz spokojnej i rzeczowej rozmowie z żoną, posprzedawałem za bezcen meble… i opuściliśmy wspólny dom, idąc każde z nas w inną stronę i zostawiając za sobą niezapłacone długi sklepikowi”.

Tokarz z dużego przemysłowego miasta, mający lat 50, powiada: „Żona mnie opuściła, gdyż byłem dla niej za biedny i wyszła za mąż, przyjmując prawosławie – za Niemca”.

Bezrobotny majster wodociągowy, lat 42, którego żona porzuciła, pisze: „…żona mię pozostawiła i dwoje dzieci i ulotniła się w niewiadomym kierunku, jako ja teraz znachodzę [znajduje] się w strasznej rozpaczy. Teraz mieszkam u kobiety starszej, która liczy 60 lat, na łasce”.

Rozchodzą się nie tylko młode małżeństwa (to jest najczęstsze), lecz również starsze, w których małżonkowie liczą już dobrze po czterdziestce. Godnym również uwagi jest fakt, że małżeństwa bezdzietne albo małżeństwa, w których dzieci były, lecz pomarły, rozchodzą się znacznie częściej, niż małżeństwa mające dzieci.

Bywają i bardzo dramatyczne zakończenia. Oto małżeństwo, żyjące w nędzy i oboje bez roboty, miało dwoje dzieci, które umierają im na dyfteryt. Było to wielkim wstrząsem i ostatecznie doprowadziło do zerwania, dzieci te tworzyły więź w najgorszych walkach bytowania. Mąż przejście to opisuje jakby z pewnym żalem, ale i spokojem. ,,Po pogrzebie mało rozmawiamy, harmonia małżeńska się psuje. Postanawiamy sprzedać całą chudobę i żona iść w służbę, ja na kampanię (niespełna dwa lata pożycia małżeńskiego). Tak się i stało”.

W innym przypadku bileter w przedsiębiorstwie widowiskowym, który ożeniony przed kilku laty wpadł w ostateczną nędzę, tak powiada: „żona mi się gorzej rozchorowała, ja też byłem bardzo wyczerpany z powodu pracy. Po ostrej sprzeczce z żoną, żona mi się otruła, gdyż nie chciała się męczyć ze mną”.

Bezrobocie prowadzi niekiedy do szukania związku małżeńskiego (lub nielegalnego) li tylko ze względów materialnych – dla znalezienia chleba lub pracy. Kobiety o tym piszą niewiele, mężczyźni znacznie więcej. Stosowane są przy tym różne wybiegi tylko po to, żeby doprowadzić do małżeństwa, żeby pozbyć się bezrobotnej kobiety z domu lub znaleźć posadę. Oto np. 28-letni robotnik pisze, że „i szwagier zapoznał mnie z tą wdową jako owa posiada większą sumę pieniężną”. Po ożenku okazało się, że „większa suma pieniężna” istniała tylko w wyobraźni przebiegłego szwagra, któremu zależało na wydaniu za mąż starszej kobiety.

W innym przypadku młody bezrobotny żeni się ze służącą, bo pani jej obiecała mu posadę, a w rezultacie po ślubie nie tylko, że posady nie otrzymał, i żonę zwolniono, lecz dowiedział się, iż żona ma 12-letnią córkę. Wydaje się z tych pamiętników, że ożenek dla otrzymania jakiegoś zajęcia nie jest zjawiskiem bardzo rzadkim. Zdarza się też, że bezrobotni mężczyźni żenią się tylko dlatego, że żonaty łatwiej otrzymuje posadę (kilka przypadków),

Wreszcie nie bez znaczenia na istnienie rodziny, na jej trwałość, rozwój i liczbę dzieci jest fakt, iż w wielu bardzo przypadkach nie mąż utrzymuje rodzinę, lecz żona, która z tej racji stopniowo przejmuje na siebie rolę głowy rodziny, będąc jej żywicielką, W naszych pamiętnikach na 504 żonatych mężczyzn z dziećmi lub bez – w 97 przypadkach żona utrzymuje lub głównie podtrzymuje swoją pracą rodzinę. Najczęściej te zarobki są niestałe i ograniczają się do zajęć niesystematycznych, jak pranie, chodzenie na posługi, handel uliczny itp. Przynajmniej więc w 20% rodzina jest na głowie kobiety. Bywa nawet tak, choć rzadko, że mężczyzna żeni się już z myślą, iż będzie utrzymywany przez przyszłą żonę, mającą jakiś zarobek.

Podobnie, choć może w mniejszym zakresie, rzecz ma się i ze związkami nielegalnymi. W 4 przypadkach znaleźliśmy, że mężczyzna żyje bez ślubu w czasowym związku z jakąś kobieta, będąc całkowicie na jej utrzymaniu. W 2 przypadkach młodzi mężczyźni są utrzymywani przez służące. I tu więc dawna rola mężczyzny przechodzi na kobietę.

Jeden z pamiętnikarzy tak reasumuje stan rzeczy w tej sprawie:

„W tym wypadku jest cała masa różnorodnych możliwych kombinacji. Począwszy od żony, która pracuje i żywi swego męża, poprzez służące, które pożyczają pieniądze swoim »narzeczonym« i karmią ich, a skończywszy na zwyczajnej prostytutce, która utrzymuje swego bezrobotnego kochanka”.

Utrzymywanie rodziny przez kobietę przypuszczalnie pociągnie za sobą daleko idące następstwa. Kobieta, stale pracująca poza domem, musi liczyć się z tym, że ciąża i wychowywanie dzieci wymagają od niej coraz większych wysiłków, a ograniczają możliwości zarobkowania. Kobieta, niezależna materialnie, często też nie zechce obarczać się ciężarem w postaci męża, jak to obecnie coraz częściej widzimy wśród warstw inteligentnych. Wreszcie cały układ myślenia, związany z tak daleko idącymi zmianami, o ile obejmie nasze warstwy najuboższe, dotąd najwięcej przyczyniające się do rozrostu liczebnego ludności, może mieć duży wpływ na rozrodczość.

W ostatecznym wyniku naszych rozważań możemy powiedzieć bez zastrzeżeń, że wpływ bezrobocia na rozrodczość, trwałość i spoistość rodziny jest bardzo duży. Dziś rozmiary tego wpływu ocenić trudno, można jednak przypuszczać, że długotrwałe bezrobocie może być większym wstrząsem dla rodziny, niż rewolucja.

 Marcin Kacprzak

________________________________

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w kwartalniku „Praca i Opieka Społeczna” zeszyt 2, kwiecień – czerwiec 1937, wydawanym przez Ministerstwo Opieki Społecznej. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł, ze względów technicznych pominięto dwie tabele.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *