Adam Pragier

Rachuby na rewizjonizm

Zimna wojna przypomina poniekąd wczesny okres drugiej wojny światowej, „phoney war”, czyli wojnę na niby. Pochód sowiecki na zdobycie świata postępuje krok za krokiem naprzód, bez prawdziwych przeszkód, a po stronie zachodniej, zamiast wysiłku w celu powstrzymywania tego pochodu, albo raczej w celu odrzucenia Sowietów na pozycje wyjściowe, zjawiają się raz po raz nowe zabiegi wykręcenia się z ciężkiej sytuacji przy pomocy jakichś zręcznych pomysłów, które by, niby czarodziejską mocą, zażegnały grozę. Doktryna Trumana, „containment”, miała jeszcze sens realny. Zagrodziła Sowietom drogę do Grecji i Turcji, utrzymała Koreę Południową i przyczyniła się do utworzenia Wspólnoty Atlantyckiej. Polityka „liberation”, obwieszczona w przeddzień wyboru prezydenta Eisenhowera, była od samego początku pomyślana jako hasło wyborcze i rychło zwiędła. „Doktryna Eisenhowera” dla Bliskiego Wschodu była z góry tak sporządzona, że nie mogła znaleźć zastosowania. Wystarczyło wystawienie jej na próbę, by okazało się że jest pusta jak łupina wyjedzonego orzecha.

Chwiejna równowaga sił atomowych Sowietów i Stanów Zjednoczonych czyni wielką wojnę całkiem nieprawdopodobną. Skoro tedy wojna przestała być narzędziem w zmaganiu się o panowanie nad światem, albo inaczej, o ocalenie świata od owładnięcia przez Sowiety, Zachód musi bądź zdobyć się na wysiłek politycznej kontrofensywy przeciwko Sowietom, dorównujący co najmniej wysiłkowi sowieckiemu, bądź liczyć na cud, który uwolni świat od grozy sowieckiej. Alternatywa pierwsza, choć bezkrwawa, jest o wiele trudniejsza. Wymaga nie tylko wielkich ofiar materialnych, ale przede wszystkim wyzbycia się fikcji, że świat żyje w stanie pokoju a nie wojny i że do tej nieznanej formy wojny, która się toczy, trzeba przystosować całą gospodarkę, a nawet styl życia. Alternatywa druga jest łatwa i ponętna. Polega właśnie na wmawianiu w siebie, że istnieją cudowne środki, coraz to inne, które kiedyś, pewnie już w bliskiej przyszłości, sprawią że Sowiety przestaną być groźne.

Nie tak dawno jeszcze takim cudownym środkiem był „titoizm”. Puszczono w niepamięć, że Tito poróżnił się ze Stalinem nie na tle istotnych założeń komunizmu, ale na czysto praktycznej kwestii, czy ma on sprawować swoją dyktaturę w Jugosławii według własnego upodobania, czy też jako namiestnik Moskwy, pod rozkazami Stalina. Nie brano pod uwagę, że ustrój i warunki życia w Jugosławii niewiele różnią się od tego, co się dzieje w Sowietach. Liczono się tylko z tym, że Tito, jako dysydent komunistyczny, osłabia zwartość bloku sowieckiego, więc kto wie, czy nie będzie można użyć go, niby klina, do rozsadzenia tego bloku. Zaczęto też zachęcać państwa satelickie by opowiedziały się przy Ticie w jego sporze z Moskwą. Ale ta stawka na „titoizm” nie mogła mieć powodzenia, bo jak łatwo było przewidzieć, praktycznie nic nie była warta. Narody podbitych krajów satelickich nie chcą bowiem ani komunizmu moskiewskiego, ani jego odmiany belgradzkiej, ale dążą do odzyskania wolności i do życia w nowych formach ustrojowych i obyczajowych, które odpowiadają ich wiekowym tradycjom i obliczu moralnemu. Póki Sowiety rządzą w swoim europejskim imperium kolonialnym, nie ma racji, dla której miałyby się zgodzić na herezję „titoizmu”, czyli praktycznie rzecz biorąc, na przyznanie pewnej swobody miejscowym dyktatorom. A gdyby ręka Moskwy miała osłabnąć, natenczas podbite narody nie będą szukały „narodowych” dyktatorów komunistycznych, lecz podejmą walkę o odzyskanie niepodległości.

Gdy w taki sposób titoizm, jako cudowne narzędzie rozbrojenia Sowietów, zawiódł, przyszła z kolei moda na rewizjonizm. Sam przez się, rewizjonizm nie jest urojeniem propagandy amerykańskiej, ale zjawiskiem całkiem realnym. Powstał niemal w tym samym czasie w Rosji i w państwach satelickich, wkrótce po śmierci Stalina. Nazywało się to wtedy „odwilżą”. Jego początek jest wcześniejszy nieco niż słynna mowa Chruszczowa na XX zjeździe moskiewskim, ale bez wątpienia jest z nią związany. Chruszczow, przez swoje wystąpienie „antystalinowskie”, wyzwolił niejako niezadowolenie, które trwało już od dość dawna i nabrało wyrazu wraz z osłabieniem nacisku aparatu sowieckiego w okresie przywództwa zbiorowego. Kto wie, czy nie zdążał świadomie do skanalizowania nurtów potencjalnego buntu, albo inaczej, do oswojenia rewizjonizmu. Rychło jednak wyszło na jaw, że przedsięwzięcie takie nie jest bezpieczne, i że bunt kontrolowany byłby trudny do utrzymania w ryzach. Więc Chruszczow musiał zawrócić i rewizjonizm stał się znowu występkiem. To samo powtórzyło się wkrótce potem w Chinach: Mao Tse-tung zaczął od uniesień nad „stoma kwiatami” rosnącymi na jednej łące, a wnet począł mówić o wyrywaniu trujących zielsk.

Rewizjonizmem w samych Sowietach i w krajach satelickich nazywa się różnorakie, całkiem rozbieżne nieraz, objawy niezadowolenia z istniejącego stanu rzeczy. Cechą wspólną wszystkich tych prądów jest że nie zmierzają do obalenia dyktatury komunistycznej i nie podważają jej podstaw doktrynalnych, ale próbują umniejszyć jej nacisk i łagodzić najprzykrzejsze objawy. Bywało i tak, że rewizjoniści występowali w obronie czystego leninizmu, który jakoby w pierwotnej formie najlepiej urzeczywistniał ideały komunizmu, póki nie został skażony przez przerosty biurokracji i skostnienie form rządzenia. Walka przeciwko stalinizmowi w imię leninizmu stała się właśnie klasyczną formą, w której rewizjonizm szuka sobie wyrazu. Zwalczanie błędów i wypaczeń dyktatury komunistycznej odbywa się, jak się mówi, „z pozycji socjalistycznej”. Czasami zdarza się – tak było również w Polsce – że rewizjoniści ubezpieczają się niejako, przez odwoływanie się do partii, by powróciła na prostą drogę czystego leninizmu, od którego odeszła w czasach Stalina. Nieraz to ubezpieczenie się idzie dalej jeszcze: rewizjoniści zastrzegają się głośno, że nie dążą wcale do demokracji integralnej, co znaczy, że sprzeciwiają się przyznaniu swobody działania politycznego jakimkolwiek czynnikom poza partią komunistyczną. (Również i to często zdarzało się w Polsce). Ale i w takich ramach rewizjonizm musi władców komunistycznych niepokoić. Bo i „z pozycji socjalistycznej” rewizjoniści domagają się swobody wymiany myśli w obrębie partii (sto kwiatów na jednej łące), głośno krytykują różne objawy życia w Sowietach i kwestionują (teraz już mniej wyraźnie) prawo partii sowieckiej i Związku Sowieckiego do decydowania o wewnętrznych sprawach, a także o liniach rozwojowych w innych krajach bloku sowieckiego (polska droga do socjalizmu).

W ustroju totalnym, gdzie rządzi monopartia, gdzie nie ma wolności słowa i druku, stowarzyszeń i zgromadzeń, niezawisłych sądów i bezpieczeństwa osobistego, jest rzeczą oczywistą, że rewizjonizm wszelakiego autoramentu jest jedyną możliwą do pomyślenia formą objawiania się niezadowolenia poddanych ze swoich władców. Odpowiedzią na nie są też różnorakie represje, których natężenie zależy nie tyle od siły prądów rewizjonistycznych, ile od ogólnych warunków w jakich toczy się życie zbiorowe w bloku sowieckim. Chruszczow i jego namiestnicy w podbitych krajach satelickich nie powrócili jeszcze do ostrych form terroru, jakie stosował Stalin, ale skończyła się już tolerancja dla rewizjonizmu.

Są tacy, co przypisują zaostrzenie kursu wpływowi Mao Tse-tunga. Chyba nie trzeba tak daleko szukać. Bo z samej istoty wszelkiej dyktatury totalistycznej wynika, że dopuszcza ona do objawów oporu tylko wówczas, gdy czuje się nie dość silna, by je stłumić. Dyktatura nie znosi nieprawomyślnych odchyleń także w ramach swojej doktryny. Hitler zamordował Roehma i Gregora Strassera, którzy doktrynalnie niczym się od niego nie różnili, a wśród niezliczonych ofiar Stalina najwięcej było przecie nie wrogów komunizmu, ale właśnie komunistów. Toteż złudne byłoby przywiązywanie do rewizjonizmu przesadnych nadziei, a zwłaszcza rachuby na to, że zdoła doprowadzić do istotnych zmian ustrojowych. Wielki wysiłek zbrojny narodu węgierskiego i masowe ruchy w Polsce w październiku 1956, wskazują, że nawet znaczne wstrząśnienia rewolucyjne pozostają bezowocne, gdy nie dosięgają rzeczywistego ośrodka władzy, który dla całego imperium sowieckiego jest jeden i mieści się nie w Budapeszcie i w Warszawie, ale w Moskwie.

Można zrozumieć, że w obecnym stanie polityki Zachodu, w Waszyngtonie i w Londynie snuje się chętnie rojenia, że skoro titoizm zawiódł oczekiwania, to może rewizjonizm okaże się lepszy i na tyle wydrąży komunizm od wewnątrz, że umniejszy jego prężność, co dopomoże do spełnienia marzenia o pokojowym współistnieniu. Ale jest rzeczą całkiem nieoczekiwaną i zgoła gorszącą, że ni stąd ni z owąd, także w polskiej publicystyce emigracyjnej zjawiają się rachuby na rewizjonizm. Ukuto sobie nawet do tego teorię, że skoro wojny nie będzie, to jedyną nadzieją ludzkości mogą być już tylko przemiany wewnętrzne w samym bloku komunistycznym. Takie przemiany mogą dziać się oczywiście nie przez próby obalenia podstaw doktrynalnych dyktatury komunistycznej, ale tylko jako herezje w obrębie obowiązującej doktryny. Jest w tym dziwaczne pomieszanie pojęć, czy może naiwność, która ma uchodzić za chytrość. Bo przecie walka z Sowietami wewnątrz kraju jest czymś całkiem odmiennym niż na emigracji. W kraju rewizjonizm jest zjawiskiem, na które trzeba patrzeć przychylnie, z tej prostej racji, że jest to jedyna forma w jakiej mniej więcej otwarcie może się wyrażać niezadowolenie. I w kraju, zresztą, o wiele donioślejsze znaczenie ma skupianie się ludności wokoło Kościoła i masowy opór, który istnieje w niezliczonych formach. (Wystarczy przypomnieć że gdy Gomułka doszedł do władzy, wypłynął na fali tego masowego oporu. Przyniosło to na pewien czas znaczne zmiany, które po części jeszcze trwają). Na emigracji wszakże, gdzie korzystamy z wszelkiej swobody, nie istnieje żadna potrzeba „przestawiania się” na rewizjonizm, ograniczony do poprawiania komunizmu czy do głoszenia prawa kroczenia po polskiej drodze do socjalizmu. Pozostaliśmy na obczyźnie, aby walczyć o urzeczywistnienie prawdziwych dążeń narodu polskiego, który chce odzyskać całość, wolność i niepodległość. To, że te cele nie są łatwe do osiągnięcia i że wydają się dzisiaj odległe, w niczym nie zmniejsza ani ich znaczenia, ani potrzeby prowadzenia o nie nieustępliwej walki we wszelkich warunkach i formach. Gdyby namowy do przestawienia się na rewizjonizm miały znaleźć posłuch, polska emigracja polityczna musiałaby zaprzeczyć samej sobie i począć udawać coś w rodzaju opozycji krajowej. (Nie brakło i takich, co tego próbowali). Oznaczałoby to nie tylko zgodę na zabór wschodniej połowy Polski, ale także zgodę na główne założenia komunizmu, który odtąd miałby być zwalczany już tylko „z pozycji socjalistycznej”. Sprawa Polski przeobraziłaby się w taki sposób, za naszym własnym przyzwoleniem, w wewnętrzną sprawę bloku sowieckiego.

Pochwały rewizjonizmu jako jedynego sposobu poprawienie dyktatury sowieckiej w Polsce rozległy się ostatnio z kart paryskiej „Kultury”. Nieraz już w tym piśmie zjawiały się różne bałamutne pomysły. Kiedyś wyszedł stamtąd projekt „swobodnej wymiany myśli” z urojonymi przedstawicielami niezależnej inteligencji w kraju. Kiedy indziej znowu „Kultura” obwieściła, że „udziela kredytu” Gomułce. Niedługo potrwało, a znowu „wypowiedziała” mu kredyt. Teraz wystąpiła z konceptem stawki na rewizjonizm, który w Waszyngtonie czy w Londynie jest tylko głupstwem, ale głoszony przez Polaków jako wskazanie dla emigracji, jest ponadto jeszcze czynnikiem zamętu. Oczekiwać można, że po niejakim czasie „Kultura” zrazi się także do rewizjonizmu, albo o nim zapomni. Ale czy rzeczywiście nasza sytuacja jest tak dobra, że możemy sobie na takie wybryki pozwalać?

Adam Pragier
______________________
Powyższy tekst pochodzi z książki Adama Pragiera „Puszka Pandory”, wydanej przez Polską Fundację Kulturalną w Londynie w roku 1969. Książka zawiera zbiór artykułów autora z londyńskich „Wiadomości Polskich” i „Wiadomości”, jednak nie podano w niej szczegółów dotyczących pierwodruku zebranych tekstów. Od tamtej pory artykuł nie był wznawiany.

Warto przeczytać inne teksty Adama Pragiera:

 

 

Adam Pragier (1886-1976) – działacz socjalistyczny od roku 1904, żołnierz Legionów, doktor habilitowany – specjalista od kwestii budżetowych samorządu terytorialnego, członek najwyższych władz PPS, poseł na Sejm w latach 1922-30, więzień twierdzy brzeskiej, po wybuchu wojny na emigracji w Anglii, minister w londyńskich rządach Arciszewskiego i Komorowskiego. Niezłomny socjalista i demokrata, nigdy nie uznał legalności władz PRL-u.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *