Józef Hudec

Przemówienie w parlamencie austriackim w sprawie wyborów

[1907]

Wysoka Izbo! Przedmiotem wniosku nagłego, który w moim i towarzyszy partyjnych imieniu mam uzasadnić, są wybory galicyjskie.

Wybory w Galicji zdobyły sobie smutną sławę. W kraju ogólnej nędzy, nierozwiniętego przemysłu i długoletniego panowania magnatów dopóty zabijano ducha ustawy, dopóki stan bezprawia i samowoli klasy panującej nie stał się stanem normalnym w kraju. Urzędnicy oddani zostali w służbę panującej klasy, wykonują oni ustawy tylko w interesie klas panujących z największą szkodą porządku prawnego i na szkodę szerokiej masy ludności. Magistrat, starostwo i dyrekcje policyjne nie są w Galicji niczym innym, jak ekspozyturami rządzącego stronnictwa, wytresowanymi w tym kierunku, żeby przewagę jego utrzymać i powiększyć. Przepisy ustawowe są przez urzędników dopóty respektowane, dopóki możliwym jest wykorzystać je w interesie rządzących. O ile zaś jakiś przepis ustawy sprzeciwia się interesowi możnowładców, w takim razie albo się na niego nie zważa, albo w ten sposób tłumaczy i wykonuje się go, że duch ustawy, jej zamiary i wskazówki zmieniają się w zupełnie przeciwnym kierunku.

Jeżeli to dzieje się w czasach normalnych, potęguje się jeszcze bezprawie w okresie wyborczym. Wtedy rozchodzi się o utrzymanie całego systemu, o wybór posłów, którzy nie tylko mają w milczeniu przypatrywać się systemowi rządów w Galicji, ale go i bronić. Rozchodzi się o wybór posłów, którzy by wstąpili do Koła Polskiego dla prowadzenia w nim znanej polityki zabezpieczającej urzędnikom państwowym w Galicji zupełną bezkarność, gdy w interesie rządzącej partii depcą prawo.

Ostatnie wybory w Galicji nie były ani powszechne, ani bezpośrednie, ani tajne, ani równe. Powszechnymi nie były, ponieważ bardzo dużo wyborców obrabowano z prawa głosowania; bezpośrednimi nie były, ponieważ bardzo dużo ludzi głosowało na podstawie legitymacji wyborcom nie doręczonych, wyłudzonych i odkupionych; nie były tajnymi, ponieważ bardzo dużo wyborców zmuszono głosować przezroczystymi, silnie zadrukowanymi kartkami; równymi nie były, ponieważ wyborców opozycyjnych traktowano całkiem inaczej niż tych wyborców, których dla partii rządzącej pozyskano i kupiono.

Całą nową ustawę wyborczą w Galicji unicestwiono.

Wniosek nasz podnosi tylko te momenty, które odnoszą się do nadużyć urzędników państwowych i gminnych i innych funkcjonariuszy publicznych.

W tym okresie wyborczym uprawiano pod dozorem władz i przy pomocy urzędników i innych funkcjonariuszy wymuszenie, przekupstwa wyborców, nadużycie władzy urzędowej, korupcję i kupno głosów; a to jest powód zmuszający nas do użycia nagłości, celem spowodowania parlamentu i rządu do akcji, która ma te stosunki zbadać, winnych ukarać i wydać zarządzenia uniemożliwiające w przyszłości takie nadużycia.

Jeżeli przypatrzymy się sposobowi, w jaki powszechne prawo wyborcze doszło do skutku, nie możemy zapomnieć, że Galicja musiała ponieść wielkie ofiary dla pozyskania Koła Polskiego dla reformy. Ustawę zepsuto licznymi przepisami wyjątkowymi dla Galicji. Stworzono okręgi wyborcze z dwoma proporcjonalnymi mandatami, co w ogóle nie odpowiedziało oczekiwaniom. Dla polskich mniejszości w Galicji wschodniej miano stworzyć reprezentację, ale tak się nie stało: pomożono tylko w okręgach ruskich dwóm syjonistom do wyboru. W okręgach wiejskich z 50 000 do 70 000 wyborców zaprowadzono trzykrotne głosowanie. Wybory nie zostały, jak w całym państwie, na jeden dzień naznaczone, lecz na 3 i 4 terminy, co wywołało zamieszanie w najwyższym stopniu.

Pokazuje się też dalej, że rząd przyjął wobec Koła Polskiego zobowiązanie zostawić mu do przeprowadzenia wyborów wolną rękę i zapewnić mu bezkarność.

Inaczej nie można sobie wytłumaczyć, że namiestnik Potocki wcale nie zważał na zarządzenia ministra spraw wewnętrznych i że starostowie wcale nie respektowali zarządzeń namiestnika.

Od początku akcji urzędowej aż do końca aktu wyborczego popełniano najbezwstydniejsze nadużycia. Naprowadzę tylko kilka z nich, gdyż materiał jest za duży, aby go można jedną mową objąć.

Już w terminie rozpisania wyborów zaczęto utrudniać wynajmowanie sali; komitety opozycyjne w ogóle nie mogły sali dostać. W Nowym Sączu i Nowym Targu rozwiązano zgromadzenia wyborcze, ponieważ w małych salach, w których wyborcy nie mogli się zmieścić, otworzono okna, ale na zgromadzenia kandydatów „rady narodowej”, a w Nowym Sączu specjalnie na zgromadzenia dra Germana, rozsyłano zaproszenia na kolei w drodze służbowej.

Listy wyborcze ułożono w dziwny sposób. W Tarnowie odebrano 276 wyborcom żydowskim prawo głosowania, ponieważ otrzymali – jak to u Żydów jest w zwyczaju – na święta wielkanocne drobną zapomogę w gotówce albo w mące od „rady wyznaniowej”. Wykreślono ich po prostu z listy i nie doręczono im legitymacji. W Kołomyi i w innych miastach ułożono listę wyborczą w ten sposób, że burmistrz wydał odezwę do wyborców wzywającą ich, aby w ciągu 8 dni stawili się w urzędzie gminnym zaopatrzeni w potrzebne dokumenty. Ponieważ zaś w tych małych miasteczkach nie istnieje obowiązek meldowania się i nie ma też wykazów meldunkowych, odmówiono bardzo licznym wyborcom wpisania na listę, ponieważ nie mogli dostarczyć dowodu, że już od roku w gminie mieszkają. Wyborców, o których przypuszczano, że należą do opozycji, w ogóle na listę nie wpisywano.

Doręczanie legitymacji odbywało się też w szczególny sposób. W największej liczbie okręgów wyborczych rozdzielono legitymacje w ten sposób, że możliwie najwięcej nie doręczono wyborcom, lecz zatrzymano je w urzędzie. Te legitymacje stanowiły zapas rezerwowy dla posiadających je, a w dzień wyboru wydano je odnośnemu komitetowi.

W 11 okręgu wyborczym, na Wesołej w Krakowie, gdzie p. Petelenz kandydował, na 2000 wyborców pozostało w dniu wyborów w urzędzie jeszcze 180 legitymacji.

W 31 okręgu Brody wchodzili policjanci do mieszkań wyborców, przesiadywali tam po pół godziny i obrabiali wyborców dla kandydatury radcy skarbu Wollernera. Policjanci odbierali wyborcom legitymacje, namawiając ich, aby w dniu wyboru odbierali zapłatę za głos albo u policjantów, albo u agentów Wollernera. Szczególnie odznaczyli się policjant Paril, sekretarz gminy Byk, policjanci Drynowski i Pastel, dietariusz starostwa Eliasz Gottlieb jako hieny wyborcze i korupcjoniści. Odnośny protest zawiera 26 załączników, w których wymieniony jest cały szereg świadków, którzy zobowiązali się protokolarnie zapodane fakty kupna głosów zaprzysiąc.

W Brodach nie doręczono wyborcom około 500 legitymacji, tj. szóstej części. W Kołomyi wydał burmistrz Funkenstein największą ilość legitymacji prywatnym osobom sumarycznie, aby one doręczyły je znajomym wyborcom. Tym doręczyły te prywatne organa legitymacje wraz z kartkami już wypełnionymi na dra Kolischera.

Gdzie i w jaki sposób w dzień wyborów nie doręczone legitymacje mogły zostać przez wyborców podjęte, nie ogłaszano nigdzie. Na 5 i pół tysiąca wyborców nie doręczono prawie 3000 legitymacji. Niepodjęte legitymacje złożono w komitecie dra Kolischera jako zapas rezerwowy.

W Tarnowie wciągnięto już po zamknięciu terminu reklamacyjnego zwolenników Battaglii do listy i doręczono im legitymacje i kartki głosowania.

W Krakowie, w okręgu 11, zadrukowano kartki głosowania w ten sposób, że na odwrotnej stronie doskonale przebijało, na kogo się głos oddaje.

W Samborze rozdzielali policjanci i służba miejska kartki głosowania zadrukowane wielką, czarną, przebijającą stampilą. W magistracie wymawiano się, że policjanci dlatego tylko dostali stampilę na drogę, aby ułatwić wyborcom robotę; stampili z nazwiskami innych kandydatów nie dano. W aktach ministra Dzieduszyckiego, które miałem sposobność oglądać, znajdują się setki kartek, na których pierwej odbitą jest stampila „dr Wojciech hr. Dzieduszycki”, a na niej dopiero pieczęć starostwa. Każdy może się o tym naocznie przekonać, a i komisja legitymacyjna będzie miała przyjemność kartki te oglądać.

W Tarnowie wręczono kolejarzowi Jakubowi Tomasikowi w starostwie kartkę wyborczą z stampilą Battaglii, a gdy Tomasik w obecności urzędnika nazwisko Battaglii przekreślił i dra Drobnera wpisał, został natychmiast aresztowany i przez całą noc w areszcie policyjnym przetrzymany. Bardzo wiele w proteście wyszczególnionych osób otrzymało z urzędu już wypełnione kartki.

W Brodach rozdzielano z urzędu zadrukowane kartki wyborcze. Wielu wyborców sądziło, że tylko te przez władzę doręczone i nazwiskiem Wollernera wypełnione kartki urzędowe są ważne. W Starych Brodach sekretarz gminny Lewak doręczył wyborcom takie kartki. Czystych kartek w ogóle wydać nie chciał.

W Nowym Sączu wypożyczono pieczęć urzędową starostwa komitetowi Germana. Kartki wyborcze były przeźroczyste.

Jeszcze lepiej zrobiono przy wyborze ściślejszym. Przepis ustawy, że komisarz wyborczy ma wręczyć wyborcy kartkę do wyboru ściślejszego, tłumaczono w ten sposób, że kartek nie potrzeba wyborcom pierwej posłać do domu albo doręczyć przy wyborze głównym. Wykonywano przepis ten w ten sposób, że wyborcy mają sobie dopiero przy wyborze ściślejszym brać kartki w lokalu wyborczym. Potem nie wypuszczono ich już z lokalu dla wypełnienia kartek, lecz komisarze wyborczy ustanowili specjalnych pisarzy, którzy w lokalu wypełniali wyborcom kartki. Jeżeli wyborca zgodził się na wpisanie kandydata „rady narodowej”, wszystko było w porządku; jeżeli zaś żądał wpisania kandydata socjalno-demokratycznego albo w ogóle opozycyjnego, wtedy pisarz nazwisko kandydata tak przekręcał i fałszował, że komisja potem taką kartkę unieważniała. To zdarzyło się przy wyborach ściślejszych w wielu miejscowościach.

Jeżeli opozycyjne komitety miały lokal agitacyjny nie bardzo oddalony od lokalu wyborczego, taki lokal agitacyjny natychmiast zamykano. Ale w Krakowie w okręgu 11 był lokal agitacyjny Petelenza w „Gwieździe”, mimo że leżał w rejonie zakazanym.

W Tarnowie urządził Battaglia swój lokal agitacyjny w obrębie rejonu zakazanego. Przed lokalem wyborczym w magazynie policyjnym stał u wejścia obok Battaglii jego brat i sędzia Kukieł, który wywierał na wyborców bezwstydną presję. W lokalu wyborczym w „Gwieździe” urządzono w suterenach lokal agitacyjny Battaglii, dokąd wciągano i pojono wyborców. Tam wyrywano im kartki wypełnione na Drobnera i wpychano kartki na Battaglię.

W Brodach odwiedził starosta hr. Russocki lokal agitacyjny komitetu Wollernera, co na ludności wywarło wrażenie, że tam jest protegowany przez władzę komitet wyborczy albo urząd, któremu podlega policja miejska. Lokal wyborczy był obstawiony wojskiem, a wpuszczano tylko wyborców, którzy głosowali na Wollernera; inni wyborcy stali 5 do 7 godzin przed lokalem wyborczym, a gdy zgromadziła się w ten sposób większa masa wyborców, komenderowano na nią dragonów, którzy tratowali.

W całym kraju uprawiano kupno głosów na wielką skalę. Robiono to w lokalach publicznych, a policja i starostowie nie tylko, że obojętnie się przypatrywali, jak wciągano ludzi dla kupna ich głosów do tych lokali, ale postawiono przed nimi policjantów i żandarmów, aby żaden niepowołany nie wszedł i nie popsuł interesu. Płacono za głos 6 do 20 K, a kurs szedł w górę, im więcej zbliżał się dzień wyboru.

We Lwowie np. w okręgu 6 przyszedł niejaki Kurowski, były właściciel dóbr, obecnie urzędnik wydziału krajowego, z polecenia komitetu wyborczego dra Buzka do cegielni Sprechera w celu kupna głosów. Robotnicy oświadczyli gotowość sprzedania mu swych głosów. Gdy chciał im wypłacić 120 K, porwali go, wsadzili do fiakra i zaprowadzili do lokalu wyborczego, gdzie go oddali w ręce policji. Gdy przy głównym wyborze we Lwowie w 6 okręgu personel tramwaju elektrycznego głosował na socjalno-demokratycznego kandydata Hausnera, wezwali członkowie komitetu dra Buzka publiczność przez „Dziennik Polski” i „Słowo Polskie” do bojkotu konduktorów tramwaju przez odmówienie tym biedakom napiwku za to, że głosowali na socjalno-demokratycznego kandydata. Pomyśleli, że biedacy ci ze strachu będą przy wyborze ściślejszym głosować na Buzka, ale o ile ja wiem, tak nie było.

W Kołomyi rozdzielano piwo, wódkę i pieniądze w wielkich ilościach; płacono po 5 do 20 K za głos. Na pokrycie tych „długów honorowych” przesłał dr Kolischer, jak opowiadają, zaraz po wyborze na ręce Markusa Scharfa 40 000 K. W proteście są na ten fakt świadkowie powołani. Zresztą p. dr Kolischer jeszcze nie zapłacił, gdyż nie jest pewny, czy mandat jego zostanie zweryfikowany.

W Nowym Sączu zajętych było 31 osób kupowaniem głosów. Imiona tych osób oraz przeszło 60 świadków wymienione są w proteście. W Starym Sączu obiecał niejaki Jan Chmura czterem zwolennikom Kaczanowskiego: Karolowi Nieznajowskiemu, Józefowi Cąbrowi, Antoniemu Zemburze i Karolowi Rausowi 250 K, jeżeli zbiorą 100 głosów na Germana. [Poseł tow. Wityk: To było tanio, bo to było na początku!]. Tak jest, nie były to jeszcze ostatnie dni.

Przy wyborach tych było bardzo wiele wymuszeń, z których tylko kilka wymienię.

Dr Leo, prezydent m. Krakowa, poszedł do komendanta korpusu Steinsberga i prosił go o poparcie „rządowego kandydata” w ten sposób, żeby rozkazał urzędnikom intendentury głosować na kandydata rządowego.

Henryk Kopytkiewicz, asystent pocztowy, i Wojciech Cesarczyk, ekspedytor pocztowy, wezwali listonoszów i inną służbę pocztową do złożenia deklaracji na piśmie, że będą głosowali na „kandydata mieszczańskiego”. Służba i robotnicy miejscy, straż pożarna, służba cmentarna i rzeźni itd. szła pod komendą swych przełożonych do urny i musiała pod kontrolą głos oddawać.

W Tarnowie naczelnik stacji Karaś i urzędnik kolejowy Better odbierali kolejarzom kartki głosowania i wybijali na nich stampilę Battaglii. Kontroler pocztowy Alojzy Czyżek terroryzował listonoszów i służbę pocztową, grożąc im utratą chleba i zamknięciem awansu. Przy wyborze ściślejszym odebrano im legitymacje i przechowano je aż do dnia wyboru, w którym zawiśli wyborcy według przepisów wydanego przez Battaglię „regulaminu narodowej organizacji wyborczej miasta Tarnowa, dla wyboru ściślejszego”, musieli w oznaczonej godzinie i w miejscu z góry oznaczonym zebrać się i stamtąd, po wręczeniu im legitymacji i kartek ostemplowanych już nazwiskiem Battaglii, pod dozorem swych przełożonych maszerować w szeregach do lokalu wyborczego.

W Brodach przyniósł kapral policji Lichocki do lokalu komitetu wyborczego Wollernera w obecności sekretarza gminnego Byka i dwóch członków komisji wyborczej Schnella i Adamowicza 30 legitymacji odebranych robotnikom miejskim i otrzymał za to od Adamowicza 60 K jako wynagrodzenie. Stało się to całkiem jawnie w obecności świadków. Ogólnie wierzono, że władza kupuje głosy i że kupno i sprzedaż głosów są dozwolone.

Radca skarbu, dr Wollerner, który mimo tych nadużyć przecież nie został wybrany, wydał po swej klęsce broszurę, w której pisze wyraźnie, że w tej walce wyborczej stracił zdrowie i majątek. To jest, jak mi się zdaje, dość wyraźne. W jakiż sposób byłby mógł stracić majątek, gdyby nie był głosów kupował?

We Lwowie zebrano w Wydziale Krajowym – sądzę, że nie bez wiedzy marszałka krajowego hr. Badeniego – wszystkich urzędników i funkcjonariuszy i wywarto na nich nacisk, aby oddali swe głosy na kandydatów „rady narodowej”. Radca Wydziału Krajowego Miziewicz odczytywał nazwiska wyborców, wręczał im niedoręczone przez magistrat legitymacje i równocześnie dał pisarzowi polecenie, aby wypełniał kartki nazwiskiem kandydata „rady narodowej”. Równocześnie oznajmił, że na drugi dzień, tj. w dniu wyboru 24 maja, mają się wszyscy zgromadzić o 10.30 rano i po przeliczeniu głosów pójść in gremio do lokalu wyborczego. Z woźnymi i służbą nie robiono tyle ceremonii, co z urzędnikami. Tych zwołał wprost dyrektor urzędów pomocniczych Piotrowski, wypełniono im kartki i rozkazał im głosować na kandydatów „rady narodowej”.

Wszyscy poza Lwowem zajęci służbowo urzędnicy i inżynierzy zostali przez swych szefów telegraficznie na dzień wyboru powołani do głosowania na kandydatów „rady narodowej”. Koszty podróży i diety wypłacono im z funduszów krajowych.

W Kołomyi – znowu wracamy do okręgu dra Kolischera – oświadczyło się zgromadzenie złożone z 3000 wyborców jednogłośnie przeciw kandydaturze Kolischera, który też ją formalnie cofnął. Wtedy powołał namiestnik Potocki starostę Pawlikowskiego, burmistrza Funkensteina, Eliasza Kriesa, Natana Büschla i innych matadorów kołomyjskich i oświadczył im: Kolischer musi zostać posłem miasta Kołomyi, niech wyborcy robią, co chcą. Kolischer jest kandydatem rządowym. Odjechali więc ci panowie do domu i zrobili wszystko, aby przeprzeć wybór Kolischera. Komisarz powiatowy Seweryn Baczyński we własnej osobie obchodził wszystkich poważniejszych kupców, adwokatów i fabrykantów i zawiadomił ich o życzeniu starosty, żeby agitowali za Kolischerem, oświadczając zarazem, że złamie wszelką opozycję. To samo robił inspektor podatkowy Gruszecki. W sądzie prowadził agitację za Kolischerem między personelem kancelaryjnym i służbą dyrektor kancelarii Wojtowicz i wszystkich osobiście prowadził do urny. To samo robiła dyrekcja skarbowa, a komisarz prowadził 200 strażników skarbowych do urny.

Inspektor kolejowy Thullie, banmistrz Kisielewski, naczelnik stacji Steć i adiunkt Torbe grozili wydaleniem ze służby i przeniesieniem, gdyby kolejarze odważyli się głosować na kandydata socjalno-demokratycznego dra Schorra. Tak samo postępował banmistrz Mahler.

W Nowym Sączu rozkazali naczelnik ogrzewalni Walter, naczelnik magazynów Szemborski i inspektor konserwacji Sojka swemu podległemu personelowi, aby głosował na Germana, i kontrolowali, czy personel słuchał tych rozkazów. Bardzo drastyczny wypadek miał miejsce w Starym Sączu. Tam mieszka fryzjer Schiefer, który był zwolennikiem socjalno-demokratycznego kandydata Kaczanowskiego. Temu zagroził burmistrz dr Szajer odszupasowaniem, jeżeli nie zaprzestanie agitacji. W dwa dni później, dnia 27 maja, przyszli do Schiefera trzej żandarmi, przeprowadzili rewizję i żądali, aby im pokazał swój arkusz przemysłowy. Niejaki Gliński, były burmistrz, wezwał właścicielkę domu, w którym Schiefer ma swój interes, aby mu wypowiedziała lokal. Dnia 28 maja przyszedł do Schiefera profesor Czerbak z zapewnieniem, że nic mu się nie stanie, jeżeli będzie głosował na Germana. Dnia 29 maja musiał Schiefer podpisać temuż profesorowi deklarację, że będzie głosował na Germana, 30 maja musiał w obecności Czerbaka wypełnić swą kartkę na Germana, a 31 maja głosował z otwartą kartką.

Sekretarz starostwa Kalinowski polecał na publicznym zgromadzeniu przedwyborczym dnia 30 maja w mundurze kandydaturę Germana i rzucał oszczerstwa na kandydata socjalno-demokratycznego Kaczanowskiego.

W Krakowie, Tarnowie, Nowym Sączu i w innych miastach dano wymienionym w protestach konduktorom urlopy dla agitacji przeciw kandydatom socjalno-demokratycznym. Zwolennik kandydatury socjalistycznej nie otrzymywał urlopu, nawet gdy był chory.

W Nowym Targu przeniesiono podurzędnika. Miał on pełnić służbę za chorego podurzędnika poza miastem i nic nie pomogło przedłożenie świadectwa lekarskiego, że żona jego jest ciężko chora i że nie ma nikogo, kto by się nią zajął.

Używano też innych środków. Wynaleziono nowe przepisy higieniczne, budowlane i przemysłowe, nachodzono jeden interes po drugim, jednego kupca po drugim, wynajdywano różne braki i grożono, że zaraz zamkną interes. Jeżeli zaś kupiec po cichu szepnął nazwisko kandydata rządowego, nie zważano już na te przepisy i interes mógł iść w starym porządku.

Skład komisji wyborczych był tego rodzaju, że prawie w żadnym okręgu wyborczym nie zasiadali w niej członkowie partii socjalno-demokratycznej. Mógłbym przytoczyć cały jeszcze szereg wypadków, nie chcę jednak zabierać za dużo czasu. Nie tylko członków komisji, ale i mężów zaufania stronnictw opozycyjnych nie dopuszczono.

Zdarzyły się też wypadki, że mężów zaufania, którzy chcieli przeszkodzić, aby ktoś z fałszywą legitymacją głosował, i protestowali przeciw oszustwu, aresztowano pod pozorem, że przeszkadzają w urzędowaniu, albo kazano im iść na policję dla spisania protokołu. Cała manipulacja miała na celu uniemożliwienie wszelkiej kontroli. Zaszły też wypadki pochwycenia ludzi na tym, że wyciągali kartki z urny i wrzucali inne. W protestach wymieniono kilka takich wypadków i podano też świadków gotowych zarzut ten potwierdzić przysięgą.

Prawie we wszystkich okręgach asystowało przy wyborach wojsko. Przed lokalami wyborczymi utworzono kordony, w których środku uwijali się bez przeszkody agitatorzy i kandydaci „rady narodowej”, wyborców zaś i agitatorów opozycyjnych nie wpuszczano, grożono im, bito kolbami itd.

Pomówię teraz o skrutynium, o którym protesty cuda opowiadają.

W Krakowie, w okręgu 11, gdzie „wybrany” został p. Petelenz, wysypano kartki z urny i bez tymczasowego przeliczenia rozdzielono je na kilka kupek i potem dopiero liczono.

We Lwowie, w okręgu 6, uznano przy skrutynium za nieważne kartki, ponieważ nazwisko „Hausner” było w ruskim języku pisane „Hawsner”, co etymologicznie jest całkiem w porządku.

W Kołomyi w komisjach zamiast liczenia robiono tylko kreski i tu zdarzyło się, że w pierwszej komisji Anzelm Büschel miał przy skrutynium o 10 kresek więcej dla Kolischera niż drugi członek komisji – Jakub Baidaff. Przewodniczący komisji rozkazał Baidaffowi dopisać w jego protokole 10 kresek. Socjalno-demokratycznemu kandydatowi drowi Schorrowi unieważniono około 50 głosów, ponieważ na kartce nie było numeru okręgu wyborczego. W ogóle unieważniono w Kołomyi z różnych, niczym nieuzasadnionych powodów 232 głosy i w ten sposób uzyskał dr Kolischer 4 głosy większości i uznany został za wybranego.

W okręgu wiejskim Podgórze-Wieliczka-Dobczyce otrzymał kandydat socjalno-demokratyczny Klemensiewicz przy pierwszym głosowaniu 7842 głosów. Wtedy było jeszcze wszystko w porządku. Przy drugim głosowaniu 24 maja miał już tylko 5547 głosów, zaś przy wyborze ściślejszym już tylko 5280 głosów, a gdyby było się odbyło jeszcze kilka głosowań, nie byłby prawdopodobnie ani jednego głosu otrzymał. Natomiast miał dr Bujak przy pierwszym głosowaniu 4726, przy drugim 5466 głosów, a przy trzecim doszedł przy pomocy wymienionych powyżej środków do 8281 głosów. W Łazanach obliczono na Klemensiewicza 86 głosów. Ale 164 wyborców z tej miejscowości chce przysiąc, że głosowali na Klemensiewicza. Protesty zawierają niezliczoną ilość faktów, których nie wymieniam.

W okręgu wiejskim Chrzanów-Jaworzno-Krzeszowice-Liszki stał się także taki cud. Kandydat socjalistyczny Kurowski otrzymał przy pierwszym głosowaniu 6432, Stohandel 4500 głosów; przy ostatnim głosowaniu miał Kurowski 4850, Stohandel 6000 głosów. Nikt przecież nie przypuści, aby wyborcy w ciągu 14 dni tak zmienili swe przekonania.

W ten i inny sposób przeprowadzano wybory w dalszych tu niewymienionych okręgach.

O nadużyciach i czynach zbrodniczych, które miały miejsce przy wyborach Moysy, ministra Korytowskiego, Abrahamowicza, Kozłowskiego, ks. Lubomirskiego, Dulęby i wielu innych panów, którzy teraz odgrywają rolę ozdób i przywódców Koła polskiego, jeszcze będzie w debacie mowa, a komisja legitymacyjna zrobi niejedno jeszcze odkrycie, co dla tych panów będzie bardzo nieprzyjemnym – dla pana także, p. Petelenz! Ograniczam się na tym, co powiedziałem, i zbliżam się do końca mej mowy.

Sądzę, że to, co powiedziałem, wystarcza już do uzasadnienia nagłości i wniosku samego.

Panowie! Jestem silnie przekonany, że będziecie głosowali za nagłością; dla parlamentu ludowego nie może być obojętnym, czy w nim znajdują się ludzie, którzy przy pomocy gwałtów, nadużyć, korupcji, wymuszenia wbrew woli wyborców mandaty zdobyli.

Nie żądamy przecież, aby ci ludzie zaraz zostali osądzeni; chcemy tylko, aby zarzucone im czyny zostały dokładnie i bezpartyjnie zbadane. Wyrok niech wyda potem cała Izba.

Jeszcze jedna tylko uwaga. Panowie z Koła Polskiego – moi rodacy – przygotowali już korzystne dla siebie usposobienie, grając rolę niewinnych i opowiadając szeroko o terroryzmie socjalistów. Czyż to my mieliśmy policjantów, żandarmów, wojsko, urzędników państwowych, krajowych i gminnych do swej dyspozycji? W waszych rękach była cała władza państwowa, były wszystkie środki, którymi przyzwyczajeni jesteście walczyć, po naszej stronie byli tylko biedni ludzie, którzy usiłują spod waszej władzy się wydostać.

Lud jest już dziś uświadomiony i nie da się już tak łatwo nastraszyć i oszukać.

Rozgoryczenie ludu po wyborach było tak silne, że z trudem zdołaliśmy go powstrzymać. Jeżeli jednak przeciw wszystkim tym nadużyciom nie znajdą się środki, jeżeli wysoka Izba i rząd nie zrobią wszystkiego, aby uniemożliwić na przyszłość takie wybory w Galicji – nie będzie siły dość potężnej, która zdoła powstrzymać oburzenie ludu. Tymi słowami kończę uzasadnienie nagłości i wniosku samego.

 

Józef Hudec
___________________
Powyższy tekst to zapis przemówienia wygłoszonego 3 lipca 1907 r. w parlamencie Austro-Węgier. Przemówienie to oraz mowy innych posłów-socjalistów zostało wygłoszone w następstwie złożenia przez jego autora wniosku nagłego w sprawie nadużyć podczas wyborów do Rady Państwa i dla zbadania ich. Przedruk przemówienia za broszurą „Sąd nad wyborami galicyjskimi w parlamencie austriackim”, Nakładem „Naprzodu” i „Prawa Ludu” w Krakowie, „Głosu” we Lwowie i „Robotnika Śląskiego” w Cieszynie, Kraków 1907. Od tamtej pory nie było wznawiane, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł, pominięto stenograficzny zapis okrzyków i komentarzy innych posłów.

 

Józef Hudec (1863-1915) – urodzony we Lwowie w rodzinie robotniczej, pracował początkowo jako zecer. Jako niespełna 20-latek zetknął się z ruchem socjalistycznym. W roku 1889 został członkiem zarządu Stowarzyszenia Drukarzy Lwowskich „Ognisko” i innych inicjatyw robotniczych, przez wiele lat reprezentował środowisko drukarzy w negocjacjach z pracodawcami i władzami, był liderem kilku strajków tej grupy zawodowej, w tym strajków w roku 1896 (zakończonego pierwszym zbiorowym układem pracy drukarzy w całej Galicji) oraz w roku 1914 (trwał ponad 2 miesiące). Współpracował z socjalistycznym pismem „Praca”. Był mówcą podczas pierwszych obchodów 1 maja we Lwowie w roku 1890. W tym samym roku wszedł do zarządu utworzonej wówczas Galicyjskiej Partii Robotniczej. Został prezesem stowarzyszenia „Siła”, które stanowiło zaplecze organizacyjne partii. W lipcu 1892 r. wszedł w skład redakcji lwowskiego pisma socjalistycznego „Robotnik”, w kolejnych latach został także redaktorem „Siły”, wydawcą lewicowego miesięcznika oświatowego „Światło”, a później dwutygodnika „Ognisko” i lwowskiego dziennika „Głos”, od roku 1900 był stałym współpracownikiem socjalistycznego dziennika „Naprzód”. W 1892 r. został członkiem zarządu utworzonej wówczas Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej, kilkakrotnie był wybierany do Komitetu Wykonawczego partii, przewodniczył obradom jej trzech kongresów (IX, XI i XIII), był liderem lwowskich struktur partii i przez 6 lat z jej ramienia zasiadał w Radzie Miasta. W 1907 r. został wybrany z okręgu lwowskiego posłem do parlamentu austriackiego, w roku 1911 uzyskał reelekcję. W roku 1914 wszedł w skład naczelnego Komitetu Narodowego, wspierał tworzenie Legionów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *