Poeta z temperaturą – o Władysławie Broniewskim rozmowa z Mariuszem Urbankiem

W lutym br. minęła 50. rocznica śmierci wybitnego polskiego poety, Władysława Broniewskiego, przez niemal całe życie sympatyzującego z lewicą i jej ideałami. Nieco wcześniej, bo jesienią 2011 r. wydawnictwo „Iskry” opublikowało książkę Mariusza Urbanka pt. „Broniewski. Miłość, wódka, polityka” – pierwszą całościową biografię tego twórcy. O Broniewskim, książce i jej popularności opowiada specjalnie dla portalu Lewicowo.pl Mariusz Urbanek w rozmowie z Krzysztofem Wołodźką. Jako bonus do rozmowy prezentujemy trzy unikatowe nagrania z zapisem recytacji wierszy Broniewskiego – „Miasto”, „Ballady i romanse”, „Poeta i trzeźwi” – przez samego Poetę.

***

Skąd pomysł na książkę o Władysławie Broniewskim? Jak długo trwały prace nad nią? Co było największym wyzwaniem, trudnością?

Mariusz Urbanek: Od kilkunastu lat chciałem napisać o Broniewskim. Miałem poczucie, że to genialny materiał na biografię, ze względu na złożoność tego życiorysu, zakręty polityczne i osobiste, przez które Broniewski przechodził. Ale to tylko jeden z powodów, wcale nie najważniejszy. Przede wszystkim chciałem Broniewskiemu zwrócić jego życiorys.

Przez cały okres PRL-u był traktowany jako dyżurny dostarczyciel wierszy na akademie pierwszomajowe, jako funkcjonariusz frontu ideologicznego. Nie wolno było mówić o tym, co robił w czasie wojny polsko-bolszewickiej, ani że siedział przez 17 miesięcy w więzieniach NKWD. To brzmiało wówczas absurdalnie: rewolucyjny poeta, którego „ojczyzna proletariatu” wsadziła do więzienia. Coś takiego nie mieściło się w kanonach podręcznikowych Polski Ludowej.

Po 1989 roku wydawało się, że oto nadszedł czas, by oddać Broniewskiemu sprawiedliwość, zwrócić mu tę część życiorysu, której pozbawił go PRL. Ale solidarnościową rewolucję robili ludzie, którzy też byli ofiarami peerelowskiej szkoły. I tak Broniewski trafił do poetyckiego piekła: nie przywrócono do obiegu jego wierszy zakazanych w PRL, za to wykreślono go z programów szkolnych, przestał pełnić funkcję patrona wielu szkół, w części miast zniknął z tablic z nazwami ulic. Był nawet pomysł, żeby rozebrać jego pomnik w rodzinnym  mieście poety, Płocku.

Pomyślałem wtedy, że dzieje się coś niedobrego. Oto człowiek, który – owszem – był beneficjentem PRL, ale był także jego ofiarą, płaci za swój życiorys niezależnie od ustroju. Jest przegrany podwójnie. Dlatego postanowiłem napisać tę książkę. Trochę to trwało, po 1989 roku nie było ku temu dobrego czasu. Państwowy Instytut Wydawniczy zrezygnował nawet z wydania „Pism zebranych” Broniewskiego, przejęło to zadanie Towarzystwo Naukowe Płockie, a wydawcy, z którymi rozmawiałem, obawiali się, że Broniewski to już zamknięty temat. Pytali wprost: „Mariusz, kogo on dziś zainteresuje?”. Okazało się, że jednak interesuje.


Co dla Pana jest najważniejsze, najbardziej intrygujące w jego życiu?

M. U.: Biografią Broniewskiego można by obdzielić kilka osób. Przeszedł dwa największe totalitaryzmy w historii ludzkości, trzy wojny, dwie wielkie tragedie osobiste, śmierć córki i drugiej żony. Marię żegnał dwukrotnie, pierwszy raz, gdy był przekonany, że zginęła w obozie koncentracyjnym, drugi raz, gdy kilkanaście miesięcy po tym, jak ją odzyskał, umarła naprawdę.

Interesujące jest też wewnętrzne pęknięcie Broniewskiego, wybory, których dokonywał. W odstępie kilku lat pisał wiersze antystalinowskie, ostre, oskarżające ZSRR o zbrodnię w Katyniu, a następnie „Słowo o Stalinie”. Próba zrozumienia powodów jego postępowania to bardzo ciekawe wyzwanie. Choć pewnie trzeba byłoby samemu znaleźć się w podobnej sytuacji…

Dla mnie największym zaskoczeniem był powód powrotu Broniewskiego do Polski w 1945 r. A wrócił dla kobiety. Początkowo wcale się do komunistycznej Polski nie wybierał, zamierzał wyjechać do Anglii, miał już nawet brytyjską wizę. Możemy teraz spekulować, kim byłby Broniewski, gdyby tam się znalazł. Czy byłby jednym z niezłomnych, jak Hemar, Wierzyński, Lechoń – i krytykowałby powojenne realia w Polsce? Może skończyłby jak Lechoń samobójstwem, albo po prostu by się zapił. Faktem jest jednak, że do Polski wrócił: nie do komunizmu, nie do socjalizmu, nie do robotników, ale do Marii Zarębińskiej.

Jednak w wierszu, który Pan w swojej pracy cytuje, pisał: „Na północy jest zwalony dom, / będzie – wolność, prawo i praca. / Czas ująć w dłonie pług, pióro i łom, / czas dom budować, czas wracać”.

M. U.: Ten wiersz powstał kilka dni przed wyjazdem z Jerozolimy, jesienią 1945 roku. Broniewski wiedział już, że Maria żyje i za kilka dni ją zobaczy. Ale to w sumie okres bardzo trudny do oceny. Myślę, że poeta i tak wróciłby w końcu do kraju, nawet gdyby jednak nie potwierdziły się wieści o tym, że Maria ocalała z obozu koncentracyjnego. On nie potrafił żyć bez Polski. Dlatego sądzę, że poszedłby raczej drogą Słonimskiego niż Lechonia, i jednak by wrócił.

Broniewski był przede wszystkim poetą lewicy. Nie zastanawiało Pana, dlaczego już w latach dwudziestych bliżej mu było do komunizujących poetów, a nie do bardziej umiarkowanego nurtu przedwojennej lewicy? Badał Pan tę sprawę?

M. U.: Przylgnął do tej komunizującej grupy za sprawą Aleksandra Wata, trochę za pośrednictwem Bruna Jasieńskiego, choć nigdy nie na tyle głęboko, żeby wstąpić do KPP. Tym bardziej, że jego przyjaciele z partii komunistycznej chcieli, aby swoimi wierszami przekładał na język poezji treść „Manifestu Komunistycznego”, a to nie mieściło mu się w głowie. Zaś jego dystans wobec PPS wynikał z generalnego zawodu lewicą. Wyszedł z Legionów Piłsudskiego z mocno ugruntowanymi socjalistycznymi ideałami, których nabrał jeszcze przed I wojną światową. Wydawało mu się, że niepodległa Polska będzie inna, że będzie Polską ludową, oczywiście nie w rozumieniu peerelowskim, ale takim, jak głosiła to Rewolucja Francuska, krajem sprawiedliwym, w którym wszyscy ludzie będą równi. Rozczarował się: Polska była skłócona, podzielona, nacjonalistyczna, a PPS wikłała się w koalicje rządowe czy układy polityczne, nie zawsze najciekawsze. Broniewski tego nie akceptował, a przede wszystkim chyba nie potrafił zrozumieć. Miał żal do Polski. Nie była tą, w którą wierzył.

Pozwolę sobie na bardzo naiwne pytanie: na jaki czas przypada największa popularność Broniewskiego?

M. U.: Przed wojną, mimo że był cenzurowany, że wsadzano go do aresztu, że był inwigilowany przez policję, to jego wizerunek pojawił się w serii widokówek z polskimi pisarzami, wśród najlepszych. Byli tam Strug, Dołęga-Mostowicz, Iwaszkiewicz, Tuwim, Wierzyński, Leśmian – i Broniewski.

Ale najbardziej popularny był w Polsce po powrocie do kraju w 1945 r. Jedni witali go czerwonymi kwiatami, jako piewcę rewolucji, inni bukietami złożonymi z kwiatów białych i czerwonych, jako autora pięknych wierszy pozwalających im przetrwać czas wojny. Jego ówczesna sława była oczywiście wspomagana politycznie, ale na pewno była to popularność autentyczna. To prawda, spędzano robotników do hal fabrycznych (m.in. słynnej hali Stoczni Gdańskiej), żeby go słuchali, a gazetowe opisy wieczorów poetyckich w których brało udział po kilka tysięcy osób, brzmią dziś czasem jak satyra, ale Broniewski był przez ludzi kochany. Bardzo bolał natomiast nad tym, że nie piszą o nim krytycy. Postawiono go na piedestał, zamieniono w pomnik i tak traktowano. Nie pisano o nim jako o poecie, lecz jako o symbolu rewolucji. A on miał ogromną potrzebę rozmowy o swojej twórczości, chciał wiedzieć, co warta jest jego poezja, potrzebował sygnału zwrotnego od krytyków literackich. Nie było tego.

Jakie były jego relacje z literatami w II RP i w PRL?

M. U.: W II Rzeczpospolitej przez ponad dziesięć lat był sekretarzem redakcji najważniejszego ówczesnego tygodnika, „Wiadomości Literackich”. Pismu szefował Mieczysław Grydzewski, ale gdy wyjeżdżał, to zastępował go Broniewski: przyjmował literatów, decydował o zawartości numerów. To powodowało, że miał kontakt nie tylko z tą grupą poetów komunistycznych, z którymi debiutował, a którzy talentem nie dorastali mu do pięt. Dzięki „Wiadomościom” poznał i zaprzyjaźnił się z Tuwimem, Wierzyńskim, Słonimskim, czyli „Skamandrytami”, którym był wiekowo najbliższy. Po latach wspominali go jako bliskiego przyjaciela, dedykowali wiersze. Słonimski, gdy propaganda peerelowska zmieniła już Broniewskiego w pomnik, pisał w „Alfabecie wspomnień”: „Z pomnikiem popijałem i grywałem w brydża”.

Po wojnie Broniewski postrzegany był przez pryzmat pozycji politycznej, którą wyznaczył mu Jerzy Borejsza, wszechwładny „magnat prasowy” tamtej epoki. Dla młodych poetów był guru, a sam żywił się ich młodością. W mojej książce znalazły się anegdoty opisujące ich wzajemny stosunek: o młodym poecie Ryszardzie Kapuścińskim, który przychodził do niego, żeby się wykąpać, o Wiktorze Woroszylskim, który razem z Kapuścińskim fikał kozły na dywanie w domu Broniewskiego, żeby dostać jeść. Przychodzili, żeby dotknąć „poetyckiej wielkości”, zbliżyć się do piedestału, a jednocześnie zademonstrować, że „też są komunistami”.

Ta sytuacja zmieniła się po Październiku1956 roku. Część z ludzi, którzy wcześniej do Broniewskiego lgnęli, zaczęła mieć pretensje, że napisał choćby „Słowo o Stalinie”, choć w tym samym czasie oni pisali wiersze znacznie gorsze, poświęcone na przykład „dzielnym funkcjonariuszom z UB”. Zaczęto mu wypominać, oczywiście nieoficjalnie – w prasie nie wolno było tego robić – wiersze stalinowskie. To było podłe, małostkowe, ale psychologicznie wytłumaczalne. Mówiono: „To prawda, za Stalina też pisaliśmy te parszywe wiersze, no ale cóż my mogliśmy zrobić, skoro nawet Broniewski…!”. W tym czasie dużo bardziej sprawiedliwie, obiektywnie, patrzyła na niego emigracja. To Jerzy Giedroyc, Kazimierz Wierzyński, Józef Czapski, Grydzewski bronili prawa Broniewskiego do jego wierszy, deklarowali, że zawsze podadzą mu rękę. Grydzewski powiedział, że Broniewski miał prawo napisać nawet „Słowo o Stalinie”, bo on już przed wojną był komunistą.  Nie było w nim, jak u innych, cynizmu czy wyrachowania. On za swoje poglądy, nawet jeśli nie najmądrzejsze, zapłacił wcześniejszym życiem.

Coraz częściej słychać głosy, że Broniewski jest twórcą „niesłusznie zapomnianym”. Ale trudno przecież, żeby do dzisiejszego czytelnika przemawiały wiersze o wrześniu 1939 r., albo o dawnym Zagłębiu Dąbrowskim. Może jego poezja jest w znacznej mierze nieaktualna?

M. U.: „Zagłębie Dąbrowskie”, wiersze wrześniowe czy choćby takie reporterskie utwory, jak „Ulica Miła”, to w warstwie faktów opis Polski, której już nie ma, trudno ją sobie nawet wyobrazić. Odwołują się jednak do emocji, które się nie zmieniają: do potrzeby sprawiedliwości, chęci obrony ludzi, którym dzieje się krzywda. Broniewski stawał zawsze po stronie słabszych (na tym polegały jego przekonania socjalistyczne) i dlatego myślę, że te wiersze nadal mogą trafiać do czytelnika.

Na płycie „Broniewski”, którą parę lat temu wydała warszawska Galeria Raster, wiersze Broniewskiego śpiewają m.in. Muniek Staszczyk, Pustki, Pidżama Porno, Grabaż, ale także kapele bardzo młode. Wykonują utwory takie jak Bagnet na broń”, „Bezsenność” czy „Ballady i Romanse”. Ten ostatni wiersz to historia polowania na żydowską dziewczynkę, która kryje się przed hitlerowcami w ruinach, a potem prowadzona jest na śmierć jak Chrystus na krzyż. Czy to sytuacja, którą młodzi ludzie są dziś w stanie sobie wyobrazić? Raczej nie, myślę jednak, że potrafią odczuć emocje człowieka w sytuacji ekstremalnej.

Wystarczy też spojrzeć, po jakie wiersze Broniewskiego sięga współczesne młode pokolenie. Na portalu YouTube można znaleźć sporo jego utworów śpiewanych z akompaniamentem gitary, czasem bardzo po amatorsku, ale na pewno szczerze. To są nie tylko te najbardziej znane jego wiersze, ale i liryka, erotyki, wiersze, które młodzi dziś odkrywają na nowo. A przecież Broniewski pisał też wiersze takie, jak choćby te z tomu „Anka”, powstałego po śmierci córki, które literaturoznawcy porównują z „Trenami” Kochanowskiego.

Podtytuł Pańskiej książki to „Miłość, wódka, polityka”. To kolejność przypadkowa czy przemyślana?

M. U.: Te słowa zostały ułożone w takiej kolejności przede wszystkim dlatego, bo tak dobrze brzmią, ale można to odczytywać także symbolicznie. Te trzy rzeczy, w takiej właśnie kolejności, miały istotny wpływ na życie Broniewskiego. Miłości nie traktuję jedynie jako relacji z kolejnymi kobietami, ale także jako miłość do ojczyzny. Jak bardzo by to nie zabrzmiało patetycznie, to Broniewski był patriotą, w takim XIX-wiecznym wydaniu. Na rok przed maturą uciekł do Legionów Piłsudskiego, rzucił studia raptem po trzech miesiącach nauki po to tylko, żeby bić się w wojnie polsko-bolszewickiej. Patrząc na jego życiorys, można dostrzec więcej takich momentów, w których rezygnował z własnego dobra i bezpieczeństwa w imię Polski. O tym świadczy najlepiej fragment wiersza „Bagnet na broń”. Dla mnie równie ważnym jak wezwanie do obrony Polski elementem tego utworu są słowa: „Są w ojczyźnie rachunki krzywd, / obca dłoń ich też nie przekreśli”. Broniewski mówi: w tej Polsce działo mi się źle, wsadzano mnie do więzienia, nie pozwalano drukować wierszy, tajna policja przeszukiwała w nocy moje mieszkanie, ale to wszystko przestaje być ważne w momencie, gdy zagrożona jest Polska. Można mówić o większym patriotyzmie?

Drugi element: wódka. Alkohol wpłynął na jego biografię bardzo mocno. Wielu decyzji Broniewskiego nie da się zrozumieć nie biorąc pod uwagę, że był alkoholikiem. A to wiązało się też z polityką, której był raczej ofiarą, niż świadomym graczem. Politycy wykorzystywali go po roku 1945 w sposób absolutnie cyniczny. A on się temu poddawał, bo – jak każdy twórca – był próżny. Ofiarowano mu milionowe nakłady książek, dano willę na Mokotowie – a order temu, kto w takiej sytuacji potrafiłby zachować pokorę i skromność. Ale gdy zaproponowano mu napisanie nowego hymnu Polski – potrafił odmówić. Pytałem kilku moich kolegów-literatów, czy potrafiliby w takiej sytuacji zrezygnować – wszyscy odpowiedzieli: „nie”.

Próżność poety kojarzy się z inną cechą, także częstą u artystów: autokreacją. Mamy wiersz „Magnitogorsk albo rozmowa z Janem”, nieco martyrologiczny. Pan opisuje ów epizod „pod celą”. Żyło się tam więźniom politycznym całkiem nieźle, ich męczeństwo było podlane szampanem…

M. U.: Nie zgodzę się, że ten wiersz jest szczególnie martyrologiczny. Dziś odbieram go zupełnie inaczej niż w czasach, gdy sam recytowałem go podczas szkolnych akademii. Gdy wówczas mówiłem „Ktoś nabazgrał węglem na ścianie / Niechaj żyje walka piekarzy!”, traktowałem to bardzo serio. Ale gdy czytam dziś, że przed zupą, co jej pies nie tknie i katarem żołądka Broniewskiego chroni „leciutki obłok poezji”, a Hempla „pancerz dialektyki”, czuję ironię. Podobnie w słowach: „trzeba jego hartu i woli / żeby ważyć to sobie lekce, / no bo człowiek / gdy go brzuch boli, / zapomina i o dialektyce!”. To zestawienie trywialnego bólu brzucha z marksistowskim kluczem do wszystkiego, czyli dialektyką, brzmi nieodparcie zabawnie.

Ale ma Pan rację, że ten areszt w porównaniu z tym, co samego Broniewskiego spotkało później w więzieniach NKWD, był dość jedwabny…

Za sowieckimi kratami poeta stracił wszystkie zęby.

M. U.: Tak. A do polskiego więzienia pułkownik Wieniawa-Długoszowski przysłał Broniewskiemu, Hemplowi i Watowi kosz z delikatesami, które zjedli w celi. Taka też była ówczesna Polska: podejrzewany o komunizowanie Broniewski, jako oficer rezerwy miał w domu broń. To pokazuje polskie realia: ktoś, kto uważany jest za wroga państwa, nosi jednocześnie jego mundur, jest wzywany na ćwiczenia, ma legalnie pistolet. Słonimski we wspomnieniach pisał, że II Rzeczpospolita to był taki dziwny kraj, w którym granica między tym, co legalne, a co nie, była bardzo niewyraźna. W knajpach – w „Ziemiańskiej”, u Wróbla czy u Joska na Gnojnej – pili artyści z przedstawicielami władzy. Pili „kochani poeci”: Antek, Władek, Julek i „kochany Wołodia”, czyli Władysław Jaroszewicz, szef tajnej policji w Warszawie. A gdy przychodził ranek, „kochani poeci” szli do swoich redakcji pisać antypaństwowe wiersze, a „kochany Wołodia” do swojego gabinetu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, żeby je cenzurować. Taki był urok tamtego „państwa w budowie”. Przyjaźnie legionowe były często ważniejsze niż różnice ideologiczne, które przychodziły później.

Mówiliśmy o (nie)aktualności poety. Broniewski był także radykałem społecznym. Czy jest dziś coś świeżego w jego radykalizmie, jego „publicystyce poetyckiej”?

M. U.: Nie sądzę, żeby Broniewski nadawał się dziś na sztandary. Choć miałem kilka takich spotkań autorskich, gdy próbowano go z powrotem wcisnąć w gorset komunisty. Z drugiej strony kilka jego wierszy, w tym „Homo sapiens”, z frazą „A druga bomba – w grób smoleński! / Niechaj rycerze zmartwychwstaną / i świecąc każdy piersi raną, świadectwo dadzą krwi męczeńskiej…” sprawiło, że stał się niemal wieszczem prawicy, a wiersz na siłę aktualizowano. Myślę, że byłoby fatalnie, gdyby komukolwiek znów udało się Broniewskiego zawłaszczyć. Raz już tak było – i było to złe.

Dla mnie najważniejsze jest to, że wiersze polityczne, społeczne, liryki Broniewskiego żyją i budzą emocje. Marcin Świetlicki powiedział kiedyś: jeśli pisać poezje, to tak, jak Broniewski. Nie chodzi o treść czy język, ale właśnie o emocje. Bo literackie eksperymenty, językowe rewolucje, techniczne zabiegi będą wiodły życie motyla, a temperatura poezji zostanie na zawsze. Ludzie z mojego pokolenia będą pamiętać wiersze polityczne, a młodsi rzeczy takie jak „Zielony wiersz” w wykonaniu Szymona Zychowicza, który trafił na Listę Przebojów Trójki. I niech tak będzie. Najważniejsze, żeby ta poezja w ogóle funkcjonowała, bo Broniewski zasługuje na przetrwanie. Nie tylko ze swoją fascynująca biografią, ale przede wszystkim dzięki wierszom.

Niezrozumienie Broniewskiego, jego negatywny stereotyp, to chyba symptomy czegoś głębszego: powierzchownej, jednostronnej wizji historycznej, przyjętej we współczesnej, polskiej kulturze. Czy Pana książkę można traktować jako znak sprzeciwu wobec płytkiego pojmowania dziejów?

M. U.: Nie stawiałem sobie za cel przeciwstawiania się jakimś dziejowym tendencjom. Chciałem, żeby człowiek, w którego biografii odbija się całe skomplikowanie polskiej historii, wyszedł z piekła, do którego go wtrącono. Ale pana diagnoza jest prawdziwa. Historia zrobiła się dziś czarno-biała, plakatowa. Brakuje panoram, w których widać byłoby całe bogactwo jej barw, światłocieni, tę złożoność, która cechuje życie każdego człowieka. Bo dopiero wtedy historia jest ciekawa. A w życiorysie Broniewskiego było wszystko: wielkość i zwykła ludzka małość, bohaterstwo i tchórzostwo, boski talent i tanie agitatorstwo. Stąd też kłopot, jaki mają wszyscy, którzy o nim piszą: jak go zidentyfikować, po której stronie barykady postawić. A to niemożliwe. Bo on sam też wiele razy w życiu próbował się określić i nie udawało mu się. Bywał wielki, ale pisał też rzeczy, których wolałbym, żeby nie napisał. Ale ile jest takich postaci, wobec których nie ma żadnych wątpliwości, zastrzeżeń? Broniewski był po prostu prawdziwy.

Jest Pan z wykształcenia prawnikiem, który oddał pióro historii i kulturze polskiej. „Broniewski. Miłość, wódka, polityka” to jednak „obrona poety”. Zarazem musiał Pan przeprowadzić skrupulatne śledztwo, zamknięte na około czterystu stronach książki. Mam niedosyt, rozbudzony tą pracą. Czy doczekamy się obszerniejszej biografii poety?

M. U.: Mam nadzieję, że powstaną następne. Moja książka to ballada o Broniewskim, reportaż z historii, esej. Przywołuję wyłącznie źródła, wspomnienia, rozmowy z ludźmi, którzy Broniewskiego znali. Jeżeli coś opowiadają, to ich historie mają pieczęć autentyczności, każdy z nich świadczy swoim nazwiskiem, że jego opowieść jest prawdziwa.

Ale na pewno przyjdzie też czas na biografie uniwersyteckie, w których przykładane będzie „szkiełko i oko” do różnych aspektów jego życia. W PRL po jego śmierci wydano wyłącznie zbiór wspomnień o Broniewskim, a potem musiał jeszcze czekać ponad dwadzieścia lat III RP na swoją biografię. Ale podobnie było z moimi książkami o Leopoldzie Tyrmandzie czy Stefanie Kisielewskim: po ich powstaniu posypały się następne. Myślę więc, że powstaną oddzielne książki o poezji Broniewskiego i o jego biografii wojskowo-wojennej. Może nawet ktoś poważy się na naukową książkę o tym, jak bardzo na jego życie wpłynął alkohol?

A dlaczego nie powstała biografia Broniewskiego w czasach PRL-u? Za bardzo kłopotliwy był ten życiorys?

M. U.: To musiałaby być biografia bardzo nieprawdziwa. Zbyt wiele faktów z jego życiorysu było w tamtym ustroju zakazanych. Ale był jeszcze jeden czynnik. W literaturze często dzieje się tak, że są badacze, który całe swoje życie zajmują się twórczością jednego tylko pisarza. A inni w niedopowiedziany sposób godzą się, że właśnie ta osoba ma pierwszeństwo, by napisać biografię swego bohatera. Tak było choćby z Witkacym. Wszyscy czekali na biografię, którą napisze Anna Micińska, która poświęciła mu cały swój naukowy dorobek. Czekano kilkadziesiąt lat, biografii nie było, w końcu Anna Micińska zmarła. W przypadku Broniewskiego nieocenioną pracę wykonała Feliksa Lichodziejewska, która z kolei jemu poświęciła całe swoje życie naukowe. Nie wykluczam więc, że środowisko czekało, aż to Lichodziejewska napisze tę biografię. Mamy podobny przykład z ostatniego roku. Hanna Kirchner przez kilkadziesiąt lat opracowywała twórczość Zofii Nałkowskiej, wykonując pracę benedyktyńską. Ale w jej przypadku doczekaliśmy się, wydała znakomitą biografię pisarki. Feliksa Lichodziejewska nie zdążyła.

Napisał Pan książki o Bolesławie Wieniawie-Długoszowskim, Stefanie Kisielewskim, Leopoldzie Tyrmandzie, Julianie Tuwimie, Jerzym Waldorffie, Władysławie Broniewskim. Czy za wyborem akurat tych postaci kryje się jakaś myśl, szerszy plan twórczy?

M. U.:  Opisuję ludzi, ale za pośrednictwem ich biografii opowiadam o Polsce XX wieku. Polska w ciągu tych stu lat przeszła przez dwa, a – biorąc pod uwagę zabory – wręcz przez trzy ustroje, dwukrotnie odzyskiwała i traciła niepodległość, przeszła przez dwie wojny światowe. Moi bohaterowie żyli w czasach, które wymagały od nich postaw zdecydowanych i zmuszały do zdawania egzaminów z polskości, a czasem po prostu z moralności. Stawali wobec wyzwań i wyborów skrajnych. Zwykle są to osoby związane z literaturą, a zarazem współuczestnicy polityki. To także dla mnie czas różnych doświadczeń, bo kilkanaście lat PRL-u przeżywałem świadomie.

Nie piszę jednak biografii politycznych, wolę pokazywać, jak polityka współkształtuje, czasem wynosi, a czasem łamie ludzi, którzy miotają się, próbując znaleźć dla siebie miejsce.

Jaki jest odbiór „Broniewskiego”?

M. U.: Absolutnie fantastyczny. Oczywiście nie jest to sukces na miarę J. K. Rowling czy Katarzyny Grocholi, ale „Broniewski”, który pojawił się na rynku 4 listopada ubiegłego roku, miał już sześć dodruków. Pod koniec czerwca będzie kolejny. To w sumie daje już prawie dwudziestotysięczny nakład. Cały czas jestem zapraszany na spotkania autorskie, przychodzą na nie zarówno ludzie, którzy poezje Broniewskiego pamiętają z czasów szkolnych, jak i osoby młode, które zainteresowały się nim teraz. Również odbiór mediów jest znakomity. Na kilkadziesiąt recenzji tylko jedna była negatywna. Okazało się, że Broniewski jest poetą potrzebnym także dziś.

Dziękuję za rozmowę.

Wrocław, 7 czerwca 2012 r.

 

Mariusz Urbanek jest autorem kilkunastu książek, m.in. biografii gen. Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego („Wieniawa. Szwoleżer na Pegazie”), Leopolda Tyrmanda („Zły Tyrmand”), Juliana Tuwima („Tuwim”), rodziny Kisielewskich („Kisielewscy. Jan August, Zygmunt, Stefan i Wacek”) i samego Stefana Kisielewskiego („Kisiel”), Jerzego Waldorffa („Waldorff. Ostatni baron Peerelu”) i Władysława Broniewskiego („Broniewski. Miłość, wódka, polityka”). Jest także autorem esejów „Polska jest jak obwarzanek” (dzieje Ustawy o ochronie imienia Józefa Piłsudskiego), „Piłsudski bis” (porównanie pierwszych lat II i III Rzeczypospolitej) oraz wyborów felietonów „Masz to jak w banku” i „Przecieki niekontrolowane”, a także opowiadań „Romans biurkowy”. Pisze także bajki dla dzieci: „Mostek czarownic. Baśnie wrocławskie”, „Baśnie Dolnośląskie” i „Wrocławskich krasnali historie prawdziwe”. Z grafikiem Tomaszem Brodą stworzył satyryczną historię Wrocławia „Zrób sobie Wrocław”. Z wykształcenia jest prawnikiem (ale niepraktykującym), przez ponad dwadzieścia lat pracował jako reporter w tygodnikach ITD, „Przegląd Tygodniowy”, „Wprost” i „Polityka”, obecnie kieruje działem publicystyki i historii we wrocławskim miesięczniku „Odra”.

 

 

Prezentujemy unikatowe nagrania recytacji własnych wierszy przez Władysława Broniewskiego:

Miasto

Ballady i romanse

Poeta i trzeźwi

 

Warto przeczytać także nasze inne teksty o Władysławie Broniewskim:

Jeden komentarz nt. “Poeta z temperaturą – o Władysławie Broniewskim rozmowa z Mariuszem Urbankiem

  1. Wywiad jest bardzo ciekawy, ale książka jeszcze lepsza. Pasjonująca lektura, od pierwszej do statniej strony.Napisana znakomicie i pełna anegdot. Moja ulubiona, pokazująca jak ostre zakręty były w życiu Broniewskiego, wiąże się z jego powojenną podróżą do ZSRR. Pojechał wraz z delegacją pisarzy do Moskwy i Rosjanie uprzejmie zaproponowali pijanemu „towarzyszowi Broniewskiemu, żeby usiadł na chwilę”. Poeta błyskawicznie odpowiedział: – Ja już tu u was siedziałem. W jednym tylko Mariuszowi Urbankowi, mojemu ulubionemu autorowi nie wierzę – przecenia chyba rolę Marii w decyzji Broniewskiego o powrocie do kraju. Ale przedstawia to tak ciekawie, że jestem gotowa uwierzyć w wersję romantyczną. Panie Mariuszu, czekam na następną biografię z burzliwą historią w tle. Może Brzechwa?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *