Maciej Gawlikowski

Broniewski jest niewygodny

10 lutego minęła 50. rocznica śmierci najświetniejszego polskiego poety lewicowego, Władysława Broniewskiego, twórcy dziś z premedytacją przemilczanego, a niegdyś zakłamywanego. Z Maciejem Gawlikowskim, autorem „niewygodnego” filmu dokumentalnego „Errata do biografii: Władysław Broniewski”, rozmawia Krzysztof Wołodźko.

***

Jak to się stało, że zainteresowałeś się Broniewskim? Ty, działacz KPN w latach 80., zrobiłeś film o człowieku uważanym za wzorcową postać z panteonu literatów wysługujących się władzy ludowej.

Maciej Gawlikowski: Producent cyklu „Errata do biografii” zaproponował mi w 2008 r. współpracę. Jako  bohaterów filmu wybrałem postaci interesujące dla mnie samego: Władysława Broniewskiego i Macieja Słomczyńskiego. Bardziej interesowały mnie takie życiorysy, niż biografie konfidentów, którzy służyli całe życie reżimowi. Cykl był odbierany trochę jako służący grzebaniu ludziom w życiorysach, wyszukiwaniu czy to epizodów, czy to długich okresów współpracy z bezpieką i skupiający się prawie wyłącznie na tym. Mnie interesowały osoby mające chwile załamania, okresy, które można oceniać źle, ale ważna była ocena całego ich życia, dorobku, a nie tylko koncentrowanie się na chwilach ich upadku. Broniewski to głęboki patriota, wzór żołnierskiej odwagi, odznaczony krzyżem Virtuti Militari i czterema Krzyżami Walecznych, bohaterski więzień sowieckich aresztów w czasie II wojny światowej, a później współpracownik systemu komunistycznego, choć nie tak gorliwy, jak się powszechnie sądzi.

Jaki był Twój pomysł na film? Od razu wiedziałeś, że opowiesz historię z przymusowego leczenia Broniewskiego w Kościanie, w czasach, gdy placówką kierował Oskar Bielawski?

M. G.: Nie. Chciałem pokazać niejednoznaczność poety. W czasach PRL Broniewski ukazywany był kłamliwie, wyłącznie jako zwolennik Sowietów. Całe jego życie sprowadzano do bycia komunistą. W III RP – z zupełnie innych powodów – ten wizerunek podtrzymano. Broniewski został „zdekomunizowany”: usuwano ulice jego imienia, przestał być patronem szkół. Wreszcie pojawił się zupełnie szalony pomysł usunięcia jego pomnika w Płocku. Rada Miejska forsowała pomysł, który miał szansę przejścia, by zburzyć monument autorstwa Gustawa Zemły. Rodzinny Płock usuwał wszelkie możliwe pamiątki po Broniewskim. Cudem ocalało warszawskie muzeum poety – dzięki staraniom pasjonatów i dzięki temu, że niewiele osób o tej placówce wiedziało.

Potraktowano go pałką, stosując kalki propagandowe. Stąd chciałem pokazać wieloznaczność jego życiorysu, postaw. Chciałem przypomnieć, że trzeba na jego życie spojrzeć całościowo, nie tylko jako na poetę. A jeśli już, to nie tylko autora tych wierszy słabych, propagandowych, które pisał w czasach stalinowskich, ale wierszy wielkich, romantycznych. To one stanowią przytłaczającą większość jego dorobku. Ostatecznie, gdyby na szalach wagi postawić jego postawę z PRL i tę wcześniejszą, to moim zdaniem bilans jest zdecydowanie dodatni. A trzeba też pamiętać, że w PRL za wieloma osobami się wstawiał, wielu ludzi ratował. Ze względu na pozycję, jaką miał – nadwornego poety władców PRL – niewspółmiernie do realiów tamtej epoki miał wielką swobodę mówienia o sprawach, o których wspominanie groziło innym więzieniem. Są dowody na to, nagrania, jak recytuje wiersze i mówi o swojej odsiadce w sowieckich więzieniach. Ponadto, nawet w najczarniejszych czasach mówił o sobie, że jest żołnierzem Komendanta i wypowiadał się pozytywnie o Piłsudskim.

Są w jego życiorysie też sprawy, które skłaniają do refleksji nad II Rzeczpospolitą, choćby odrzucenie wniosku o nadanie poecie Krzyża Niepodległości, który należał mu się za szkolną konspirację, bohaterską walkę w Legionach, za internowanie po kryzysie przysięgowym i konspirację w POW. Wniosek trafiał kilka razy do kosza ze względu na mocno lewicowe, komunizujące poglądy Broniewskiego.

Albo scena również z 20-lecia – rewizji w mieszkaniu Broniewskiego. Policyjni tajniacy obcesowo wyrzucający na podłogę jego rzeczy, nagle drętwieją i ich zachowanie zmienia się drastycznie. Trafili na legitymacje i odznaczenia podejrzanego – w tym Srebrny Krzyż Virtuti Militari. To w przedwojennej Polsce była świętość, a kawaler Virtuti był traktowany z powszechną czcią.

Broniewski to postać na wielki film fabularny!

Wróćmy do „sprawy Kościana”. Od razu spostrzegłeś, że będziesz miał problem z udokumentowaniem tych wydarzeń?

M. G.: Wiedziałem o pobycie Broniewskiego w szpitalu psychiatrycznym w Kościanie. Został na polecenie ministra Bermana obezwładniony i porwany z domu w kilka dni po tragicznej śmierci ukochanej córki Anki. Wywieziono go do odległego od Warszawy Kościana, gdzie więziono go kilka miesięcy, ponoć w trosce o jego zdrowie. Władze obawiały się, że nie stroniący od alkoholu Broniewski zapije się na umór. Nie trafili, bo śmierć najbliższej mu osoby podziałała trzeźwiąco – nie pił w tym czasie nic. Próby ucieczki i wreszcie desperacka głodówka spowodowały uwolnienie go. To, jak władze PRL potraktowały Broniewskiego, wiele mówi o tym systemie. Krew mnie zalewa, gdy słyszę dziś usprawiedliwianie tej decyzji, zwłaszcza przez lekarzy. Padają argumenty: „Broniewski sam sobie winien, pewnie by się zapił”, „Przecież życie mu uratowali, leczyli go tam”. Czy w takim razie minister Arłukowicz może dziś uwięzić w szpitalu psychiatrycznym Marcina Świetlickiego, jeśli uzna, że ten za dużo pali, albo Wojciecha Wencla, który może się przeziębić podczas comiesięcznych marszów smoleńskich? To szaleństwo.

Zbierałem informacje o szpitalu, w którym był więziony, ustaliłem nazwisko Jana Tomaszkiewicza, lekarza pracującego tam przez dziesiątki lat. Udało mi się nawiązać z nim kontakt, dowiedziałem się o procesie, który mu wytoczono za zniesławienie nieżyjącego już Oskara Bielawskiego – dyrektora szpitala, wykonawcę poleceń Bermana. Kościan to mała miejscowość. Gdy próbowałem czegoś się dowiedzieć, napotykałem na duży opór. Żyje tam mit doktora Oskara Bielawskiego jako wybitnego humanisty i wspaniałego lekarza, dobrodzieja Kościana. Mit podtrzymany w latach 90. przez wdowę po nim, która miała ściągnąć do Kościana za ciężkie pieniądze pacjentów z Zachodu, miała pomóc zorganizować dla nich luksusowe sanatorium.

Stąd osoby, które coś wiedziały na temat pobytu Broniewskiego w Kościanie albo milczały jak zaklęte, albo wycofywały się. Jedyną osobą, która zgodziła się opowiedzieć o tym przed kamerą, był Tomaszkiewicz.

Dokument o Broniewskim ukazał się zatem w cyklu „Errata do biografii”. I co dalej?

M. G.: Film miał jedną, premierową emisję: w Jedynce i w TVP Polonia. I nie ujrzał już później światła dziennego, mimo że cały cykl był wielokrotnie powtarzany i przez TVP Historia, i przez Jedynkę. Trafił na półkę i już tam zostanie.

Dostałeś choćby sygnał, że film zostanie wycofany?

M. G.: Dostałem sygnał, że jest panika, gdy Maciej Zaremba, znany dziennikarz mieszkający w Szwecji, zaprotestował przeciw „szkalowaniu pamięci ojca”, Oskara Bielawskiego. Panie z redakcji publicystki kulturalnej, lubiące mieć święty spokój, były wyraźnie przerażone: „Będziemy miały przez Pana nieprzyjemności”. Nakłaniano mnie, bym w oświadczeniu przeprosił Macieja Zarembę, a nawet nieżyjącego już Oskara Bielawskiego, jego ojca. Redakcja skłaniała się do przeprosin, ale stanowczo odmówiłem, bo nie było żadnego powodu. Byli nawet skłonni zrobić to bez mojej zgody, ale Maciej Zaremba zażądał przeprosin w formie zupełnie absurdalnej: w piśmie, które wysłał do TVP (stwierdził w nim, że jestem gorszy niż dziennikarze stalinowscy), domagał się, by przeczytano jego wielostronicowe wyjaśnienia na antenie w dobrym czasie emisyjnym. Z tego powodu było to niemożliwe do realizacji. Chciał także moich przeprosin, groził procesem. Oczywiście nie podał do sądu ani TVP, ani mnie…

…nie musiał, osiągnął to, co chciał.

M. G.: Tak. I sądzę, że o to w gruncie rzeczy chodziło. Chcesz ocenzurować film na temat bliskiej ci postaci historycznej? Nic prostszego. Straszysz TVP i dokument nie ujrzy już światła dziennego. Oczywiście jest jeden warunek – musisz być wpływowym, dobrze ustosunkowanym bywalcem salonów.

Jak sądzisz, na jakim szczeblu zapadały decyzję, by odłożyć film na półkę?

M. G.: Nie mam pojęcia. Podejrzewam, że na wyższym niż redakcja publicystyki. Myślę, że zdecydowało szefostwo anteny. Bądź co bądź, gdy TVP wydaje na coś pieniądze i nie emituje tego, choć mogłaby, to może się spotkać z zarzutem niegospodarności. Ale TVP może liczyć na bezkarność, bo film jest jej własnością: zamówiła materiał i ma pełnię praw. Wszystko poza niezbywalnymi prawami autorskimi jest własnością TVP. Twórcy mają prawo tylko do ewentualnych tantiem, podawania ich nazwisk jako twórców, pokazów autorskich.

Może dobrze, że nie zastosowano wariantu, który się czasem stosuje, czyli wyemitowania filmu w środku nocy. Formalnie nie można wtedy powiedzieć, że materiał nie poszedł, ale nikt tego i tak nie obejrzy.

Masz nadzieję, że film o Broniewskim wróci do emisji, czy uważasz, że jest przegrany?

M. G.: Z filmów, które trafiły na półkę z powodów pozamerytorycznych, mają szansę powrócić takie, które po jakiejś zmianie rządów w telewizji będą na rękę nowym decydentom. Komu na rękę jest film o Broniewskim? Kto o niego powalczy? Nie widzę takiej możliwości.

Tu zatem nałożyły się dwie sprawy: sama postać Broniewskiego – człowieka, którego nie ma komu bronić. I odpowiednia osoba, która mogła zablokować emisję.

M. G.: Zaremba jest człowiekiem bardzo wpływowym. Ma mocną pozycję w kręgu „Gazety Wyborczej”, gdzie regularnie publikuje. Podobno jest też w bardzo dobrych układach towarzyskich z osobami liczącymi się w tym środowisku. I to wystarczy. Co zabawne, porównywał mnie w swoich pismach do „komunistycznych dziennikarzy”, tymczasem – jak wynika ze szwedzkiej Wikipedii – był na emigracji mocno zaangażowany w ruch komunistyczny. W polskich życiorysach Zaremby nie ma na ten temat słowa.

Z Twoich doświadczeń wynika jednak, że problemem nie jest jedno środowisko, związane z „GW”. Tzw. antysalon też ustanowił własną listę „swoich” i „obcych”. Film „Pod Prąd” o KPN uczynił Cię obcym w pro-PiS-owskim środowisku „antysalonu”…  

M. G.: „Antysalon” w sprawach podejścia do wolnego słowa jest kopią „salonu”. Walczący o „wolne słowo”, czołowy reżyser „antysalonu”, Jerzy Zalewski, równocześnie jawnie i publicznie stosuje wobec jemu niewygodnych tematów metody cenzorskie. Tak jak wobec mojego filmu „Pod prąd”, który mu z przyczyn ideologicznych nie pasował. Nie cofnął się przed tym, żeby najpierw kierować wobec mnie pogróżki, a następnie publicznie zwrócić się do producenta mojego filmu, żeby ten wbrew mnie jako autorowi, zmienił jego wymowę… Apel kuriozalny nawet jak na nasze warunki. To jest najlepszy dowód na to, jak głęboko siedzimy dalej w komunie.

I to jest polski dramat: nie ma możliwości swobodnej dyskusji o niewygodnych i niejednoznacznych kwestiach, bo ten czy inny układ towarzyski szybko wszystko pozamiata pod dywan. I to nie jest często walka o idee, ale właśnie układ towarzyski.

Wróćmy do Broniewskiego: nad filmem odbyła się jakaś dyskusja?

M. G.: Dyskusja odbyła się wyłącznie w Internecie, na blogach, było kilka pozytywnych recenzji w prasie. Ale dziś niewiele się dyskutuje o tego rodzaju filmach, niewiele dyskutuje się o tym, co nie dotyczy bieżącej medialnej jatki, albo historii traktowanej służebnie wobec dzisiejszej polityki.

Nie żałujesz, że zrobiłeś film o Broniewskim? Miałbyś święty spokój i większe szanse na kolejne produkcje w TVP.

M. G.: Żałuję, że nie udało mi się zrobić dużego, godzinnego filmu o Broniewskim. Ale nie było i nie będzie pewnie chętnych, by sfinansować taką produkcję. Wiąże się to z ogólną sytuacją na rynku medialnym. Ktoś taki jak Broniewski nie jest tematem dla telewizji komercyjnych, a o TVP już rozmawialiśmy.

W dokumencie większe szanse na produkcję ma szeroko rozumiana tematyka społeczna. Ojciec gwałcący przez czterdzieści lat dzieci to jest temat. Jest szansa się z tym przebić. A kogo obchodzi historia? Wydawcy gazet, producenci telewizyjni robią materiały dla odbiorców ciut głupszych, niż uważają, że jest średnia. Pytanie, czy odpowiednio to szacują… Poza tym założenie powinno być raczej inne: robić programy ciut wyżej średniej, by średnią podnosić…

Kontaktował się z Tobą Mariusz Urbanek autor niedawno wydanej biografii poety „Broniewski. Miłość, wódka, polityka”? Wprost czerpie z Twojego filmu w rozdziale poświęconym pobytowi twórcy w Kościanie…

M. G.: Nie. To mnie nawet zdziwiło, bo pozostało mi sporo materiałów niewykorzystanych w filmie i chętnie bym mu je udostępnił… Za to spory odzew miałem ze strony środowiska psychiatrów. Pół roku po emisji „Erraty” o Broniewskim kontaktowałem się, w innej sprawie, z lekarzem działającym w Polskim Towarzystwie Psychiatrycznym. Gdy tylko się przedstawiłem, wiedział dobrze, kim jestem i od razu powiedział, że zrobiłem paszkwil na środowisko psychiatrów. Zapytałem, czy widział ten film. Powiedział, że nie, ale został ostrzeżony przez kolegów. I podobnie było w przypadku kontaktów z wieloma psychiatrami. Wpływ pewnie miało to, że w filmie brał udział dyrektor szpitala w Kościanie, zarazem członek władz Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, broniący decyzji Oskara Bielawskiego o trzymaniu Broniewskiego w szpitalu siłą, bez nakazu sądowego. Uznano, że wyszedł na głupka i nie wiem czemu obciążano tym akurat mnie…

Opowiadając o poecie, który prawie nikogo nie interesuje, powiedziałeś sporo o dzisiejszej Polsce…

M. G.: Być może. Pewna pani profesor, nawiasem mówiąc osoba niezwykle zasłużona dla psychiatrii, uczennica prof. Kępińskiego, krzyczała na mnie kilkanaście minut, że podważam zaufanie pacjentów do lekarzy, że nie wolno podnosić takich tematów. Solidarność zawodowa. Przyznam, że o ciemnych kartach polskiej psychiatrii wiedziałem więcej i próbowałem tym zainteresować telewizję, bez skutku.

Powiedzmy sobie jasno: liczy się święty spokój w obrębie walczących ze sobą koterii. Naprawdę kontrowersyjne tematy są głęboko schowane przed oczyma publiczności.

Działasz zatem w „drugim obiegu”?

M. G.: W „drugim obiegu” byłem w latach 80. Kiedy patrzę na karykaturalne próby niektórych cofnięcia się o 20 lat i nadrobienia tego, czego wówczas nie robili, to przymierzam się raczej do „trzeciego obiegu”. Może uda się w nim także propagować świetnego poetę i ciekawego człowieka – Broniewskiego?

Dziękuję za rozmowę.

 

Kraków, 27 stycznia 2012 r.

 

Na zdjęciu fotografie identyfikacyjne Władysława Broniewskiego wykonane przez NKWD podczas pobytu w sowieckim więzieniu. Poniżej zamieszczamy pliki dźwiękowe z trzema wierszami Broniewskiego, recytowanymi przez samego poetę!

Broniewski Bagnet na broń

Rozmowa z Historią

Słowo o Stalinie (fragmenty)

 

Maciej Gawlikowski (ur. 1967) – dziennikarz, autor filmów dokumentalnych  i książek, głównie na temat historii najnowszej. Ostatnio wydał wraz z Mirosławem Lewandowskim „Gaz na ulicach” – tysiącstronicową publikację na temat krakowskiej KPN i opozycji w stanie wojennym.

3 komentarzy nt. “Broniewski jest niewygodny

  1. Pingback: Telegram: Kościan (1957) – Państwo Nikt

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *