„Górnik”

Ofiary kopalni

[1907]

Niedawno przyniosły telegramy krótką wiadomość: Reden. Nastąpił tu silny wybuch gazów, 200 do 300 górników zostało odciętych i o losie ich dotąd nic nie wiadomo.

Krótka wiadomość mówiąca sama za siebie, że znowu zaszedł jeden z tych strasznych wypadków, który pomordował dziesiątki górników, trującym gazem potruł pracujących, walącymi się kamieniami zmiażdżył, poranił lub zmienił w bezkształtna masę ojców licznych rodzin, synów i braci.

Nowy rok pracy w kopalniach zapisał się już niezwykle krwawo w ruchu górniczym. Ostatnia katastrofa w Reden jest już z rzędu coś szóstą w bieżącym roku, a rozmiarami swymi przypomina Courieres we Francji, o której wspomnienie – tysiąc ludzi wymordowanych – zgrozą przejmuje górnika.

Katastrofa ostatnia nastąpiła w kopalni węgla w Reden, w zagłębiu węglowym rzeki Saary, na pograniczu pruskiej prowincji nadreńskiej i Lotaryngii. Reden znane jest już z masowych morderstw górników. W r. 1864 eksplozja pyłu węglowego pogrzebała 34 górników „królewskich” (kopalnie w Reden są własnością państwa), a 16 września 1899 r. nastąpił znowu wybuch pyłu węglowego i pozbawił życia sztygara i 8 górników. Ostatni wybuch gazów w Reden był największy dotąd w rewirze Saarbruecken.

W przeddzień katastrofy

Od dłuższego czasu gromadziły się gazy w kopalni Reden na szybach III, IV i V, niebezpieczeństwo groziło lada chwila wybuchem. Kierujący kopalnią inżynier, mimo iż wiedział o nagromadzeniu się gazów, nie ogłosił zakazu zjeżdżania do tych szybów. Załoga kopalni, nie przeczuwając zupełnie, że za chwilę padnie ofiarą, zjechała w liczbie 250 ludzi w poniedziałek rano 28 stycznia br.

Wybuch gazów

Po pół godzinie dał się słyszeć tak straszny wybuch gazów, że na dalekiej przestrzeni ludziom zdawało się, iż nastąpiło trzęsienie ziemi, a w obwodzie kilku kilometrów od miejsca wybuchu ziemia naprawdę zatrzęsła się i dużo szyb popękało w oknach. Przestrzeń zasypana wskutek wybuchu gazów jest oddalona o 2000 m, od windy i znajduje się w głębokości 700 metrów. Wskutek tak utrudnionej sytuacji, prace ratunkowe musiały postępować powoli.

Początkowo przynosiły telegramy wiadomości niedokładne o rozmiarach katastrofy, raz, że 300 trupów znajduje się na dole, to znowu, że już wszystkich wydobyto, a zabitych jest niewiele, innym razem, że akcja ratunkowa jest niemożliwą, a kopalnię należy wodą zalać. Dziś, kiedy wiadomości się ustaliły – można obliczyć dokładnie szkody i ofiary w ludziach.

Rozmiary katastrofy

Doliczając siedmiu nieznalezionych dotąd do zabitych, liczba ofiar wynosi 180. Zwłoki zabitych, jakie wyjmowano spod gruzów przez kilka dni z rzędu, przedstawiają wprost straszny widok. Ciała zmasakrowane we wstrętny sposób, z kamieniami wgniecionymi w mózgi, w piersi, tak jak gdyby węgiel mścić się chciał na ludziach za wyciąganie go na wierzch, na tych biednych proletariuszach, kopiących czarne diamenty nie dla siebie przecież.

Bezkształtna masa ciał zbitych w kłąb, z śmiertelnym bólem na twarzach wolnych od zgniecenia, z połamanymi grzbietami, z wnętrznościami na zewnątrz, z czerniącymi z rzadka węglami pośrodku – to zwłoki wydobytych górników. I nie dziw, że na widok tak bezlitośnie zeszpeconych ciał, krew burzy w żyłach, ręce zaginają się w jakimś kurczowym bólu, a na twarze matek, sióstr i żon pomordowanych występuje naga, straszliwa rozpacz i w dzikim przygnębieniu popycha ich w obłęd formalny; rwą włosy z głowy, zawodzą ochrypłem wyciem, rzucają się na zeszpecone zwłoki pomordowanych i klną jakimś strasznym głosem.

Kondolencje monarchów

A w czasie tych scen rozpaczy, winni tych zbrodni przesyłają sobie kondolencje, jak gdyby nieszczęście spotkało cesarza Wilhelma, cieszącego się z klęski socjalnej demokracji przy wyborach, tej jednej jedynej partii broniącej górników. Wszystko wyraża współczucie właścicielom kopalń, papież spieszy z kondolencyjnym telegramem do Wilhelma II, ale wdowom i matkom pomordowanych współczucia nikt wyrazić nie umie.

Ustawiono kordon żandarmów i policjantów, aby kobiety nie pchały się do zwłok wydobytych świeżo z kopalni.

Prace ratunkowe

Oddział ratunkowy, który pierwszy zjechał do kopalni uważano przez długi czas za stracony, gdyż nie wracał z dołu – później jednak wrócił, nie przynosząc nic z sobą. Gdy się rozeszła wieść o katastrofie, wszystkie oddziały ratunkowe z okręgu Saarbruecken przyszły nadzwyczajnymi pociągami i przystąpiły natychmiast do akcji ratunkowej. Początkowo musiały niektóre oddziały wracać z niczym, gdyż gazy nie pozwalały na jakikolwiek ratunek. I tak tłum robotników, którzy przedarli kordon żandarmerii i przemocą wtargnęli do szybu, dotarł wprawdzie do miejsca katastrofy, lecz musiał zawrócić, gdyż kłęby dymu duszącego ogarnęły ich, iż tylko z trudem czołgając się, dostali się w bezpieczne miejsce. Tak samo trzech profesorów górnictwa musiało z miejsca katastrofy zawrócić.

Powoli jednakże zdołano wydobyć zwłoki, z wyjątkiem 7 powyższych, których nie można odnaleźć. Nie ulega wątpliwości, że śmierć dawno ponieśli.

Szczegóły z katastrofy

Dwóch górników ocalało w cudowny sposób, jakkolwiek znajdowali się oni w pobliżu centrum wybuchu. Prąd eksplozji przeszedł ponad ich głowami. Czołgając się na ziemi, z wytężeniem wszystkich sił, dowlekli się oni do szybu wentylacyjnego, gdzie świerze powietrze znów ich orzeźwiło. Wówczas górnicy ci wrócili do płonącego szybu i ocalili jeszcze dwóch rannych towarzyszów.

Na rzecz pozostałych poprzysyłano zapomogi z różnych stron. I tak: wydział miejski w Berlinie 100 000 marek. Prezydent centralnego komitetu kopalń węgla we Francji wydzielił dla pozostałych 20 000 franków, zaś drogą drobnych składek spomiędzy proletariuszów wpłynęło najwięcej: 300 000 marek; oto jeden więcej dowód solidarności robotników.

Pogrzeb ofiar

Pogrzeb pomordowanych odbywał się częściowo w miarę wydobycia zwłok; kładziono trupy rzędem w równych szarobrunatnych trumnach z metalowymi okuciami, i spuszczano je powoli w dół do grobów. Pogrzebowi pomordowanych towarzyszył jęk i płacze pozostałych i zimne, nagie przygnębienie przełożonych kopalni. Ksiądz pokropił zwłoki, spuszczono je znowu w ziemię jak wydobyto je z ziemi; wkrótce postawią może pomnik pomordowanym „królewskim” górnikom, którzy w głębinach kopalnianych, kopiąc czarne diamenty, znaleźli straszliwą śmierć.

Dalsze katastrofy

Równocześnie z masową śmiercią górników w Reden, wybuch gazów wydarł życie w innym miejscu kilkunastu ludziom. W kopalni węgla Lievin w francuskim departamencie Pas de Calais nastąpił gwałtowny wybuch gazów z nieznanej przyczyny. Kilkunastu górników, między nimi 2 inżynierowie i jeden sztygar, ponieśli śmierć na miejscu, reszta z załogi zdołała się na czas uratować przed śmiercią.

Jeszcze nie zdołano pochować pomordowanych w Reden i Lievin, a znowu eksplozja pyłu węglowego w kopalni w Ameryce zgotowała świeży grób. W Charlestown w Wirginii w kopalni węgla Stuard skutkiem eksplozji pyłu węglowego zostało zasypanych 80 górników w głębokości 500 stóp pod ziemią, i tak bez końca. Mnożą się groby, w których giną dziesiątki, setki ludu górniczego. Nie ma wprost kraju (z kopalniami), żeby śmierć nie zebrała swego plonu. Jeśli od razu nie pozbawi życia całych setek, to chociaż dziesiątki, a nawet pojedyncza jednostki porywa ten nienasycony, wiecznie głodny potwór, jakiemu na imię kopalnia. W ciemne czeluście ziejące wiecznie trującym gazem zjeżdżają na szalach górnicy, zostawiają w głębi swe zdrowie, siły i życie, a potwór wyciąga ustawicznie żelazne łapy po nowe ludzkie mięso. I tak codziennie i tak bez końca odbywa się ta wędrówka górników po śmierć, kalectwa, choroby. Giną jedne pokolenia, a na ich miejsca przychodzą drugie, młode, silne i zdrowe, by po latach kilku, kilkunastu paść masową ofiarą wśród wyziewów kopalnianych lub wrócić kalekami.

Baronowie węglowi, Larysche i Guttmani, Potoccy i Rotszyldzi, potrzebują pieniędzy na zabawy i życie wygodne. Że zginie z Was sto, trzysta, tysiąc, Larysch z pewnością łzy jednej nie uroni, tak jak nie uronił, gdy w Karwinej legli śmiercią w kopalni wasi bracia i ojcowie. Po was przyjdą inni, nie dziś, nie jutro, to później, ale przyjdą. Mięso ludzkie jest tanie, a kopalnia wiecznie głodna…

_________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Górnik. Organ Unii Górników w Austrii” numer 4/1907, Cieszyn, 13 lutego 1907 r. „Górnik” był czasopismem ukazującym się na terenie Śląska Cieszyńskiego i okolic, skierowanym do polskich górników. Pismo było związane z Polską Partią Socjalno-Demokratyczną. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.    

Jeden komentarz nt. “Ofiary kopalni

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *