Michał Gamarnikow

Odwrót od Października

[1958]

W dniach 14 do 19 kwietnia br. w sali kongresowej Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie obradował IV Kongres Związków Zawodowych. Jako jeden z pierwszych mówców zabrał głos Władysław Gomułka, który na kongres przybył – nie wiadomo dlaczego – w podwójnej roli: jako pierwszy sekretarz Komitetu Centralnego PZPR i jako delegat… Związku Pracowników Przemysłu Chemicznego. Nie wiemy, czy Wiktor Kłosiewicz, usunięty po Październiku namiestnik partii w ruchu zawodowym, był na galerii sali obrad w czasie przemówienia Gomułki, ale jeśli był, to musiał się poważnie zastanawiać, za co go właściwie usunięto. Gomułka wygłosił bowiem przemówienie, którego nie powstydziłby się sam Bolesław Bierut, a związkom zawodowym postawił te same zadania, które Wiktor Kłosiewicz tak pilnie i posłusznie wykonywał.

W tym stanie rzeczy warto przypomnieć kilka faktów. Bezpośrednio po Październiku IX Plenum Centralnej Rady Związków Zawodowych (CRZZ) przeprowadziło surową krytykę dotychczasowej działalności związków zawodowych. Stwierdzono wtedy, że związki nie mają oparcia w masach pracujących i nie wypełniają swoich podstawowych zadań w dziedzinie obrony interesów reprezentowanych przez siebie robotników. Dotychczasowemu kierownictwu związków zawodowych zarzucono biurokratyzm i oderwanie się od mas robotniczych. Kłosiewicz, którego robotnicy Żerania siłą usunęli z terenu fabryki i któremu wypuścili powietrze z opon luksusowego Mercedesa, odszedł, a na jego miejsce partia wyznaczyła na przewodniczącego CRZZ Ignacego Logę-Sowińskiego, jednego z najbliższych współpracowników Gomułki.

Usunięcie Kłosiewicza i jego najbliższych współpracowników miało się stać początkiem „odnowy” w ruchu zawodowym. Ponieważ jednocześnie Sejm uchwalił ustawę o Radach Robotniczych, które miały przejąć tzw. troskę o produkcję, wydawało się, że związki zawodowe będą mogły powrócić do tradycyjnej roli obrońcy interesów klasy robotniczej w zakładach pracy.

Półtora roku, które dzieli Polskę od Października, było dla związków zawodowych, a zwłaszcza dla narzuconych im przez partię przywódców, okresem bardzo trudnym. Z jednej strony w dużej większości zakładów pracy pojawił się konkurent – Rady Robotnicze. Wobec gruntownej kompromitacji ruchu zawodowego, klasa robotnicza w Polsce widziała w tych Radach, nie w związkach zawodowych, swoich prawdziwych przedstawicieli. Związki traktowano nadal jako „pas transmisyjny partii”.

Po drugie, wkrótce po Październiku stało się rzeczą oczywistą, że klasa robotnicza ma znowu ponosić główny ciężar naprawiania błędów planu sześcioletniego. Gomułka opanował naciski inflacyjne przez zamrożenie płac robotniczych w marcu ub.r., zezwalając jednocześnie na oficjalne i nieoficjalne podwyżki cen. W rezultacie nastąpiła stagnacja, a często i spadek realnych zarobków robotniczych. W rezultacie stosowania tych bodźców ekonomicznych nastąpiło jednak poważne przesunięcie w podziale dochodu narodowego na niekorzyść klasy robotniczej. I wreszcie Gomułka zdecydował się na tzw. regulację zatrudnienia w gospodarce polskiej przez wyrzucenie z fabryk i zakładów pracy ponad 200 000 robotników. Nie można negować obiektywnej konieczności walki z inflacją, dążenia do wzrostu produkcji rolnej czy uporządkowania sprawy zatrudnienia. Faktem jest jednak, że w każdym wypadku wybrano drogę, która pośrednio czy bezpośrednio uderzała w żywotne interesy klasy robotniczej.

Na te ataki klasa robotnicza w Polsce odpowiedziała falą strajków. Od wczesnych strajków na Żeraniu czy u Kasprzaka, poprzez znane strajki tramwajarzy łódzkich i górników w Bochni i Wieliczce, aż po ostatnie strajki w Grudziądzu i u Cegielskiego w Poznaniu (vide „Gazeta Pomorska” z dnia 5 marca br. i „Życie Partii” z kwietnia br.), strajki robotnicze charakteryzują cały okres pomiędzy IX Plenum CRZZ w listopadzie 1956 roku i IV Kongresem Związków Zawodowych w kwietniu 1958 roku.

W tych nastrojach walki o interesy klasy robotniczej, popartej często akcją strajkową, rola związków zawodowych, opanowanych przez partię komunistyczną, była niesłychanie trudna. Związki miały przed sobą dwie drogi: albo stanąć po stronie robotników walczących o lepsze warunki płacy i pracy, albo stać się rzecznikiem interesów partii, interesów użytkowników narzędzi produkcji, interesów pracodawcy-państwa. Wobec tych alternatyw i przy braku konkretnych instrukcji ze strony kierownictwa partyjnego większość przywódców związkowych lawirowała jak mogła, czekając na Kongres. W rezultacie ogólny autorytet związków upadł jeszcze bardziej, z wyjątkiem tych regionów, gdzie przywódcy związkowi, zwłaszcza niższego szczebla, stanęli otwarcie po stronie robotników, narażając się na otwarty konflikt z partią.

Taka była sytuacja, w której zbierał się IV Kongres Związków Zawodowych, kongres, który miał ustalić rolę ruchu zawodowego w popaździernikowej Polsce. Być może, kiedy Gomułka wszedł na trybunę sali kongresowej, wielu delegatów przypomniało sobie jego przemówienie na I powojennym Kongresie Związków Zawodowych w 1945 roku. Gomułka powiedział wtedy:

„Związki zawodowe nie mogą stracić ani na chwilę z oczu głównego celu swojej działalności, to jest obrony ekonomicznych interesów klasy robotniczej. Stałym ich dążeniem winno być podnoszenie stopy życiowej klasy pracującej”.

Ale rok 1958 to nie jest rok 1945. Gomułka, nawet po Październiku, stawia na pierwszym miejscu nie interes klasy robotniczej, lecz interes partii, interes nowej klasy użytkowników i faktycznych właścicieli środków produkcji. I dlatego tym razem Gomułka dał nominatom partii w ruchu związkowym zupełnie inne dyrektywy.

W okresie stalinowskim głównym i jedynym zadaniem związków zawodowych była tzw. walka o produkcję. Tezę o konieczności walki o „ekonomiczne interesy klasy robotniczej” określało się wtedy jako „socjaldemokratyczną teoryjkę”. Na IV Kongresie Związków Zawodowych Gomułka powrócił do tej interpretacji. Związki zawodowe mają przede wszystkim walczyć o jak najwyższą produkcję, o realizację zadań gospodarczych postawionych przez partię. W ten sposób najlepiej będą służyły interesom klasy robotniczej. Kłosiewicz, który przez lata całe twierdził to samo, musiał zaiste bardzo się dziwić teraz, za co właściwie go wyrzucono.

Teoria, którą na IV Kongresie wysunął Gomułka, jest bardzo prosta. Jedynym źródłem wzrostu stopy życiowej jest wzrost dochodu narodowego. Wzrost stopy życiowej trzeba więc wypracować. Wypracować przez wyższą produkcję i wyższą wydajność pracy. Tak się złożyło, że niemal jednocześnie z przemówieniem Gomułki, w londyńskim „Time and Tide” pojawił się artykuł pt. „Logika strajków”, a w nim argumenty kubek w kubek podobne do argumentów Gomułki. To samo mówią wielcy kapitaliści na całym świecie: najpierw większa produkcja, większa wydajność pracy, a potem dopiero podwyżki płac. Widocznie przywłaszczenie wartości dodatkowej kształtuje psychologię przywłaszczającego bez względu na ustrój.

Teoria o konieczności wypracowania dodatkowego dochodu narodowego na podwyżki płac jest z gruntu fałszywa, bo zakłada ona, że dotychczasowy podział tego dochodu jest sprawiedliwy. Użytkownik wartości dodatkowej – kapitalista czy biurokrata – nie chce i nie zamierza dzielić jej z robotnikiem, a tym bardziej nie pragnie jej oddać. Czyni to tylko pod przymusem, pod groźbą strajku. I znów nie jest przypadkiem, że Gomułka zaatakował strajki robotnicze z taką samą wściekłością, jak reakcjonista angielski z „Time and Tide”. Reakcjonista angielski twierdzi, że strajk to anarchia i że przez strajki związki zawodowe chcą obronić swoich członków przed skutkami inflacji, którą same spowodowały. Gomułka zaś powiedział:

„Zdarzające się tu i ówdzie dzikie strajki są przejawami anarchii, występującej w warunkach socjalistycznych swobód demokratycznych, bądź też są przejawami działalności wroga klasowego”.

Pojęcie „dzikiego strajku” w dzisiejszej Polsce jest co najmniej anachronizmem. Trudno sobie bowiem wyobrazić „oficjalny strajk”, popierany przez komunistyczny związek zawodowy, kierowany przez nominata partyjnego. Gomułka potępia zatem nie „dzikie strajki”, lecz akcję strajkową w ogóle. Jedyną broń klasy robotniczej w walce z wyzyskiem uznaje za „działalność wroga klasowego”, czyli za kontrrewolucję. Stosunek Gomułki do strajków robotniczych nie zmienił się więc od czasu stłumienia krwawo strajku włókniarzy łódzkich w 1947 roku, a to, co mówił o strajku poznańskim na VIII Plenum KC PZPR było – jak dzisiaj widać – tylko taktyką.

Większość korespondentów prasy zagranicznej w Warszawie zatytułowała swoje relacje z przemówienia Gomułki: „Koniec Rad Robotniczych w Polsce”. Rzeczywiście Gomułka zadał Radom Robotniczym duży cios. Dotychczas Rady Robotnicze były w kraju synonimem samorządu robotniczego. Miały stać się współgospodarzami fabryk. Gomułka „rozszerzył” pojęcie samorządu robotniczego, tworząc nową instytucję: Konferencję Samorządu Robotniczego, do której wschodzą członkowie Rady Robotniczej, Rady Zakładowej i Podstawowej Organizacji Partyjnej. Jest to poważny cios, zadany całej instytucji Rad Robotniczych, tego rzekomego „kamienia węgielnego polskiego modelu gospodarczego”, jak to kiedyś pisał w „Nowych Drogach” Oskar Lange.

Połączenie Rad Robotniczych i Rad Zakładowych, czyli organów samorządu robotniczego i ruchu zawodowego w jednej instytucji pod komendą partii, to logiczny skutek roli, jaką Gomułka wyznaczył związkom zawodowym na IV Kongresie: roli walki o wyższą produkcję, o realizację zadań gospodarczych, o podwyżkę norm. Być może zdarzały się wypadki konkurencji między Radami Robotniczymi a Radami Zakładowymi, o której mówił Gomułka. Nie o to jednak chodziło! Gdyby Rada Robotnicza pozostała gospodarzem zakładu, na nią głównie spadłby obowiązek walki o produkcję, a związek zawodowy naturalnie nastawiłby się na obronę interesów robotnika. Gomułka zapobiegł temu, czyniąc organizację związkową rzekomym współgospodarzem zakładu, w myśl fałszywej teorii, że w państwie socjalistycznym interes robotnika jest identyczny z interesem państwa-pracodawcy.

Ta rzekoma identyczność interesów leżała u podstaw stalinowskiego systemu wyzysku. Tę identyczność interesów propagował Kłosiewicz i inni wywożeni w Październiku na taczkach przywódcy związkowi. Dziś Gomułka nie tylko powrócił do tej fałszywej teorii, ale ją logicznie rozwinął. Związki – jakoby w interesie robotników – mają wałczyć z rzekomo nieuzasadnionymi wysokimi zarobkami niektórych robotników. Związki mają dążyć do podwyżki norm i do wzrostu wydajności pracy, bez żadnej gwarancji, że robotnik z tej powiększonej wydajności skorzysta. Związki mają pomagać partii w regulacji siły roboczej, w likwidacji przerostów zatrudnienia, czyli po prostu w wyrzucaniu robotników na bruk.

W przedwojennym teatrzyku warszawskim „Qui Pro Quo” po którejś tam z rzędu zmianie „sanacyjnego” rządu śpiewano piosenkę, w której był taki refren: „Więc się pytanie rodzi stąd, czy warto było zmieniać rząd?”. Tę samą piosenkę pod adresem Gomułki i Logi-Sowińskiego mogliby dziś zaśpiewać Kłosiewicz, Minc czy Bierut.

Michał Gamarnikow

____________________

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Robotnik” – centralnym organie Polskiej Partii Socjalistycznej na uchodźstwie, nr 5/1958, maj 1958. Od tamtej pory nie był wznawiany.

Jeden komentarz nt. “Odwrót od Października

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *