Stanisław Dubois

Obrazki z niezbyt odległych okolic

[1928]

Jeżeli masz czas i trochę pieniędzy, młody towarzyszu, to radzimy ci, rusz na wędrówkę po Polsce. Może nie spędzisz czasu tak wesoło, jak na jakimś letnisku czy w modnym kurorcie, ale za to nauczysz się wiele i poznasz polską rzeczywistość. Może nawet smutny z tej wędrówki wrócisz, gdyż wiele ci ona rozczarowań przyniesie, ale za to zrozumiesz wiele i wiele rzeczy, które w murach starego rodzinnego miasta wydają ci się niezrozumiałe.

Ot, wędruj sobie od miasta do miasteczka, od wsi do wsi, poznawaj ludzi, ich dzieje, warunki ich pracy, bytu. Nie pożałujesz!

Zrób choćby tak, jak myśmy to zrobili – mała wycieczka do niezbyt odległych od Warszawy okolic, choćby tak tylko kilka godzin koleją za Bug, do powiatu Bielsk Podlaski, a zobaczysz, że materiału do obserwacji i rozważań ci nie zabraknie. A jeśli nie wierzysz, to przeczytaj poniższy „plon” autentycznych „wrażeń” z kilkudniowej podróży po owym powiecie, w którym, jak wiesz pewnie, znajduje się piękna Puszcza Białowieska – jedno z większych naturalnych bogactw naszego kraju.

I

Jedziesz sobie, przyjacielu młody, furką ze stacji kolejowej do niewielkiej mieściny X, po drodze piaszczystej, wśród rachitycznego zboża, rosnącego na marnej ziemi. Przejeżdżasz wsie z chałupami krytymi słomą. Dowiadujesz się, że ludność miejscowa jest mieszana: część to Polacy-katolicy, część to Białorusini-prawosławni, często zupełnie spolszczeni bądź po prostu „tutejsi”. Przeważa język rosyjski.

Gwarzysz sobie z młodym furmanem nie-Polakiem i niekatolikiem, mówisz o tym i owym. Może zdobędziesz jego zaufanie, a opowie ci ciekawą „przygodę” swego życia.

– Ojciec mój nie żyje. A – opowie ci furman – wraz z młodszym bratem wożąc gości ze stacji do miasteczka od szeregu już lat utrzymuje matkę i sześcioro rodzeństwa. Zarobek jest marny, bo gości niewiele, a pud owsa kosztuje 9 i pół złotego. Ciężka dola, a teraz i zdrowie nie dopisuje mi.

Spytasz: dlaczego?

– Ot, panie – odpowie furman – ośmiomiesięczne więzienie, a zwłaszcza katownia w defensywie w Białymstoku nadwerężyły mi zdrowie. Było to tak.

Jednej nocy na początku r. 1925 przyszli do mnie młoda pani i pan, prosząc, bym ich odwiózł na stację. Zapłacili – odwiozłem, jak odwiózłbym każdego. Po paru miesiącach aresztowano mnie pod zarzutem, że jestem w kontakcie z komunistami, gdyż odwoziłem komunistów. Nie pomogły tłumaczenia me, że ja wożę każdego i nie mogę pytać gościa, czy on komunista, czy bandyta, czy agent defensywy, że w mieście znają mnie wszyscy i wiedzą, że w ogóle polityką się nie zajmuję – tylko furmanię. Odwieziono mnie do Białegostoku. Tam pokazano mi kobietę i spytano, czy ją kiedyś woziłem. Nie mogłem poznać, czy to była owa pani, którą wraz z panem woziłem w początku 1925 roku. Było to dawno i było to w nocy, a od tego czasu tyle już ludzi przewoziłem. Agenci defensywy koniecznie chcieli, bym stwierdził, że tę właśnie panią owej nocy woziłem. Uczynić tego nie mogłem, bo wydawało mi się, że tamta była inna, nieco mniejsza i szczuplejsza. Powiedziałem, że nie wiem. Trzymano mnie w defensywie 14 dni, nie odsyłając do sędziego śledczego. Teraz już wiem, że po 24 godzinach winni mnie byli przekazać sędziemu. Wtedy nie wiedziałem. Przez te 14 dni bito mnie niemal codziennie, jednego dnia wlano mi w nos 18 butelek wody, a potem bito w plecy i stosowano tortury. Po 14 dniach odesłano mnie do sędziego śledczego, a ten do więzienia. Zażądałem doktora, przybył po 4 miesiącach, gdy ślady po biciu już zniknęły. Osiem miesięcy trwało śledztwo na podstawie protokołu defensywy, którego mi nie odczytano, zmuszając siłą do podpisu, więzienie po katorgach defensywy wydało mi się rajem. Przesiedziałem 8 miesięcy, sprawa przeszła do prokuratora, który dla braku cech przestępstwa zwolnił mnie natychmiast bez sprawy.

– A ja, panie – kończy swe opowiadanie furman – choć nie-Polak, strasznie się cieszyłem, gdy powstała Polska. Jeszcze jako chłopak bawiłem się z polskimi dziećmi. W roku 1920 pierwszy stanąłem w naszym miasteczku do wojska. Gdzie mnie do komunizmu?

Zdumiejesz się, młody podróżniku. Powiesz: przesada. Ale w tym samym miasteczku spotkasz przedwcześnie zestarzałego i niedołężnego człowieka, który czeka rychłego końca. Odbili mu płuca w defensywie. Bili go w piersi przez deskę. Mocno bili. Spotkasz także młodego człowieka, który choć upłynęły 4 lata od czasu, gdy znowuż podejrzany o komunizm siedział w prewencyjnym więzieniu – ma jeszcze teraz głębokie zagłębienia, świadczące o    ciężkich ranach na rękach po zbyt ciasnych kajdanach. Wszyscy oni siedzieli po kilka i kilkanaście miesięcy i zwolnieni zostali bez sądu, gdyż cienia winy ich nie można było znaleźć. Ci, którym coś tam udowodniono, po 3 latach prewencyjnego więzienia dostali w ostatnim białostockim procesie po 5 lat (niektórzy mniej, niektórzy więcej) więzienia.

Tak, ale ty, młody przyjacielu, jesteś optymistą. Powiesz: tak, było źle w tej defensywie, tak mogło być w roku 1925, ale tak już nie jest obecnie.

Istotnie, masz rację. Wiele, wiele się zmieniło na lepsze. Ale o jedno będziesz miał wraz z nami pretensję, że agenci defensywy, Kozłowski i Poper czy Pumpor, którzy w r. 1925 katowali aresztowanych, przetrzymując ich wbrew prawu po kilkanaście dni w defensywie – są jeszcze agentami policji.

I powiesz wraz z nami, że dobrze by było, gdyby p. wojewoda Kirst, który wykazuje sporo energii, dużo dobrej woli, czyszcząc stajnię Augiasza w województwie białostockim, zainteresował się tą sprawą, by kaci nie byli funkcjonariuszami państwowymi. I nie będziesz miał za złe staroście bielsko-podlaskiemu, pełnemu życia p. Baranowskiemu, jeśliby z tą samą energią, z jaką agitował za jedynką [lista nr 1 – sanacyjny Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem – przyp. redakcji Lewicowo.pl] podczas wyborów – wejrzał w stare, a pewno i nowe grzechy policji politycznej w tamtejszych stronach.

Bo zgadzasz się z nami, że metody wyżej opisane nie mogą przywiązać mniejszości narodowych do państwa polskiego. Że ta spokojna, pracowita ludność, która wierzyła, że Polska przyniesie jej wolność i dobrobyt – musi być rozczarowana. I że trudno ci będzie przywiązać tę ludność do państwa polskiego, jeśli nie zobaczy ona wyraźnej zmiany postępowania administracji państwowej, jeśli nie przekona się, że ci, którzy ongiś ją katowali, już na zawsze odeszli, jeśli nie poczuje, że żyje w wolnym państwie jako wolni, równouprawnieni obywatele.

A wiele, wiele błędów odrobić można i wiele krzywdy wynagrodzić.

II

Zajedziesz w swej dalszej podróży, młody towarzyszu, do stolicy powiatu, do Bielska Podlaskiego. Zajdziesz tak jak i my, do małej, nędznej kawiarenki o trzech stołkach. Siądziesz obok jakiegoś bardzo skromnie ubranego człowieka ze wstążeczką Krzyża Walecznych na piersiach. Z zainteresowaniem przyglądać się będziesz jego mizernej twarzy i smutnym, bardzo smutnym oczom. Nawiążecie rozmowę. Początkowo banalną, a potem przejdziecie do poważniejszych spraw. Dowiesz się, że twój nowy znajomy jest inwalidą, żyjącym z śmiesznie małej renty.

Powie ci, że z powodu słabego zdrowia fizycznie pracować nie może, a innej pracy znaleźć nie sposób.

Zapytasz:

–  A dlaczego pan nie dostał jakiejś koncesji? Przecież inwalidzi mają pierwszeństwo przy rozdziale koncesji spirytusowych, tytoniowych itp.?

Gorzki uśmiech, trochę ironiczny, a bardziej smętny, będzie odpowiedzią. A potem spokojnie cedzone słowa:

– Ja tam mówić nie chcę, nie będę się skarżył, ale niech pan jedzie do miasteczka B. i niech się pan dowie, kto ma koncesję na najlepszą tam restaurację. Każdy wie i odpowie.

Jedziesz więc, przyjacielu, w przepełnionym autobusie do owego miasteczka B. Zachodzisz do owej najlepszej restauracji. Czysto tu i schludnie. Gospodarz grzeczny i sympatyczny, gospodyni miła, jedzenie doskonałe. Gaworzysz sobie z prześliczną dziewczyną, córką gospodarza, przemiłym i śmiałym brzdącem. Dobrze ci tu i myślisz: co mi tam ten zgorzkniały inwalida w Bielsku nagadał, tu nie może być żadnego skandalu.

Ale wyjdź na miasto i przepytaj ludzi. Dowiesz się wtedy, że twój gospodarz nie jest właścicielem koncesji, on ją tylko odnajął od innego koncesjonariusza i z jego koncesją za swoje pieniądze urządził porządną restaurację. Jemu zaś płaci, i dobrze płaci, za koncesję.

Któż, pytasz, jest tym szczęśliwym, co nie sieje, nie orze, a zbiera?

Jest nim p. G.

Zapytasz, jakie są jego zasługi, może to inwalida, może były więzień polityczny? O, nie!

Pan G. to agent policyjny i prowokator. Za to, że dobrze najpierw agitował na komunizm, a potem zaagitowanych i ogłupionych wydał, i za to, że ,,dobrze zasługuje się defensywie”, że teraz, gdy już zrzucił maskę komunisty     i jest strasznie zażartym komunizmu wrogiem – otrzymał koncesję.

Zrozumiałeś teraz, przyjacielu, co znaczył ironii i smętku pełen uśmiech biednego, pragnącego pracować uczciwie inwalidy.

III

Dla odmiany zawitaj, podróżniku, na wieś. Choćby do jakiejś wioski w gminie Milejczyce. Zaprzyjaźnij się z jakimś włościaninem. Długo ci będzie mówił o niedoli chłopskiej. O braku ziemi dla chłopów, gdy obok obszerne pola księżowskie i popowskie leżą odłogiem, o zniszczonej chałupie, której nie ma za co odbudować, wykaże ci jak na dłoni, jak niesprawiedliwie są rozkładane podatki, że bogatszy często mniej płaci od biedniejszego, że podatek popłacili i ci chłopi, którzy go płacić nie powinni, że sekwestratorzy są bezwzględni, że kary administracyjne są surowe i z lada lub bez powodu wymierzane itd. Będzie ci mówił rzeczy, których tu napisać nie możemy, gdyż dowieść ich byłoby dość trudno, tak są zagmatwane i zatarte.

Zapytasz:

– A cóż na to gmina, co wójt przez was wybrany, cóż wasz samorząd?

– Jaki ci tam samorząd? – odpowie włościanin. – U nas w gminie nie gminiacy rządzą, a jeno pp. Narbutty, mężowie zaufania jedynki i p. starosty. Podupadli to mocno obywatele, krucho jest z nimi. Stracony został dawny spory majątek. Niewiele już więcej ziemi mają niż dwóch, trzech dobrych gospodarzy; biedują. Ale nosa w górę zadzierają, „robią szlachtę”, jaśniepańskie maniery w dziurawych butach. Jeden z nich koniecznie chciał posłem „jedynkowym” zostać, choć ongiś od ósemki nie byli dalecy [lista nr 8 to koalicja prawicowo-chadecka – przyp. redakcji Lewicowo.pl]. Panoszą się u nas w gminie i tak musi być, jak oni, „dziedzice”, chcą. Trzykrotnie gmina wybrała większością 100 z górą głosów pewnego kandydata, trzykrotnie Narbuttowie zakrzątnęli się w Bielsku i wybrany wójt nie został zatwierdzony. Zatwierdzono natomiast na wójta protegowanego Narbuttów – kontrkandydata, który trzykrotnie przepadał, nie mając zaufania gminy. Toteż dzieje się źle w naszej gminie, ale o tym już kiedy indziej panu opowiem, gdy wrzód dojrzeje. Na razie o jednej tylko rzeczy.

Dwa lata zbiera się podatek, by wybudować nowy dom gminny. Sporo już pieniędzy wpłacili włościanie. Ale o budowie gmachu ani słychu, ani widu. Może pieniądze leżą w kasie, może je wydano na inne cele, ale skoro ludzie płacą na budowę domu, to dom powinien być budowany. 2 lata ściągają podatek. Zła gospodarka. W innych gminach nie lepiej. Na przykład wyrzucono sekretarza z gminy Dubrażyn, to został sekretarzem w Brańsku. Doprawdy, nie wiem dlaczego ten, co był zły w Dubrażynie, ma być dobry w Brańsku. W Kleszczelach pisarz okradł gminę na grube tysiące – nierzadki to wypadek. Nie bardzo panowie wójtowie (przeważnie mianowani, a nie wybierani) i narzucani pisarze zajmują się gospodarką gminną. Za to z wyższego rozkazu gorliwie agitowali wszyscy za jedynką. Będzie to im policzone.

W gminie Białowieża włościanie wsi Stoczek, którzy dawniej, nie mając własnych pastwisk, kupowali prawo pasania bydła tuż obok w lasach białowieskich, z powodu złego wytyczenia rezerwatu i nieprzemyślanego rozsiania nowych drzewostanów muszą pędzić krowy 12 km w jedną i 12 km w drugą stronę, by dać im pastwisko.

Jak ta krowa po takim „spacerze” wygląda i co jest warta, nietrudno sobie wyobrazić.

Jeżeli przejdziesz piechotą, towarzyszu, z tej wsi, w której tyle dowiedziałeś się o samorządzie, do jednej z następnych, uderzy cię po drodze w oczy, że zagony w polu są tak wąskie, że zakręcić pługiem na nich nie sposób. Masz tak zwaną sławną szachownicę. Zapytaj chłopa, ile ma ziemi, a gdy ci odpowie, że powiedzmy, 15 morgów, to nie radzę ci pytać, w ilu kawałkach, bo chłop zacznie kląć. Będzie ich z kilkanaście, i to jeden w jednym końcu, a drugi w drugim o parę kilometrów. I taki 15-morgowy gospodarz, gdy chce swą ziemię objechać, pół dnia musi stracić. Nie pytaj też, jak uregulowane zostały serwituty, nie pytaj, do jakich cen obszarnicy podbili ziemię, nie zadawaj ambarasujących pytań, ile majątków i jak jest rozparcelowanych, czy otrzymują coś z tego okoliczni chłopi. Odpowiedzi nie będą wersalskie. Ale poznasz z nich nędzę wsi i chłopa w Polsce. A jeśli ci słowa i opowiadania nie wystarczą, zajrzyj do chałupy i zobacz, jak jedzą i mieszkają chłopi, potem idź na pole i zobacz, jak pracują. Po trzech dniach przekonasz się i zaciśniesz pięści.

IV

A teraz przejdźmy się trochę, przyjacielu, po miejscowościach, gdzie żyją i pracują robotnicy. Pracują niezmiernie ciężko, ale nie żyją, a wegetują. Powiat bielski to Puszcza Białowieska przede wszystkim, więc mamy tu do czynienia z robotnikami przemysłu drzewnego i trochę chemicznego w przemyśle przetworów drzewnych.

Najpierw zajdźmy do Nurca i pojedźmy do któregoś z pięciu (jeden w okolicy) tartaków. Jeden z nich jest państwowy, ale wydzierżawiony żydowskiemu przemysłowcowi. Stoimy przed bramą, czekamy na robotników, by się z nimi zapoznać i o bycie ich pogadać. Gwizd. Wychodzą zmęczeni, spracowani. Cienie niemal, a nie ludzie. A dlaczego cienie, to się dowiemy, gdy zapytamy, ile zarabiają i ile godzin pracują. Kobiety otrzymują za 8 godzin pracy aż 1 zł 12 gr – 1 zł 20 gr, robotnicy zwykli, niewykwalifikowani, osiągają „zawrotną” sumę 2 zł 40 gr za 8 godz. Niech kto spróbuje wyżyć z rodziną za owe 2 zł 40 gr dziennie! Ale robotnicy w Nurcu, gdzie ceny są takie jak w Warszawie, nie są cudotwórcami i nie umieją wyżyć za te pieniądze. Toteż wszyscy pracują nie 8 godz., lecz 10 godz., by w ten sposób trochę dorobić.

Tartaki idą na dwie zmiany (po 11 godz. z 1-godzinną przerwą). Robotnicy, by jakoś przeżyć, pracują po 10-12 godz., a setki robotników chodzi bez pracy.

A jak pp. fabrykanci traktują robotnika? Niech który upomni się o podwyżkę, zaraz traci pracę. Niech domaga się natarczywiej urlopu, czeka go to samo. Urlopów udziela się, kiedy się żywnie fabrykantom podoba. Często nie udziela się wcale. Są robotnicy pewnych kategorii, którzy stale pracują 12 godzin dziennie, a w poniedziałek 14 godzin, i zawsze otrzymują tylko zapłatę za 10 godzin. W razie wypadku firma nie płaci nigdy odszkodowania. Tę samowolę fabrykantów zrozumiesz, towarzyszu, gdy dowiesz się, że wiedzą oni, iż władze patrzą na wszystko przez palce. Pan inspektor pracy z Białegostoku miał sumienie podpisać cennik płac, w myśl którego kobieta otrzymuje 15 gr, a mężczyzna 30 gr za godzinę. P. inspektor nie zmusza pp. fabrykantów do przestrzegania ustawodawstwa społecznego.

Wszyscy robotnicy w Polsce korzystają z takich czy innych ubezpieczeń społecznych, tylko nie robotnicy z Nurca. Są jak przeklęci. W niektórych tartakach robotnicy nie są nawet ubezpieczeni w Funduszu Bezrobocia. Ba, kasa chorych jest dla nich niedostępna. Ściąga się już od nich od miesiąca składki na kasę chorych, ale w Nurcu nie ma ani ambulatorium, ani miejscowego, ani też przyjeżdżającego choćby dwa razy na tydzień kasowego lekarza. Nie ma apteki, nie ma akuszerki, nie ma w ogóle nic. Dopiero chodzą słuchy, że ambulatorium będzie. Z górą pół tysiąca ludzi pracy jest pozbawionych pomocy lekarskiej nie tylko w nagłych wypadkach, ale i w zwykłej chorobie. Najbliższe ambulatorium jest o godzinę drogi koleją. Koszt biletu uniemożliwia robotnikom udawanie się o poradę. W razie nagłego wypadku trzeba wzywać prywatnego lekarza, który żąda pieniędzy. Sytuacja wprost beznadziejna.

Toteż poznawszy te warunki, przyjacielu, który może już czujesz się zmęczony przydługą podróżą – nie będziesz się dziwił przygnębieniu, niewierze, pewnego rodzaju nihilizmowi, który przenika serca tych białych Murzynów. Nie zdziwi cię, że wieczorem zamiast wesołej piosenki usłyszysz pijacki krzyk. To zgnębiony do ostateczności człowiek, sponiewierany i biedny, szuka zapomnienia, ucieka od przerażającej go rzeczywistości, za ostatnie grosze szuka złudzenia i pociechy w kieliszku, w parę godzin przepijając kilkudniowy zarobek, by potem znowu przez szereg dni głodować.

Zresztą pić robotnika nauczyli fabrykanci, którzy w tych i innych okolicach kresowych w pierwszych latach niepodległości płacili robotnikom nie pieniędzmi, lecz wódką. Butelka wódki była środkiem obiegowym. A stosy ich leżały wokół wsi i osad. Ogłupiony alkoholem robotnik łatwiej się dawał wyzyskiwać.

Ale wpadnijmy jeszcze na chwilę do Hajnówki i Białowieży. Tam wszechwładnie rozsiadła się angielsko-łotewsko-żydowska firma „Century”, potężna i sprytna. O, jakże sprytna! Zdołała w jakiś sposób wywrzeć wpływ na rząd, że ten zawarł z tą firmą długoletnią umowę, mocą której „Century” otrzymał monopol na eksploatację Puszczy Białowieskiej na warunkach dla skarbu państwa bardzo niekorzystnych. „Century” otrzymuje drzewo po cenach znacznie niższych od cen rynku krajowego. Gdy państwo sprzeda drzewo innym przedsiębiorcom, to otrzymuje ceny o wiele wyższe. Tysiące i setki tysięcy złotych otrzymuje „Century” w prezencie od rządu. Ale i to uprzywilejowane stanowisko „Century” nie skłania jej do lojalnego stosunku względem państwa ani do ludzkiego traktowania robotnika. „Century” prowadzi rabunkową gospodarkę. Do 80 proc. drzewa wywozi w nieobrobionym stanie, przez co zwiększa bezrobocie w kraju i ujemnie wpływa na bilans handlowy. Prawda, że płace robotnicze są nieco wyższe w Białowieży i Hajnówce niż w Nurcu, ale też i drożyzna, zwłaszcza w Białowieży, odciętej od świata, jest znacznie większa. Sama firma przyznaje, że ceny w Białowieży są o 30 proc., a nieraz o 50 proc. wyższe niż w Warszawie. Toteż wyższe nominalnie płace realnie nie dają robotnikowi o wiele lepszej niż w Nurcu egzystencji. Zwłaszcza że niektórzy dyrektorzy traktują robotników jak swych niewolników i jakże zręcznie umieją obchodzić ustawy. Nie chcą też uznać związku zawodowego.

Weźmy choćby sprawę mieszkaniową. Kołaczą i kołaczą robotnicy, by wreszcie cośkolwiek poprawiono im skandalicznie niehigieniczne warunki mieszkaniowe. Zajrzyj, towarzyszu, do owych sławetnych ziemianek czy baraków w Białowieży lub w państwowych tartakach w Czarnej Wsi (pow. białostocki), w Hajnówce. W maleńkiej izdebce śpi kilka lub kilkanaście osób. W nocy, jeżeli deszcz leje, trzeba przesuwać kilka razy łóżko, by nie zostać zalanym wodą przez dziurawy sufit. Rano zbierają się w izbie kałuże. Sufit trzeba balami podpierać, by się nie zawalił. Wietrzyć izb nie trzeba, bo wiatr przez dziury w ścianie niesie świeże powietrze, ale też jesienią lub zimą mroźny wiatr. A te roje pluskiew i innego robactwa! I nic na świecie nie może skłonić bogatej, kosztem nędzy robotniczej tuczącej się „Century”, do załatwienia sprawy mieszkaniowej. Jakby drzewa w Puszczy nie było! Ba, jeśli robotnik chce sam się pobudować, to mu się drzewa nie sprzedaje – bo… nie opłaca się sprzedawać detalicznie!

– Ech – powiesz do mnie, przyjacielu – kazałeś mi podróżować po bielsko-podlaskim powiecie, po zapadłej dziurze, jedynej na pewno w swoim rodzaju w Polsce. Gdzie indziej jest inaczej, lepiej. Jedna jaskółka nie stanowi wiosny.

– O, niepoprawny optymisto! Gardzisz pięknym, między ślicznym Bugiem i uroczą Narwią położonym powiatem bielskim. Nie upieram się wcale. Jedź na Pińszczyznę, w Grodzieńskie, Białostockie, Wileńskie, gdzie wolisz. Wszędzie zobaczysz takie lub podobne zachwycające obrazki z życia polskiego.

A jedź nawet całkiem w inną stronę, choćby w Zamojszczyznę. Obejrzysz warunki pracy w tamtejszych tartakach lub kamieniołomach. O, nie są lepsze! Nie! Tak samo, jak i tu, cierpi chłop zamojski. Taki sam nieludzki wyzysk stosuje przebogata ordynacja hrabiów Zamojskich, jak i przemysłowiec żydowski w Nurcu. Tak samo bogaci się kosztem państwa, jak angielsko-łotewsko-żydowska „Century”.

I podobny tam był, a i jest system policyjno-administracyjny. I takie samo położenie chłopów.

Hrabiowska ordynacjo! Ile to milionów zaległych podatków nie wpłynęło z twych pełnych kas do ubogiego skarbu państwa? Ileż to milionów marnuje się przez nieudolną gospodarkę lasów, które winny być upaństwowione? Wszak całe połacie leśne gniją, tysiące drzew padają ofiarą zarazy. I jakim to prawem, niby udzielne księstwo, ordynacja zamojska miała własne oddziały wojskowe, umundurowane, uzbrojone i militarnie zdyscyplinowane do „ujarzmiania” miejscowej ludności?! Czyż spadły jakie wyroki na twórców tych oddziałów i tych pseudożołnierzy za mordy przez nich dokonane na bezbronnej ludności? Za gałąź skradzioną w lesie, za zbieranie płodów leśnych, za wpędzanie bydła w jaśnie pański oświecony las – strzelano wszak i zabijano ludzi!

A teraz wracasz już, przyjacielu, ze swej krótkiej wędrówki. Wracasz smutny, może przygnębiony albo gniewny. O, lepiej by było, byś był gniewny, bo wtedy stanąłbyś czynnie w walczących szeregach socjalistycznych.

Stanisław Dubois
________________________
Powyższy tekst Stanisława Dubois pierwotnie ukazał się w kilku częściach w PPS-owskim dzienniku „Robotnik”, w dniach 21 VII, 23 VII  i 25 VII 1928 r. Przedruk za Stanisław Dubois – „Artykuły i przemówienia”, Książka i Wiedza, Warszawa 1968. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *