Marian „Wojtek” Malinowski

O Wojtku i o tajnej drukarni

[1919]

„Ilustrowany Kurier Codzienny”, podając w końcu listopada r. ub. wzmiankę o 25-leciu PPS, wspomina o jakiejś drukarni i archiwum, jakoby „skonfiskowanych” przez PPS „lewicowcom” [PPS-Lewica]. Co do archiwum – nie wiem, jak tam było; co się tyczy drukarni, jeżeli tu chodzi o tajną drukarnię w Zagłębiu [Dąbrowskim], to, w imię prawdy, pospieszam z opisem, jak rzecz miała. Mogę postawić cały szereg świadków, którzy byli przy wykupieniu i przewiezieniu drukarni, i stwierdzam, że tam żadnego napadu z bojowcami, a tym samym i konfiskaty nie było.

Autor

Po rozłamie w PPS, a w 1907 roku po zjeździe, zostałem naznaczony przez Centralny Komitet Robotniczy PPS – Frakcji Rewolucyjnej jako funkcjonariusz do Zagłębia Dąbrowskiego. Wyjeżdżałem z Wiednia w marcu i na pożegnanie członkowie ówczesnego Centralnego Komitetu Robotniczego, tow. tow. „Ryszard” albo „Karol” (Jędrzejewski) oraz Dąbkowski, oświadczyli mi: „Jedziecie, Wojciechu, na bardzo ważną placówką robotniczą; jest tam źle, postarajcie się więc zaprowadzić porządek, jednym słowem – robotę organizacyjno-agitacyjną postawić na nogi. Liczymy, że za kilka miesięcy wasza praca wyda swój plon”.

Ano – myślę – trzeba jechać i robić, skoro tego wymaga nasza sprawa i skoro jest takie rozporządzenie CKR.

Nie chcę tu opisywać moich przeżyć zanim doprowadziłem okręg do porządku, mogę jednak napisać dziś na podstawie sprawozdań jesiennej konferencji PPS, odbytej w Zakopanem, że w 1907 r. Zagłębie pod każdym względem było najsolidniejszym okręgiem z całego Królestwa. Mogą to stwierdzić towarzysze-robotnicy, którzy w one czasy ze mną w Zagłębiu pracowali.

Przejdźmy jednak do istoty sprawy, czyli do owego, jak „lewicowcy” twierdzą, „bandyckiego napadu” Wojtka na „ich” (?) drukarnię…

Nie pamiętam już dziś, w jakim to było miesiącu – jakoś na wiosnę, w końcu maja, czy w czerwcu. Robota organizacyjna rozwijała się pomyślnie i największą naszą bolączką był brak własnej drukarni. Na razie drukowaliśmy w Będzinie, w pewnej drukarni będącej pod wpływami bundowców. Tam jednak żądano za robotę drogo, papier dawano kiepski, a najgłówniej –  na każdym kroku okazywano, że nam, PPS-owcom, robią łaskę. Kilka razy zwróciłem się do towarzyszy na posiedzeniu Komitetu Okręgowego, czy nie wiedzą, gdzie można by nabyć jaką niedużą maszynę drukarską. Ostatecznie nic nie dawało się zrobić. Gotówki tyle, by kupić nową, w kasie okręgowej nie było. Więc tymczasem drukowaliśmy bibułę, gdzie się dało.

Pewnego dnia daje mi znać tow. Bartek z Sielca, pracujący w Hucie Katarzyna, że jest jakaś drukarnia w rękach „lewicowców”, którą oni chcą sprzedać, a w każdym razie chcą jej się pozbyć, ponieważ grozi jej i towarzyszom przy niej znajdującym się – wsypa. Tow. Bartek zaklina mnie na wszystko, żeby owych towarzyszy ratować; było to w dzień roboczy pod wieczór, na zebraniu. Odpowiedziałem mu, że drukarni nie kupimy, bo nie ma floty, chyba na raty, a już jeżeli koniecznie chodzi o pomoc, to niech ten „ktoś” przyjdzie na drugi dzień rano o 9 na dziedziniec kościoła, znajdującego się przy ulicy Głównej. Prócz tego umówiłem się o znak „poznania”.

Dnia następnego rano, przed 9, byłem na stanowisku, miałem bowiem zwyczaj czasami wcześniej na randkę przychodzić, aby zbadać „czystość” terenu. Czekam koło kościołka, ludzie wchodzą do wnętrza, to znów wychodzą, inni siadają na ławeczkach. Trzymam rękę w specjalny umówiony sposób, a tu się nikt nie zjawia. Coś koło 9.30, kiedy coraz większa pustka koło kościołka powstawała, niekontent z czekania skierowałem się do wyjścia. Wtem uwagę moją zwrócił pewien jegomość, dość dobrej tuszy, w sztywniaku na głowie, który jak gdyby chciał się do mnie z czymś zwrócić. Kiedym go mijał, jegomość ów, jak się później okazało ten, na kogo czekałem, zrywa się z ławeczki, dogania mnie i pyta: „Czy to pan jest Wojciechem?”. Myślę – dobryś… Wsypa czy co? Ale zatrzymuję się i, nie odpowiadając na pytanie, zwracam się do niego ze słowami: „Pan zapewne kogoś szuka?”. Towarzysz ów, zmieszany i zdenerwowany, objaśnia mi, że właśnie miał tu pilny interes, ale do Wojciecha. Widząc jego zdenerwowanie i kombinując, że przecież szpicel nie denerwowałby się chyba w tak widoczny sposób, zapytuję go, czy zna „Bartka” i czy interes jest w sprawie „maszynki”. Otrzymawszy odpowiedź twierdzącą, zapytałem go o znak, i po przekonaniu się zupełnym, że jest to ten, na którego czekałem, wziąłem towarzysza pod rękę i poszliśmy spacerem przez ulice najwięcej puste i „czyste”.

Z rozmów dowiedziałem się, co następuje. Maszyna drukarska rzeczywiście jest, ale nie u niego, tylko u jego znajomego (jak się później okazało, to była u niego, a dlaczego na razie konspirował – nie wiem). W domu tym i mieszkaniu już była raz rewizja, ale, na szczęście, nie znaleźli. Obecnie są wiadomości, że lada dzień przyjdą żandarmi powtórnie, ponieważ wiedzą, że maszyna tam jest, że na pewno się wsypie, bo cały dom o drukarni wie. W końcu zakończył prośbą, że jeżeli nie chcę maszyny kupić i nie zabiorę jej, to ten jego znajomy rozbierze ją dziś i sprzeda Żydom, bo musi siebie i żonę swoją ratować.

Pytam go, do jakiej należy partii. Odpowiada, że do „lewicy”, ale teraz już do nich należeć nie chce. Na pytanie moje, że skoro on jest „lewicowcem” i skoro, jak mi wczoraj mówiono, tę drukarnię złożyli tam „lewicowcy”, to dlaczego się do nich nie zwraca o zabranie, odpowiedział, że już kilka razy zwracał się do „lewicowców”, że z początku odkładali z dnia na dzień, a teraz zupełnie nie chcą myśleć o zabraniu.

Widząc moje wahanie się, zaczął na nowo molestować. Myślę – cóż, zobaczyć ową maszynę warto. Zapytałem się o adres i wyznaczyłem u niego w domu spotkanie na godzinę 2 po południu.

Wtedy kasjerem Okręgowego Komitetu Robotniczego był tow. „Adwokat” (Piotr Rudkiewicz), krawiec z zawodu. Udałem się więc od razu do niego z wiadomością i zapytaniem, w jakim stanie znajduje się finansowość. Odpowiedział mi, że w kasie jest oprócz stu kilkudziesięciu rubli z podatku partyjnego jeszcze przeszło 300 rubli, zebranych specjalnie na broń, i że można by z tych pieniędzy pożyczyć na wykupienie drukarni.

Tutaj muszę czytelnikom zakomunikować, że właściwie sprawa najpierw powinna była być, wedle ustawy, rozstrzygnięta na posiedzeniu Okręgowego Komitetu Robotniczego, ale ponieważ periodyczne posiedzenie miało się odbyć za kilka dni dopiero i że w dzień roboczy niepodobieństwem było ludzi zwołać, a zwłaszcza w Zagłębiu, gdzie dzielnice organizacyjne są od siebie odległe o 20 wiorst, jak Zawiercie; musieliśmy siłą rzeczy decydować we dwóch z tow. Rudkiewiczem, a przeto brać na siebie całą odpowiedzialność w razie, gdyby Okręgowy Komitet owej transakcji nie zatwierdził. Wyboru jednak nie było, wszak na 2 miałem się stawić z pieniędzmi, a tu już było po 10. Na szczęście, spotkałem funkcjonariusza dzielnicy Niemcy, tow. Zawieruchę, któremu zakomunikowałem, jak sprawy stoją. Zawierucha po namyśle gada, że trzeba na wypadek przyszykować furmankę do przewiezienia i lokal na przechowanie, bo kto wie, może naprawdę wpaść rewizja, a przecież szkoda żandarmom oddać drukarnię. Umówiliśmy się z Zawieruchą, że pójdziemy o 2 obejrzeć maszynę i ostatecznie zadecydować.

Na drodze z Sielca do Będzina, na tak zwanym Nowym Będzinie, niedaleko stacji kolejowej, po prawej stronie ulicy, wznosi się niewielka, piętrowa, z facjatami, kamienica. Tak, jak większość domów w Zagłębiu, mury kamienicy nie są tynkowane i sczerniały od pyłu węglowego. Tył, a właściwie drugi front owej posesji, był to parterowy, również murowany i nietynkowany budynek. W budynku tym mieściła się piwiarnia. Punkt druga obydwaj z tow. Zawieruchą zbliżaliśmy się do miejsca spotkania, to jest do owej piwiarni. Szedłem z ogromnym zaciekawieniem zobaczenia tak maszyny, jak i przekonania się, na ile niebezpieczeństwo było groźne.

Wchodzimy do piwiarni, spotykając w niej czekającego, a znajomego mi już od rana towarzysza. Po kilku słowach dowiaduję się, że maszyna jest w tym domu którego on sam jest właścicielem. Rano, niezupełnie ufając mi, umyślnie mówił, że to nie u niego, a tylko u znajomego:    następnie jeszcze raz prosi, aby maszynę zaraz zabrać. Przerwałem rozmowę żądaniem pokazania mi nareszcie, gdzie jest i w jakim stanie owa maszyna, przynosząca aż tyle kłopotu i zmartwienia. „Panowie nie żartujcie” – mówił dalej, szukając kluczy, gospodarz. – „Już kilka razy zwracałem się, żeby ją stąd zabrali, i wszystko na próżno. Wszyscy lokatorzy wiedzą o niej, a był czas, że i broni mi tu naznosili, tak jakby umyślnie chciano mnie wsypać”. Nareszcie klucze się znalazły – ruszyliśmy więc przez podwórze do jednej z sieni, gdzie nasz przewodnik otworzył drzwi do komórki pod schodami. Weszliśmy do owej klitki, zamykając szczelnie drzwi za sobą. Zapaliliśmy latarkę gospodarza, ten zaś, odgarnąwszy różnego rodzaju rupiecie, podważył czworokątną deskę w podłodze, spod której ukazał się otwór do loszku.

Jeden za drugim spuszczaliśmy się do piwnicy, zupełnie ciemnej, sklepionej. Na środku stała maszyna drukarska – pedałówka. Rdza miejscami grubą warstwą pokrywała żelazne części maszyny; tu i owdzie cienkimi strugami spływała wilgoć. Drewniany blat, na który kładzie się papier do druku, pokryty był pleśnią. Na ziemi, porozrzucane w nieładzie, leżały części drugiej maszyny, tak zwanej „bostonki”. Pod ścianą widać było paczki czcionek zupełnie nowych, zapakowanych tak, jak je z fabryki wysłano. Trochę starych czcionek, porozsypywanych i pomieszanych w pudełeczkach. Był to obraz kiepskiej gospodarki majątku, którego nie umiano wyzyskać. Mieć taki kącik, taką maszynę i nie drukować na niej, nie bić organu – to szczyt niedołęstwa! Zwracam się więc do gospodarza, aby mi wytłumaczył, w jaki sposób maszynie tej zagraża niebezpieczeństwo wsypy, wszak loszek wspaniale ukryty, nawet okienka nie ma, i gdyby nie wilgoć, to tutaj można by okrągły rok drukować, o ile by wynoszenie druków i przynoszenie papieru, czyli tak zwana „technika”, były dobrze zorganizowane. Gospodarz odpowiedział, że w czasie ostatniej, a niedawnej rewizji żandarmi już byli w komórce pod schodami. Zdawało się, że znajdą loszek; żona jego mało nie zemdlała. Obecnie nie chce drugi raz ryzykować. Cóż – myślę – zostawić maszyny i czcionki tak jak są, nie można, trzeba coś radzić. A wreszcie jestem również stary pepesowiec i majątkiem ogólno-pepesowskim obowiązany jestem się zaopiekować. „Dobrze – rzekłem głośno: Maszynę zabieram, ale warunek, że dacie poświadczenie, iż sami maszynę oddaliście, jak również zawiadomicie tych, co tu zostawili, kto ją zabrał i w jaki sposób”. Gospodarz aż poweselał z radości. „Ale zwrócicie mi to, co oni (lewicowcy) są winni?”… – ,,Zgoda – mówię – a ile się należy?”. Obliczył… przeszło siedemdziesiąt rubli.

Wyszliśmy na górę do piwiarni, gdzie w obecności tow. Zawieruchy wypłaciłem pieniądze, na które otrzymałem kwit i zaświadczenie, że maszynę oddano mi dobrowolnie. Zawierucha ruszył do Strzemieszyc po furmankę, gospodarz zaś pobiegł na facjatę do pewnego towarzysza, ślusarza, ,,lewicowca”, z prośbą, aby był łaskaw poodkręcać ważniejsze części maszyny, w celu łatwiejszego przewiezienia jej.

Pod wieczór zjawił się z furmanką tow. Zawierucha. Po cichu zawiadomił mnie, że w pobliżu znajduje się oddziałek bojowy, który nieznacznie będzie eskortował furmankę, a w razie spotkania strażników pogranicznych nie pozwoli na zabranie maszyny, choćby wypadło wystrzelać napastników… Wkrótce maszyna znalazła się na wozie. Nakryto ją workami… Wóz pomału ruszył…

W pewnej odległości zjawiło się nagle dwóch młodych ludzi – pogwizdując, szli przed wozem na kilkadziesiąt kroków. Za chwilą, z tyłu, w odległości 40 kroków, zjawił się również jakiś zasmolony górnik… A tam jeszcze jeden, i jeszcze jeden… – to eskorta bojówki.

Następnego dnia posłałem pewnego towarzysza, zdolnego ślusarza i montera, aby obejrzał, oczyścił maszynę z rdzy i, co potrzeba, dorobił.

W najbliższą po tym wypadku niedzielę zebrali się członkowie Okręgowego Komitetu Robotniczego Zagłębia na posiedzenie w liczbie 16, prócz pięciu funkcjonariuszy. Na porządku dziennym stanęła kwestia maszyny. Jako zasadnicze punkty, które należało rozstrzygnąć, postawiono pytania: Czy należało zabierać maszynę od razu? Czy mamy prawo do owej maszyny? 1 czy tow. tow. „Wojtek” i „Adwokat” postąpili dobrze, rozporządzając kapitałem okręgu bez porozumienia się z egzekutywą?

Za pierwszym punktem byli wszyscy przeciw jednemu, który złożył motywację, że należało się zwrócić do CKR „Lewicy” z zawiadomieniem uprzednio, że niebezpieczeństwo zagraża drukarni i dopiero po niezałatwieniu przez CKR „Lewicy” maszynę zabrać. Punkt drugi: czy mamy do maszyny prawo? Po przedyskutowaniu, wszyscy, z wyjątkiem dwóch wstrzymujących się od głosowania, orzekli, że mamy prawo do połowy wartości maszyny i inwentarza, jako że jesteśmy również PPS, a maszyna była własnością partii już przed rozłamem. Punkt trzeci uchwalono z warunkiem, że na przyszłość, w razie nagłej potrzeby asygnowania pieniędzy, tow. „Wojtek” zwróci się do co najmniej dwóch członków egzekutywy, aby nikt później do W. nie miał pretensji. Na ostatku zapadła rezolucja dodatkowa, aby po oczyszczeniu i zmontowaniu maszyny, w imieniu Okręgowego Komitetu dwóch towarzyszy z egzekutywy wraz z tow. „Wojtkiem” zawiadomili Okręgowy Komitet ,,Lewicy”, że maszyna jest do odebrania, jednak za zwrotem kosztów wykupu, przewozu, reparacji; oraz zwrotem połowy wartości maszyny, prawnie nam, jako PPS-owcom, przypadającej.

Gdyby „lewicowcy” nie byli w możności uiszczenia zapłaty, uchwalono zawiadomić ich, że wszelkie nielegalne druki będziemy im drukować po cenie kosztu. Członkowie OKR zobowiązali się zaraz zawiadomić o fakcie i jak sprawy stoją ogół towarzyszy w fabrykach i kopalniach. Tego samego dnia zawiadomienie dla „lewicowców” według uchwały było gotowe, a na drugi dzień rano wysłane.

Zajęliśmy się czyszczeniem i montowaniem maszyny, ale wobec jej rozpaczliwego stanu, zeszło nam 2 tygodnie, zanim można było przystąpić do roboty.

Tymczasem ,,lewicowcy” narobili piekła. Ukazała się ich odezwa, nazywająca „fraków” „bandytami” i w fałszywy sposób oświetlająca sam fakt, na przykład twierdziła ona, że bojowcy z bronią w ręku napadli i porwali drukarnię, kiedy, de facto, bojowcy od domu, skąd zabierano, byli najmniej o 150 kroków i ani jeden na chwilę się nawet nie zbliżył.

Po fabrykach i kopalniach zagotowało się wśród robociarzy. Niektórzy „lewicowcy” – ci niezacietrzewieni – pytali się mnie osobiście, jak było naprawdę. Opowiedziałem, wskazując świadków. Na wypadek poszedłem jeszcze raz do oddawcy, myślałem, że może on co nakłamał. Ale nie! Oświadczył mi tylko, że „lewicowcy” byli u niego, nawymyślali, co się zmieściło, ale on im zwrócił uwagę, że oni są winni, a nie on, bo wszak prosił dawno o zabranie. Spytałem go, czy w razie, gdybym zażądał jego świadectwa jeszcze raz, będzie gotów stwierdzić, jak było? Odpowiedział, że choć sto razy gotów zaświadczyć, jako sam oddał. Myślę: „co będę sobie głowę zawracał głupstwami, lepiej postaram się jak najprędzej wydać numer »Górnika«”. Siadłem więc do pisania artykułów, a jednocześnie przygotowałem rysunek i oddałem do zrobienia winietę tytułową z widoczkiem fabryk i idącym do pracy górnikiem.

Rysunek w ogóle towarzyszom się spodobał. Akurat dostałem odpowiedź od towarzysza Sławka z Krakowa, że zecer bardzo zdolny jutro wyjeżdża, aby zająć się pracą w „tajnej drukarni Górnika”, Aż tu nagle zjawia się z Warszawy tow. Karol, albo Ryszard. Zaledwie wszedł do mieszkania, jak nie zacznie mi wymyślać: „Co wyście tu znowu nabroili? Z bojowcami napadliście drukarnię »lewicowców«”! – „Gdzie zaś! –mówię. – Kupiłem…”. Widzę, że tow. Karol patrzy na mnie, sądząc, że kpię, więc powtarzam, że kupiłem, na co mam kwit i świadków. Usiadł tedy i zażądał szczegółowego sprawozdania. Po wysłuchaniu zawiadomił mnie, że „lewicowcy” wielkie piekło robią o zrabowanie, jak twierdzą, maszyny; mnie nazywają bandytą i że sprawa będzie oddana do rozpatrzenia międzynarodowej konferencji socjalistycznej.

Na to diabli zaczęli mnie brać. Więc mówię do Karola że postąpiłem, jak mi nakazywał rozum i sumienie. Lepiej, że drukarnia jest u nas, jakby miała być w „Ochranie”. U nas będzie ona pracować dla sprawy robotniczej, będzie narzędziem w walce z caratem i najazdem, u „lewicowców” – rdzewiała w piwnicy bez pożytku. Uważam się za PPS-owca i, jako taki, mam do niej prawo. Niech mówią, żem bandyta, ja na to gwiżdżę, wziąłem ją nie dla siebie, a dla sprawy, dla walki z tymi, z którymi oni walczyć się lękają. Wreszcie, mówię, zawiadomiłem ich o uchwałach OKR, mogą zabrać po zwróceniu kosztów, albo, jeśli chcą, możemy im drukować rzeczy potrzebne. Karol, wysłuchawszy, odsapnął. ,,No, wiecie, ulżyło mi! Myślałem, żeście naprawdę głupstwo jakie palnęli”. –„Ale skąd – mówię – na głupstwa nie mam czasu, a robię zawsze to, z czego uważam będzie dla sprawy interes”. Tow. Karol zażądał, aby jeszcze jedno pokwitowanie dostać wraz z oświadczeniem o dobrowolnym wydaniu drukarni przez gospodarza.

Dokumenty te miały być wysłane na międzynarodową konferencję socjalistyczną jako dowody. Na drugi dzień udałem się do Nowego Będzina. Gospodarz, po wysłuchaniu mnie, zgodził się na danie drugiego pokwitowania oraz rodzaju protokołu. Karol, wziąwszy dokumenty, wyjechał zagranicę…

My tymczasem ulokowaliśmy drukarnię. Mieszkanie, życie i opranie dla dwóch towarzyszy, stale pracujących, tj. zecera i pomocnika, kosztowało 40 rb. miesięcznie. Zecer otrzymywał prócz tego 60 rb., a pomocnik 25 rb. miesięcznie. W ciągu pierwszego miesiąca odbiliśmy 4000 „Górnika” ośmiostronicowego, 2000 „Dodatku do Górnika” czterostronicowego i 38 tysięcy odezw. Drukarnia nam się sowicie opłaciła, tym bardziej, że odezwy nasze mogły się ukazywać zaraz po faktach dokonanych. „Ochrana” wściekała się ze złości. Poszukiwali w Sosnowcu, Będzinie i Dąbrowie; nie przyszło im na myśl, że taki interes może funkcjonować na wsi, w chałupie chłopa-górnika! Ma się rozumieć, zachowane były wszelkie środki ostrożności i zorganizowana aż do najmniejszych szczegółów ekspedycja bibuły oraz dowóz papieru przy jak najmniejszej ilości ludzi. Szczegółów tych dziś nie będę opisywał. Dodam tylko, że zecerom nie wolno było cały dzień opuszczać owego „alkierza”; maszyna zaś tak cicho szła, że przy otwartych drzwiach w drugiej stancji nic słychać nie było. Towarzysze pracujący, dopiero kiedy noc zapadła, wychodzili chyłkiem z chałupy, udawali się w pole w głąb, z dala od drogi, i tam zażywali kilkugodzinnego spaceru. Rano, skoro świt, już stawało się do pracy. I tylko w czasie braku roboty, a to rzadko się zdarzało, towarzysze zecerzy wyjeżdżali do Sosnowca, gdzie mogli trochę użyć swobody.

Tow. Karol, któremu, jako członkowi CKR, obowiązany byłem pokazać miejsce drukarni, nadzwyczaj był zadowolony, przesiedziawszy kilka godzin w tej „kuźni”, skąd płynęła „energia” buntu. Posiliwszy się mlekiem i chlebem razowym, poszedł do Ząbkowic na pociąg, mówiąc po drodze: „Carat nam nie da rady, skoro nasza drukarnia pod strzechę wiejską zawitała”.

Tak funkcjonowała i pracowała „zrabowana”, jak mówili i mówią „lewicowcy”, przez Wojtka drukarnia. „Górnik” nasz w owe czasy ogólnej depresji szedł na Łódź, Kielce, Radom, Kraków, Szwajcarię, a nawet do Ameryki. Dziś, podając do wiadomości publicznej ów fakt, zapytuję się siebie, czy miałem prawo tak postąpić, a sumienie mi odpowiada, że tak, ponieważ świadomość robotników zyskała, robota organizacyjna się wzmogła, a fakt, że tuż pod bokiem żandarmów carskich, tu, gdzie szpicle tropią dzień i noc, pracuje tajna drukarnia „Górnika” – fakt ten osłabiał znaczenie carskich sług, podnosił ducha w proletariacie. Dziś czasy się zmieniły – inne warunki i inne metody są w użyciu.

Na zakończenie opiszę jeszcze jeden epizod, jaki się przytrafił w naszej drukarence.

W tej samej wsi miał swój dom pewien jegomość, nadzwyczaj zdolny robotnik: cieśla, rzeźbiarz, kowal, zegarmistrz, szewc, jednym słowem zrobił wszystko, na co spojrzał, ale też i pijak zawołany. Pewnego dnia przyszedł on w jakimś interesie do naszego gospodarza, a ponieważ gospodyni wyszła gdzieś z mieszkania, więc zaczął chodzić po domu. Wszedł do izby większej, skąd drzwi prowadziły do naszego „alkierza”, wtedy niezupełnie zamknięte. Jegomość ów, sądząc, że tam jest gospodyni, drzwi uchylił – no i zobaczył maszynę stojącą i jakieś szufladki, wkoło pod ścianami ustawione. Co prawda, że w tej chwili się cofnął, ale stało się – obcy człowiek poznał tajemnicę. Towarzysze zecerzy wtedy się spostrzegli, że popełnili błąd, nie zamykając drzwi na klucz, jak było postanowione. Rada w radę, towarzysz pomocnik udał się do Sosnowca, aby mi zakomunikować, co się stało. Trafił na biuro partyjne, gdzie naradzałem się z okręgowym kolporterem, w jaki sposób zawieźć większy transport papieru.

Wiadomość otrzymana spadła na nas jak grom z jasnego nieba. Mnie porwała szewska pasja, dostało się też porządnie posłańcowi niefortunnej wiadomości. Cóż, przepadło – trzeba „ratować pozycje”.

Postanowiliśmy z tow. kolporterem nie zawozić na razie papieru, ale najprzód załatwić sprawę z owym jegomościem. Sytuacja była taka: albo, postępując wedle zasad konspiracji, maszynę natychmiast wywieźć, albo – jak najspieszniej świadka tajemnicy zastrzelić. Inaczej pracować pod grozą ciągłej wsypy było niepodobieństwem. Wywieźć maszynę, a więc znów szukać odpowiedniego mieszkania, rozbierać, składać na nowo, ustalać warunki i zwyczaje mieszkania i pracy – to przerwa na cały miesiąc w wydawnictwach. Zgładzić człowieka za to tylko, że się stał mimowolnym świadkiem z winy niekonspiracyjności chwilowej towarzyszy zecerów – nie można. Zaagitować go do partii – nie masz pewności uratowania sytuacji, bo pijak. Psiakrew – myślę – głupie położenie! Ano, chodźmy – rzekłem do kolportera, tow. Kuby. Opatrzyliśmy browningi, zapasowe magazyny w kieszeń i marsz.

Na miejscu zastaliśmy gospodarza – wrócił z pracy nocnej. Od niego zasięgnęliśmy wiadomości, że „mimowolny świadek” nie jest w gruncie rzeczy złym człowiekiem, tylko, kiedy się napije, rozpowiada na prawo i lewo to, co widział i czego nie widział. Poprosiłem tow. gospodarza, aby był łaskaw go zawezwać i żeby kazał żonie i dzieciom opuścić mieszkanie, a sam niech w sieni pilnuje, żeby znów licho kogoś niepotrzebnego nie przyniosło.

Odbyliśmy krótką i ostateczną naradę z tow. Kubą co do akcji, jaka za chwilę miała się odegrać.

Upłynął kwadrans, drzwi się otwierają – wchodzi oczekiwany. Ze zdziwieniem pyta, po co mu tu kazano przyjść, czy może robota jaka? Tak mówię – jest robota, siadajcie. Jednocześnie wyciągamy browningi. Ów spojrzał i zbladł. „Czego wy chcecie ode mnie?” – pyta. „Nic – mówię – uspokójcie się, porozmawiamy”. Oświadczam mu, że jesteśmy przysłani w imieniu Okręgowego Komitetu Robotniczego Zagłębia Polskiej Partii Socjalistycznej. Że do wiadomości OKR dziś doszło, że on poznał tajemnicę, co za drzwiami, prowadzącymi do alkierza, się znajduje, że to jest „tajna drukarnia”. Że każdy obcy, który pozna tę tajemnicę, dla bezpieczeństwa naszej organizacji musi być zabity. Wobec tego, OKR wydelegował nas do załatwienia tej sprawy. Co macie do powiedzenia w tej sprawie? – pytam. Facet zaczął się trząść po moim oświadczeniu i tłumaczyć, że będzie milczał, że on nikogo jeszcze nie zdradził, że choć nie jest PPS-owcem i nigdzie w ogóle nie należy, jednak jest wrogiem carskich sług i Ochrany. Cóż – mówię – ogromnie mi żal, że się tak złożyło, ale cóż zrobić, ja i towarzysz musimy wypełnić rozkaz OKR. Wtem Kuba zaczyna manipulować z browningiem, to wkładając magazynek, to badając bezpiecznik… Zapadło ciężkie milczenie… Wreszcie zabrałem głos. „Słuchajcie – mówię, zwracając się do niefortunnego świadka tajemnicy – życie i milczenie wasze biorę na siebie. Mieliśmy rozkaz was zabić, jednak zrobimy próbę. Musicie nam przysiąc, że będziecie milczeć, coście tam widzieli, że zapomnicie o tym i że przestaniecie od tej chwili używać wszelkich trunków, nie wyłączając i piwa”. Facet z radością, ma się rozumieć, składa przysięgę, podnosząc dwa palce do góry i zwracając się w stronę krzyża, stojącego na oknie. Wtedy mu oświadczyłem, że pomimo złożenia przysięgi, nasi towarzysze bojowcy będą go mieli na oku dzień i noc. Najmniejsza chęć zdrady grozi mu śmiercią, zaś dom jego zostanie wysadzony bombą w powietrze. Uprzytomniłem mu, że PPS jest wszędzie obecną, wszędzie ma swych członków i ludzi zaufanych. Po roku czasu, kiedy maszynę stąd zabierzemy, zwalniamy go z przysięgi. Dziękując nam, przyrzekł jeszcze raz solennie tajemnicy co do drukarni i obietnicy przestania pić dochować. Po wyjściu jego pytam tow. Kuby: „No cóż wy na to?”. „Załatwiliśmy, jak można było najlepiej – odrzekł Kuba. – W każdym razie trzeba mieszkania szukać, a tymczasem jedźmy po papier, trzeba będzie z powodu tej przerwy dziś całą noc pracować”. „Niech żyje ośmiogodzinny dzień roboczy! – zawołałem – ale nie przy partyjnej robocie”.

W rok czasu spotkałem się z moim robociarzem w więzieniu. Ja odbywałem katorgę – chodziło się w kajdanach, on szedł na wysyłkę do wołogodzkiej guberni. Poznał mnie od razu, a znalazłszy wolną chwilę, zjawił się do mnie; jak mówił przyszedł mi podziękować, bo od tej pory przestał pić, wziął się do agitacji i „dziś – mówił – nie jestem gorszy od innych: idę na wysyłkę, idę cierpieć za naszą sprawę”.

Marian „Wojtek” Malinowski
_____________________________
Powyższy tekst jest rozdziałem wspomnieniowej książki Mariana Malinowskiego  „Z krwawych dni”, Lublin 1919. Od tamtej pory nie była wznawiana, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

Publikowaliśmy już inny rozdział tej samej książki: Z dawnych dni

Warto przeczytać także:

Feliks Perl: Wspomnienie z tajnej drukarni [1919]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *