Stefan Żeromski

O sporach na lewicy (fragment „Walki z szatanem”)

[1916]

Jeszcze cztery razy zwoływana była na zebrania całość świata robotniczego w sprawie „Pracy”. Wynikła najśmieszniejsza pod słońcem sytuacja. Wydawało się ludziom, że owa „Praca” jest to właśnie wróg czyhający na byt i dobro proletariatu i że tu mieści się zamach na idee nowoczesne. To, co w gruncie rzeczy było najbardziej godziwym środkiem podźwignięcia pewnej kategorii ludzi i wprowadzenia ich w sferę życia wyższego porządku, traktowano na skutek masowego złudzenia czy zbiorowej złej woli, jakoby skombinowany i skomplikowany makiawelizm reakcji. Sprawa tak dalece się rozwinęła, że na te wiece w kwestii „Pracy” schodzili się przywódcy ruchu syndykalistycznego francuskiego, najbardziej włochaci i kudłaci mędrcy rosyjskiego socjalizmu i inni pisarze oraz doktorowie marksowskiej idolatrii wyrazu „walka klas” – przez swe życie, swe posady, salony, służbę i cały sposób życia zupełnie obcy światu robotniczemu, właśnie „burżuazja” najistotniejsza, tym bardziej wstrętna, że bezprawnie nadużywająca haseł, a do gruntu cudza głęboko bolesnej doli i duszy ludu. Biedne polskie biuro „Pracy”, kopciuszek wyniesiony przypadkiem na tak rozwidnioną scenę, nie wiedziało, co ze sobą począć. Ciągnęły się długie mowy w różnych językach dla udowodnienia, że taka instytucja z punktu widzenia prawdziwego interesu robotniczego nie jest potrzebna w Paryżu. Jeden z mówców francuskich szeroko tę rzecz uzasadniał.

Robotnik – mówił – jest twórcą bogactw w nowożytnym społeczeństwie, lecz z bogactw tych nie korzysta. Przeciwnie, ludzie, którzy nic nie mają wspólnego z wytwarzaniem bogactw, jedynie z nich korzystają. Robotnicy usiłują, oczywiście, zdobyć za swą pracę choć cząstkę wytworzonych przez się bogactw. Grupują się tedy i jednoczą. Ponieważ zaś posiadacze skarbu nie ustępują dobrowolnie ani jednej z niego okruszyny, robotnicy muszą walczyć. Walka ta skierowana jest przeciwko „pracodawcom” i przeciwko państwu, które pracodawców wspiera i broni, albowiem z nich żyje. Walka ta rozpada się na dwa sposoby i ma dwa łożyska. Jednym z nich w ciągu trzydziestu ostatnich lat toczyło się we Francji usiłowanie zyskania od burżuazji i rządu ustępstw w drodze przetargów parlamentarnych i w instytucjach tego rodzaju, co Couseil sepérieur du travail. Innym łożyskiem pędziły nieustanne wysiłki w celu wytworzenia niezależnego, autonomicznego życia syndykatów robotniczych w duchu allemanistycznym, które powołały do pracy Bourse de Paris, a później Confédération générale du travail. Do któregoż z tych prądów chce się przyłączyć, w które trafić łożysko „Praca”, ufundowana i wspomagana przez burżuazję polską? Jak ją mają traktować świadomi swoich dróg robotnicy francuscy? Czy ona będzie sprzymierzeńcem czy wrogiem w czasie walki? Czy stanie na gruncie idei, strajku powszechnego, która jest hasłem i zwiastunem odrodzenia świata?

Zarząd „Pracy” nie mógł odpowiedzieć na to pytanie, gdyż nie miał prawa dać odpowiedzi ani twierdzącej, ani przeczącej. Nie to było funkcją tego zarządu. Nie decydowanie o zapatrywaniu robotników w tej instytucji zgrupowanych na ideę strajku powszechnego, lecz wyszukiwanie dla nich pracy i zarobku. Ta chwiejność złe sprawiła wrażenie. Robotnicy polscy, należący w przeważnej większości do znaku syndykalizmu francuskiego, szyderstwem powitali chwiejność zarządu.

Na pomoc mu niejako wystąpił z tłumu mówca niewiadomy i nieznany. Był to już starszy człowiek, wysoki, szczupły i wyschnięty blondyn z długą brodą, czaszką łysą i jak gdyby spaloną od słońca, z twarzą pooraną, a raczej podeptaną. Mówił po polsku, językiem z rosyjska zaśmieconym i połamanym. Począł zjadliwie przedrwiwać wywody poprzedniego mówcy syndykalisty, utrzymując, że owe sławetne i sławione syndykaty i giełdy pracy zawojować jeszcze nic nie zawojowały, a pewnie i w przyszłości na hałasie skończą. Natomiast niewątpliwie rozbijają one świat pracy i biedy ludowej na dwie części, na robotników sytych i na ludzi głodnych, na „proletariat” uprzywilejowany i na łachmaniarzy nie mających prawa należenia do żadnego tam związku. Pomiędzy warstwami tych robotników płatnych i objętych przez prawo a warstwą ludzi niepłatnych, wyjętych spod prawa, wynika coraz głębsza szczelina, która się tu i ówdzie na świecie w przepaść zamienia. Pierwsi wytwarzają swe związki zawodowe i gromadzą w nich dosyć duże pieniądze. Dość powiedzieć, że w ciągu jednego tylko roku związki zawodowe niemieckie wypłaciły strajkującym członkom swoim blisko sześć milionów zasiłku. Tymczasem nędzarskie klasy „społeczeństwa” nie są w stanie nic „oszczędzać” dla wytworzenia kasy związkowej. Tamci z syndykatu – i ci z pola czy z podwórza – to dwie kasty. Syndykaliści i anarchiści, marksiści najbardziej ortodoksyjni, „bolszewiki” i „esery” nie życzą sobie wytworzenia buntu wszystkich o chleb, o pieniądze burżuazji, o zniweczenie głodu i skasowanie nędzy. Nie życzą sobie oni jednego zamachu wszystkich nędzarzy i wszystkich robotników pospołu. Wszyscy ci partyjni panowie marzą na jawie o „przyszłym ustroju”, o przyszłej organizacji pracy. Zajęci są tym nade wszystko, w jaki sposób zabezpieczyć ów przyszły ustrój od wytworzenia się w nim nowych eksploatatorów pracy i nowej burżuazji. Nie żywych, dzisiejszych ludzi mają na oku ci nominaliści nowocześni, lecz swój przyszły „ideał”. Są to religianci nowego świata. Kapłani starego zapewniali swych nędzarzy, że zapłata ich nie jest na tej nędznej ziemi, siedlisku bogaczów, lecz obfita jest w niebiesiech. Ci kapłani nowego świata zapewniają swych nędzarzy, że zapłata ich jest nie dziś, lecz w „przyszłym ustroju”. Toteż ci wszyscy wieszczkowie przyszłości należą nie dość, że do obecnego świata burżuazji, lecz są reakcjonistami. Ich to mistrz właśnie, Karol Marks powiedział, że kto przewiduje przyszłość zbyt szczegółowo, przewiduje ją na podstawie przeszłości, a więc sam jest człowiekiem przeszłości, reakcjonistą, a nawet człowiekiem wieków średnich, bo świat dzisiejszy wyrasta z wieków średnich i oparty jest o nie jak o fundament. Jakże to mozolnie mędrcy socjalistyczni łamali sobie głowy, żeby w przyszłym ustroju nie odżyli grabieżcy pracy ludzkiej! Radzili tedy jedni, żeby zgoła porzucić świat złotego cielca i w dalekich pustkowiach, na wyspach samotnych tworzyć wspólnoty na zasadach komunizmu. Rozbiły się i rozleciały te sny czuwających. Radzili inni, żeby utworzyć własny bank, własną giełdę i wymieniać produkty pracy ludowej bez pośrednictwa kapitalistów i kupców. Ale te przedsiębiorstwa runęły. Poczęli tedy nawoływać jeszcze inni, żeby przede wszystkim tworzyć rzeczpospolite, gdzie by władza polityczna przeszła w ręce ludu. Miała to być dyktatura proletariatu i podwalina „przyszłego ustroju”. Zburzono trony i zaprowadzono rzeczpospolite, lecz oto władza dostała się nie do rąk ludu, lecz właśnie do rąk bogaczów. A więc socjalni demokraci radzą, żeby demokratyzować maszynę państwową, wybierać jak najwięcej deputowanych socjalistycznych. I oto, gdy w Niemczech tych posłów socjalistycznych zasiada w parlamencie rzeszy setka z górą, to państwo jest najbezwzględniejszą ostoją reakcji, postrachem narodów, koszarami militaryzmu, zaborcą i gwałcicielem praw ludów, twierdzą despotyzmu, a sami ci posłowie zapewniają nieustannie swą władzę, że nigdy „na ulicę nie wyjdą” i nigdy się nie pokuszą o zburzenie tej twierdzy despotyzmu. Socjaliści-politycy nawołują we wszystkich krajach: zdobywajcie prawo powszechnego głosowania równe, tajne, bezpośrednie… A gdy to prawo zdobyte zostanie, powiększa się tylko ilość urzędników pobierających dla siebie pensje z zarobków ludu. Ze wszystkich poczynań socjalistycznych wynika tylko jedno niewątpliwe: ta sama ludu nędza. Przybywa tylko „inteligencji”, rozprawiającej o przyszłym ustroju, a żyjącej z pracy mas okradzionych. Taka sama wciąż bieda przesuwa się przed ich oczyma i wałęsa pod ich oknami. Wciąż ci sami są ludzie brudni, spracowani, cuchnący, zrozpaczeni, okrutni, grzeszni wskutek swojej niedoli. Obecnie rewolucyjny syndykalizm we Francji i we Włoszech, oraz przyczepiony do niego anarchizm, głosi potrzebę i nadzieję strajku generalnego. Tym „mitem” rewolucji socjalnej usiłuje zalepić straszliwą ranę świata. Związki zawodowe, w których łonie i za których pośrednictwem ma się ta rewelacja dokonać, istnieją pod okiem rządów sprawowanych przez burżuazję, oraz przez jej popleczników, socjalistów politykujących. Ci przedstawiciele proletariatu – jak to stwierdzają wszyscy konserwatyści – są po przyjściu do władzy najzacieklejszymi i najmądrzej reakcyjnymi sługami reakcji. Ci przebiegli karierowicze, ex-towarzysze, znają przecie najlepiej zawartość kas związkowych, siłę samych związków i długość strajkowego ich oddechu. Ci doradcy kapitalistów potrafią przez przetrzymanie złamać każdą grewę [fr. grève – strajk]. Z matematyczną dokładnością wiedzą oni, którego dnia wielki strajk górniczy angielski ustanie, kiedy nastąpić musi odpływ siły ludu szwedzkiego w najznakomiciej nawet zbudowanym strajku. W ciągu całego stulecia panowie anarchiści nie zwrócili się nigdy do robotników bez pracy, do „lumpenproletariatu”, do „bosiaków” [bosiak – włóczęga], do „baciarów” [baciar – ulicznik, łobuz]…

To przemówienie witały złowrogie pomruki zgromadzenia. Dawały się słyszeć jakieś nieśmiałe syki i eksklamacje [okrzyki]. Ale skądś, z kątów podtrzymywały je – i oklaski.

Ryszard po tym przemówieniu, które miało podobieństwo do głowni rzuconej na palne materiały, uczuł, że należy wyłożyć myśli, nasiąkłe od pasji i nocnych zgryzot. Zażądał głosu i otrzymał go w tumulcie i pośród głośnego swaru całej sali. Poprzedni mówca kończył rzecz swoją oświadczeniem co do biura „Pracy”. Traktował je jako nicość, mdłą i śmieszną paliatywkę [paliatyw – lekarstwo], coś w rodzaju angielskiego plasterka przylepianego na wrzodzie syfilitycznym… Gdy przyszła na Ryszarda kolej przemawiania, pożałował swego milczenia. Było już jednak za późno. Uciszyło się. Trzeba było mówić. Jąkając się i plącząc, z ową nieuniknioną, a tak fatalną łezką w tonie głosu, która sama jedna mogła zdecydować o przegranej, Nienaski w tej sali, pełnej zaduchu, dymu, nienawistnego sapania, a próżnej współczucia, począł dowodzić o potrzebie, o konieczności zarówno „Pracy”, jak „Jedności”. Wywołał zaraz atmosferę odrazy. Powoływał się na ostatniego mówcę, co sprowokowało szczere i serdeczne wokoło śmiechy. Niezrażony tym, coraz mężniej mówił:

– Cóż mi tam z tego, że tu w tej ohydnej sali, dobrze płatni robotnicy, niegdyś polscy, dziś francuscy, nieraz po piętnaście franków zarabiający na dzień, zadecydują, że „Praca” jest niepotrzebna dla bezdomnych nędzarzy, którzy obcym, francuskim językiem mówić nie umieją, którzy tu śpią pod ławami ulic miasta i pod mostami rzeki? Cóż mi tam z tego? Jakie po temu mają prawo ci towarzysze z syndykatów decydować o śmierci tamtych towarzyszów spod mostu lub spod ulicznej ławy? Syndykaliści potępiają politykomanów z parlamentu, Jauresów i Vaillantów, za metodę ich walki, a sami w imię metody swej walki, dla swego „mitu” generalnej grewy na nędzę, norę policyjną, a nawet na śmierć z biedy, lekkim sercem skazują nędzarzy. Tamto nie są robotnicy! Tamto jest motłoch! Łazęgi, bezdomne mrowie! Otóż ja, Polak, mówię, że to są moi bracia Polacy i dlatego ich losem zajmuję się z całą gwałtownością. Kto się tu ośmieli zabronić człowiekowi, ażeby pomagał bratu swemu unieść głowę, stłuczoną przez koła karocy bogacza, zbryzganą błotem pierzchającym spod kopyt jego koni? Słyszałem tutaj dowodzenie, że taki wysiłek podźwignięcia człowieka jest „szkodliwy”. Szkodliwy – dla kogo? Dla „mitu”. Przychodź i szepc mu w ucho hasła swego mitu, ktokolwiek chcesz, ale wówczas, gdy się już dźwignął z ziemi! Ale kto z was ma rękę tak szatańską, ażeby się ośmieliła podnieść na tego brata, kto z was skaże go na los dobrego towaru dla handlarzy ludźmi, kto z was odbierze mu tę ostatnią deskę ratunku, gdy w obcym morzu tonie? Przedmówca, ujmujący się za każdym człowiekiem ujarzmionym, zlekceważył i ośmieszył tę małą „paliatywkę”, tę „Pracę”. Nic dziwnego. On głosi hasło wielkiego przewrotu, ogarniającego kulę ziemską. Jakżeby mógł zwrócić uwagę na maleńką twórczą rewolucję w parysko-polskim partykularzu [partykularz – miejscowość odcięta od ośrodków życia umysłowego]? Bo to była przecie rewolucja tylko twórcza, więc, według niego, nic nie warta. Lecz on tu głosił obronę nędzarzy, więc mu muszę oddać szacunek. Jego głos jest takim samym „mitem”, jak „rewolucja” esdeków, którzy cierpliwie obserwują koncentrację bogactw i nie przeszkadzają złemu, nie sprzeciwiają się niczemu, co widzą, albowiem wszystko odbywa się według recepty i zbliża koniec – podobni w tym do rosyjskich „starokniżników”, którzy także cierpliwie czekają na zbliżanie się końca. Głos tego mówcy jest takim samym „mitem”, jak grève générale Georgesa Sorela i innych. Niechajże on pokaże nam ów napad nędzarzy na bogactwo. Rada i program – nic nie znaczy. Czyn tylko nie byłby złudzeniem umysłu, snem na jawie i „ideałem”, z którego tak się wyśmiewał. Trzeba nie głosów, nie haseł, i rad, i drwin, lecz czynów, choćby tak maleńkich, jak owo biuro „Pracy”. To nieprawda, żeby ono było z inicjatywy reakcyjnej. Bo zapytuję, z jakich funduszów buduje się gmachy, w których się mieszczą giełdy pracy? Z podatków pobieranych od burżuazji przeważnie przez municypalności [municypium – zarząd miejski] miast. My tu nałożyliśmy podatek duży na tutejszą „burżuazję” polską i za osiągnięty fundusz założyliśmy małą giełdę pracy dla rodaków przybywających do Francji za chlebem. To biuro jest aktem postępowym, jest czynem rozumnym, jest zamierzeniem radykalnym, jest samym radykalizmem. Przychodź i szepc w ucho każdemu z członków tej imprezy, co tylko chcesz, ale dla swojego mniemania nie waż się odejmować nędzarzowi od ust kawałka chleba, gdy on jest głodny – opieki, gdy jej nie ma! Syndykaliści paryscy pochodzenia francuskiego i polskiego z odrazą patrzą na tę „Pracę” jako na organizację polską. Ja wiem. „Precz z ojczyzną!”. Nie myślę polemizować… Tymczasem to właśnie biuro stoi w gruncie rzeczy na stanowisku międzynarodowej solidarności robotników, ono bowiem dba o to, ażeby przychodnie z ziemi polskiej nie zaszkodzili – broń Boże! – robotnikom francuskim. Więc zapisuje ich do syndykatów i, przez samą swoją egzystencję, przeciwdziała wytworzeniu się armii „żółtych”. Tymczasem syndykalizm francuski stoi na stanowisku czysto narodowym, najbezwzględniej i jedynie francuskim. Czy on wie cokolwiek o doli i żywocie robotników polskich? Przez postawienie całej swojej teorii związków zawodowych i metodę grewy powszechnej stwierdza on dobitnie, że tylko francuskie stosunki ma na oku, stwierdza to nie bez dumy, że jest to francuska forma socjalizmu. W Polsce nie wolno zakładać związków zawodowych, więc cóż tam ma czynić ta „francuska” metoda przeniesienia życia robotniczego i nadziei świata do syndykatów, hasło ich autonomii i cała action directe? Nic to nie obchodzi robotników francuskich, którzy jakoby nie uznają ojczyzny. Nie uznają oni w istocie rzeczy swego państwa dlatego, że się zawiedli na towarzyszach [Alexandre] Millerandzie, [Aristide] Briandzie, [René] Vivianim, którzy tym państwem rządzą, a zamiast „walki klas”, głoszonej dawniej, głoszą obecnie „pokój społeczny”, wdrażany przez armię i policję. Syndykaliści nie dbają o to, że chcą zniweczyć nie państwo, lecz ojczyznę, masom nieszczęsnym, które o nią muszą walczyć, bo bez niej plują im w twarz najeźdźcy, nie pozwalają na najprostszą organizację trudu, na najlżejsze polepszenie doli, na założenie owego właśnie związku zawodowego pracowników jednego fachu. Syndykaliści francuscy nie uznają państwa, sprzeczają się ze swoim, ale pod jego osłoną, pod czuwającą bronią jego żołnierzy, istnieją ich związki, organizacje i nadzieje zburzenia tegoż państwa. Państwo, które chcą zburzyć, pozwala im organizować się, samo czyni miny i gesty, jakoby było organizacją najbardziej przychylną dla robotników. Oświeca ich dzieci i prowadzi dobrze postawione szkoły całego kraju. Czy chce, czy nie chce, syndykalizm francuski korzysta z działań na całej linii tegoż rządu, który zwalcza. A gdyby zewnętrzny nieprzyjaciel dla stłumienia wolności syndykalistycznej, w chwili przypuszczalnego zniszczenia obecnej władzy we Francji naszedł jej granice, czy syndykaliści nie staliby się obrońcami tego kraju – i któż wie, czy nie chwyciliby się tychże środków obrony, co dzisiejsi ministrowie. Bo czymże by walczyli z armiami najeźdźców, uzbrojonymi w mitraliezy [działko szybkostrzelne o wielu lufach] i aeroplany, jeśli nie armią uzbrojoną w mitraliezy i aeroplany? Syndykaliści nie obawiają się wojny, gdyż mówią, że jej nie będzie. Są zresztą tacy, którzy mówią śmiele, że im jest wszystko jedno, kto Francją rządzi, Francuzi czy Niemcy. Szczęśliwi! Nie znają niewoli. Twierdzą, że syndykaliści z tamtej strony Renu nie dopuszczą do wojny. O, skrzydlate słowo! Cóż Polska? Co wie o niej robotnik francuski, śpiewający Internationale? Robotniczego pogłowia, z kobietami, starcami i dziećmi – milion na kilkanaście milionów ludności. Siedmiomilionowa masa chłopów w samym Królestwie… A cóż o tym mówią pomiędzy sobą robotnicy polscy, przyszedłszy do Francji? Nic. Po pierwsze zapominają o polskiej ziemi, gdyż tam jest źle, a tu lepiej. Tam nie ma praw, nie ma szkół, nie ma związków, a robotnicy nie mają ojczyzny i tam jest ich ojczyzna, gdzie im lepiej płacą w warsztacie. Zostają tutaj i mają powiększyć armię syndykalistyczną. Dobrze i słusznie. Lecz przecie powinni być ludźmi międzynarodowego poglądu. Cóż dadzą z siebie tamtej, polskiej stronie? Czy tylko ten frazes, że i tam należy przenieść życie i nadzieje do syndykatu i słowem skrzydlatym zwalczać wszelkie złe, które nad światem robotniczym zawisło? Nie słyszałem tu nic z ich ust…

Stefan Żeromski
__________________
Powyższy tekst to fragment powieści „Walka z szatanem”, tom 1: „Nawracanie Judasza”, wydanego pierwotnie w roku 1916. Na potrzeby Lewicowo.pl przygotował Piotr Grudka. Grafika w tekście to obraz Alexandra Stavenitza.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *