Bronisław Ziemięcki

O Rządzie Ludowym trochę wspomnień

[1938]

Nie kreślę tutaj nawet fragmentarycznie historii Rządu Lubelskiego. Wymagałoby to zebrania i zestawienia relacji szeregu osób i dokumentów. To, co tu piszę, są to tylko luźne wspomnienia.

Geneza Rządu Lubelskiego przedstawia mi się jasno w świetle ówczesnych kierunków ideologicznych i taktyki poszczególnych ugrupowań.

Obóz niepodległościowy, który wyraz swój znajdował w czynie orężnym Legionów, POW, Pogotowia Bojowego PPS, na terenie b. zaboru rosyjskiego miał swoją podstawę polityczną w stronnictwach, których organem koordynacyjnym była „Komisja Porozumiewawcza Stronnictw Niepodległościowych”. Obóz ten przeciwstawiał się wyraźnie trzem innym ugrupowaniom.

„Aktywiści” plany swoje budowali na pomocy państw centralnych. „Koło Międzypartyjne”, którego trzon stanowiła Narodowa Demokracja, wiązało losy Polski początkowo z obietnicami władców Rosji, po rewolucji zaś rosyjskiej całą swą politykę skierowało na wyjednywanie ze strony państw koalicji decyzji przychylnych dla spraw polskich. Tworząca się z Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy oraz Lewicy PPS (po odpadnięciu od niej grupy niepodległościowej) partia komunistyczna całkowicie związała się z rewolucją bolszewicką.

Obóz niepodległościowy nieustannie szukał dróg i sytuacji, w których Polska mogłaby wystąpić jako czynnik samodzielny, sam o swoich losach stanowiący.

Październik 1918 r. otwierał pod tym względem coraz szersze perspektywy. Wojenne i politycznie kruszenie się Austrii dawało możność tworzenia zaczątkowej przynajmniej organizacji państwowej polskiej na terenach zajmowanych dotychczas przez Austrię. Do tego też przystąpili niezwłocznie politycy niepodległościowi w Małopolsce Zachodniej i na Śląsku Cieszyńskim, tworząc Komisję Likwidacyjną w Krakowie i Radę Narodową w Cieszynie.

Dzięki tym samym okolicznościom na terenie okupacji austriackiej wytworzyły się warunki sprzyjające utworzeniu tam właśnie bazy działań niepodległościowych. Należy pamiętać, że równocześnie sytuacja wojenna Niemiec nie przedstawiała się jeszcze tak źle, ażeby można było oczekiwać ostatecznego ich rozbicia już na początku listopada. Plan więc obozu niepodległościowego stworzenia ośrodka dyspozycji politycznej na terenie okupacji austriackiej i gromadzenia tutaj sił zbrojnych liczył się z tym, że okupacja niemiecka trwać będzie jeszcze czas dłuższy, że na jej terenie będzie możliwa działalność tylko konspiracyjna, kierowana z zewnątrz, tj. z okupacji austriackiej. Toteż tutaj z rozkazu E. Rydza-Śmigłego gromadzić się poczęli rozproszeni legioniści i peowiacy.

Te same motywy skłoniły Komisję Porozumiewawczą Stronnictw Niepodległościowych w Warszawie do wyboru Lublina jako siedziby rządu. Decyzja ta zapadła wówczas, gdy było jasnym, że Rada Regencyjna i tworzone prze nią rządy nie staną się ośrodkiem samodzielnego działania, a do ostatniej chwili będą uzależnione od rządów państw centralnych, od których otrzymały mandat sprawowania władzy w istocie zupełnie pozornej.

Przeprowadzenie planu stronnictw niepodległościowych w Warszawie tworzenia rządu w Lublinie wymagało porozumienia się z działaczami niepodległościowymi w Krakowie. Na tym polegała misja Tadeusza Hołówki i moja, gdyśmy się udali do Krakowa (Hołówko o parę dni ode mnie wcześniej).

Gdy pociąg, którym jechałem, znalazł się na terenie Galicji, mogłem z radością przyglądać się zrywaniu przez kolejarzy emblematów austriackich i zawieszaniu orłów polskich.

W Krakowie energicznie organizowano prace Komisji Likwidacyjnej. Aparat władzy sam przechodził w jej ręce, a znajomość spraw i doświadczenie osób kierowniczych pozwalały już pierwszym poczynaniom nadawać formy realne. Pamiętam, z jakim zapałem i znawstwem zabierał się do pracy nad zagadnieniami gospodarczymi H. Diamand. Wobec tej nacechowanej wyraźnym realizmem pracy, plany, z którymi przyjechaliśmy, wyglądały mglisto i początkowo usposabiały sceptycznie nawet niektórych naszych towarzyszy.

Od razu zjednany był J. Moraczewski. Po wyjaśnieniach i dodatkowych informacjach, które już po nas przywiózł Hipolit Śliwiński, Daszyński plan również zaakceptował. W tym czasie nadeszła wiadomość o ustąpieniu rządu Świeżyńskiego i powołaniu przez Radę Regencyjną urzędniczego gabinetu Wróblewskiego, co oznaczało, iż nie może już ona znaleźć oparcia w żadnym z ugrupowań.

Najtrudniej nakłonić było W. Witosa. Po wstępnych rozmowach, prowadzonych głównie przez T. Hołówkę z zapałem, który go zawsze cechował, odbyła się decydująca konferencja w mieszkaniu Stapińskiego. Witos wyraził zgodę na wyjazd do Lublina, o ile jednak dobrze pamiętam, już i wtedy nie dawał ostatecznej odpowiedzi co do swego udziału w rządzie, wysuwając jako przedstawiciela ludowców Dubiela. Niemało było praktycznych trudności z owym wyjazdem do Lublina. Pociągi odchodziły i przychodziły o niewiadomej godzinie, a samochód był rzadkością niezmiernie trudną do pozyskania. Wreszcie jakieś dwa klekoty udało się „zafasować”. W ostatniej chwili przed wyjazdem zachorował Moraczewski. Mimo borykania się z chorobą nie mógł jej przezwyciężyć i musiał zostać. Tym, a nie względami podawanymi w niektórych publikacjach, tłumaczy się jego nieobecność w Lublinie i to spowodowało, iż politycy narodowo-demokratyczni, którzy przybyli z Warszawy do Krakowa, z nim pierwszym nawiązali rozmowy. Dla mnie w samochodach nie wystarczyło miejsca. Pojechaliśmy pociągiem z H. Radlińską i Schaetzlem.

Na stacji „Granica” (dziś Maczki) spotkałem kilku działaczy z „Koła Międzypartyjnego”, wśród nich Z. Chrzanowskiego, Głąbińskiego, Rosseta. Powiedzieli mi, że jadą dla rozmów politycznych do Krakowa między innymi z socjalistami i ludowcami, byli zaskoczeni moją informacją o wyjeździe większości osób, o które im chodziło, do Lublina. Po naradzie podzielili się – Rosset pojechał z nami do Lublina, pozostali zaś do Krakowa. Nie wiedząc o faktach już dokonanych w Lublinie, umówiłem się w drodze, że na drugi dzień ułatwię Rossetowi spotkanie się z politykami przybyłymi z Warszawy i Krakowa.

Przyjechaliśmy już o zmierzchu do Lublina. Gdyśmy wyszli na miasto, zobaczyliśmy porozlepiane na murach obwieszczenia o powstaniu Rządu Ludowego. Wśród podanych tam nazwisk jego członków przeczytałem również moje.

W hotelu „Wiktoria” zastałem Stapińskiego, który leżał z głową obandażowaną wskutek wypadku samochodowego, jaki mu się wydarzył w drodze z Krakowa. Od niego dowiedziałem się, że zaraz rozpoczyna się pierwsze posiedzenie rządu w domu, gdzie niedawno jeszcze urzędował gubernator austriacki.

Poszedłem tam; pierwszego spotkałem Wacława Sieroszewskiego. Jak zawsze w takich chwilach pełen entuzjazmu opowiadał pokrótce o wydarzeniach dnia bieżącego. Najważniejszym było poddanie się po pewnym wahaniu oddziałów wiernych Radzie Regencyjnej (Wehrmachtu) i zaprzysiężenie ich razem z oddziałami legionistów i peowiaków na wierność Rządowi Ludowemu.

Wkrótce rozpoczęło się posiedzenie rządu. Daszyński został jednomyślnie wybrany na prezesa. Długą dyskusję wywołało oświadczenie W. Witosa, iż jest obecny tylko w charakterze gościa, że przed ostateczną decyzją co do swojego udziału w rządzie musi się porozumieć ze swoim stronnictwem i w tym celu wyjechać do Krakowa. Istotnie wyjechał wkrótce po posiedzeniu, w Krakowie zastali go politycy narodowo-demokratyczni, o których wspominałem.

Na posiedzeniu rządu podzielono „teki”. Większość z tych przydziałów miała charakter czysto teoretyczny, nie było jeszcze nawet zaczątkowego aparatu władzy.

Najważniejszym zadaniem było organizowanie siły zbrojnej, tworzenie zarządu na terenach, które by się podporządkowały rządowi, i szeroka propaganda. Przewidywaliśmy już wtedy, że po ustaleniu się rządów przejmą od nas odpowiednie działy ich znawcy spośród osób pozostałych w Warszawie. Resort sprawiedliwości był zdecydowanie zarezerwowany dla Leona Supińskiego, mówiliśmy o Ksawerym Praussie jako ministrze oświaty i Jerzym Iwanowskim jako ministrze przemysłu.

Legioniści i peowiacy, którzy przybywali z różnych stron, ujmowani byli w karby organizacji, na czele której, w zastępstwie więzionego w Magdeburgu J. Piłsudskiego, stał E. Rydz-Śmigły. POW właśnie w dniach przewrotu poniosła dotkliwą stratę, umarł bowiem Opieliński (pseud. „Zdanowicz”), ostatni jej kierownik na terenie okupacji niemieckiej. Można było tylko w mglistych zarysach wyobrazić sobie zadania, jakie czekały tę na nowo improwizowaną siłę zbrojną. Zachodnia Małopolska, Śląsk Cieszyński i okupacja austriacka były już wyzwolone, we wschodniej Małopolsce wybuchły walki z Ukraińcami, okupacja niemiecka zdawała się jeszcze siłą, z którą trzeba będzie stoczyć długą i uporczywą walkę.

Na terenach wyzwolonych społeczeństwo należące do obozu niepodległościowego zgłaszało swoje akcesy do rządu lubelskiego. Zaczęto tworzyć jego ekspozytury w osobach „Komisarzy ludowych”.

Rezydujący w Lublinie przedstawiciel Rady Regencyjnej zgodził się na coś w rodzaju aresztu domowego, czego w imieniu rządu zażądał od niego T. Hołówko. Sprawy bezpieczeństwa publicznego powierzono „milicji ludowej”.

Trzeba było poruszyć i zjednać oporną i bierną część społeczeństwa. Toteż propaganda była, jeśli chodzi o jej kierownictwo, od razu jednym z najbardziej rozbudowanych „resortów”. Na czele jej stanął W. Sieroszewski, mając do pomocy A. Struga – propaganda wśród wojska i inteligencji, I. Kosmowska – wśród chłopów, T. Hołówko – wśród robotników.

Program rządu ujmował manifest z dnia 7 listopada 1918 r. Najczynniejszy udział w jego redagowaniu brali Daszyński, Thugutt i Hołówko.

Manifest, napisany w rewolucyjnej atmosferze, której prądy szeroko się wówczas rozchodziły po świecie, wyrażał ideologię, pragnienia i postulaty mas chłopskich i robotniczych i radykalnej inteligencji. Będąc dokumentem chwili, zawiera on zarazem wytyczne, którymi kierować się będzie stale demokracja polska.

Rząd ogłaszał się w manifeście jako „Tymczasowy Rząd Ludowy Polski”, obejmujący władzę całkowicie i niepodzielnie do chwili zwołania Sejmu ustawodawczego. Manifest zapowiadał, iż Sejm ustawodawczy zwołany będzie „jeszcze w roku bieżącym na podstawie powszechnego bez różnicy płci, równego, bezpośredniego, tajnego i proporcjonalnego głosowania”. Ogłoszenie ordynacji wyborczej zapowiedziane było już na dni najbliższe.

Istotnie przystąpiliśmy niezwłocznie do przedyskutowania zasad ordynacji wyborczej. Stało się to niejako pracą wstępną, której ciąg dalszy nastąpił już w Warszawie i był podstawą dekretu, na którym oparły się wybory do Sejmu.

Dla nawiązania bliższej łączności ze społeczeństwem zamierzone były wyjazdy członków rządu do różnych części kraju. Jeśli się nie mylę, Arciszewski wyjeżdżał do Zagłębia, Sieroszewski i Malinowski (Wojtek) udali się na teren okupacji niemieckiej.

Z różnych stron przychodziły wieści świadczące o tym, że chłopi i robotnicy z entuzjazmem witają powstanie Rządu Ludowego. Wyrazem tego w Lublinie były dwa ogromne wiece w dniu 10 listopada, po których połączony tłum robotników i chłopów przeciągnął przed siedzibą rządu. Do wielotysięcznego tłumu przemówił Daszyński, otoczony członkami rządu.

11 listopada wezwano naraz Daszyńskiego do telefonu, przez który mówić miała Warszawa. To mówił Piłsudski, który dopiero co wrócił z Magdeburga i który w owej chwili miał już w swoich rękach całkowitą władzę, gdyż władze okupacyjne przestały istnieć. Rada Regencyjna podporządkowała mu się, a utworzona przez żołnierzy niemieckich rada prosiła go o opiekę nad sobą. Piłsudski wzywał nas do przyjazdu do Warszawy. Nie było oczywiście żadnych wahań. Wyruszyliśmy jak kto mógł. Jechałem jakimś rozklekotanym samochodem z Thuguttem, Strugiem i M. Downarowiczem. W Dęblinie samochód nasz ugrzązł, przesiedliśmy się do najbliższego pociągu, przepełnionego żołnierzami niemieckimi. Było to już nie wojsko, ale tłum uciekinierów, których jedyną troską był jak najrychlejszy powrót do ojczyzny, do dawno niewidzianej rodziny.

I oto niebawem znaleźliśmy się w Warszawie, do której jeszcze wczoraj droga wydawała się daleka i trudna, a która przez bieg nagłych wydarzeń stała się wolna.

Rząd Lubelski przestał istnieć. Cała władza znalazła się w ręku J. Piłsudskiego. Powierzenie przez Niego misji tworzenia rządu Daszyńskiemu, a później Moraczewskiemu, nadawało nowemu rządowi charakter kontynuatora rządu lubelskiego.

Bronisław Ziemięcki
________________________
Powyższy tekst Bronisława Ziemięckiego pierwotnie ukazał się w piśmie „Kronika ruchu rewolucyjnego w Polsce – kwartalnik poświęcony dziejom walk o niepodległość i socjalizm” tom IV nr 4 (16), październik – grudzień 1938 r. Od tamtej pory nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *