Andrzej Stawar

O bonapartyzmie i faszyzmie

[1934]

Rozgraniczenia

W szkicu niniejszym rozpatruję temat z punktu widzenia raczej socjologiczno-historycznego, niż politycznego i to, co się niżej powie, w żadnym razie nie może pretendować do wyczerpania całości zagadnienia. Wypadki ostatnich lat zaktualizowały wybitnie problemy związane z zapanowaniem reżimów reakcyjnych dyktatorskiego typu i dały bardzo bogaty materiał porównawczy. Zwłaszcza to, co widzieliśmy w Niemczech, proces opanowywania największego w Europie kraju przemysłowego z kilkunastomilionową ludnością robotniczą przez faszyzm rasistowski, na nowo prześwietlił rozpowszechniane usilnie schematy i stawia konieczność bardziej zróżnicowanego podejścia do zagadnień. Trzeba też stwierdzić, że pospolicie uprawiane przez znaczny odłam marksistów rzucanie wszystkich objawów reakcji do jednego worka zaopatrzonego mianem faszyzmu, powoduje ogromny zamęt w pojęciach.

Sprawę rozróżnienia między bonapartyzmem a faszyzmem postawił w kategorycznej formie Trocki w broszurze „Co dalej”, w związku z oceną rządów przedhitlerowskich w Niemczech. Nie będę się tu zajmował szczegółowiej konstrukcją autora, ale jeden punkt jest w niej umotywowany szczególnie słabo. Jako rys zasadniczy, pozwalający „prezydialne rządy” niemieckie okresu przejściowego określić jako bonapartystowskie, autor wysuwa: „ekwilibrystykę między dwoma nieprzejednanymi obozami”. Wedle autora cechy ekwilibrystyki, lawirowania, „przechodniości” uprawniają do określenia danego reżimu jako „bonapartystowski”. Uogólnia on swoją tezę, twierdząc: „Zupełnie konkretna, dokładnie rozgraniczona analogia z bonapartyzmem nie tylko wyjaśnia na nowo rolę ostatniego gabinetu Giolittiego, lawirującego między faszystami i socjalistami, ale rzuca również jaskrawe światło na obecny przechodni reżim w Austrii. Teraz można już śmiało mówić o głębokim związku przyczynowym przejściowego »bonapartystowskiego« okresu między parlamentaryzmem a faszyzmem” („4 sierpnia”).

Rozróżnienie to zasługuje na uwagę dlatego, że zrywa ono z rutynowym zwyczajem zaopatrywania każdego reżimu reakcyjnego, operującego środkami arbitralnymi i dyktatorskimi mianem faszyzmu. Ale wysuwając ekwilibrystykę i lawirowanie między sprzecznymi obozami jako zasadniczy rys bonapartyzmu, autor myli się poważnie. Nawiasem mówiąc, pogląd ten łączy się z teorią państwa autora, wyłożoną w jego pracach historyczno-publicystycznych o rewolucji rosyjskiej, to jest zresztą odrębny temat. Warto przypomnieć tu klasyczną charakterystykę dyktatury bonapartystowskiej we Francji, w postaci pierwszego i drugiego Cesarstwa, rozwiniętą w „18 brumaire’a Ludwika Napoleona”. Opisując oblicze społeczne reakcji bonapartystowskiej po 1848 roku, podkreślając wygrywanie konfliktów klasowych między proletariatem a burżuazją, tworzenie się mechanizmu polityczno-administracyjnego dyktatury, Marks nie ogranicza się do opisu lawirowania, ale przedstawia wytworzenie się bloku klasowego posiadaczy jako nowej podstawy rządów. Ludwik Napoleon działał wbrew oficjalnym politykom mieszczańskim.

Istnienie trwałej i solidnej bazy społecznej w postaci wspomnianego bloku umożliwiło rządom Ludwika Napoleona przetrwanie pierwszych wahań koniunktury politycznej i utrzymanie się przy władzy na okres dłuższy, niż przypuszczali najprzenikliwsi z jego przeciwników.

W omawianych przez Trockiego przykładach (Giolitti, Schleicher i in.) brak takiego stałego oparcia. „Lawirowanie” odbywało się na terenie parlamentarnym i mimo wszystko te systemy należą do różnych odmian parlamentaryzmu z zawieszeniem (paragraf 48 w Niemczech). Są to więc zjawiska nierównej doniosłości i najlepiej to występuje przy rozpatrywaniu rządów obu Bonapartów „autentycznych”. Jeśli w obu Bonapartych widzimy przywódców bloku klas posiadających, zorganizowanego co prawda z góry, z przymusowym usunięciem dawnych polityków mieszczańskich z widowni, faktem jest, że cytowani przez Trockiego Giolitti, Schleicher tego zadania spełnić nie potrafili, i dlatego upadli, dając miejsce rządom partii faszystowskiej. To, że mogli mieć oni złudzenia arbitrów w stosunku do zwalczających się obozów, nie zmienia istoty rzeczy. Ich manewrowanie było bezsilne, fakt posiadania bazy materialnej (armia, biurokracja) również nic nie zmienia, bowiem rządy te nie potrafiły tych środków uruchomić. Gdyby Napoleon I i III byli takimi bonapartystami jak Giolitti i Schleicher, to w ogóle nie byłoby „bonapartyzmu”. Nie można brać subiektywnej chęci dokonania konsolidacji społeczeństwa burżuazyjnego drogą wzięcia za łeb wszystkich sprzeczności i rządzenia arbitralnego za fakt dokonania tej konsolidacji. Z drugiej strony nie można wszystkich rządów o typie bonapartystowskim traktować z góry jako przejściowe do faszyzmu – a z wywodów Trockiego to właśnie zdaje się wynikać.

Oczywiście rozpatrując bonapartyzm i faszyzm w ich konkretności historycznej musimy pamiętać, że nie można sprowadzić zjawisk socjalnych do „czystej” postaci, bo zawsze mamy cały szereg form pośrednich, w których różnice zdają się zacierać. Dlatego też musimy starannie odróżnić cechy pierwszorzędne, zasadnicze od drugorzędnych, nie szukając iluzorycznych syntez. Pojęcie faszyzmu stało się uniwersalną etykietą dla wszystkiego, co trąci reakcją społeczną. W znanej teorii wykoncypowanej przez ortodoksów nowego nabożeństwa, rozszerzyło się to na wszelkie grupy i ideologie polityczne stojące na gruncie ustroju burżuazyjnego, nie tylko nacjonalistyczne, ale socjalistyczne, reformistyczne, ludowcowe. To wydaje się bardzo wygodne terminologicznie; istota każdego kierunku określa się niezmiernie łatwo i prosto: socjaldemokraci zostają mianowani lewym skrzydłem faszyzmu pod mianem socjalfaszystów, ludowcy zostają ludofaszystami itd. W ten sposób faszyzacja terminologiczna poprzedza faszyzację realną społeczeństwa burżuazyjnego. Czyż trzeba dowodzić, że przy takim szerokim traktowaniu zaciera się specyfika zjawiska zwanego faszyzmem, sam termin staje się szerokim a pustym ogólnikiem, zatraca swoje właściwe znaczenie. Utrudnia wyjaśnienie tych rzeczy fakt, że termin posiada już znaczenie uczuciowe dla szerokich mas. Ludzie, którzy dowodzą, że wydobywanie różnic nie ma tu żadnego sensu operują bardzo praktycznym argumentem: czy robotnikowi nie wszystko jedno, kto wali pałką. Ta uproszczona maniera rozumowania występuje, gdy w dyskusji na temat formy politycznej danego kraju rozmówca ze zwycięską miną przytacza np. jako dowód fakt znęcania się nad robotnikiem w areszcie i powiada: „I mówić tu jeszcze, że nie ma faszyzmu”. To uczuciowe znaczenie jest może najtrudniejsze do przezwyciężenia, gdy się o tych sprawach mówi. Niechlujstwo teoretyczne łączy się z naiwną wiarą w zabijającą potęgę terminologii. Wulgarne mieszanie zewnętrznych oznak i cech, operowanie powierzchownymi uogólnieniami powoduje oczywiście nieuniknione dziury w rozumowaniu, zalepiane jakąś syntetyczną papką z oderwanych twierdzeń marksistowskich, która omawianej szkole służy na wszystkie wypadki.

Jeżeli w ten sposób, na zasadzie czysto formalnej załatwiono się z całością kierunków i partii mieszczańskich od prawicy do lewicy, to tym bardziej nie sprawiają tu kłopotu poszczególne formy reżimów dyktatorskich. Ale ludzie, którzy pod jedno miano wpychają reżim Horthy’ego, Aleksandra jugosłowiańskiego i nieboszczyka Primo de Rivery z reżimem Mussoliniego i Hitlera, cierpią na nieuleczalną ślepotę teoretyczną. Konieczne jest rozejrzenie się staranniejsze w istocie kwestii w wewnętrznych składnikach tych reakcyjnych reżimów [1].

Jeśli bierze się za punkt wyjścia cechy takie, jak dyktatura jednostki i monopol władzy w rękach określonej kliki z wyłączeniem wszelkich innych grup mieszczańskich, to należy jeszcze wydzielić takie momenty jak technikę sprawowania władzy, kwestie kadr i bazę socjalną ruchu. Przy wszystkich podobieństwach zewnętrznych występują w tych punktach różnice dostatecznie wyraźne, by się na nich oprzeć.

Weźmy punkt pierwszy: cechą istotną obu reżimów jest silny ekskluzywizm w stosunku do bliskich socjalnie grup politycznych, które albo się pochłania albo likwiduje gwałtownie. Wyraża się to w monopolu na sprawowanie władzy i w monopolu na działalność polityczną. Ale tu trzeba zrobić rozróżnienie: Co innego jest monopol władzy pewnej grupy czy stronnictwa, a co innego jest monopol polityczny. Pierwszy polega na tym, że spośród danej grupy i tylko z jej stronników bierze się kierujących funkcjonariuszy państwowych, że dobór organów współdziałających podlega ścisłej kontroli, że dana grupa polityczna jedyna reprezentuje państwo na wewnątrz i zewnątrz. Monopol polityczny mamy wtedy, gdy poza daną kliką czy partią stojącą u władzy jest uniemożliwiona jakakolwiek działalność polityczna, uniemożliwione są najbardziej elementarne formy organizacji ludzi jakichkolwiek poglądów politycznych, choćby socjalnie pokrewnych. Na tym polega przede wszystkim różnica walki z parlamentaryzmem, partiami i w ogóle formalną demokracją, jaką prowadzą reżimy typu bonapartystowskiego i faszystowskiego.

Reżimy typu bonapartystowskiego nie potrafiły wyjść poza monopol władzy. Widzimy to zarówno w bonapartyzmie XIX wieku, jak i w dzisiejszym. Osiągnęły one daleko idące scentralizowanie władzy w swoich rękach, usunięcie od niej ludzi innych frakcji, poddanie ich działalności pod ścisłą kontrolę i możliwość niszczenia ich represjami. Ale nie potrafiły całkowicie usunąć ich z powierzchni politycznej. Życie polityczne jest wzięte jak gdyby pod klosz kontroli policyjnej, jego przejawy mniej lub więcej zduszone i osłabione, opozycja kontrolowana bądź duszona przez organy władzy istnieje jednak, działa. „Społeczeństwo” legalne, jego elementy, istnieje obok państwa, tzn. grupy obdarzonej monopolem władzy, monopolem administracyjnym. Ta ostatnia, pomimo wszelkich wysiłków, nie może tego stanu rzeczy zmienić, nie mając po temu środków. Faszyzm różni się od bonapartyzmu tym przede wszystkim, że takie środki posiada, że przeciwstawienie między państwem, administracją a „społeczeństwem” usuwa z powierzchni legalności i że realizuje ideał pełnego, nieograniczonego, kierownictwa.

Siłę umożliwiającą realizację pełnego monopolu politycznego daje reżimowi faszystowskiemu jego masowa baza polityczna. Tu mamy najważniejsze różnice obu reżimów.

Istnienie masowej kadry, spojonej ścisłą organizacją, daje faszyzmowi możliwość bez porównania głębszego wniknięcia w życie społeczne. W klasycznym reżimie bonapartystowskim punkt ciężkości władzy spoczywa na administracji państwowej – obywatelowi pozostawia się swobodę kiwania palcem w budę, zalecając bezpartyjność i posłuszeństwo władzy państwowej. W dyktaturze faszystowskiej mamy zasadę odmienną. Tutaj administracja państwowa staje się ekspozyturą partii. Włóknami agentur partyjnych przenika ona społeczeństwo aż do najdalszych, najmniej znaczących ośrodków. Różnica nie polega na postawieniu kwestii władzy. Ludzie, którzy myślą pod sugestią starych reżimów reakcyjnych skłonni są zwracać uwagę na stronę zakazową reżimu, ale ona nie jest istotna i nowa. Nowe jest to, co można by nazwać powszechnym poborem politycznym przez analogię z powszechnym poborem wojskowym. Obywatela w masie przyciąga się do służby politycznej poddając pod surową komendę, przy tym nie pyta się o zdanie w tych sprawach, tak samo jak nie pytają o zdanie człowieka pociąganego do służby wojskowej. Uważa się, że każdy Niemiec, każdy Włoch itd. przez sam fakt urodzenia się Włochem, Niemcem powinien wyznawać polityczną wiarę władców, podobnie jak rekrut powinien pałać chęcią chwalebnej śmierci w polu. Jednostki nieposłuszne ulegają represjom. Istnienie olbrzymiej ilości dobrowolnych agentów władzy i przeniknięcie ich w najdrobniejsze komórki społeczne daje możliwość kontroli i represji prewencyjnej o wiele większą, niż w jakiejkolwiek postaci dotychczasowego państwa. Masowo uprawiany terror, zniszczenie organizacji oporu mas ludowych pozwala władzy faszyzmu uważać się za zabezpieczoną od drobnych perturbacji codziennych, jakim ulegają rządy liberalne. W ten sposób klasy posiadające otrzymują w swoje ręce najpełniejszy aparat władzy, jaki istniał od czasów średniowiecza [2].

W przewrocie typu bonapartystowskiego te elementy występują w słabszym stopniu. Posiada on charakter bardziej „arystokratyczny”. W zależności od tego odmiennie przedstawia się mechanizm przewrotu, o wiele mniej rozgałęziony, niż w przewrocie faszystowskim. Przewrót bonapartystowski z typową formą zamachu wojskowego w stolicy, stanowi właściwie rozszerzoną rewolucję pałacową – zamyka się w ramach rządowych, jego narzędziem jest armia, właściwie korpus oficerski. Odpowiednio do tego zabezpiecza się on odpowiednimi przesunięciami w górze administracyjnej państwa. Współdziałające elementy „społeczne” są usunięte zazwyczaj na drugi plan. Można by wyszczególnić wszystkie tego typu przewroty, począwszy od Napoleona Bonapartego aż do pułkownika Plechowicziusa, i w każdym z nich znajdziemy rysy analogiczne.

Bez porównania bardziej złożony obraz widzimy w klasycznych przewrotach faszystowskich we Włoszech i w Niemczech. Tutaj narzędziem przewrotu jest partia polityczna, działająca w skali masowej i mobilizująca w znacznej mierze doły socjalne. Dla wyjaśnienia tych spraw należałoby omówić ewolucję taktyki politycznej w związku z walką klasową w społeczeństwie burżuazyjnym, przy charakterystycznej niwelacji tej taktyki i rozpowszechnienia masowych organizacji.

Siły napędowe

Rys głębszy, nieraz zresztą podkreślany, stanowi to, że faszyzm wszedł w akcję już po stoczeniu decydującej batalii, po rozbiciu głównych sił rewolucyjnych. Bardzo wyraźnie występuje to we Włoszech. W 1919 r. faszyzm próbuje się przystosować do fali rewolucyjnej idącej w górę. W tym czasie, gdy robotnicy zajmowali fabryki, gwardia przyszłego dyktatora bynajmniej nie rozbijała się w obronie fabrykantów – przeciwnie, została wezwana do udziału w tym ruchu. Gdy przyszło jego załamanie, raczej paraliż, dopiero to załamanie się wewnętrzne ruchu robotniczego daje silny przypływ i kierunek szeregom faszystowskim. Przede wszystkim idzie tu o tę część elementów drobnomieszczańskich, które gotowe były iść z rewolucją robotniczą, ale którym więcej chodziło o przewrót niż o program, z jakim miał on być dokonany.

Elementy te odzywają się głównie przy dobijaniu ruchu pozostałych jeszcze, rozproszonych i zdezorientowanych wewnętrznie ośrodków oporu w klasie robotniczej. Wtedy dopiero układa się ta specyficzna ideologia i taktyka Mussoliniego nie tego z 1919 r., ale tego, który przyszedł do władzy w 1922 r.

Tutaj otwiera się okres tej gry taktycznej na dwa fronty, która składa się na główną część tzw. rewolucji narodowej. Dostarczając obszarnikom i fabrykantom drużyn dobijających ruch rewolucyjny na miejscach, wysuwa się jednocześnie program przewrotu o bardzo szerokim rozpięciu postulatów, obliczonym na zdobycie najróżnorodniejszych żywiołów, rozkołysanych niekiedy mocno, ale nie poprowadzonych do końca, przez stronnictwo rewolucji. Ta praca na materiale i siłami zwichniętej rewolucji stanowi właśnie rys istotny i nowy. Można by użyć takiego porównania, iż faszyzm włącza się w przewody dostarczające rewolucji energii i skradzioną energią uruchamia własne motory. Likwidując na swoją korzyść proces rewolucyjny, usiłuje dać rewolucji epilog wedle swego pojmowania „organiczny”.

Tym właśnie różni się faszyzm od takiej reakcji, którą rewolucja złamała siłami zewnętrznymi, jak to mamy na Węgrzech. Tutaj kontrrewolucję przeprowadzili przedstawiciele dawnych rządów (z pomocą wojskową koalicji) i mogli nadać jej piętno ściśle legitymistyczne. Wielcy posiadacze po dawnemu siedli w siodło, bez decydującej pomocy drobnomieszczaństwa i po zwycięstwie mogli je swobodnie wykwitować.

Właśnie cytowany wyżej przykład wskazuje na skomplikowanie zagadnienia (które zresztą w znacznej mierze tłumaczy chęć próby znalezienia ryczałtowych formuł z gutaperki od wszelkiego wypadku). W ramach niniejszej pracy ograniczę się do podkreślenia różnic, odkładając dokładniejszą analizę do rozpatrzenia poszczególnego reżimu tego typu. Nie ulega jednak wątpliwości, że za punkt wyjścia przyjąć tu należy konkretne warunki społeczne danego kraju i stopień przeorania go przez rewolucję burżuazyjną, stopień rozwoju gospodarczego, jak i przeniknięcie przez gospodarkę wielkoprzemysłową. Tu oczywiście warunki poszczególnego kraju wychodzą na pierwszy plan.

To pasożytowanie na chybionej rewolucji, skręcenie jej na inny tor, stanowi charakterystyczny rys odróżniający faszyzm od każdej innej postaci kontrrewolucji. Umożliwia to właśnie masowy charakter organizowania drobnomieszczaństwa, wszelkich jego najbardziej niezadowolonych elementów, pragnących zmiany za wszelką cenę.

Obserwatorzy mieszczańscy mniej lub więcej sympatyzujący podkreślają „organiczność” procesu obejmowania władzy przez faszyzm. Endecki komentator ewangelii hitlerowskiej p. Drobnik, tak opisuje rozwój hitleryzmu w miarę upadku kredytu starego państwa wśród klas posiadających: „W ten sposób powstało w miarę rozrostu partii powoli od dołu jakoby nowe państwo w państwie dotychczasowym. Z czasem organizacja partyjna napęczniała do tego stopnia, iż jęła chłonąć w siebie wszystkie, co żywotniejsze soki narodu, a bladła siła i autorytet oficjalnej organizacji państwowej… Państwo oficjalne chudło, jak organizm w którego łonie wyrasta organizm znacznie żywotniejszy i zabiera mu soki. Gdy proces ten osiągnął pewien stopień rozwoju, nastąpiło siłą rzeczy załamanie się starej organizacji, a spod jej gruzów ukazała się organizacja nowa”.

Oczywiście, p. Drobnik koloryzuje trochę, gdy mówi o „załamaniu” się starej organizacji państwowej. Mamy tu raczej stapianie się ze starą organizacją państwową, a nie łamanie jej i wyłanianie się nowej. We Włoszech proces ten przeszedł w formie bardziej skondensowanej, w Niemczech nosił charakter bardziej przewlekły, jeśli idzie o przygotowanie (za to późniejszy rozwój monopolu politycznego był o wiele szybszy). Jeden z najbardziej charakterystycznych przedstawicieli pseudoliberalizmu niemieckiego ostatniej doby, Bernhard, w swojej książce o mussolinizmie, podkreśla jako charakterystyczny rys taktyki „dublowanie” władz państwowych, polegające na tym, że obok lokalnego organu administracji państwowej w policji, kolejnictwie itd., powstawał odpowiedni organ partii faszystowskiej, cieszący się większym zaufaniem „narodu”, tzn. posiadaczy, i wchodzący siłą faktu w stałe kompetencje władzy państwowej. Jak się to stało? Bez zaprzeczenia, w r. 1919/20, w dobie najwyższego wzniesienia się fali rewolucji istniały elementy dwuwładzy. Rząd niepewny sił wojskowych wycofywał się przeważnie z ulicy, komitety robotnicze były faktycznie siłą współrządzącą. Gdy one nie nadały biegu wykonawczego swej faktycznej współwładzy i cofnęły się z bojaźnią, na to miejsce przychodziła organizacja kombatancka, która jej już z rąk nie wypuszczała. Harmonizuje to z całością rysów półpasożytniczego wyrastania kontrrewolucji z niedoszłej rewolucji. W ten sposób agentury faszystowskie jeszcze przed objęciem rządów w Rzymie opanowały nie tylko poszczególne miejscowości, ale i całe prowincje.

To jest możliwe oczywiście przy wyraźnym współudziale kierowniczych czynników starej administracji. Rewolucja i tu dokonała swego dzieła połowicznie – zdyskredytowała kierowniczą górę aparatu państwa burżuazyjnego, przeciwstawiła ją dołom, ale nie wprowadziła przeciwników w stan walki otwartej. W tych warunkach te związane z posiadaczami szczyty aparatu państwowego rezygnują ze swej „samodzielności” i z ciężkim sercem poddają się nowej sile porządku i ładu, która terrorem w stosunku do mas zdała egzamin zdolności do rządzenia. Hasło przewrotu „prewencyjnego” w tych warunkach poczyna łączyć niemal wszystkie elementy starego reżimu. Ale bez współpracy starego aparatu z „przewrotowcami”, przewrót prewencyjny udać by się nie mógł.

Decydującym momentem „przewrotu” jest połączenie obu aparatów dla jednolitego działania. Wstrzyknięcie nowych sił do starego organizmu państwa policyjnego usiłują ideologowie faszyzmu przedstawić jako wejście nowej treści socjalnej dzięki „rewolucji narodowej”. Trudniej im powiedzieć coś konkretnego o owej treści.

Nie trzeba oczywiście uważać, że to przechodzi gładko. Elementy kierownicze starego reżimu rezygnują z trudnością przed nowymi panami sytuacji. Gdy w klasycznym bonapartyzmie widzimy, iż przesunięcia odbywają się przede wszystkim na terenie instytucji rządowych, to tutaj idzie przede wszystkim o opanowanie ulicy przez bojowców partyjnych. Do represyjnych sił rządowych przez pewien okres panuje nieufność, widzimy to u Mussoliniego i jego niemieckiego ucznia.

W Niemczech proces powyższy miał, jak się rzekło, w pierwszej fazie charakter o wiele bardziej przewlekły, ale zasadnicze cechy te same. To, co w Niemczech określano jako okres „suchej faszyzacji” przy intensywnym współdziałaniu SD (na czym opierał się międzydowodowy materiał niedorzecznej teorii socjalfaszyzmu) – to był raczej okres walki z pozostałościami dwuwładzy. Panowie Noske, Grzesińscy, Seweringowie bali się panicznie posądzenia ich o to, co w języku prasy burżuazyjnej nazywało się „kiereńszczyzną”, pozostając przy władzy każdej chwili spieszyli okazać przysłowiową silną rękę w stosunku do lewicy robotniczej. Historia wyszydziła przezorność czcigodnych działaczy, każąc im odegrać właśnie rzeczywistą rolę kiereńszczyzny w stosunku do przewrotu z prawa.

Elementy pośrednie i regres

Jeżeli idzie o nowe, specyficzne elementy reżimu faszystowskiego, wyróżniającego go od demokracji parlamentarnej, to, jak wiadomo, dla marksistów znanej szkoły sprawa zmian sprowadzonych przez nowy stan rzeczy redukuje się do strony formalnej – załatwiają oni wszystko uniwersalną formułką: zmiana form dyktatury burżuazyjnej. Dla nich wszystkie te „swobody demokratyczne” związane z parlamentarną demokracją, są jedynie i wyłącznie chytrym oszustwem burżuazyjnym. Drobnomieszczańscy ideologowie tej demokracji wykonują jedynie wyznaczoną im rolę, są lewym skrzydłem faszyzmu. Między tymi formalnie zwalczającymi się kierunkami istnieje tylko podział pracy pod egidą kapitału. Ci operują pałką, tamci frazesami.

Trudno o coś bardziej uproszczonego, wulgarnego i antymarksowskiego niż takie stawianie sprawy. Niewątpliwie była tu u podstaw pewna reakcja na tendencję doby przedwojennej kiedy to „program minimalny” występował w rzeczywistości jako jedynie osiągalny w danym okresie historycznym, zasłaniając i odsuwając w mgły czasu „ostateczny” cel. Powstały jako reakcja jednostronny pogląd o „oszustwie”, z kolei został doprowadzony do karykatury w teorii podziału ról. Ale przecież trzeba pamiętać, że te swobody demokratyczne były zdobywane ciężkim wysiłkiem całych pokoleń proletariatu w pierwszym rzędzie. Warto tu przytoczyć opinię człowieka, który dał miażdżącą analizę złudzeń demokratycznych i rozumiał te sprawy sto razy lepiej niż scholastycy dzisiejsi. Autora „Państwa i rewolucji” trudno chyba posądzać o rozsiewanie iluzji i oszustw – mechanikę zdobywania swobód demokratycznych stawia on na gruncie zupełnie konkretnym. Weźmy np. taką charakterystykę partii październikowców z r. 1911.

„Nie odróżniając się w swej dzisiejszej polityce niczym istotnym od prawych, październikowcy wyróżniają się od nich tym, że prócz obszarnika partia ta obsługuje jeszcze wielkiego kapitalistę, staroświeckiego kupca, burżuazję, która tak przeraziła się przebudzenia robotników, a wraz z nimi i chłopów do życia samodzielnego, że na całego zwróciła się do obrony starych porządków. Są tacy kapitaliści w Rosji i jest ich wcale niemało, którzy obchodzą się z robotnikami wcale nie lepiej, niż obszarnicy z byłymi pańszczyźnianymi chłopami; robotnik, subiekt to dla nich taka sama czeladź, »służba«. … Jest kapitalizm i kapitalizm. Jest kapitalizm czarnosecinno-październikowy i ludowcowy (realistyczny, demokratyczny, aktywny kapitalizm). Międzynarodowy proletariat ciśnie kapitał w dwojaki sposób, z październikowego zmieniając go na demokratyczny i wypędzając od siebie kapitał październikowy przenosi go do dzikich… W Europie Zachodniej nie ma już prawie kapitału październikowego: prawie cały kapitał jest demokratyczny. Październikowy kapitał z Anglii, Francji przeszedł do Rosji i do Azji.

Rewolucja rosyjska i rewolucja w Azji – to walka o usunięcie kapitału październikowego i zastąpienie go przez demokratyczny” (XV tom pism Lenina, „List do M. Gorkiego”. Pisane w r. 1911).

Oczywiście to nie znaczy, by Lenin redukował zadania robotników do tego przesunięcia. Ale to pokazuje, jak niedorzeczną rzeczą jest redukować te rzeczy do kwestii „oszustwa”, zastąpienia oszustw demokratycznych przez nagi gwałt. Przeciwnie, wszystkie te cząstkowe reformy były ubocznym produktem walki rewolucyjnej proletariatu. Faszyzm, niszcząc te reformy, niszcząc te ustępstwa, wydaje na tym terenie realną zupełnie walkę rewolucji, on rozumie doskonale, co to znaczą te kompromisy. Odbywa się tu ruch regresywny: kapitał „październikowy” zaczyna na nowo wchodzić do Europy Zachodniej. Tę właśnie treść konkretną mają hasła powrotu do średniowiecza: w dziedzinie stosunków między kapitalistą a robotnikiem – wprowadzanie ustroją korporacyjnego, tępienie prób klasowego oporu. U podstaw wszędzie tu jest dążenie do powrotu do stosunków patriarchalno-pańszczyźnianych: zmiany robotnika, pracownika w czeladź, w służbę przedsiębiorcy i usunięcie w ten sposób ograniczeń eksploatacji przez walkę klasową. Że to się nie udaje na sto procent to inna rzecz, opór jest zbyt silny, masy pracujące poszły zbyt daleko w rozwoju, by na trwałe mogły znieść próby nałożenia średniowiecznej obroży. Ale taka jest tendencja [3].

Jedno z polskich pism konserwatywnych cytowało niedawno jako charakterystyczny wyraz przemian w świadomości społecznej spowodowanej przez dojście do władzy hitleryzmu takie wynurzenie głośnego ideologa reakcji, Oswalda Spenglera.

„Stulecie kultu robotnika – 1840-1940 – kończy się nieodwołalnie. Robotnik włączony zostaje z powrotem w całość narodu już nie jako jego umiłowane dziecko, lecz jako najniższa klasa ludności miejskiej”.

To jest nienawistna przesada. Robotnik nigdy nie był takim „umiłowanym dzieckiem”, a „stulecie kultu robotnika” uroiło się tylko rozjątrzonemu mózgowi junkierskiego ideologa. Było natomiast co innego. Nie ulega wątpliwości, że od roku 1848, gdy rozpadły się złudzenia związane z wolnościowymi hasłami rewolucji burżuazyjnej, gdy okazało się, że utkwiła ona w bagnie kompromisów z najreakcyjniejszymi żywiołami starego społeczeństwa ze strachu przed proletariatem, to wszystkie nadzieje progresywnej inteligencji, radykalnego drobnomieszczaństwa, żywiołów postępowych musiały zwrócić się w stronę proletariatu i jego ruchu. Nawet te elementy, które odgradzały się od marksizmu ale pragnęły walki z najdzikszymi formami przemocy klasowej, z panowaniem starych przesądów, zwracały się do ruchu robotniczego, jako jedynej siły mogącej zapewnić rzeczywisty postęp społeczny. W tym znaczeniu trzeba brać nienawistną przesadę frazesu spenglerowskiego o kulcie robotnika. Pośrednio dał temu wyraz nawet ruch hitlerowski, który postawiwszy sobie za zadanie skupienie mas koło swoich haseł, w nazwie partii użył słów „robotnicza, socjalistyczna”. Ale właśnie hitleryzm zadał najsilniejszy cios ruchowi robotniczemu umiejąc poprzez radykalne i ludowe hasła swego programu stworzyć blok głównych odłamów drobnomieszczaństwa z burżuazją oraz izolować klasę robotniczą. Tacy jak Spengler ludzie to czują i to wydziera im okrzyki triumfu. Nie mamy powodu wątpić, że triumf ich będzie krótkotrwały, ale nie ulega też wątpliwości, że dziś ma on swe realne podstawy.

Zwycięstwo polega na rozbiciu tego, co ogólnie zwano „ludem”, w sensie 1848 roku, rzuceniu plebejuszowskich żywiołów miasta i wsi przeciw proletariatowi, dotychczasowemu mniej niż więcej uznanemu mimo wszystko przywódcy. Na tym zresztą polegają wszystkie historyczne zwycięstwa wielkich posiadaczy. Gdyby wziąć te same Niemcy, rozdzielenie chłopstwa i plebsu miejskiego, przeciwstawienie ich interesów w r. 1524 pozwoliło arystokracji zmiażdżyć jednych i drugich.

Cokolwiek się powie o trwałości dzisiejszych zwycięstw – sam fakt nie ulega wątpliwości. I to wymaga przede wszystkim wyjaśnienia sprawy na szerszym tle niż się to często robi. Jeśli teraz w związku z Niemcami i zwycięstwem narodowego socjalizmu sypią się oskarżenia i rekryminacje na poszczególnych ludzi i poszczególne kierunki, oskarżenia niewątpliwie uzasadnione i słuszne, to przy całej ich słuszności i trafności nie wyczerpują one sprawy. Można by tu przypomnieć uwagę Marksa po 1848 roku, że obciążając danych przywódców wyłączną odpowiedzialnością za klęskę ruchu, robi się im za duży zaszczyt i przypisuje taki wpływ na wypadki, jakiego oni nigdy nie mieli. Przecenienie wagi momentów subiektywnych, „przeciążenie” poszczególnych ludzi odpowiedzialnością za sprawy, które ich o wiele przerastały, skręca sprawę na tor jałowych rekryminacji. Niewątpliwie był impas, był stan ciągłej konfuzji, w jakim oni pozostawali, ale to tłumaczy się impasem szerszej natury.

Sprawa nie da się wyjaśnić wewnętrznym stanem rzeczy w obozie robotniczym (przewaga reformizmu i rozszerzanych przezeń złudzeń parlamentarnych, które paraliżowały opór). Tym bardziej nie tłumaczy to gołe powołanie się na siły przeciwnika – bo siła ta wcale nie powstała od razu ni stąd ni zowąd, walka o wpływy odbywała się przez długie lata. Chodzi tu o sposób, w jaki ujmowana była sprawa drobnomieszczaństwa w ciągu całego poprzedzającego okresu.

Otóż nie wszystko tu można przypisać błędom czy złudzeniom poszczególnych jednostek lub odłamów. Działały tu momenty utrwalone w ciągu całych dziesięcioleci, całych pokoleń ruchu. Były to sprawy tym trudniejsze do przezwyciężenia, że związane z okresem wielkiego rozwoju.

A nic tak nie przeszkadza właściwemu ujęciu zmienionej sytuacji, jak wielkie sukcesy osiągnięte w przeszłości i okoliczności z nimi związane.

Praktyczne programy robotnicze w ciągu przeszło pół stulecia opierały się na postępowym ruchu kapitalizmu i na dynamice zmian przezeń wprowadzanych. Gdy weźmiemy jakąkolwiek pracę uzasadniającą socjalizm z okresu przedwojennego, widzi się, jaką rolę odgrywały tam liczby ujmując ruch gospodarczy i liczby demograficzne. Jeśli wziąć główne kraje kapitalistyczne, to z każdym dziesięcioleciem przybywają nowe miliony proletariuszy zatrudnionych w wielkim przemyśle, zwiększa się względna waga miasta, rośnie znaczenie wielkiego przemysłu. Te momenty niemal automatycznie wykreślały prognozę rozwoju. Jeśli w okresie powojennym, pod wpływem wojny światowej i rewolucji, wśród bardzo znacznego odłamu klasy robotniczej, wiele złudzeń uległo przetrząśnięciu i odrzuceniu, to jednak tu nie dostrzeżono całej wagi zagadnienia. Poprzednia wiara w automatyzm zmian wyraziła się w nowej formie w przekonaniu, że klasa robotnicza automatycznie pociągnie za sobą drobnomieszczaństwo przynajmniej w głównych odłamach przeciwko kapitalizmowi. Obok teorii harmonijnego przerastania, teorii nadimperializmu głoszonych przez reformistów, rozszerzało się w odłamie rewolucyjnym złudzenie o automatycznym przejściu drobnomieszczaństwa do obozu antykapitalistycznego. Opierano się na dedukcjach z poszczególnych wystąpień odłamów środowiska drobnomieszczańskiego, ale nie na analizie rzeczywistej sytuacji.

Tej wierze w automatyczność przejścia należy przypisać, iż nie wysunięto szczegółowego programu dla drobnomieszczaństwa, ograniczając się, jak w Niemczech, głównie do podbijania jego patriotycznych sentymentów. Bardzo często w sprawach materialnych partie proletariackie szły „zdobywać” drobnomieszczaństwo z nożem w zębach. Jednocześnie waga efektywna drobnomieszczaństwa uległa zmianie dzięki regresowi ekonomicznemu, powstrzymaniu historycznego procesu względnego rozpuszczania się drobnomieszczaństwa w ustrojach kapitalistycznych.

Zaznaczyć należy, że przez wielu ludzi z peryferii drobnomieszczańskich oskarżany tu bywa marksizm jako rzekomo ciasna drewniana doktryna, zasłaniająca wszystko poza pewnym wycinkiem rzeczywistości. Ale marksizm tu nie jest winien. Marksizm wykreślał jedynie ogólny kierunek rozwoju, nie dawał schematów ani recept na wszelkie okoliczności i tym bardziej nie przeszkadzał marksistom w realistycznej ocenie sytuacji. Jeśli pojawiło się skostnienie, to dlatego, że ludzie wyobrażali sobie, wcale nie po Marksowsku, że takie recepty mają, że usiłowali wydobyć takie recepty z wielkich zwycięstw okresu poprzedniego. Chodzi nie tylko o sukcesy wzrostu w drugiej połowie XIX w., początku XX w. – odegrała też bardzo negatywną rolę niedialektyczna ocena rewolucji rosyjskiej.

W każdym razie w ocenie sukcesów faszyzmu doniosłą rolę należy wyznaczyć impasowi wewnętrznemu w obozie marksistowskim, który tak ostro wystąpił w ostatnim dziesięcioleciu. Ten impas w dziedzinie zarówno teorii, jak i praktyki przyczynił się do sukcesów polityków w izolowaniu proletariatu w rzuceniu na niego elementów drobnomieszczańskich i przejściowemu unicestwieniu jego siły politycznej. Przezwyciężenie tego impasu może być osiągnięte tylko w drodze wyraźnego postawienia sprawy drobnomieszczaństwa, odrębnych interesów jego poszczególnych odłamów, które bynajmniej nie pozostają w beznadziejnej kolizji z interesami robotniczymi. Z tego punktu widzenia nic śmieszniejszego i szkodliwszego niż bagatelizowanie np. socjalnych sukcesów hitleryzmu i lekkie traktowanie jego demagogii socjalnej.

Nie zajmowałem się wyżej stroną gospodarczą kwestii, nie chcąc rozszerzać przedmiotu tego artykułu, należy jednak parę słów powiedzieć o wpływie kryzysu światowego na powstanie i rozwój faszyzmu, ile że tu najwięcej bywa nieporozumień. Rozpowszechnione są zwłaszcza złudzenia na temat bezpośredniego, burzącego wpływu kryzysu na pozostające u władzy partie faszystowskie.

Nie ulega wątpliwości, że regres gospodarczy związany z rozkładem kapitalizmu stanowi najważniejszą pożywkę socjalną faszyzmu. Tutaj nie idzie oczywiście o kryzys ostatni (któremu niektórzy przypisują decydującą rolę w dojściu Hitlera do władzy), ale o całokształt tego zastoju i gnicia związanego z zatrzymaniem się rozwoju gospodarki kapitalistycznej po wojnie światowej. W dobie swego rozwoju kapitalizm niszczył i wywłaszczał drobnomieszczaństwo, proletaryzował je. Ale ogólny progres gospodarki narodowej łagodził skutki dewastacji. Dzisiaj tego nie ma. Kapitalizm nie proletaryzuje drobnomieszczanina, ale pauperyzuje go, odbiera mu widoki istnienia. Aparat wytwórczy nie przyjmuje więcej ludzi. Jeśli dawniej, zrujnowany rzemieślnik, zbankrutowany chłop, stawał się najemnikiem fabrycznym, degradował się socjalnie, ale nie tracił podstaw egzystencji, to dziś skazany zostaje na najautentyczniejszy głód. Staje się pauperem w sensie przedkapitalistycznym, spada na poziom lumpenproletariatu, zachowując przy tym wszystkie złudzenia związane z poczuciem należenia do kategorii socjalnie „lepszych” elementów niż zwykły pracownik fizyczny. Ten półlumpenproletariat stał się masowym środowiskiem werbunku faszystowskiego, jego bezideowość powoduje, że łatwo zamienia się on w armię, dla której posłuszeństwo wodzowi i dającemu chleb staje się jedynym i najwyższym prawem.

Zresztą te sprawy są dostatecznie znane i nie wymagają specjalnego dowodzenia. Dużo napisano na temat agitacyjnych iluzji w ekonomicznych postulatach i hasłach faszyzmu, pozwalających mu zgromadzić olbrzymie masy zwolenników. Jeśli te hasła są oparte na iluzjach albo na cynicznych oszustwach, to jeszcze nie tłumaczy ich wpływu. Przecie pomijając już partie robotnicze i ich krytykę agitacji hitlerowskiej, były wielkie konkurujące partie mieszczańskie, które we własnym zakresie również zajmowały się wyświetlaniem tych oszustw i niedorzeczności. Dlaczego ta kontragitacja nie podważyła zaufania zwolenników?

Odpowiedzi nie można szukać tylko w pobudkach uczuciowych, rozpaczy bezwyjściowej sytuacji czy specjalnie uwodzicielskich trickach agitacyjnych. Były tu widoki bardziej konkretne i pewna ich część musiała być zrealizowana.

Trzeba tu odróżniać stałe niejako postulaty programowe drobnych producentów, wynikające z ich sytuacji gospodarczej w ustroju kapitalistycznym, zwracające się zarówno przeciw wielkiemu przemysłowi, jak przeciwko wszelkim formom centralizacji gospodarczej, przeciwko lichwie bankowej itd., domagające się popierania drobnego i średniego wytwórcy. Te punkty znajdują poparcie w każdym ruchu drobnomieszczańskim i bynajmniej nie zostały wymyślone przez sprytnych przywódców. Ważnym momentem w ideologii zarówno mussolinizmu, jak i hitleryzmu jest swego rodzaju program regresu ekonomicznego. Wyraża się to w głoszeniu przy każdej okazji haseł antyurbanistycznych, powrotu ludności miejskiej na wieś itp. prób uchylania się spod wpływów rozpadu ekonomicznego. Ale ostatnio program zmniejszenia wytwórczości społeczeństwa stał się omal że nie powszechnym wśród ekonomistów burżuazyjnych. Dla drobnomieszczaństwa zdają się tu otwierać z dawna marzone perspektywy wyrugowania wielkiej fabryki i wielkiej maszyny (bo do małej już się przyzwyczaił). Oczywiście tych utopijnych postulatów faszyzm nie zamierza realizować – przeciwnie, energiczniej niż jakikolwiek inny rząd oddaje ster polityki gospodarczej w ręce wielkiej finansjery. O parcelowaniu wielkiego przemysłu w myśl niedawnych obietnic mowy nie ma. Antymaszynowe ustawodawstwo hitleryzmu gospodarczo nie odgrywa i nie odegra roli, bo dziedziny, które obejmuje są mało ważne – jest to po prostu ochłap rzucony na odczepne.

Hasło podniesienia stanu średniego realizuje się więc na innej drodze: podniesienia jego udziału w dochodzie społecznym na niekorzyść proletariatu. Robi się to najróżniejszymi drogami. Pojęcie walki o bezpośrednie korzyści ekonomiczne, związane z władzą, co się zwie „walką o żłób”, zostało w literaturze marksistowskiej dostatecznie skompromitowane, jako skłaniające do wulgarnego upraszczania przemian politycznych. Ograniczano to zresztą do walki o „tłuste kąski”, synekury i stanowiska, zapewniające wysokie dochody. Pauperyzacja powojenna związana z kryzysem gospodarki kapitalistycznej sprawiła, iż granica korupcji politycznej przesunęła się głęboko w dół. Impas gospodarczy daje pewien surogat walki socjalnej, tam, gdzie jej nie było. Rozdziela się już nie tylko synekury i „tłuste kąski”, ale takie stanowiska, które w dobie przedkryzysowej nie byłyby wcale przedmiotem ubiegania się. W ten sposób staje się możliwa ta milionowa armia agentów rządowych, jaką nie rozporządzał żaden dotychczasowy reżim kapitalistyczny. W ten sposób kryzys naruszający podstawy społeczeństwa kapitalistycznego, nadaje zarazem nieznany dotąd rozmach i środki najdzikszej i najbardziej zdecydowanej armii jego obrońców.

Można by zaryzykować twierdzenie, iż kryzys obniżył koszty wojny domowej dla kapitalistów – kapitał niemiecki tak długo traktujący z rezerwą kwestię rządów hitlerowskich, brał to pod uwagę, gdy je realizował.

Mamy tu na terenie społecznym zastosowanie zasady średniowiecznej, że wojna żywi wojnę. Oczywiście, że ta stara zasada działać może tylko do czasu. Cokolwiek by się jednak powiedziało o jej dewastacyjnym charakterze, tłumaczy ona trwalsze sukcesy faszyzmu.

Społeczny układ sił stanowi odwrócenie tego stanu rzeczy, który w Rosji istniał bezpośrednio przed rewolucją październikową. Tam wielcy posiadacze zostali w momencie walki decydującej izolowani przez proletariat, współdziałający z elementami drobnomieszczańskimi miasta i wsi. Tutaj odwrotnie, posiadacze dzięki poparciu drobnomieszczaństwa izolują proletariat i miażdżą jego siłę polityczną. Właśnie dzięki temu układowi sił stało się możliwe uruchomienie skomplikowanego mechanizmu przewrotu prewencyjnego i zredukowanie sprawy do „małej” wojny domowej. Sprzeczności interesów poszczególnych części bloku są istotne i nie do obalenia – zostały one czasowo odsunięte na drugi plan, lecz nie zlikwidowane. Jeśli już dziś wprowadzają one poważne szczeliny w zamkniętym systemie państwa totalnego, to w miarę wyczerpywania się oddziaływań gospodarczych, a przede wszystkim społecznych, różnice między nierównymi „sojusznikami” nieuchronnie będą rosły.

Andrzej Stawar
_______________________
Powyższy artykuł Andrzeja Stawara  ukazał się pierwotnie w piśmie „Pod Prąd”, tom I, 1934 r. Następnie został wznowiony w 1961 r. na emigracji przez paryski Instytut Literacki w zbiorze „Pisma ostatnie Andrzeja Stawara”. Publikujemy go za tym ostatnim źródłem; poprawiono pisownię według obecnych reguł. Przygotował i udostępnił Wojciech Goslar.

Przypisy:

1. Jedna uwaga: gdy idzie o użycie terminu bonapartyzm, może się wydawać, że tego terminu używa się zbyt szeroko i znowu do formacji różniących się między sobą. Ale jak wiadomo zupełnie czystych typów ustrojowych w historii się nie spotyka – poszczególne rysy poszczególnych systemów upodobniają się, a niekiedy zlewają ze sobą. W danym razie idzie przecież o dość bliskich krewniaków. Jak wiadomo, Marks określił rządy Bismarcka jako pokrewne bonapartystowskim. Nie wynikało, że należy to brać jako analogię ówczesnej monarchii Hohenzollernów i III Cesarstwa, chodziło o pokrewieństwo militarystyczno-biurokratycznego charakteru władzy, przy pewnych demagogicznych gestach w stosunku do mas („Ludowa monarchia” Bonapartego, próby politycznej i socjalnej demagogii Bismarcka). Niewątpliwie chodziło tu o rzecz zupełnie konkretną, mianowicie przeciwstawienie bismarckowskiej działalności formom reakcji czysto legitymistycznym, jakimi były reakcje monarchistyczne XIX w. To rozróżnienie i dzisiaj jest aktualne, mimo nieistnienia autorytetów „z bożej łaski”. Różnice, które nas interesują, nie dadzą się sprowadzić do samej demagogii, tkwią one w całokształcie reżimu.

2. Ludzie, którzy skłonni są mieszać sam monopol władzy z monopolem politycznym, wprowadzonym w takim zakresie, nie rozumieją najbardziej elementarnych kwestii. (Co znaczy takie masowe, stałe pociąganie ludności do świadczeń politycznych na rzecz partii rządzącej o tym mówią stosunki włoskie i niemieckie). Oczywiście nie wpływa to, jak chcą dowieść faszyści, na zanikanie walki klasowej, przeciwieństw społecznych, ale stawia przeszkody ich ujawnieniu się.

3. W tym zawiera się sens hitlerowskich dekretów o pracy. Kapitalista wedle nich jest „wodzem” robotników, winni mu są oni posłuszeństwo nie tylko w ramach kontraktu służbowego, ale i poza pracą. To właśnie charakteryzuje sytuację czeladzi w starej gospodarce, zwłaszcza obszarniczej, przesyconej tradycjami pańszczyźnianymi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *