Konrad Wrzos

Miasto bezrobotnych

[1933]

Na przyjęciu w willi dyrektora jednej z hut katowickich zapytano mnie, jaki będzie kolejny etap tej podróży po Polsce dzisiejszej. Odpowiedziałem:
— Zawiercie!
— Możemy panu wszystko o tym mieście opowiedzieć – odezwało się kilka głosów.
Były to głosy dyrektorów hut i zakładów przemysłowych.
— Zawiercie to miasto bezrobotnych – rzekł gospodarz.

***

Istotnie, Zawiercie jest miastem bezrobotnych. Na 32000 dusz, 3/4 ludności Zawiercia jest na utrzymaniu Opieki Społecznej.
Ludność ta spędza dni po domach i na ulicach. I dlatego dziwnie wyglądają ulice i domy Zawiercia. Kiedy przyjechałem do tego miasta, była godzina 10 przed południem. W hali dużego dworca stały gromadki ludzi. Byli to bezrobotni. Z tuzina tragarzy pozostało trzech. Oddałem jednemu z nich (powiedział mi przy tej okazji, że rzadko widzi złotówkę) swą walizkę i kazałem się wieźć do fabryki bawełnianej, która nazwę swą wzięła od miasta.
Przejeżdżaliśmy przez ulice miasteczka, którego niskie, drewniane domki stoją obok równie niskich, zniszczonych i odrapanych, parterowych i piętrowych, małych domków murowanych. Był dzień powszedni. Grupki ludzi stały na chodnikach. Kobiety w chustkach, mężczyźni w czapkach, przeważnie bez płaszczów, w kurtkach. Sklepy, nad którymi widniały duże, oznaczone wielkimi literami szyldy, tu i ówdzie pozabijane były deskami.
Jedziemy do fabryki „Zawiercie”.
Dlaczego tę fabrykę wybraliśmy spośród innych jedenastu – tylko sześć fabryk w tej chwili wegetuje – szklanych, chemicznych i żelaznych? Dlatego, że z istnieniem tej fabryki związany jest los Zawiercia.
Zajeżdżamy przed gmach. Mijamy tłum robotników, którzy co dzień zgłaszają się do swych dyrektorów, aby zapytać, kiedy znów zostaną uruchomione wrzeciona i krosna. Wchodzimy do sali konferencyjnej dyrekcji fabryki, gdzie oczekują nas jej dwaj dyrektorzy. Siedzimy w dużej sali, o nieco zaniedbanym wyglądzie. Z pożółkłych portretów patrzą na nas starzy panowie. To założyciele fabryki, której początek sięga roku 1872. Od tego czasu zawierciańska przędzalnia bawełny rozwijała się systematycznie; rok 1926 i 1927 był punktem szczytowym jej rozwoju. Zakłady „Zawiercia” zatrudniały wówczas 6500 robotników; pracowały na dwie zmiany w tkalniach, przędzalniach, w farbiarniach, bielarniach i drukarniach. Jeszcze na początku roku 1929 zatrudniały one 5500 robotników. Dziś Zakłady „Zawiercie” zatrudniają 650 robotników, którzy pracują cztery dni w tygodniu, na jedną zmianę i tylko w przędzalni.
Jeszcze do roku 1930/31 fabryka pracowała na tzw. skład. Produkowano towary białe i sztuczny jedwab. Jak wiadomo, najbardziej intratny dla przemysłu bawełnianego jest sezon letni. W tej chwili powinna już być zrobiona kolekcja towarów, wykonanych w myśl ostatnich zaleceń mody. Kupcy powinni się zgłaszać do fabryki, która znów po zorientowaniu się pracuje na tzw. skład. Wykonany towar przesyła się do własnych składów i do odsprzedawców. Tak było zawsze. Dziś o tym wszystkim nie ma mowy.
Zdolność produkcyjna „Zawiercia” wynosi około 1 miliona metrów miesięcznie i tę produkcję „Zawiercie” osiągnęło. Teraz produkcja sprowadza się do wykonywania przędzy jako półfabrykatu. Przędzalnia bawełny liczy 92000 wrzecion, tkalnia 2600 krosien. W roku 1928 wyprodukowano około 4000000 kg przędzy. W roku 1932 około 800000.
„Zawiercie” jest miastem w tym mieście. Rozbudowało się ono na 100 morgach gruntu. Wzdłuż fabryki linia kolejowa, tzw. warszawsko-wiedeńska na długości 800 m.
Wszystko to – gmachy, grunta, domy i lasy – jest teraz dla fabryki ciężarem. Podatek od majątku płaci się bowiem ten sam. Zmniejszył się tylko podatek dochodowy i obrotowy. Zysk fabryka ma tylko z produkcji przędzy.
Jakie fabryka miała koszta dawniej? Jeżeli się przyjmie, że dzienny zarobek robotnika wynosił przeciętnie 5 zł, to z 30000 zł, które dziennie „wychodziło” z fabryki na ulicę, 25000 niewątpliwie szło do żołądka miasta, do sklepów kolonialnych, krawców, szewców, księgarń i fryzjerów. Obecnie robocizna wynosi w budżecie fabryki około 3000 zł. Dochód miasta spadł z 25000 do 3000 zł. W tym samym stopniu spadł, oczywiście, dochód samorządu i właścicieli nieruchomości, szkół, łaźni itd., itd. Szkoła w Zawierciu chyli się ku upadkowi. Znikoma część rodziców opłaca czesne; idzie ono na opał. Dzieci bezrobotnych wpisowego nie płacą. Z czego ma żyć szkoła? Za co mają żyć nauczyciele?
Jeden z dyrektorów „Zawiercia”, który wiele serca i czasu poświęca sprawom społecznym, mówił mi z troską o ciężkim losie szkolnictwa w Zawierciu. W jego dobrych oczach malował się smutek.
Jak można zatrudnić przeszło 5 tysięcy zredukowanych robotników, skoro nie ma dla kogo produkować?
Obydwaj panowie pokazali mi fabrykę, której są kierownikami. Przeszliśmy przez szereg wielkich sal fabrycznych, począwszy od magazynów, skończywszy na ekspedycji. W wielkim jak hol dworca kolejowego magazynie, który ongiś przepełniony był omal że pod sufit zapasami surowca, leżało… kilkanaście pak bawełny amerykańskiej. Ta bawełna idzie na maszyny, które ją czyszczą, rzucają odpadki do wielkich jak w ogrodach zoologicznych klatek. Z oczyszczonej bawełny, która wygląda jak wata, rozdziela się włókna, aby je potem nawinąć na wałki i na szpule. I tu, jak w fabryce wełny czesankowej, kołowrotek został zastąpiony maszyną, która sama przędzie. Nazywa się samoprządnicą. „Nadmajster”, który w marynarkowym ubraniu krążył na tej sali między maszynami, przy których stali robotnicy przeważnie w koszulach i robotnice w bluzkach (nie wszystkie były obute, niektóre nosiły trepki, niektóre stały bose na kamiennej posadzce); otóż „nadmajster” powiedział mi, że pracuje w fabryce od 40 lat i że takiego spadku poziomu pracy nie pamięta.
Podszedłem do jednego z robotników, aby go zapytać, jak żyje.
– Żyję marnie – powiedział mi – wstyd powiedzieć. Je się kartofle i dwa razy w tygodniu kawałek mięsa. Zapanowała nędza.
Robotnik ów ma 3000 zł długu, poprzedniego dnia był u niego komornik. Dlaczego ma tak wielkie długi? Kształcił dzieci – chciał im stworzyć warsztat pracy. Syn jego jest krawcem, ale synowi trzeba pomagać. Córka pracuje jako fryzjerka.
Wstąpiłem w Zawierciu do krawca i sklepu z ubraniami, do szewca i fryzjera. Krawiec powiedział mi, że w styczniu 1928 r. jego zarobek miesięczny wynosił 800 zł, zaś w styczniu 1933 r. 4 zł. Ubranie na ulicy Warszawskiej – na ulicy tej można w Zawierciu wszystko kupić – kosztuje 25-40 złotych. Ubranie na zamówienie 100-120 zł.
Szewc odpowiedział mi, że zarobek jego spadł ze 150 zł tygodniowo do 10 zł.
Fryzjer oświadczył, że dochody jego zmniejszyły się o 85%.
Czyż można się dziwić, że w tych warunkach po 28 latach pracy nasz 55-letni rozmówca skarży się na swoją dolę. Jego dzienny zarobek wynosi dziś 7,97 zł. Ma żonę i troje dzieci. Chciałby pracować i ma siły do pracy, ale pracuje tylko 4 dni w tygodniu. Jak wybrnie z kłopotów życiowych?…
Mimo to nie jest w najgorszej sytuacji. Tysiące innych jego towarzyszy było zmuszonych, wobec redukcji, opuścić warsztaty pracy. Przeszedłem przez wszystkie sale.
Jeszcze przed rokiem huczały w nich maszyny, dzisiaj stoją one nieme. Jakiż jest obraz tych opustoszałych sal, których skomplikowane warsztaty tkackie zaniemówiły? Krążą dziś po tych salach fabrycznych już nie tysiące robotników, lecz pojedynczy dozorcy, rekrutujący się zresztą z dawnej załogi. Krążą w szalach i czapkach. W pustych halach fabrycznych jest zimno. Te zimne sale budzą grozę. Gdzieniegdzie zwisają z warsztatów resztki tkanin jedwabnych lub pluszowych, jak gdyby porzucone nagle wśród pracy.
Czy wrócą do niej robotnicy, czy wrócą do drukarni, pralni i wykańczalni, do bielarni, do wrzecion i krosien? Czy wrócą do pracy?
Zarejestrowanych bezrobotnych jest w tej chwili w Zawierciu 7854 osoby. Jeżeli się zważy, że są to przeważnie głowy rodzin, zaś rodzina składa się z trzech do czterech osób, to łatwo można dojść do 25 tysięcy osób, które są utrzymywane przez opiekę społeczną. Zawiercie, według ostatniego spisu ludności, liczy 32 tysiące mieszkańców. Nie jest więc przesadne twierdzenie, że trzy czwarte ludności Zawiercia utrzymuje gmina.
Inspektor pracy w Zawierciu zaprowadził mnie do mieszczącego się tuż przy inspektoracie pracy koszarowego domku robotników jednej z fabryk tekstylnych. Domek ten mieści się przy ulicy Górnośląskiej. Jest piętrowy, drewniany. Wprost z ulicy wchodzimy do klatki schodowej. Zniszczona jest ta klatka schodowa, wygląda tak, jakby za chwilę miała runąć. P. inspektor pracy dobrze zna ten dom i jego lokatorów. Lokatorzy zaś, robotnicy, ufają swemu inspektorowi pracy. P. inspektor prowadzi nas do pierwszych drzwi na lewo. Mieszka tu robotnik imieniem Julian z żoną i synkiem.
Lokatorzy siedzą w pierwszym pokoiku, w którym jest też kuchnia. Gospodyni stoi przy kuchni i piecze chleb z mąki, którą otrzymują bezrobotni Zawiercia. W kuchni jest ciepło i dlatego pokój mieszkalny, który mieści się tuż za nią, jest nieogrzewany. Lokatorzy mieszkają w izbie kuchennej. Pan Julian jest specjalistą od tzw. gręplowania, tj. czesania bawełny; zarabiał dawniej 4 złote dziennie. Teraz, jako bezrobotny, miesięcznie otrzymuje trzy ćwierci kg słoniny, 18 kg mąki żytniej, 9 kg mąki pszennej, 3 kg grochu, trzy ćwierci mydła, trzy ćwierci soli i trzy paczki mieszanki cukrowo-kawowej i ziemniaki. Miał węglowy sprowadza sam. Ten miał pochodzi z „bieda-szybów” Zagłębia Dąbrowskiego. Miał ten pozostawiają bezrobotni, pracujący na „bieda-szybach”, jako nieużytek – na „powierzchni”. Jeśli się zjawi przy „bieda-szybach” bezrobotny z innej niż górnicza „branży” – górnicy pozwalają mu zbierać odpadki. Idzie on po ten miał do odległego od Zawiercia o 8 km „bieda-szybu”. Jest świadkiem, jak jego bezrobotni koledzy-górnicy wydobywają spod ziemi bryły węgla. Sam nie potrafiłby tego. Musi więc prosić ich o odpadki, którymi jego żona pali w piecu. P. Julian ma jeszcze 78 zł długu. Jak dług ten powstał?
– Miałem brata – mówi mi – wrócił z wojska, poszedł do fabryki. Poręczyłem za niego, gdy kupił ubranie. Pewnego dnia brat niósł ciężką płytę, dźwignął ją, przerwał sobie stos pacierzowy. Umarł. Potem umarła matka, która też robiła w fabryce. Staruszka zarabiała 86 groszy dziennie. Trzeba jej było pogrzeb urządzić. Poumierały też dzieci. Pozostał tylko jeden, mały Adamek.
Żona p. Juliana mówi, że „z sześciorga dzieci pięcioro, gdy się tylko podchowało, to umarło”. Pozostał tylko mały Adamek. Adamek też powinien się dobrze odżywiać. I dlatego matka jego kupiła jeszcze za dobrych czasów kury. Kilka sztuk z nich pozostało, gdaczą właśnie w małym kurniku, który stoi w tej izbie, będącej sypialnią i kuchnią.
Niestety nie wszystkie jajka daje matka swemu małemu synkowi. Niektóre trzeba wymieniać na sól.
Adamek potwierdza tę informację swojej mamusi.
— Jak kurka zniesie jajko, to nie zawsze je dostanę od mamusi. Mamusia od kilku miesięcy sprzedaje jajka.
— A mleko kiedy piłeś? – pytam mego małego rozmówcę.
— Nie pamiętam…
— Przypomnij sobie.
Adamek zastanawia się, widać, że myśl jego pracuje.
— Chyba od zeszłego lata – odpowiada.
— Co teraz jesz?
— Ziemniaki, chleb, kapustę, grochówkę, kluski, które mamusia robi z mąki – recytuje Adamek i zwracając się do ojca, dodaje:
— Mamusia już nie umie gotować jak dawniej. Kiedyś umiała. O, źle jest na świecie – mówi ten 6-letni mały człowieczek.
Pytam go, co by mu przyniosło ulgę? Jakie ma życzenia? Maleńki odpowiada bez namysłu:
— Żeby tatuś do roboty poszedł.
Ojciec powtarza za nim, że byłoby wówczas lepiej.
— Może wyślą nas na jakieś roboty – powiada – abyśmy mogli pracować porządnie, żyć i jeść.
Matka dodaje, że wówczas mogłaby poprawić swoją „reputację” u Adamka i więcej czytać. Od czasu, kiedy mąż jej stracił pracę, gazet się nie czyta. Dawniej czytało się, od czasu do czasu książkę. Jedyna, która pozostała z lepszych czasów, to „Iwonka”, którą pani Julianowa oglądała kiedyś ze wzruszeniem w kinie.
P. Julian prowadzi nas do swego sąsiada i zarazem szwagra, który zajmuje mieszkanie naprzeciwko. Składa się ono z 1 izby, w której mieści się piec kuchenny. Przechodzimy znów przez walącą się klatkę schodową, aby dojść do naszego nowego rozmówcy. Wchodzimy do czystego pokoiku, w którym stoi łóżko, szafa, stół i 2 krzesła. W pokoju zastajemy gospodarza, żonę jego i maleńką ich córeczkę.
Mieszka tu bezrobotny o poetyckim imieniu – Apolinary. Jest mizerny, ma żółtą cerę. Nosi ciemną kurtkę i kamasze z juchtowej skóry. W tym małym pokoiku zwraca uwagę dobrze zachowana prymitywna umywalnia, przy której obok miednicy leży duża kostka mydła i czysty ręcznik. P. Apolinary prezentuje mi swoją małą córeczkę. Nazywa się Janinka. Ma szósty rok. Janinka to blade smutne dziecko.
— Mieliśmy dwie dziewczynki – mówi jego żona – jedna umarła, druga się dochowała, ale kaszle, jak tylko wyjdzie na dwór. Raz „rzuciła się” jej krew, nie wiem, nosem czy ustami. Pobiegłam po męża, który jeszcze pracował w fabryce, i prosiłam, żeby prędko biegł do domu ratować córeczkę.
— Spaliśmy wtedy na sali – uzupełnia informacje swej żony p. Apolinary. – W fabryce był strajk włoski, nie opuszczaliśmy jej. Pobiegłem po doktora. Kazał dziecku dawać to oto lekarstwo – mówi, pokazując buteleczkę z syropem.
Słucham tych zwierzeń, przyglądając się to naszemu rozmówcy, to jego fotografii w mundurze wojskowym. Fotografia ta wisi na ścianie nad nim i możemy z łatwością porównać, jak wyglądał p. Apolinary w okresie pomyślności i jak wygląda w okresie kryzysu.
Czy może lepiej wyglądać, skoro pożywienie jego składa się z kartofli i klusek, z kartofli i chleba. P. Apolinary dostaje też słoninę, jak inni bezrobotni, ale twierdzi, że na wagę jej składa się również opakowanie. Na poparcie tego twierdzenia pokazuje nam olbrzymią płachtę grubego papieru, którym opakowany był kawałek słoniny.
Tak p. Apolinary żyje od czasu, kiedy stracił pracę, tj. od sierpnia. I on tak samo przerabiał bawełnę na nitki. Zarabiał 3,05 zł dziennie. Ma przeszło 30 lat i nie jest mu przyjemnie spędzać dni w domu.
– Czekamy – powiada – zmiłowania Boskiego i myślimy, że nas wyślą na jakieś roboty.
Takich marzycieli jest w tym domu 24. Są to przeważnie ojcowie rodzin. Wraz z rodzinami mieszka w tym domku robotniczym 99 osób.
Opuszczamy drewniany domek przy ul. Górnośląskiej, opuszczamy schody bez poręczy, walącą się klatkę schodową i okna zabite deskami, sufit zdarty do trzciny i ściany odrapane!
Przejeżdżamy do innego obwodu. Zawiercie podzielone jest na 35 obwodów opieki nad bezrobotnymi. Każdy obwód ma swego opiekuna. Jedziemy do obwodu przedostatniego, do obwodu 34. Opiekunem jego jest były majster fabryczny i przedstawiciel handlowy, który kupił sobie domek, ma on opinię człowieka zamożnego. Czy słusznie? Cały jego dochód – powiada – stanowi teraz 60 zł miesięcznie, odnajmuje bowiem pokój dyrektorowi pobliskiej fabryki.
Nasz rozmówca jest opiekunem około 200 rodzin. Dowiadujemy się od niego, że opieka społeczna wydaje na każdą głowę miesięcznie… 4 złote, czyli 14,2 grosze dziennie.
34 obwód jest jedną z najsmutniejszych dzielnic Zawiercia. Dzielnica ta nazywa się ,,Argentyną”. Jak Warszawa ma Pragę i Annopol, tak Zawiercie ma swą Argentynę. Ale żadne chyba miasto w Polsce, poza Łodzią, która ma swoje Bałuty, nie ma takiej drugiej Argentyny.
Chcieliśmy zobaczyć jeden z domków na Argentynie. Opiekun 34 obwodu zaprowadził nas do jednego z domków przy ul. Polskiej. W domu tym mieszka 9 rodzin. Odwiedzamy wszystkie po kolei. Na parterze mieszka duża rodzina, rodzice z córkami, zięciami i wnukami. Zajmuje pokój i przedpokój. W jednym pokroju śpi 11 osób. Stoją 3 łóżka i kołyska. W kołysce tej śpi dziecko zięcia gospodarza. Dziecko to ma 5 miesięcy. Maleńka kruszyna z śmieszną kępką włosów na główce domaga się pokarmu. Matka nie może go dać. Jej pożywienie składa się z kartofli i wody. Dziecko kaszle. Kartofle w tym domu jada się trzy razy dziennie. Chleb, który otrzymuje ta duża rodzina, wystarcza na dwa tygodnie.
Dziecko domaga się pokarmu! Bezradna matka daje mu smoczek, to je uspokaja. Rozglądamy się po pokoju. Jedynym meblem jest kredens. Szafy w tym pokoju nie ma.
Wszystko, co lokatorzy tego pokoju posiadają, mają przecież na sobie. Ale to, co mają, pielęgnują. Granatowe bluzy i suknie w kwiaty są zachowywane starannie.
W tym pokoju nie ma kuchni we właściwym znaczeniu. Jest natomiast zmontowany przez mężczyzn piecyk prymitywny. Składa się z trzech nóżek, jak piecyk polowy.
Rozmawiamy z lokatorami mieszkania i słuchamy ich żalów. Dowiadujemy się, że ojciec tej rodziny pracuje w jednej z fabryk żelaza sezonowo 2 do 3 miesięcy. Jeden zięć pracował 3 dni w tygodniu, drugi zięć utrzymuje się z zasiłków opieki społecznej. Najmłodsza córeczka od 3 dni nie była w szkole, nie ma butów i siedzi w domu. Syn, chłopak 16-letni, w ogóle jeszcze nie pracował.
Gdyby go zapytano, jaki był i jaki jest jego zawód, odpowiedziałby: ,,bezrobotny!”. Żałuje, że sam nie może sobie nic sprawić. Dostał właśnie od dobrych ludzi parę butów, ale oba z lewej nogi. Lokatorzy tego mieszkania mówią, że czekają zmiłowania Bożego.
Kiedy tak gawędzimy, z sąsiedniego pokoju dochodzi śpiew. Ktoś śpiewa smętną melodię.
– Kto to? – pytam.
– To sąsiad. Śpiewa z biedy.
Na drewnianym półpiętrze, którego podłoga i sufit zrobione są z desek, mieszka p. Stanisław. Duży pokój, do którego wchodzimy, zamieszkuje 8 osób; p. Stanisław z żoną, z sześciorgiem dzieci; dwoje jest dorosłych. P. Stanisław pracował na „robotach publicznych”. Wszystko, co oszczędził, wydał. Dziś nie ma nawet za co kupić butów dzieciom. Właśnie stoi przed nami dwóch małych chłopców bez butów. P. Stanisław nie ma też za co kupić prześcieradeł i poduszek. Sprzedał je, żeby mieć za co żyć. Wszystko, co mu zostało, to kapelusz i płaszcz. Zwisają one z gwoździa wbitego w ścianę. Marzeniem p. Stanisława było, aby dzieci wykształcić.
Marzenia tego nie wyrzekł się po dzień dzisiejszy. Najstarszy syn Stanisław jeździ do seminarium nauczycielskiego do Sosnowca. Tyle, ile mu potrzeba na stały bilet kolejowy miesięczny, tj. 12 zł, przysyłają mu ze wsi krewni z powiatu olkuskiego. Na 12 zł składa się praca wszystkich krewnych p. Stanisława. Jest on faworytem rodziny. Jego siostra, Krystyna, skończyła lat 14. Zdała egzamin do IV klasy gimnazjum w Zawierciu; wobec tego, że egzamin zdała celująco, dyrekcja szkoły zgodziła się, by płaciła tylko 15 zł miesięcznie. P. Stanisław jednak nie mógł sobie na to pozwolić i p. Krystyna pozostała w domu. Słucha właśnie opowieści ojca o swojej sprawie i cicho popłakuje w kącie pokoju. Ale p. Stanisław nie traci nadziei, że będzie lepiej. Ma dzieci, dla których chce pracować. Jest mu ciężko i smutno, ale przecież i on ma swoje słońce: dzieci! Najmilszym jego słoneczkiem jest bose maleństwo, na imię mu Kazio. Kazio ma 4 lata, wesołe oczy i najmilszy uśmiech dla ojca.
Kazio uśmiecha się, gdy go pytamy, czym się odżywia.
Odpowiadają za niego rodzice: „Kartoflami, kapustą, chlebem”. Kazio wielu rzeczy nie widział jeszcze. Nie widział na przykład cukru. Jego rodzice wierzą jednak w Boga i w dobrą gwiazdę swego dziecka. „Kaziowi musi być dobrze!”.
Przechodzimy do sąsiedniego pokoju. Do pustego mieszkania, które zajmuje kobieta imieniem Waleria. Porzucił ją mąż. Nie dlatego, żeby ją przestał kochać, lecz by jej umożliwić otrzymywanie zasiłków dla bezrobotnych. Jak się to stało? Mąż p. Walerii pracował „na robotach publicznych”. Pewnego dnia podczas pracy skaleczył oko. Otrzymał z tego powodu zasiłek w wysokości 17,50 zł miesięcznie. Oczywiście został równocześnie zwolniony z pracy. Zgłosił się do funduszu pomocy bezrobotnym, ponieważ już nie pracował, ale ukrył przed „władzą”, iż otrzymuje odszkodowanie z powodu skaleczenia oka. Tak otrzymując zasiłki z powodu skaleczenia oka i żywność z opieki społecznej, radził sobie z żoną i dwojgiem dzieci. Przyszedł jednak smutny dzień. „Władza” dowiedziała się, że bezrobotny ukrył przed nią fakt otrzymywania zasiłku z powodu skaleczenia oka. Prawo do żywności społecznej było stracone. 17,50 zł nie wystarczyłoby na życie dla czterech osób. Racje żywnościowe były niezbędne dla wyżywienia rodziny. Mąż p. Walerii uciekł, aby umożliwić żonie otrzymywanie zasiłków.
I teraz żona otrzymuje racje żywnościowe. „Władza” zgodziła się uznać ją jako wdowę po ucieczce męża. „Sprawiedliwości” stało się zadość! „Sprawiedliwości!”…
Na kładce schodowej półpiętra mieszka jeszcze inna p. Waleria z dzieckiem. Ta kobieta od 1 i pół roku nie wstaje z łóżka. Straciła władzę w nogach. Jej pokój powstał przez przepierzenie ściany i klatki schodowej. Pokój ten ma 2 m kwadratowe wielkości. Mieszka w nim p. Waleria z sublokatorką, 4 osoby gnieżdżą się razem. Dwie matki i dwoje dzieci. P. Waleria jest właścicielką tego mieszkania, siedzi na swym żelaznym łóżku. Jej sublokatorka łóżka nie ma. Lokatorzy tego pokoiku są na utrzymaniu opieki społecznej.
Na parterze w mieszkaniu, które przedtem było sklepem, a do którego prowadzi z ulicy wejście, mieszka 63-letnia żebraczka; ma dwoje dzieci, 23-letnią córkę i 21-letniego syna. Wszyscy mieszkają oni razem. Stara kobieta jest babką. Ma jednorocznego wnuka. Opiekun 34 obwodu jest jedynym człowiekiem, którego lokatorzy tego mieszkania wpuszczają do siebie. Mój towarzysz zapukał do nich i powiedział:
– To ja, Dziąbek, otwórzcie.
Stanąłem w drzwiach. Stara kobieta siedziała ze swoją córką i wnukiem na łóżku. Młody mył się w balii. Wrócił z „bieda-szybu”.
Dziwne rzeczy opowiadano mi o tej rodzinie, dziwne rzeczy opowiadano o młodych i dziwnie mi było, gdy tych opowieści słuchałem. O starej powiedziano mi, że pomaga swym dzieciom, żebrząc.
Takie były nasze rozmowy z lokatorami domku na „Argentynie”. Ale nie były to wszystkie rozmowy. Odwiedziliśmy bowiem również właściciela tego smutnego domu i on bowiem zajmuje pokój w swoim domku, i on jest jego lokatorem, i on jest na utrzymaniu opieki społecznej.
Właścicielem domku przy ulicy Polskiej jest p. Roch. Ma żonę i dwoje dzieci. Weszliśmy do jego mieszkania. Leżał właśnie w łóżku, nakryty nie powleczoną pierzyną. Przez zsunięte na nos okulary czytał książkę. P. Roch ma dziś lat 70. Przez wiele lat pracował jako robotnik. Byt monterem w fabryce „Zawiercie”. Przez wiele lat oszczędzał i tak doszedł do 5000 zł. Czas było pomyśleć o zabezpieczeniu starości. Kupił ten oto domek, który zwiedziliśmy. Było to 5 lat temu. Aby się dobrze zabezpieczyć, powynajmował mieszkania robotnikom. Spokojną starość budował na komornym, które miało regularnie wpływać od lokatorów. 2 lata potwierdziły jego obliczenia, ale potem zaczął się kryzys i redukcje. P. Roch wyprzedał prześcieradła, powleczenie, szafy, ażeby wyżyć.
P. Roch osiągnął swój cel w życiu. Marzenie jego spełniło się: kupił domek, który miał mu zapewnić spokojną starość. Ale jego kalkulacja z domkiem runęła pod wpływem tego gospodarczego trzęsienia ziemi, jakim jest kryzys.
P. Roch ma jednak nadzieję, że mimo swych 70 lat znowu dożyje szczęścia. Tymczasem szuka pociechy w Bogu i w książce religijnej, którą właśnie czyta.
Kiedy opuszczaliśmy dom p. Rocha, opiekun 34 obwodu zapytał mnie, czy chcę, by mnie zaprowadził do innych jeszcze lokatorów przy ulicy Polskiej. Tych domków na „Argentynie” jest wiele. Są one bezładnie rozrzucone, jak wszystkie zresztą domy w tym mieście, którego serce słabnie coraz bardziej.
Szliśmy w milczeniu. Padał śnieg. Niebo było koloru szarej waty. – Czy chciałby pan obejrzeć – mój towarzysz ponowił po chwili pytanie – inne jeszcze domki?
Odparłem:
– Nie, dziękuję.
I rozpoczęliśmy rozmowę na temat przyjścia z pomocą Zawierciu – miastu bezrobotnych. Mój rozmówca zdaje sobie sprawę z tego, że finanse miasta są więcej niż skromne i że trudno posiadanymi pieniędzmi przynieść skuteczną pomoc bezrobotnym. Mimo to jest on zdania, że należałoby sumy, przeznaczone na pomoc bezrobotnym, powiększyć. Dobrze wie, że skarb państwa ma inne wydatki i że opieka społeczna nie może zjadać pieniędzy państwowych, ale myśli, że na pomoc dla bezrobotnych Zawiercia muszą się pieniądze znaleźć. Muszą! Poza tym jest zdania, że należałoby przynajmniej 4000 bezrobotnych przenieść z Zawiercia do innych miast i dać im pracę.
A więc pieniądze i praca mogą uratować Zawiercie.
Pieniędzy i pracy dla Zawiercia! Chleba i pracy dla Zawiercia!
Serce Zawiercia powoli bić przestaje.
„Save Our Souls!”. Oto modlitwa tonących na morzu.
„S.O.S.”. Te trzy tragiczne zgłoski przejmują radiostacje będących na morzu okrętów i przekazując je innym – śpieszą na pomoc tonącym, spieszą, by zdążyć na czas.
„S.O.S.” Save Our Souls.
„Boże, zbaw nasze dusze”.
Oto treść codziennej modlitwy, wydobywającej się z piersi tysięcy bezrobotnych tego smutnego miasta – Zawiercia.

                                                                                      Konrad Wrzos

________________________________________

 Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na łamach „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” – czołowego polskiego brukowca w okresie międzywojennym. Następnie zamieszczono go w zbiorze reportaży autora, pt. „Oko w oko z kryzysem” (pierwsze wydanie 1933 r.). Reportaże Wrzosa uznawane są za jedne z najlepszych portretów polskiego oblicza Wielkiego Kryzysu gospodarczego lat 30.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *