Ludwik Kulczycki

Legendy Luksemburskie

[1909]

Wielkie teorie socjologiczne, wyjaśniające całokształt warunków społeczno-politycznych i kulturalnych pewnych epok rozwojowych, powstają na tle stosunków realnych i są wynikiem ich oddziaływania na twórcze umysły naukowe.

W każdej takiej teorii odnaleźć można zazwyczaj pierwiastki ściśle naukowe, krytyczne, oraz twierdzenia dogmatyczne, pośpieszne, przedwczesne, hipotezy ryzykowne, czasami nawet awanturnicze. Niekiedy te silne i słabe strony pewnej teorii socjologicznej łączą się pozornie bardzo harmonijnie, tworząc niby całość nierozerwalną, imponującą nie tylko pod względem naukowym, lecz i estetycznym.

Takie jednolite, zaokrąglone i symetryczne teorie socjologiczne najłatwiej stają się dogmatami nie tylko dla ludzi na ogół niewykształconych, lecz i dla inteligentnych i oczytanych, pozbawionych jednak krytycyzmu, ścisłości w rozumowaniu i gruntownej znajomości faktów, których wyjaśnienie jest zadaniem tych teorii.

Żadna teoria socjologiczna nie miała w dziejach ludzkości przez czas równie długi tak olbrzymiego wpływu na umysły i taktykę pewnych partii politycznych w rozmaitych krajach, jak marksizm. Żadna też teoria socjologiczna nie była tak uniwersalna, nie obejmowała tak rozległych horyzontów naukowych. I ona jednak, w interpretacji niektórych swych adeptów, nie uniknęła losu innych teorii socjologicznych.

Marks dał niewątpliwie socjologii potężne podstawy rozwoju. Geniusz jego i wszechstronne wykształcenie uchroniły go na ogół od dogmatyzmu.

Opracowując szczegółowo przeważnie zagadnienia ekonomiczne, nie miał możności sam rozwinąć i całkowicie uzasadnić swych genialnych teorii socjologicznych oraz poglądów filozoficznych. W tym względzie usiłowali go wyręczyć towarzysz i współpracownik Engels oraz liczni uczniowie, niestety nie zawsze szczęśliwie.

Engels nie dorównywał Marksowi pod względem twórczości i ścisłości umysłu, krytycyzmu oraz erudycji, co też z godną uznania skromnością sam uznawał i wypowiadał. Spośród uczniów autora „Kapitału” trzej wzbili się najwyżej: Kautsky, Plechanow i Krzywicki. Krzywicki poszedł odrębną od innych drogą i w swych pracach naukowych odbiegł od ortodoksalnego marksizmu, zachowując z tej teorii jednak to, co stanowi jej rdzeń.

Kautsky oraz Plechanow są ortodoksyjnymi marksistami, dalekimi od wulgarnego marksizmu. Twórczość Kautskiego ujawniła się przeważnie w badaniach ekonomicznych i historyczno-socjologicznych; Plechanow wzbogacił literaturę studiami przeważnie filozoficznymi, socjologicznymi i estetycznymi [1].

Poza tymi pisarzami jest mnóstwo innych marksistów w Niemczech, Rosji, Włoszech, Francji, Polsce, Belgii itd. Prace ich, chociaż w pewnym zakresie cenne, albo nie mają tego ogólnego znaczenia co tamtych, albo też posiadają charakter popularyzatorski. Tak np. Mehring jest sumiennym historykiem niemieckiej socjaldemokracji; Lenin badaczem dziejów kapitalizmu w Rosji; inni, jak zmarły Labriola, Bogdanow [2], Cunow itd., są utalentowanymi popularyzatorami marksizmu, niepozbawionymi nawet pewnej samodzielności.

Oprócz tych pisarzy jest wielu publicystów rozpatrujących zagadnienia bieżące z punktu widzenia teorii autora „Kapitału”, ludzi bardzo nierównego talentu i wiedzy. Ogromna ich część, zwłaszcza w Rosji, Niemczech i u nas, składa się niestety z ciasnych doktrynerów, upraszczających marksizm do krańcowości, rozstrzygających z łatwością najzawilsze zagadnienia społeczno-polityczne, piszących z ogromną brawurą i arogancją. Między publicystami tej kategorii prym trzyma Róża Luksemburg, która w Niemczech, u nas, a po części i w innych krajach, wśród ortodoksalnych marksistów zdobyła uznanie i popularność. Dla Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy autorytet jej jest wielki.

W ostatnich czasach wpływ ten rozszerzył się po części i na inne koła polskich socjalistów, powstaje więc konieczność zbadania metody rozumowania tej publicystki i jej ważniejszych twierdzeń dotyczących spraw społeczno-politycznych.

Na wstępie zaznaczam, że dla braku miejsca nie będę tu omawiał wszystkich poglądów Róży Luksemburg, zwłaszcza tych, które już rozpatrywałem gdzie indziej, albo takich, które oświetlano już z rozmaitych punktów widzenia. Zatrzymam się przeważnie na artykułach drukowanych w „Przeglądzie Socjaldemokratycznym” z 1908 r. pt. „Kwestia narodowościowa i autonomia”. Krytykę swoją zatytułowałem „Legendy Luksemburskie”, gdyż poglądy wspomnianej publicystki są, zdaniem moim, w takim stosunku do prawdziwie naukowych wywodów w tej dziedzinie, jak legendy historyczne do prawdziwej historii.

I. Metoda

Podstawą wywodów Róży Luksemburg jest oczywiście teoria materialistycznego pojmowania dziejów i walki klas, interpretowana w sposób ciasny i dogmatyczny. Do chwili obecnej teoria materialistycznego pojmowania dziejów nie została przez nikogo z jej zwolenników opracowana w sposób wyczerpujący. Wszystko, co napisali, stanowi dopiero poważne przyczynki do takiego opracowania. Spośród tych przyczynków wyróżniają się prace Plechanowa: „K waprosu o razwitji monisticzeskawo wzgliada na istorju” oraz „Beiträge zur Geschichte des Materialismus”. Między samymi nawet zwolennikami tej teorii istnieją mniej lub więcej duże różnice w jej pojmowaniu, w samym nawet sformułowaniu. W artykule niniejszym nie mogę omawiać tej teorii, zrobiłem to zresztą w „Zarysach podstaw socjologii ogólnej” oraz w „Materializmie socjologicznym”. Tu zaznaczę tylko, że dla mnie teoria ta nie jest prawem socjologicznym, za pomocą którego wszystkie zjawiska społeczne, w ostatecznej analizie, sprowadzają się do sił wytwórczych albo które dla wszystkich objawów życia społecznego znajduje równoważnik w życiu gospodarczym, lecz – metodą badań socjologicznych, która nakazuje nam w zjawiskach ekonomicznych widzieć ośrodek podstawowy stosunków społecznych. Zjawiska te jednak nie mogą nam bynajmniej wyjaśnić całego bogactwa objawów życia zbiorowego.

Metoda ta jest płodna i pożyteczna, o ile stosowana jest ostrożnie, o ile podlega ciągłemu sprawdzaniu za pomocą faktów.

Marks i Engels, w rozmaitych epokach swego życia, formułowali teorię materializmu socjologicznego niejednakowo. Fakt ten można łatwo wytłumaczyć nie tylko ciągłym rozwojem umysłowym tych badaczy, uwzględniających coraz nowy materiał, lecz i zjawiskiem, że byli nie tylko chłodnymi uczonymi, ale i ludźmi walki w sferze myśli i czynu, ludźmi, na których sam przebieg tej walki w różnych czasach wywierał wpływ rozmaity.

Już Engels pod koniec swego życia w listach do różnych osób zaznaczył wyraźnie, że Marks i on w walce z idealizmem niekiedy szli zbyt daleko i formułowali teorię materializmu socjologicznego zbyt jednostronnie. W jednym z takich listów Engels mówi, że śmieszną jest rzeczą wyprowadzać z sił wytwórczych wszystkie istniejące prawa cywilne albo karne oraz zmiany w granicach między państwami.

To wyznanie jednego z założycieli naukowego socjalizmu spotkało się z niechęcią, naganą, a nawet zaprzeczeniem niektórych jego uczniów i komentatorów. Jedni wyrazili żal, że Engels przez to sam dał broń w rękę rewizjonistom; inni znowu, wbrew twierdzeniu samego Engelsa, usiłowali wykazać, że Marks i on przez całe swe życie w sposób identyczny pojmowali materializm socjologiczny.

Wspominam o tym dlatego, żeby wykazać, jak silne są doktrynerstwo i zaślepienie niektórych marksistów, którzy chcąc utrzymać teorię nietkniętą, gotowi są twierdzić, wbrew świadectwu jednego z jej twórców, że występowała w ich umysłach zawsze w sposób jednakowy.

Teorię materialistyczną Róża Luksemburg pojmuje bardzo prosto: nie nastręcza jej żadnej wątpliwości. Omawiając zagadnienia programowe i taktyczne, opiera się wyłącznie na twierdzeniu, że wszystkie żądania proletariatu dalsze i bliższe wyprowadzane być powinny nie z tego, co na podstawie mniej lub więcej logicznego rozumowania uznać można za pożyteczne dla niego jako klasy społecznej, lecz wyłącznie z obiektywnego procesu dziejowego, sprowadzającego się ostatecznie do sił wytwórczych.

Pogląd powyższy wypowiadała aż do znudzenia w wielu artykułach, pismach i wydawnictwach Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy; za nią powtarzali to w sposób bardziej jeszcze stanowczy i uproszczony jej uczniowie, a członkowie tej samej partii.

Niedawno Róża Luksemburg wypowiedziała go w nr. 7 „Przeglądu Socjaldemokratycznego” na str. 598 w poniższym ustępie:

Stojąc na gruncie historycznym, na gruncie rozwoju kapitalistycznego społeczeństwa, socjalna demokracja dzisiejsza wywodzi nie tylko swe cele krańcowe, ale i interesy częściowe, postulaty dzisiejsze proletariatu nie z subiektywnych li tylko rozumowań o tym, co byłoby „dobre” lub „pożyteczne” dla proletariatu, lecz szuka w samym rozwoju obiektywnym społeczeństwa zarówno probierza dla rozpoznania rzeczywistych jego interesów, jak środków materialnych dla ich urzeczywistnienia…

Pozornie zdawać by się mogło, że autorka tego ustępu uznaje, iż postulaty proletariatu nie mogą być wyłącznie wyprowadzane z subiektywnej oceny tego, co jest dla niego pożyteczne, a co szkodliwe, lecz także z obiektywnych tendencji rozwojowych; faktycznie chodzi tu o co innego, jak to widać z ustępów w innych jej poprzednich artykułach i z dalszego toku rozumowania. Mianowicie sądzi, że wszystkie postulaty klasy robotniczej wyprowadzane być winny li tylko z obiektywnych tendencji rozwojowych. Że tak jest istotnie, przekonamy się jeszcze w dalszych ustępach tej pracy, przy omawianiu jej poglądów w sprawie autonomii.

Pogląd powyższy podziela wielu marksistów, co więcej,  u samych ojców powyższego kierunku znaleźć można ustępy, które zdają się przemawiać na korzyść tego poglądu. Mówię „zdają się”, gdyż u Engelsa w słynnej przedmowie do „Walk klasowych we Francji od 1848 do 1850” znajdujemy ustęp, w którym wypowiada się zupełnie inaczej. Oto co mówi:

Przy omawianiu bieżących wypadków nie można dojść do ich ostatecznej ekonomicznej przyczyny. Nawet w naszych czasach, pomimo bogatej literatury społecznej, niepodobna jest nawet w Anglii śledzić z dnia na dzień wszystkich zmian w sposobach produkcji, całego przebiegu działalności przemysłowej i handlowej na rynku wszechświatowym, tak aby w każdym momencie mieć całkowity obraz tych złożonych, przeplatających się i wciąż zmieniających się czynników. Główne czynniki życia ekonomicznego działają zazwyczaj długo ukryte, zanim z nieoczekiwaną siłą wyłonią się na powierzchni życia. Jasne pojmowanie historii ekonomicznej pewnego okresu nigdy nie jest natychmiast udziałem współczesnych; możliwe jest dopiero później, kiedy niezbędny po temu materiał zebrany jest i zbadany. Koniecznym do tego środkiem jest statystyka, która zawsze się spóźnia. Przy przedstawianiu historii współczesnej wypada często ten najważniejszy czynnik przyjmować za stały, uważać położenie ekonomiczne, jakie było na początku pewnego okresu, za niezmienne w stosunku do całego czasu jego trwania, albo też uwzględniać jedynie te przeobrażenia gospodarcze, które wypływają z faktów oczywistych i dlatego znajdują się na powierzchni. Z tych wszystkich względów metoda materializmu często ograniczać się powinna do sprowadzenia konfliktów politycznych do walki interesów między istniejącymi, przez rozwój ekonomiczny powołanymi już do życia klasami albo ich frakcjami, i do charakterystyki odrębnych partii, jako do mniej więcej dokładnych wyrazicielek tych klas i frakcji.

Naturalnie, to konieczne ignorowanie odbywających się jednocześnie przeobrażeń stosunków ekonomicznych musi być źródłem błędów. Ale jednolite przedstawienie historii bieżącej, ze względu na warunki w jakich się odbywa, z konieczności zawiera źródła błędów: jednakże nikogo to nie powstrzyma od pisania historii bieżącej [3].

Wstęp powyższy jest bardzo charakterystyczny. Engels wykazuje w nim niemożliwość wyjaśnienia wypadków bieżących, a nawet bardzo niedawnej przeszłości – za pomocą metod materializmu socjologicznego w całej rozciągłości. Do tych słów Engelsa, pisanych na kilka miesięcy przed śmiercią 5 marca 1895 roku, po kilkudziesięciu latach doświadczenia na polu działalności społeczno-politycznej, dodać wypada szereg uwag ściśle z nimi związanych. A więc trzeba przyjąć, wbrew temu co mówi Róża Luksemburg, że o interesach proletariatu na dziś nie może rozstrzygać li tylko obiektywny proces rozwoju, wynikający z sił wytwórczych, gdyż ten w szczegółach w życiu bieżącym występuje niewyraźnie – lecz i przeświadczenie, wypływające, rzecz prosta, z rozumowania, opartego na ścisłym wnioskowaniu i faktach. Na tym polega właśnie rola racjonalizmu, w ograniczonym naturalnie zakresie, zastosowanego ściśle do pewnych faz rozwoju społecznego, wiążącego się z podstawowymi tendencjami tego rozwoju.

Marksiści-doktrynerzy usuwają całkowicie racjonalizm, przeciwstawiając mu materializm socjologiczny. Nie chcą czy też nie mogą pojąć, że tendencje rozwoju społecznego dają się zupełnie obiektywnie stwierdzić tylko w najogólniejszych zarysach. Przy szczegółowym omawianiu różnorodnych potrzeb proletariatu opieranie się wyłączne na nich jest niedostateczne.

Istotnie, wyobraź sobie, że chodzi o różne systemy ubezpieczeń robotników na wypadek braku pracy, celem przyjęcia jednego. Powstaje teraz pytanie: czy np. znany system gandawski jest bardziej zgodny z tendencjami obiektywnymi rozwoju społecznego od innego jakiegoś systemu, np. czysto państwowego, czy też odwrotnie? Obiektywne tendencje rozwoju społecznego nie mogą same przez się rozstrzygnąć tego pytania, na które odpowiedź dać mogą praktyka i odpowiednie rozumowanie, wychodzące z pewnych racjonalistycznych przesłanek.

Przypuśćmy, że omawia się reformę w procedurze sądowej, i chodzi o to, czy dopuścić obronę do śledztwa, czy nie. Z góry można przewidzieć, że przedstawiciele proletariatu głosować będą za powyższą reformą. Dlaczego jednak? Dlatego, że daje więcej gwarancji sprawiedliwości. Na próżno jednak szukalibyśmy jej związku z obiektywnymi tendencjami rozwojowymi, które wynikają z rozwoju sił wytwórczych.

Przykładów takich, zaczerpniętych z najróżnorodniejszych dziedzin życia społecznego, politycznego i kulturalnego, przytoczyć można wiele. Wszystko to dowodzi, że omawiane wyżej twierdzenie Róży Luksemburg, jak i wielu innych marksistów, będące metodą rozważania zagadnień programowo-taktycznych, nie tylko nie wytrzymuje krytyki, ale nie wynika nawet koniecznie z materializmu socjologicznego, jako teorii ogólnej.

W ramach pewnej zasadniczej tendencji rozwoju społecznego pewne sprawy szczegółowe, ale ważne, mogą być rozmaicie załatwiane.

W ogóle doktrynerzy w stylu Róży Luksemburg dla uzasadnienia swych poglądów co chwila powołują się na obiektywne tendencje rozwoju społecznego. Pojęcie to ma jednak u nich zupełnie niewłaściwe znaczenie.

Przede wszystkim zauważyć należy, że te „tendencje obiektywne” rozwoju stosunków społecznych, co do siły swej i wynikającego stąd znaczenia, są bardzo różne. A ponieważ sami marksiści, w ich liczbie i Róża Luksemburg, uznają, jak zobaczymy później, w rozwoju społecznym istnienie nieraz sprzecznych tendencji, więc już to jedno zasadniczo komplikuje sprawę. Następnie uwzględniwszy, że socjologia nie ma żadnej możności mierzenia ilościowego napięcia pewnych tendencji rozwojowych, wciąż sprzecznych ze sobą, przyjść musimy do przekonania, że przy ocenie kompleksu stosunków, w pewnym czasie i miejscu, niezmiernie jest trudno, a nawet najczęściej wprost niepodobna, na podstawie samego procesu obiektywnego szukać szczegółowych drogowskazów dla polityki bieżącej proletariatu, co zalecają z taką pewnością siebie doktrynerzy.

Nie chciałbym być źle zrozumiany. Bynajmniej nie mam zamiaru przeciwstawiać materializmowi socjologicznemu i w ogóle obiektywizmowi metody subiektywnej, jak to robią niektórzy w Rosji; sądzę tylko, że należy oględnie kierować się wyprowadzaniem wniosków z obiektywnego procesu rozwojowego stosunków społecznych i że w działalności praktycznej nie można się obejść bez pewnej dozy racjonalizmu w tworzeniu programów i ideałów, jak uczony obejść się nie może bez hipotez naukowych, które z czasem mogą być obalone albo stwierdzone, ale które muszą być jednym z narzędzi badania.

Róża Luksemburg i jej pisklęta duchowe, oceniając pewne prądy socjalno-polityczne, ograniczają się zwykle do zaznaczenia zgodności ich albo sprzeczności z tendencjami rozwojowymi (jeżeli chodzi o czasy współczesne – z tendencjami rozwoju kapitalizmu) i, stosownie do tego, skazują je na zagładę albo wróżą powodzenie. Nigdy jednak nie przychodzi im na myśl zastanowić się, czy pewne dążności są zupełnie sprzeczne z rozwojem kapitalizmu, czy tylko w części; innymi słowy, czy tryumf tych dążności uniemożliwiłby w ogóle rozwój kapitalizmu, czy też stworzyłby mu tylko pewne trudności.

Na przykład omawiając w swym artykule centralistyczne tendencje kapitalizmu, Róża Luksemburg powtarza niejednokrotnie, że w interesie kapitalizmu leży stworzenie jednego rynku, jednego prawodawstwa itp., o ile to jest możliwe na całym świecie. A jednakowoż nie zastanawia jej to bynajmniej, że pomimo tych, zdaniem jej, stałych tendencji kapitalizmu, nie widać bynajmniej, żeby państwa poszczególne miały zniknąć, żeby jeżeli już nie cały świat, to chociażby jedna tylko Europa utworzyła w bliższej przyszłości jedno państwo i jedną granicę celną z jednym prawodawstwem. Przeciwnie, od drugiej połowy XIX wieku we wszystkich państwach ujawnia się dążność do uzyskania możliwie dużej samodzielności ekonomicznej. A jednak, pomimo istnienia odrębnych państw, kapitalizm doskonale się rozwija. Czegóż to dowodzi? Tego, że jakkolwiek niezawodnie dla rozwoju kapitalizmu byłoby dogodnie, żeby zamiast wielu państw, istniało jedno z jednolitym prawodawstwem, systemem podatkowym itp., to jednakże fakt istnienia wielu państw stanowi dla kapitalizmu pewne tylko niedogodności, ale nie nieprzeparte przeszkody do potężnego nawet rozwoju. Innymi słowy: centralistyczne tendencje rozwojowe kapitalizmu nie mają tej mocy, aby usuwać to wszystko, co stoi im na przeszkodzie. Czyli: tendencje są rozmaite ze względu na swą siłę i ważność dla rozwoju życia gospodarczego.

Stosunek podstawowych tendencji rozwojowych do rozmaitych postulatów programowych może być pięcioraki: mogą być z nimi całkowicie zgodne albo tylko częściowo; mogą być całkowicie sprzeczne albo tylko częściowo; mogą być obojętne.

Mając to na względzie, praktyczni politycy przy formułowaniu swych żądań kierować się powinni na ogół zasadą: żeby program ich nie był całkowicie sprzeczny z tendencjami rozwoju społecznego. Jeżeli zaś pewien program społeczno-polityczny jest tylko w częściowej z nimi sprzeczności, to żeby ocenić jego realność, należy w przybliżeniu zbadać stopień napięcia tego antagonizmu w każdym poszczególnym wypadku, a nie poprzestawać na ogólnikowym jego stwierdzeniu.

To zwężanie polityki do konstatowania tylko tendencji obiektywnych rozwoju społecznego i do współdziałania z nimi doprowadzić musi do taktyki, opierającej się na twierdzeniach ogólnikowych, nie liczącej się z całym bogactwem faktów życia społecznego. Toteż doktrynerzy typu Róży Luksemburg otwarcie mówią, że dla socjaldemokratów kwestie szczegółów walki oraz mechanizmu urzeczywistnienia ich dążeń nie są doniosłe; ważne jest tylko przeświadczenie, że walka, którą wiodą, jest i będzie walką klasową, i że doprowadzi ich do zwycięstwa. Wspomniana publicystka jest tego zdania, że skoro społeczeństwo musi się w pewien sposób przekształcić, co wynika z obiektywnych tendencji rozwojowych, to kwestia sposobu przekształcania się i skuteczności towarzyszących temu sił nie ma znaczenia. Pogląd powyższy powtarza bardzo często w „Czerwonym Sztandarze”, „Przeglądzie Socjaldemokratycznym” i w broszurach. Nie mogę tu robić wielu cytatów na poparcie powyższego twierdzenia, poprzestanę na jednej:

Metoda naukowego socjalizmu ma to do siebie, że względem uzasadnionych za jej pomocą dążeń proletariatu zbytecznym zupełnie jest pytanie: jaką drogą to lub owo dążenie ma być urzeczywistnione. Ponieważ już z góry punktem wyjścia przy stawianiu zadań klasowych dla proletariatu jest tu uświadomienie sobie istniejących tendencji rozwoju historycznego, więc między samym dążeniem a akcją, do niego prowadzącą, istnieje najzupełniejsza jednolitość. W najogólniejszej formie jest to zawsze walka klasowa, która w tej lub owej postaci posługuje się rozwojem społecznym, aby na jego prądzie dotrzeć do celu [4].

Powyższy pogląd dowodzi, że Róża Luksemburg nie zdaje sobie zupełnie sprawy z istoty polityki jako sztuki działania. Istotnie, dla każdego polityka, poczuwającego się do odpowiedzialności wobec społeczeństwa i tych zwłaszcza, których prowadzi do urzeczywistnienia ich pragnień, ważną jest rzeczą nie tylko to, czy będą w ogóle urzeczywistnione albo nie, lecz także, czy osiągnięte zostaną prędzej albo później, z większymi albo mniejszymi ofiarami.

Dla socjaldemokraty, o ile jest umysłowo poczytalny i moralnie odpowiedzialny, tym bardziej kwestią doniosłą być powinno, czy klasa robotnicza prędzej dojdzie do celu albo później, czy w walce doświadczy więcej albo mniej cierpień, gdyż znać powinien opłakany stan proletariatu, jego wszystkie niedomagania, i wiedzieć, że każde ich przedłużenie jest dla niego bolesne. Obiektywne tendencje rozwoju społecznego, odbywającego się w formie walki klas, nie mogą dać wskazówek wystarczających we wszystkich zagadnieniach taktycznych, dotyczących polityki proletariatu. A jednak taka albo inna polityka, na tle tych samych tendencji ogólnych rozwoju społecznego, ma olbrzymią doniosłość praktyczną dla proletariatu. Umiejętne więc orientowanie się w sytuacji bieżącej, wyzyskiwanie wszystkich okoliczności na korzyść pewnej polityki, jest bardzo ważne. Wszystko to jednak dla Róży Luksemburg, posiadającej kamień filozoficzny w marksizmie, pojmowanym w sposób uproszczony, nie ma żadnego znaczenia. Może wierzy w to, że ludzkość jest tak celowo zorganizowana i dopasowana do rozwoju stosunków obiektywnych, że skoro te się przeobrażają, to rozmaite jej grupy, natychmiast uświadamiając sobie tylko kilka ogólników socjologicznych o „siłach wytwórczych” i „walce klas” – znajdą najodpowiedniejszą drogę do wyzyskania tych tendencji na swą korzyść.

Historia poucza nas, że tak nie jest; zresztą sami doktrynerzy marksizmu wiedzieć powinni, ile nieraz wysiłków zużyć muszą, zanim „teoria” ich, będąca niby tylko „sformułowaniem istniejących tendencji rozwojowych”, przyjmie się wśród mas.

Do jak opacznych wniosków doprowadza rozpatrywane tu twierdzenie Róży Luksemburg, widać z artykułów jej beletrystyki politycznej zwolenników. W grudniowym zeszycie „Przeglądu Socjaldemokratycznego”, w artykule wstępnym podpisanym War…, znajdujemy charakterystyczne ustępy dotyczące polityki marksistów:

„Polityka koniunktury” jest niezawodnie bardzo ważna dla tych, co grają na giełdzie, ale partiom rewolucyjnym taka polityka nie przyniosła jeszcze nigdy żadnej innej wygranej, prócz guzów historycznych. I w tezach VI Zjazdu (Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy), kreślących sytuację obecną, nie ma wcale mowy o „obecnej” koniunkturze ani o „obecnej” fali opadającej lub podnoszącej się rewolucji, dla tej prostej przyczyny, że marksiści posiadają tylko metodę poznawania materialistycznego, obiektywnego i dialektycznego rozwoju wypadków, a nie posiadają wcale metody łowienia nieuchwytnych koniunktur i nastrojów, które w codziennych utarczkach politycznych mogą odgrywać poważną rolę, które jednak, jako podstawowy materiał dla określenia wytycznej linii rozwoju i taktyki, należą już do dziedziny; str. 781.

A więc zbiera się VI Zjazd Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy i zamiast zająć się głównie analizą obecnej sytuacji, to jest właśnie tych koniunktur lekceważonych przez War…, poprzestaje na powtórzeniu ogólników socjologicznych, które można by równie dobrze uchwalić i przed rokiem, dwoma, trzema laty, albo za rok i za kilka lat. War… uznaje sam, że koniunktury i nastroje w codziennych walkach politycznych „mogą odgrywać poważną rolę”, ale mimo to lekceważy je, dlatego że nie ma ścisłej metody ich badania. Nie rozumie tego, że jeżeli nie możemy zbadać jakiegoś zjawiska ściśle, to nawet częściowe jego poznanie przynosi nam pożytek.

Gdyby ogół ludzi działających myślał jak War… w przeszłości, kiedy jeszcze nie było „jedynej” naukowej metody badania zjawisk społecznych – „materializmu socjologicznego – nikt by nie tworzył programów, nikt by nie mógł dążyć do niczego określonego, nie mając „metody” badań tendencji obiektywnych. Szczęściem dla ludzkości, Róża Luksemburg nie była jeszcze wówczas autorytetem i jej „metoda” nie była znana.

Zapewne każdy poważny polityk, a nie szarlatan, powinien brać za punkt wyjścia swych kombinacji obiektywne tendencje rozwojowe, ale nie powinien przy określaniu swej działalności na nich tylko poprzestawać.

War…, w dalszym ciągu artykułu, chwaląc taktykę swej partii i rosyjskich bolszewików, powiada:

I gdyby później okazać się miało, że w Rosji zwyciężyła droga pruska i w ten sposób historia zadałaby kłam proroctwu tez zjazdowych (Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy), to i wtedy jeszcze socjalistyczny historyk ruchu rewolucyjnego w Rosji będzie musiał stwierdzić to samo, co w obozie międzynarodowego socjalizmu niejednokrotnie już zostało stwierdzone względem wszystkich proroczych błędów Marksa, Engelsa, Lassalle’a, mianowicie, że ich błędne proroctwa były o całe niebo wyższe od „trzeźwej” ograniczoności oportunistycznej, przez to że każdorazowo zapładniały myśl socjalistyczną, zaostrzały wzrok historyczny przednich warstw proletariatu, rozszerzając widnokrąg ich myśli rewolucyjnej i pobudzając ich zdolność i energię czynu.

„Idea zdobycia w otwartej walce przez proletariat przy pomocy rewolucyjnych warstw włościaństwa”, a więc dla zwycięstwa rewolucji burżuazyjnej chwilowa dyktatura proletariatu, a więc nie proletariatu i chłopstwa, jak chcą bolszewicy, nie hegemonia faktycznie nieistniejącej rewolucyjno-demokratycznej burżuazji, jak chcą mienszewicy, jakkolwiek po raz pierwszy na Zjeździe w ten sposób sformułowana, nie jest i nie była żadną nowością dla uczestników Zjazdu, gdyż jeszcze w literaturze taktycznej naszej organizacji z r. 1905 i następnie, zwłaszcza w broszurze o „Konstytuancie i Rządzie tymczasowym”, była zawsze mowa o „rządzie robotniczym”; str. 783.

Przytoczyłem cały ten ustęp, gdyż odsłania przed czytelnikami bezgraniczną naiwność tego „teoretyka” Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy.

Nie wchodzę w to, czy Rosja przekształcać się będzie na wzór Prus, czy nie, sprawę tę omawiałem gdzie indziej. Chodzi mi tylko o to, że War… uznaje, iż gdyby nawet się okazało, że taktyka jego partii była przystosowana do innej ewolucji Rosji niż ta, która się odbyła, to i w tym wypadku jeszcze nie byłaby błędna, gdyż „zapłodniłaby” myśl socjalistyczną, zaostrzyła wzrok historyczny proletariatu itp. War… powołuje się na to, że i Marks, Engels, Lassalle, mylili się, a jednak historycy socjaldemokracji uznają ich błędy za prorocze. Otóż tak jest dlatego, że myśliciele ci i działacze częściej daleko trafnie przewidywali wypadki, niż się mylili; że wreszcie w sprawach zasadniczych, dotyczących rozwoju stosunków społecznych, prawie zawsze mieli rację. Natomiast sąd o ludziach w rodzaju Róży Luksemburg i War… będzie inny. Ludzie ci wzięli gotową teorię od tamtych. „Twórczość” zaś ich ograniczyła się do uproszczenia tej teorii i do komentowania jej w sposób doktrynerski oraz do przewidywań politycznych, którym rzeczywistość zadała kłam. Mogą się pocieszać, że życie nie było dość ortodoksyjne i nie zrozumiało należycie „tendencji obiektywnych”. Pociecha taka byłaby jednak bardzo wątpliwa.

Socjaldemokracja całego świata w swej działalności wyróżniała się tym od innych szkół socjalistycznych, że na pierwszym planie stawiała codzienne realne ekonomiczne, polityczne i kulturalne interesy proletariatu.

Kierownicy i teoretycy Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy są innego zdania; dla nich najważniejszą rzeczą jest, bez względu na to, jakim kosztem się opłaca, popularyzacja idei dyktatury proletariatu w ustroju burżuazyjnym, pogłębienie antagonizmów klasowych, odczuwanych już bardzo silnie przez polską klasę robotniczą w Królestwie, i wykazanie, że nie ma „faktycznie” w Rosji demokratyczno-rewolucyjnej burżuazji. Pozostają jeszcze: „zaostrzenie wzroku historycznego” i „horyzonty”… rzeczy bardzo piękne, które jednak rozwijać można za pomocą mniej hazardowych środków niż te, którym posługiwała się u nas Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy.

Ciekawą jest rzeczą, jak partia, biorąca za punkt wyjścia swych koncepcji materialistyczne pojmowanie dziejów, w praktyce przerzuca się do krańcowego idealizmu najgorszego gatunku. Partia, mająca niby na celu zdobycie przede wszystkim lepszych warunków życia dla klasy robotniczej na dziś, stawia na pierwszym planie pewne zmiany psychologiczne wśród robotników kosztem olbrzymich strat materialnych.

Tego jednak przeobrażenia się naszych socjaldemokratów z materialistów na idealistów nie należy brać zbyt poważnie. Jest ono tylko manewrem, ratowaniem honoru partyjnego. Ponieważ polityka ich „materialistyczna” zrobiła zupełne fiasko, więc chcąc ją obronić i nie mogąc tego dokonać na gruncie materialistycznym, uciekają się o pomoc do idealizmu.

Teorie przywódców SDKPiL są parodią marksizmu, działalność ich – parodią socjaldemokratyzmu. Cechy ich „metody” w sferze myśli i czynu są równie ujemne.

II. Kwestia narodowościowa

Rewolucja wysunęła w państwie rosyjskim – mówi Róża Luksemburg – na porządek dzienny między innymi i kwestię narodowościową. Dotąd sprawa ta była z państw europejskich paląca tylko w Austro-Węgrzech [5]. Pogląd powyższy jest bardzo charakterystyczny: ani stuletnia walka narodu polskiego z państwem rosyjskim, ani zatarg rosyjsko-fiński, który się rozpoczął w ostrej formie za cesarza Aleksandra III i trwał przez całe panowanie jego następcy – nie czyniły kwestii narodowościowej w Rosji palącą; dopiero stała się taką, zdaniem autorki, w  latach 1904 i 1905.

Róża Luksemburg usiłuje „wyświetlić” kwestię narodowościową z punktu widzenia marksizmu. Chcąc zrozumieć dokładnie jej poglądy polityczne w tej sprawie, należy wprzód poznać jej zapatrywania na przyszłość narodów w ogóle, jako odrębnych grup społecznych. W tym względzie idzie za Kautskym. powtarzając w cytowanej pracy cały ustęp z jego broszury pt. „Nationalität und Internationalität”. A więc: wraz z rozwojem ekonomicznym język narodów czynniejszych i potężniejszych w życiu gospodarczym staje się coraz bardziej używany przez narody inne, słabsze i mniejsze, mające z nimi styczność. Stąd powstają tendencje pojedynczych potężnych narodów do rozszerzania się, do wchłaniania innych narodów, które tracą własny język i przyjmują obcy, język przeważającego narodu lub mieszany.

Wytworzyły się jednocześnie, według Kautskiego, trzy sploty kulturalne: chrześcijański, mahometański i buddyjski. W skład każdego z tych splotów wchodzą grupy mówiące rozmaitymi językami i stanowiące rozmaite narodowości. W każdej z tych grup przeważa kultura międzynarodowa (chrześcijańska, mahometańska i buddyjska), a nie narodowa. Komunikacja wszechświatowa stwarza jeszcze większą centralizację kulturalną przez rozpowszechnianie produkcji kapitalistycznej. Dzięki językom wszechświatowym kupców i ludzi wykształconych odbywa się coraz większe powszechne zjednoczenie ludzkości w jedną wspólnotę. Kiedy społeczeństwo socjalistyczne da masom ludowym wykształcenie, umożliwi im władanie kilku językami, a przez to udział w międzynarodowej cywilizacji. Z czasem warunki powyższe stworzą grunt do stopniowego ustąpienia i zaniku naprzód języków narodów mniejszych, wreszcie do połączenia całej ludzkości cywilizowanej w jednym języku i jednej narodowości, tak jak ludy wschodniego zagłębia Morza Śródziemnego po Aleksandrze Macedońskim zjednoczone zostały w hellenizmie, ludy zachodniego później stopiły się w narodowości romańskiej (Kautsky).

Kautsky twierdzi dalej: Socjalistyczna międzynarodówka nie jest to konglomerat samowładnych narodów, czyniących każdy co mu się podoba, o ile tylko nie narusza równowagi innych, jeno organizm, który tym doskonalej działa, im łatwiej jego części się porozumiewają i im jednomyślniej działają podług wspólnego planu. Róża Luksemburg cytuje też artykuł Marksa z „Nowej Gazety Reńskiej”, gdzie przepowiada zagładę małym narodom, które wchodzą w skład wielkich państw i są często czynnikiem konserwatywnym w ich życiu.

Z upodobaniem powtarza zdanie Marksa wzięte z innego artykułu w tej samej gazecie: dziś jednak centralizacja polityczna stała się daleko gwałtowniejszą potrzebą wskutek olbrzymich postępów przemysłu, handlu i komunikacji. Powyższe ogólne wywody Marksa i Kautskiego są dla Róży Luksemburg drogowskazem we wszystkich jej twierdzeniach dotyczących spraw narodowościowych, chociaż sama przyznaje, że Marks omylił się co do przyszłości Czechów i Słowian południowych, którym przepowiadał upadek. Błędy te nie są jednak, zdaniem jej, wynikiem jego metody, lecz innych okoliczności.

Sądy Marksa o Czechach i Słowianach południowych opierały się na niedocenianiu czynnika narodowościowego w życiu społecznym i przeceniania doniosłości tendencji centralistycznych kapitalizmu. Cała historia XIX wieku wykazuje niezbicie, że sam kapitalizm, demokratyzując społeczeństwo, sprzyja zarazem rozwojowi narodowemu rozmaitych małych stosunkowo grup etnicznych. W Belgii, pomimo wiekowego panowania tak wysokiej kultury jak francuska, ruch flamandzki w ostatnich czasach wzrósł znacznie i niezawodnie rosnąć będzie dalej. Nawet wśród Żydów, pozbawionych własnego terytorium, istnieje obecnie silny ruch narodowy. Przykładów takich przytoczyć można wiele.

Zjawisko to jest zupełnie naturalne: odkąd jak najszersze masy miejskie i wiejskie występują na arenę życia politycznego, z konieczności dążyć muszą do zdobycia praw dla własnego języka, do rozwoju własnej kultury, która, jak to przyznaje sama Róża Luksemburg, „nie wisi w powietrzu”, lecz jest narodowa.

Marks uważał i ruch dążący do zjednoczenia Włoch za reakcyjny, gdyż osłabi Austrię, a przez to pośrednio wzmocni Rosję, której rozbicia pragnął. Tymczasem zjednoczone Włochy stały się terenem rozwoju ekonomicznego, politycznego i kulturalnego narodu włoskiego w ogóle i proletariatu w szczególności.

Zdanie Kautskiego o przyszłym zaniku poszczególnych narodów i powstaniu jednego, obejmującego ludzkość, jest niczym nieuzasadnione i co najmniej fantastyczne. Już w swym „Zarysie podstaw socjologii ogólnej” wykazałem, że marzenia te są pozbawione podstaw, że nie ma powodu przypuszczać, żeby w przyszłości języki narodów cywilizowanych zniknęły. Istotnie, w starożytności i w wiekach średnich, kiedy na straży trwałości i czystości języków nie stały szkoły i inne zakłady naukowe, kiedy całe plemiona, skutkiem wojen, epidemii, nieraz nagle ginęły, zdarzał się niekiedy proces znikania języków i ludów. Obecnie warunki zmieniły się radykalnie na korzyść trwałości narodów, nawet małych, oraz ich języków. Trudno też sobie wyobrazić, żeby dla wygody przy wymianie towarów i porozumiewaniu się z cudzoziemcami ludzie mieli wyzbyć się własnego języka. Znajomość języków obcych nie musi prowadzić do zatracenia ojczystego, którego się używa w najbliższym otoczeniu od lat dziecięcych. Zresztą, nawet przy jak największej rozmaitości mieszkańców wielkich miast dzisiejszych zawsze jeszcze pewne grupy narodowościowe mają w nich przewagę i tworzą teren dla rozwoju ojczystego języka. Na wsi zaś trwałość języka jest jeszcze większa.

Cała ta więc teoria Kautskiego jest jeno dowolnym przypuszczeniem, pozbawionym podstaw naukowych.

III. Prawo narodów do stanowienia o sobie

Krytykę rozmaitych postulatów socjalistycznych w sprawie narodowościowej rozpoczyna Róża Luksemburg od zwalczania zasady, mieszczącej się w programie Rosyjskiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej, która głosi prawo narodów do stanowienia o sobie.

Przyznać należy, że zasada powyższa, sformułowana w sposób ogólnikowy bez innych dopełnień, mówi zbyt mało i nie daje konkretnych wskazań politycznych. Róża Luksemburg krytykuje ją jednak nie tylko z powyższego stanowiska, lecz zarzuca jej także, że jest zbyt nacjonalistyczna i nie uwzględnia twierdzenia Kautskiego w streszczonym wyżej ustępie, iż socjaldemokracja międzynarodowa jest organizmem, który musi działać jednomyślnie podług wspólnego planu.

Zarzut powyższy nie wytrzymuje krytyki, gdyż współdziałanie narodów i ich partii proletariackich może być osiągnięte rozmaitymi drogami: można uznać obecny międzynarodowy układ państwowy za nietykalny, za niezmienny, i w jego granicach dążyć do tego, żeby socjaldemokracja stała się „jedynym organizmem” działającym według „wspólnego planu”; i odwrotnie, można uznać, że z tych albo innych względów obecny układ państw jest wadliwy, współdziałanie jego zmienić i także w tych zmienionych warunkach dojść do skoordynowania akcji międzynarodowego proletariatu.

Róża Luksemburg, zwolenniczka „dialektyki”, uznaje, że wszystko się zmienia, „wszystko płynie”, tylko granice państw burżuazyjnych są niezmienne.

Zasada stanowienia narodów o sobie wskazuje na fakt, iż o należeniu do tej lub innej narodowości rozstrzygać może każda grupa społeczna tylko sama w osobie swych członków, a więc nie jakaś zasada, opierająca się na kryteriach czy to językowych, czy historycznych, czy innych.

A więc zasada zwalczana przez Różę Luksemburg daje konkretne wskazania polityczne w wypadkach, kiedy chodzi o spory narodowościowe, o rozgraniczenie praw narodowych itp.

Wspomniana autorka zdaje się po części to zrozumieć, ale żeby obalić znienawidzoną przez siebie zasadę, występuje z następującą tyradą: Naród chce tego, czego chce większość narodu. Atoli biada socjaldemokratycznej partii, która by uznała kiedykolwiek tę zasadę za miarodajną dla siebie: równałoby się to wyrokowi śmierci na samą socjaldemokrację jako partię rewolucyjną. Socjaldemokracja jest z natury rzeczy partią, reprezentującą interesy olbrzymiej większości narodu. Niemniej wszakże jest ona, o ile chodzi o wyraz świadomej walki, w społeczeństwie burżuazyjnym tymczasową partią mniejszości, która dąży dopiero do stania się większością [6].

Jeżeli się uwzględni fakt niewątpliwy, że socjaldemokraci wszystkich krajów uważają za potrzebne domagać się powszechnego, równego, bezpośredniego i tajnego prawa głosowania do wszystkich instytucji reprezentacyjnych, a więc uznają za korzystne, chociaż nie stanowią jeszcze większości, żeby większość już dziś rozstrzygała przy wyborach, to dlaczego by ludność, tj. większość, rozstrzygać nie miała w sprawach narodowościowych.

IV. Interesy narodowe a klasowe

W społeczeństwie klasowym – mówi Róża Luksemburg – „naród” (cudzysłów: Luksemburg), jako jednolita całość społeczno-polityczna, nie istnieje, istnieją natomiast w każdym narodzie klasy z antagonistycznymi interesami i „prawami” (cudzysłów:  Luksemburg). Nie ma literalnie ani jednej dziedziny społecznej, od najgrubszych stosunków materialnych do najsubtelniejszych moralnych, w której by klasy posiadające i proletariat światowy zajmowały jedno i to samo stanowisko, figurowały jako jedna nierozróżniczkowana całość „narodowa” (cudzysłów: Luksemburg). Następnie publicystka twierdzi, że w dziedzinie ekonomicznej, społecznej, prawnej, w stosunkach międzynarodowych interesy klas posiadających i pracujących tego samego narodu są całkowicie sprzeczne. Nawet – mówi – w dziedzinie tak zwanych stosunków ogólnoludzkich, w etyce, w poglądach na sztukę, wychowanie – interesy, światopogląd i ideały burżuazji z jednej, a świadomego proletariatu z drugiej strony, przedstawiają dwa obozy, przepaścią od siebie oddzielone. Tam zaś, gdzie formalne dążenia i interesy proletariatu oraz burżuazji w całości wydają się identyczne lub wspólne, jak np. na polu dążeń demokratycznych, tam pod identycznością form i haseł kryje się najzupełniejszy rozdźwięk treści i istotnej polityki [7].

Z tego ustępu Luksemburg jeszcze raz wyprowadza wniosek, że naród o sobie stanowić nie może. Nie z tego jednak powodu przytoczyłem ustęp powyższy, lecz żeby przedstawić pogląd publicystki socjalno- demokratycznej na stosunek interesów klasowych do narodowych. Widoczną jest rzeczą, że nie uznaje absolutnie żadnych wspólnych interesów narodowych.

W innym ustępie tej samej pracy Róża Luksemburg twierdzi:

Cała nowoczesna kultura duchowa jest przede wszystkim kulturą klasową, burżuazyjną i drobnomieszczańską… Ale instytucje burżuazyjnego ustroju, jak sam rozwój kapitalistyczny, są w duchu dialektyki historycznej zjawiskami dwoistymi, obosiecznymi: środki rozwoju i panowania klasowego burżuazji są zarazem tyloma środkami klasowego podźwignięcia się proletariatu do walki o emancypację, o zniesienie panowania burżuazyjnego. Wolność polityczna i parlamentaryzm są we wszystkich państwach dzisiejszych narzędziami spotęgowania kapitalizmu i interesów burżuazji jako klasy panującej. Lecz te same urządzenia demokratyczne i parlamentaryzm burżuazyjny są niezbędne na pewnym stopniu i nieocenioną szkołą dojrzałości politycznej i klasowej proletariatu, warunkiem skupienia go w partię socjaldemokratyczną, wyrobienia go w otwartej walce klasowej.

Tak samo kultura duchowa. Szkoła ludowa i oświata elementarna potrzebne są społeczeństwu burżuazyjnemu, przede wszystkim dla wytworzenia odpowiedniej konsumpcji masowej oraz odpowiedniego kontyngentu zdatnych „rąk roboczych” (cudzysłów: Luksemburg). Ale ta sama szkoła, oświata staje się pierwszą dźwignią duchową proletariatu jako klasy rewolucyjnej.

Z powyższego ustępu widać, że istnieją jednak w pewnych sprawach, w pewnym stopniu, wspólne interesy proletariatu, burżuazji, całego narodu: że instytucje parlamentarne korzystne są nie tylko dla klas posiadających, lecz i dla pracujących. Wypowiadanie jednak takich myśli wprost jest niegodne „marksistów” w stylu Róży Luksemburg. Muszą bowiem rozumować „dialektycznie”, to znaczy raz twierdzić coś, później temu zaprzeczać, oraz wykazać, że „dialektyka myśli” jest identyczna z „dialektyką faktów” i przez to uczynić wywody „głębokimi” i „filozoficznymi”. Komiczny jest ten żargon Róży Luksemburg, Warskiego i innych koryfeuszów Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy. Co kilka zdań muszą u nich występować wyrazy: „proces dialektyczny”, „tendencje kapitalizmu”, „antagonizmy” itp.

Oczywiście nawet w zakresie spraw ogólnonarodowych napotykamy pewne różnice w ich pojmowaniu, ale różnice te nie są identyczne z absolutnym brakiem punktów stycznych w interesach różnych warstw narodu. Poszczególne grupy społeczne jednego narodu pragną niezależności albo autonomii kraju, pewnych swobód obywatelskich, instytucji reprezentacyjnych i kulturalnych celem wyzyskania ich dla swych interesów i ideałów, pojmowanych niejednakowo.

V. Państwo narodowe

Za podstawy nowoczesnej idei narodowej uważa Kautsky, a za nim i Luksemburg, trzy czynniki: dążenie burżuazji do zapewnienia sobie wewnętrznego rynku zbytu dla swej produkcji towarowej, dążenie do wolności politycznej, wreszcie rozszerzenie literatury i oświaty narodowej w kołach ludowych [8]. Idea narodowa jest więc kategorią historyczną, wyrażającą obiektywne tendencje rozwojowe w kierunku tworzenia się odpowiednich ugrupowań terytorialno-politycznych, znajdujących swój wyraz w nowożytnym państwie narodowym. Atoli – mówi Luksemburg – byłoby błędem brać sformułowanie Kautskiego dosłownie w tym sensie, że podstawą materialną nowożytnych ruchów narodowych jest li tylko z gruba zrozumiany apetyt burżuazji przemysłowej na „ojczysty” rynek zbytu dla towarów. Oprócz tego burżuazja dla swego należytego rozwoju potrzebuje wielu innych warunków: silnego militaryzmu jako gwarancji nietykalności tej „ojczyzny” (cudzysłów Luksemburg) oraz oręża dla torowania drogi na rynek wszechświatowy, dalej, potrzebuje ona pewnej odpowiedniej polityki celnej na zewnątrz, odpowiedniego ukształtowania administracji, komunikacji, sądownictwa, szkolnictwa, odpowiedniej polityki finansowej.

Zdaniem Luksemburg państwo narodowe jest formą, w której burżuazja przechodzi ze stanowiska obronnego w zaczepne, z obrony i skupienia własnej narodowości do polityki zaboru i panowania nad innymi narodami.

Treść i istotę państwa narodowego stanowią: panowanie klasowe burżuazji, militaryzm, cła, podatki pośrednie i cały system wyzysku klas pracujących, a nie wolność i niepodległość narodu jako całości. Dlatego wyprowadza wniosek, że proletariat jako klasa nie może dążyć do tworzenia państw narodowych. Państwo burżuazyjne, narodowe czy nienarodowe jest właśnie tym podścieliskiem, na którym wraz z kapitalistyczną produkcją, jako panującą formą gospodarki społecznej, wyrasta i wyodrębnia się klasa robotnicza. Burżuazja wyrasta i dźwiga się, jako klasa, w łonie ustroju feudalnego szlachecko-możnowładczego.

W miarę rozwoju kapitalizmu i panowania burżuazji z kolei wyodrębnia się politycznie proletariat – już w łonie klasowego państwa burżuazyjnego… Już historycznie więc wziąwszy, idea, aby proletariat nowożytny mógł, jako odrębna i świadoma swych interesów klasa, stworzyć dopiero nowożytne państwo narodowe, równa się pomysłowi w rodzaju tego, aby burżuazja w jakimś kraju zaprowadziła przede wszystkim ustrój feudalny, jeżeli tenże przypadkiem nie wytworzył się normalnie lub przybrał osobliwe formy [9].

Ustęp powyższy pokazuje niesumienność polemiczną Róży Luksemburg. Istotnie, proletariat tej albo innej narodowości mógł powstać, jako klasa społeczna, w łonie państwa burżuazyjnego mieszanego pod względem narodowym, albo w łonie dwóch lub kilku państw – i później dopiero, uświadomiwszy sobie korzyść utworzenia własnego państwa narodowego, do tego celu zmierzać. Dążenie więc do utworzenia nowego burżuazyjnego państwa narodowego przez proletariat nie jest identyczne z dążeniem do utworzenia państwa burżuazyjnego w ogóle. Przytoczona więc wyżej analogia nie wytrzymuje krytyki i jest tylko polemicznym szalbierstwem.

Sprawa powstawania państw jest przede wszystkim kwestią siły. Możliwość utworzenia się takiego albo innego państwa narodowego zależy od tego, czy odpowiada interesom silnych grup społecznych pewnego narodu oraz czy napotka przeszkody, albo nie, w układzie stosunków międzynarodowych. Wszystko więc zależy od stosunków konkretnych w określonym miejscu i czasie.

Fakt, że burżuazyjne państwo narodowe zapewnia władzę klasom posiadającym, opiera się na militaryzmie itp. nie może być decydujący dla proletariatu w kwestii jego dążenia do utworzenia takiego państwa. Jeżeli układ sił społecznych w burżuazyjnym państwie narodowym będzie korzystniejszy dla proletariatu pewnej narodowości aniżeli w państwie zaborczym, wówczas jego interes czysto klasowy, że już pominę narodowy, wymaga utworzenia państwa narodowego. Powstanie takiego państwa może jednak w praktyce czasami spotkać się z czysto zewnętrznymi przeszkodami natury militarnej. Będzie to więc kwestia sił, a nie kwestia logiki dziejowej, jak u Róży Luksemburg.

Nie będę tu rozpatrywał znanych poglądów tej publicystki w kwestii niepodległości Polski, gdyż są dobrze znane i o nich pisałem już nieraz. Zaznaczę tylko, że zrealizowanie problematu niepodległego państwa polskiego napotyka trudności nie ze strony „tendencji kapitalizmu”, „organicznego wcielenia” itp.,  lecz – obecnego układu stosunków międzynarodowych i sił militarnych Niemiec i Rosji.

Najdemokratyczniejsze instytucje parlamentarne, najszersze wolności obywatelskie w państwie burżuazyjnym nie usuwają ani panowania klas posiadających, ani militaryzmu, ani ceł itp., a jednak proletariat dąży do zdobycia tych instytucji tam, gdzie ich jeszcze nie ma. Zasadniczo więc niepodobna zwalczać dążenia proletariatu do uzyskania państwa narodowego. W praktyce celowość albo niecelowość takiego dążenia zależy od stosunków konkretnych.

VI. Kapitalizm a centralizacja i decentralizacja

Widzieliśmy wyżej, jak wielki nacisk kładzie Róża Luksemburg na potęgę tendencji centralistycznych w rozwoju kapitalizmu i państw współczesnych w ogóle. Wiemy, że tendencje te miały doprowadzić nie tylko do upadku partykularyzmu, ale nawet do zaniku poszczególnych narodowości. Z powyższego punktu widzenia uważa publicystka federację za „reakcyjną utopię”, za ustrój nieodpowiadający zupełnie potrzebom naszej epoki. Federacja, jako cel dążeń politycznych, jest przeżytkiem frazeologii anarchistycznej. Żeby dowieść swego twierdzenia, usiłuje wykazać, że i dziś jeszcze bądź co bądź istniejący w niektórych państwach ustrój federacyjny ustępuje pod wpływem rozwoju ekonomicznego coraz bardziej centralizmowi.

Jest rzeczą charakterystyczną, że Róża Luksemburg – pisząc obszerny artykuł o sprawach narodowościowych, centralizacji i decentralizacji w rozmaitych formach – nie zadała sobie żadnego trudu zapoznania się z literaturą tego przedmiotu, nie tylko już europejską i amerykańską, ale chociażby tylko polską, bardzo zresztą ubogą. Inaczej byłaby się przekonała, że jej stare, powtarzane bez końca „argumenty” znalazły już odpowiedź. Może jednak czytała, ale wolała udawać, że o nich nic nie wie.

Typowym dowodem niesumienności naukowej Róży Luksemburg albo też zupełnego jej nieuctwa w dziedzinie prawno-państwowej jest zupełnie dowolne i błędne z gruntu używanie terminu federacja. Miesza pod nazwą federacji: federację właściwą, unię realną i konfederację [10], chociaż te trzy formy połączeń państwowych są różne.

Przez federację rozumieć należy takie państwo złożone, którego poszczególne części posiadają w swych sprawach wewnętrznych całkowitą niezależność, wypływającą z ich praw samodzielnych; w którym zarazem, dla spraw wspólnych całego państwa, istnieją stałe władze centralne prawodawcze i wykonawcze, działające wedle norm ustalonych, a nie wedle zawieranych chwilowo umów pomiędzy częściami państwa. Federacja więc, w ściśle określonych granicach, zależnie od konkretnych wypadków, uznaje zakres jednolitego dla całego państwa prawodawstwa. Wspólny teren celny, wspólna armia, dyplomacja, wspólne prawodawstwo dotyczące handlu, komunikacji – godzą się najzupełniej z federalistycznym ustrojem. W dzisiejszych federacjach mamy tego dowód najlepszy.

Natomiast konfederacja była luźnym związkiem państw, bez stałych i unormowanych prawnie organów centralnych prawodawczych i wykonawczych, bez wspólnego prawodawstwa. W konfederacjach związek między poszczególnymi częściami państwa może się łatwo rozpaść, w federacjach zaś nie.

Anarchiści, marząc o federacjach, rozumieją przez ten wyraz konfederację. Za dowód niech służy broszura Bakunina pt. „Les ours de Berne et 1’ours de Saint-Petersbourg”.

Unia realna jest połączeniem państwowym przez osobę panującego. Przy unii nie ma wspólnych instytucji prawodawczych i wykonawczych (ministerstw). Sprawy wspólne połączonych państw rozstrzygają się za pomocą pojedynczych umów między parlamentami tych państw albo przez ich delegacje. W unii nie ma wspólnego prawodawstwa, zazwyczaj jednak w nowszych czasach jest wspólna granica celna.

Silną stroną federacji jest to, że łączy ze sobą centralizm w koniecznym zakresie z jak najdalej idącą decentralizacją w wewnętrznych stosunkach poszczególnych części państwa. Nie będę się tu rozpisywał o federacji i jej zgodności z tendencjami socjalizmu, zrobiłem to bowiem gdzie indziej [11]. Tu zaznaczę tylko, że Róża Luksemburg ujawnia dużą nieznajomość konstytucji Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Konstytucja ta i dziś jeszcze jest ściśle federalistyczna i nie widać żadnych tendencji rokujących zasadniczą zmianę jej charakteru. Poprawki poczynione w ciągu lat 100 z górą nie zmieniły jej podstaw i dotyczyły przeważnie środków komunikacji i handlu.

Róża Luksemburg pisze: Dziś centralna egzekutywa w osobie prezydenta linii posiada rozleglejszą władzę, a administracja i sądownictwo bardziej są scentralizowane niż w większości monarchii Europy Zachodniej [12]. Pomieszała dwie rzeczy: władzę prezydenta, jako głowy państwa, z zakresem władzy centralnej państwa w stosunku do władz poszczególnych stanów. Władza prezydenta, który jest wybierany pośrednio przez naród i sam dzierży władzę wykonawczą, nie będąc odpowiedzialny przed kongresem, jak nie są odpowiedzialni ministrowie przez niego mianowani – faktycznie jest większa od władzy królów włoskiego, norweskiego, belgijskiego, a nawet angielskiego. Ci bowiem działają przez pośrednictwo odpowiedzialnych parlamentarnie ministrów. Natomiast centralna administracja w Stanach Zjednoczonych dotyczy bardzo małej ilości spraw wspólnych całemu państwu. Właściwie cała prawie administracja spoczywa w rękach gubernatorów poszczególnych stanów, niezależnych zupełnie od prezydenta. Również sądownictwo centralne dotyczy tylko niektórych spraw.

Innym jeszcze dowodem nieuctwa Róży Luksemburg w zakresie spraw prawno-państwowych jest to, co pisze o naszych starych polskich sejmikach: W dawnej Polsce – czytamy [13] – jako w kraju gospodarki naturalnej i rządów szlacheckich, samorządu miejscowego oczywiście nie było. Nasze sejmiki ziemskie i wojewódzkie miały tyko funkcje związane z wyborami sejmikowymi [14]. Wiadomo dokładnie, że poszczególne ziemie posiadały bardzo szeroki samorząd i że rola sejmików bynajmniej nie ograniczała się do wyboru posłów na sejm, lecz ujawniała się w całym szeregu innych czynności samorządu ziemskiego. Ciekawych w tej sprawie odsyłam do klasycznych prac Adolfa Pawińskiego [15].

Chcąc wykazać sprzeczność między tendencjami rozwoju kapitalizmu skrajnie centralistycznymi a federalizmem, jako ustrojem prawno-państwowym, Róża Luksemburg wskazuje na Szwajcarię, w której zakres kompetencji władz ogólnozwiązkowych zwiększa się kosztem kantonalnych. Fakt ten jest prawdziwy, zauważyć jednak należy najpierw, że poszczególne kantony szwajcarskie podobne są bardzo do siebie pod względem kulturalnym, obyczajowym oraz struktury społecznej, po wtóre, że są stosunkowo bardzo małe i jako jednostki terytorialno-gospodarczo-polityczne zbyt słabe. Ale nawet w Szwajcarii nie zanosi się bynajmniej na zniesienie ustroju federalistycznego; żadne stronnictwo polityczne nawet tego nie żąda.

Tendencje centralistyczne w Niemczech, wyrażające się w dążeniu do przeniesienia punktu ciężkości prawodawstwa od sejmów państw poszczególnych do centralnego parlamentu, są naturalne i pożyteczne, gdyż największe państwo Prusy posiada wsteczną ordynację wyborczą i jest twierdzą konserwatyzmu.

W Rosji, złożonej z poszczególnych krajów bardzo odmiennych i stosunkowo dużych, tendencje centralistyczne są szkodliwe, nieuzasadnione i nie wynikają bynajmniej z potrzeb gospodarczo-socjalnych i politycznych najszerszych warstw.

Wbrew teorii Róży Luksemburg o nieprzezwyciężonych tendencjach centralistycznych, związanych z rozwojem kapitalizmu, stosunek kolonii angielskich do metropolii w ciągu drugiej połowy XIX wieku uległ silnym zmianom w kierunku decentralistycznym. Kanada i Australia posiadają całkowitą prawie niezależność.

Błędne z gruntu jest także gołosłowne zdanie Luksemburg o wzroście centralizmu w Austrii. Państwo to sprzed roku 1848 było wybitnie centralistyczne, a dziś takie nie jest. Od 1873 roku zaś, bez zmian zasadniczych w kompetencjach Rady Państwa i sejmów, w praktyce codziennej rząd centralny liczyć się musi coraz bardziej z wymaganiami krajów.

Hasła autonomiczne mogą być postępowe i wsteczne stosownie do tego, z jakimi łączą się postulatami. Można nie być zwolennikiem „historycznych praw korony czeskiej”, a jednocześnie być federalistą i występować w obronie nowych terytorialnych podziałów państwa na kraje, odpowiadających dzisiejszemu położeniu rzeczy. Autonomiści-wstecznicy chcą rozszerzenia autonomii przy zatrzymaniu kurialnych albo cenzusowych systemów wyborczych do sejmów; autonomiści radykalni żądają połączenia reformy wyborczej do sejmu z rozszerzeniem autonomii.

Uproszczony sposób pojmowania zjawisk społeczno-politycznych Róży Luksemburg nie pozwala jej wniknąć głębiej w złożone zjawiska życia zbiorowego.

W kwestii tendencji centralistycznych kapitalizmu współczesnego popełnia jeden błąd kardynalny, który pociąga za sobą inne: mówi ciągle o nieprzepartych tendencjach kapitalizmu w ogóle, jednego międzynarodowego, zapominając, że obecnie nie jest jeszcze na całym świecie jednolicie zorganizowany, że istnieje nie jeden kapitalizm wszechświatowy, lecz szereg kapitalizmów w rozmaitych państwach współdziałających i walczących. Istotnie, weźmy na przykład Austro-Węgry. Występuje tam nie jeden kapitalizm austro-węgierski, lecz dwa kapitalizmy: austriacki i węgierski. Dla pierwszego niezawodnie korzystny jest jeden wspólny obszar celny, dla drugiego – oddzielne węgierskie terytorium celne i samodzielna polityka handlowo-przemysłowa.

Wtedy tylko można by mówić o jednym powszechnym kapitalizmie, jednolitych jego tendencjach, gdyby wysoce skoncentrowany przemysł wszechświatowy był zorganizowany w szereg międzynarodowych trustów, obejmujących wszystkie najważniejsze gałęzi produkcji.

Po zapewnieniach o nieprzepartych krańcowo-centralistycznych tendencjach kapitalizmu występuje w końcu Róża Luksemburg z twierdzeniem, że ten sam kapitalizm do swego rozwoju, do większej sprawności w czynnościach gospodarczych wymaga decentralizacji samorządu, który w prowincjach zamieszkałych przez narody odrębne, posiadające własną kulturę i język, przeobraża się w autonomię [16]. W końcu też wypowiada się za autonomią Królestwa Polskiego, autonomią jednak ciasną, w której nie ma miejsca dla prawodawstwa społecznego ani dla samodzielnej polityki finansowej. Szczegółów tej autonomii dotychczas nie sformułowała. Podstawy jej znajdujemy w uchwałach ostatniego zjazdu Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy.

Autonomia wtedy tylko opiera się na pewnych podstawach prawno-państwowych, kiedy zagwarantowana jest nie tylko przez ustawy państwowe, lecz i krajowe, tak iż jednostronna wola parlamentu centralnego nie może zmienić zakresu jego kompetencji. Autonomia żądana przez Socjaldemokrację Królestwa Polskiego i Litwy warunkowi temu nie odpowiada.

 ***

Dla braku miejsca kończę swe uwagi w tym przeświadczeniu, że dostatecznie charakteryzują metodę, sposób pojmowania zjawisk społeczno-politycznych i wiedzę naszej publicystki.

Ludwik Kulczycki
_____________________
Powyższy tekst Ludwika Kulczyckiego pierwotnie ukazał się w dwóch częściach w miesięczniku „Krytyka”, zeszyty V (maj) i VI (czerwiec) 1909 r. Od tamtej pory prawdopodobnie nie był wznawiany, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł, ze zbiorów Remigiusza Okraski. „Krytyka” była postępowo-lewicowym czasopismem społeczno-kulturalno-literackim, sympatyzującym z niepodległościowym nurtem polskiego ruchu socjalistycznego.

 

 

 

Przypisy:

1. Pomijam tu jego prace, specjalnie dotyczące rozwoju społecznego w Rosji, bardzo cenne, mające jednak znaczenie lokalne.

2. W filozoficznych poglądach Bogdanow odbiega od Marksa, natomiast w ekonomiczno-socjologicznych popularyzuje go.

3. Nie mając pod ręką wydania niemieckiego, cytuję ustęp powyższy wedle rosyjskiego. „Kłassowaja borba we Francyi 1848-1850”, str. 3 i 4.

4. „Przegląd Socjaldemokratyczny” z roku 1902, nr 3, str. 11.

5. Kwestia narodowościowa i autonomia. „Przegląd Socjaldemokratyczny” z roku 1908, str. 182.

6. „Przegląd Socjaldemokratyczny” z roku 1908, str. 508.

7. „Przegląd Socjaldemokratyczny” z roku 1908, str. 504.

8. Wstęp ten cytuję według tłumaczenia Luksemburg z jej artykułu w „Przeglądzie Socjaldemokratycznym”, str. 598. Artykuł Kautskiego był drukowany w „Neue Zeit” 1897/98, t. I, str. 517.

9. „Przegląd Socjaldemokratyczny”, str. 603.

10. Patrz na str. 626, czytamy o „federacji między Austrią a Węgrami”. Na str. 620 czytamy: „druga konstytucja (amerykańska) z 1787 r. wytworzyła już na miejscu federacji państwo związkowe z centralną władzą prawodawczą i centralną egzekutywą”. Jak gdyby federacja nie była państwem związkowym.

11. Mazowiecki: Federalizm a polityka socjalistyczna.

12. „Przegląd Socjaldemokratyczny”, str. 621.

13. „Przegląd Socjaldemokratyczny”, str. 705.

14. Podkreślenie moje.

15. Patrz jego „Sejmiki ziemskie” i „Rządy sejmikowe”.

16. „Przegląd Socjaldemokratyczny”, str. 795-799.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *