Wydawnictwo Nauczycieli Demokratów

Katastrofa szkolna

[1932]

Zapoczątkowane z takim entuzjazmem u progu niepodległości szkolnictwo polskie weszło w stan krytyczny od roku 1929, w obecnym zaś roku szkolnym stajemy, mówiąc bez osłonek, w obliczu jego katastrofy. Chlubiono się jego świetnym rozwojem. Rzeczywiście zaraz bodaj po opuszczeniu przez Moskali byłego zaboru rosyjskiego społeczeństwo w tej dzielnicy Polski z energią zajęło się zorganizowaniem szkoły polskiej. I kiedy w roku 1910/11 uczyło się w szkołach byłej Kongresówki zaledwie 370 576 dzieci, w roku 1919/20 mieliśmy w nich 980 000 dzieci. Z chwilą, kiedy dzielnice Polski mogły się ze sobą porozumieć, zaczyna się praca nad wytyczeniem ram organizacyjnych szkoły polskiej na pamiętnych zjazdach oświatowych i sejmach nauczycielskich. Prawowite władze Polski Niepodległej, zastały podstawy organizacyjne szkoły polskiej gotowe. W roku 1921/22 mieliśmy w Zjednoczonej Polsce 3 213 768 dzieci w wieku szkolnym w szkołach, w roku zaś 1922/23 – 3 345 309. Wszystko to zrobiono przy niezupełnie gotowym aparacie administracyjnym, zrobiono przy wydatnej pomocy społeczeństwa (samorządy) i entuzjastycznej pracy nauczycielstwa, często może niezupełnie wykwalifikowanego, ale pracującego i dokształcającego się z całym zaparciem. Od roku 1923/24 przybywa dzieci do szkół daleko mniej; w roku 1928/29 – mamy ich w szkołach powszechnych 3 575 557, a więc w ciągu 5 lat między rokiem 1922/23 i 1928/29 przybyło do szkół 361 789. Z tego wynika, że pod względem ilości uczęszczających do niej dzieci, szkoła nasza rozwijała się najlepiej w pierwszych latach Niepodległości.

Pozornie jednak wszystko wyglądało dobrze i pozwalało tym, którzy nie umieją w dal patrzeć, chełpić się rozwojem szkolnictwa, a jako motyw zadowolenia przedstawiać fakt, że szkoła obejmuje 95,3% wszystkich dzieci w wieku .szkolnym. Zapomniano jednak, czy nie chciano pamiętać, że ten pomyślny fakt spowodowany został spadkiem ilości dzieci w wieku szkolnym w latach powojennych prawie o 1 500 000.

Zapominano, iż po latach upadku nastąpią lata gwałtownego wzrostu, na który trzeba się przygotować. I oto w roku zeszłym mieliśmy już dzieci nie mogące dostać się do szkoły w liczbie około 700 000. A dalej? W roku szkolnym bieżącym przybytek dzieci ponad zwykłą normę wynosi 348 000.

Według przeprowadzonych obliczeń wynosić ma w roku 1932/33 – 375 000, w roku 1933/34 – 238 000, w roku 1934/35 – 211 000, w roku 1935/36 – 191 000, w roku 1936/37 – 152 000, w roku 1937/38 – 124 000, w roku 1938/39 – 102 000, w roku 1939/40 – 90 000.

Słowem, w latach 1939/40 będziemy mieli dzieci w wieku szkolnym, według obliczeń statystycznych, w okrągłych cyfrach 6 000 000, czyli 2 ½ razy więcej, niż to było w chwili spadku liczby dzieci wskutek zmniejszenia liczby urodzin w latach wojennych. Dla tych dzieci nie mamy oczywiście ani pomieszczeń szkolnych, ani nauczycieli. Rachunek jest prosty. Jeżeli dwa i pół miliona rozdzielimy dla ułatwienia na 50 (liczba dzieci nie dozwolona dla pomieszczenia w jednej izbie, ale tak często praktykowania), to otrzymamy 50 000 izb, które trzeba zbudować. Jest to oczywiście minimalna liczba, dla normalnego funkcjonowania szkolnictwa niewystarczająca. To samo mniej więcej będzie z etatami nauczycielskimi. To trzeba zrobić w ciągu 10 lat, gdy tymczasem do roku 1930, a więc w ciągu 12 lat Niepodległości zbudowano zaledwie około 10 000 izb.

Dla jasności obrazu należy się zorientować, w jakich pomieszczeniach dzieci się uczą w obecnej chwili. W roku 1928/29 mieliśmy wszystkiego 59 083 izb szkolnych; z tego jednak na całe Państwo Polskie 25 259, czyli 42,76% mieściło się w budynkach wynajętych, a w województwach centralnych procent izb w budynkach wynajętych sięgał 69%. Według wyliczeń, przeciętna powierzchnia klas wynajętych wynosiła zaledwie 29,2 metrów sześc. Wiemy ponadto, że lokale szkolne są wyzyskiwane po 2 razy, a w większych miastach po 3, w stolicy zaś nawet po 4 razy dziennie.

Czy, mając dokładne dane o zbliżającym się stanie krytycznym, władze oświatowe starały się zrobić odpowiednie przygotowania? Trzeba przyznać bezstronnie, że żaden z rządów Rzeczypospolitej nie traktował tego zagadnienia serio i poważnie, ale największa odpowiedzialność spada na rządy i ministrów lat ostatnich, tych lat, kiedy kryzys był bliski, kiedy kryzys się zaczął. A wtedy właśnie zaczęto robić wszelkie wysiłki, aby wydatki na budownictwo szkolne zmniejszyć. Wstawiano z uporem śmieszną sumę 1 miliona złotych na budownictwo szkolne w budżecie państwowym, a kiedy Sejm uchwalał więcej – pieniędzy nie wydawano. Wreszcie obecna większość ten milionik w budżecie obmurowała. Pocieszano „zgorzkniałych” oponentów, że społeczeństwo samo, przy znanej przychylności dla szkoły, te szkoły zbuduje. A kiedy społeczeństwo na wsi powzięło uchwały opodatkowania się na budowę szkół, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych te uchwały unieważniało. Pocieszano się także, że tak dużo budować nie potrzeba, bo ¼ potrzebnych izb donajmie się, w ¼ zorganizuje się dwurazową naukę, a więc tylko 20 000 izb trzeba zbudować (skąd ta cyfra, nie wiem, bo i wtedy wypada – 25 000 co najmniej). Kto zna stosunki w Polsce, ten wie, że ta ostatnia formułka nie wytrzymuje krytyki, ale, powiedzmy sobie, że 20 000 izb wystarczy, a więc 2000 izb rocznie. Czy do tego choć przystąpiono? Nikt tego nie widział. Stoimy więc wobec katastrofy szkolnej; stoimy wobec niej wszystko jedno, czy obliczamy liczbę dzieci nie uczęszczających w bieżącym roku szkolnym z powodu braku miejsca na tę czy inną liczbę. Skoro przeszłego roku nie chodziło do szkoły 700 000 dzieci, a w roku obecnym nadwyżka powojenna stanowi 348 000, to jasne się staje, że nawet przy upychaniu ich według znanych rozporządzeń, koło miliona do szkoły się nie dostanie. Ale zgódźmy się z tymi, którzy tak głośno krzyczą, że to nieprawda, zgódźmy się z tymi optymistami, co twierdzą, że tylko 500 000 nie chodzi do szkoły. Czy to nie wystarcza? Zwłaszcza, iż nadwyżki lat następnych przy obecnym stanie rzeczy i obecnych sposobach radzenia złemu, już się upchać nie da, i nadwyżki te muszą pozostać poza szkołą – i w roku 1939/40 wynosić będą przeszło 2 000 000 dzieci. Dwa miliony młodych analfabetów!

Ministerialne władze powiedziały na to, że jednak budować nie mogą, ani pomagać nawet; zaradzą za to klęsce przez zwiększenie liczby etatów nauczycielskich, a to najważniejsze. I rzeczywiście do budżetu państwowego wstawiono sumę, która dawała możność utworzenia około 3000 nowych etat6w. Ale minęło bardzo niewiele czasu, kiedy dowiedzieliśmy się, że nie tylko te etaty nie będą wykorzystane, ale podległo redukcji z górą 2000 dawnych nauczycieli.

Natomiast zjawił się okólnik Ministerstwa Oświecenia Publicznego z dn. 19 marca br., w myśl którego kuratoria wydały zarządzenia inspektorom. Nie będziemy szczegółowo wyłuszczali tych zarządzeń, powiemy tylko, że i z przepisanymi w nich bardzo smutnymi środkami, jak obciążenie nauczyciela, zmniejszenie godzin zajęć dla dzieci, łączenie oddziałów o rozmaitym poziomie, pozwolenie na umieszczanie w jednej izbie 60 dzieci, co wszystko obniża poziom nauki i pogarsza i tak już zły stan higieniczny szkoły – można by się było z bardzo ciężkim sercem pogodzić, gdyby to był chwilowy nadzwyczajny środek, zastosowany jednocześnie ze środkami radykalnymi, zmierzającymi do natychmiastowego budownictwa szkolnego i powiększenia liczby sal nauczycielskich do koniecznej normy. Ale władze szkolne prócz wyżej wymienionych, bardzo wątpliwej wartości zarządzeń, nic przedsięwziąć nie potrafiły. Chodzą natomiast coraz uporczywsze pogłoski, że przygotowuje się projekt otwartego czy ukrytego obniżenia stopnia organizacyjnego szkoły powszechnej.

A nikt nam nie wytłumaczy, że nawet z bardzo uszczuplonego budżetu państwowego nie dałoby się wykroić sumy, która by, jeżeli nawet zupełnie kryzysu nie zażegnała, to przynajmniej go złagodziła i pozwoliła uniknąć ostatecznie klęski szkolnictwa. Nikt nam nie wytłumaczy, że nie można uszczuplić budżetu na policję. Jeżeli nawet stanąć na stanowisku zwolenników licznej policji, to chyba nikt nie zaprzeczy, że opłacanie ludzi bez potrzeby szlifujących chodniki i wystających w bramach jest marnowaniem grosza publicznego. Nikt nam nie wytłumaczy, że wykrojenie pewnej sumy z budżetu wojskowego i przeznaczenie jej na szkolnictwo, zaszkodziłoby w czymkolwiek obronie narodowej. Przeciwnie, dając odpowiednie wychowanie wszystkim obywatelom – wzmocniłoby ją.

Nikt nam nie wytłumaczy, że nie można było funduszów wydanych na luksusowe gmachy reprezentacyjne obrócić na budowę skromnych szkół powszechnych. Nikt nam nie wytłumaczy, że nie można było w ciężkich czasach dla kraju odłożyć uczczenie nawet wysoko postawionych osób, i znów za pieniądze wydane na pałace-dary zbudować choćby jedną, dwie szkoły powszechne.

Nikt nam nie wytłumaczy, że nie można oszczędzić na środkach reprezentacyjnych. W tych dniach gazety podały wiadomość, że ministrowie Austrii zrzekli się samochodów w zamian czego wyznaczono im pewien fundusz na taksówki. Czy u nas widział kto tendencję uskromnienia reprezentacji?

Nikt nam nie wytłumaczy, że w latach, kiedy dochody Państwa dawały nadwyżkę, nie można było części tej nadwyżki poświęcić na budownictwo szkolne i sprawy szkolne.

Nikt nam nie wytłumaczy, że pieniądze wydawane na młodych emerytów, choćby nauczycieli, nie znalazłyby daleko lepszego zastosowania w szkołach.

Sądzę, że każdy z nas może dalej snuć rozważania, a przyjrzawszy się wydatkom z lat minionych, jeszcze niejedno dodać do wyżej wymienionego.

Klęskę szkolnictwa powiększa położenie samorządu terytorialnego. Samorządy u nas znajdują się w opłakanym położeniu gospodarczym, a skrępowanie samorządu przez władze nadzorcze nie pozwala mu rozwinąć nawet najskromniejszej inicjatywy. A przecież na samorządzie ciąży obowiązek dostarczenia lokali szkolnych. Samorząd w miastach miał w swoich rękach higienę szkolną, pomoc niesioną dzieciom w dożywianiu, dostarczanie najuboższym ubrania, pomocy szkolnych, organizowanie kolonii i półkolonii letnich itp. Niektóre samorządy przychodziły z pomocą szkole, dostarczając jej pomocy szkolnych, fundując pracownie dla uczniów itp.

Wreszcie klęskę szkoły polskiej zwiększa bardzo ciężkie położenie nauczyciela. Uposażenie jego uległo znacznej redukcji, ale jakkolwiek zabezpieczenie materialne musi wpływać dodatnio na pracę nauczycielską, wymagającą spokoju i równowagi, to jeszcze z tym nauczyciel mógłby się pogodzić przy spokoju moralnym. Tego spokoju nauczyciel mieć obecnie nie może. Ciągłe rugi i translokacje ze względów politycznych, zwalnianie nauczycieli w stan nieczynny stwarzają atmosferę, w której każdy z pracowników szkolnych wyczekuje, kiedy i jego cios dosięgnie. Nauczyciel albo wbrew sumieniu musi stać się pokornym sługą tych, którzy od niego żądają polityki w pewnym kierunku, albo pozostanie niepewnym dnia ani godziny. I jedno i drugie wytrąca go z równowagi i obniża wydajność jego pracy w szkole; to mało – robi go czynnikiem nerwowym, dezorganizującym tę szkołę. A przecież wszystkie te manipulacje, zwłaszcza emerytowanie, kosztują skarb państwa. Czy ta garstka nauczycieli, nie należących do BBWR, takim niepokojem napełnia czynniki rządzące, że nie mogą nawet w dobie ciężkiego kryzysu wyrzec się tych kosztownych i dezorganizujących szkołę praktyk. Widocznie tak. Niech to będzie pociechą dla nękanego za zgodną z sumieniem pracę nauczycielstwa.

 _____________________________

Powyższy tekst jest jednym z rozdziałów broszury-raportu „W obliczu katastrofy szkolnej”, sygnowanej przez Wydawnictwo Nauczycieli Demokratów, Warszawa 1932. Od tamtej pory nie była wznawiana, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł. Była to publikacja lewicowego środowiska nauczycielskiego, o czym świadczy zarówno treść całości (m.in. liczne przedruki z PPS-owskiego „Robotnika”), jak i to, że broszurę wydrukowano w drukarni „Robotnika”, a jej sprzedażą hurtową zajmowała się PPS-owska „Księgarnia Robotnicza”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *