Jan Kwapiński

Jak powstał Związek Robotników Rolnych RP

Po odzyskaniu niepodległości Polski nastąpiło organizacyjne ożywienie nie tylko wśród robotników przemysłowych, ale co najważniejsze, wśród robotników rolnych. O ile robotnicy przemysłowi mieli swoją organizację działającą konspiracyjnie pod zaborem rosyjskim, która mając swe gotowe kadry, mogła od razu wystąpić jawnie, jako zorganizowana, natomiast robotnicy rolni nie posiadali żadnej organizacji, dlatego z chwilą powstania wolnej Polski po okresie niewoli i rozgromieniu armii zaborczych oraz pod wpływem rewolucji w Rosji, Niemczech i Austrii, nastrój rewolucyjny i pęd do organizacji przeniósł się także na teren wiejski do proletariatu rolnego. O ile organizacja zawodowa robotników przemysłowych rozwijała się odgórnie, dzięki staremu, wyszkolonemu w rewolucyjnej szkole konspiracyjnej na terenie byłego Królestwa Kongresowego kierownictwu, oraz dzięki jawnie działającemu ruchowi zawodowemu robotników na terenie byłego zaboru austriackiego i niemieckiego, proletariat rolny był pozbawiony absolutnie tych szans na terenie byłego zaboru rosyjskiego. Toteż powstawanie organizacji robotników rolnych rozwijało się od dołu w warunkach bardzo często przypadkowych. Wystarczyło, aby powstał zręb organizacyjny przez działalność dwu lub trzech jednostek na jakimś terenie, przeważnie w powiecie, bardzo często w większym skupieniu fornali w większym majątku, by drogą wieści gminnej dosłownie z ust do ust szły wezwania do odbycia zjazdu w niedzielę. Na tych zjazdach które z reguły odbywały się po sumie, zebrani wybierali zarządy złożone z kilku osób, czasem komitety, na ręce których składano wszystkie lokalne żądania. Głównym żądaniem wszystkich robotników rolnych, od najmniej zarabiających do lepiej płatnych rzemieślników, karbowych, polowych, ogrodników, rybaków była zawsze i wszędzie jedna i zawsze decydująca myśl: zawarcie umowy zbiorowej dla wszystkich kategorii robotników rolnych, z wyjątkiem oficjalistów folwarcznych.

Stwierdzam, że na tym właśnie zjeździe przy Oboźnej, na którym wybrano mnie przewodniczącym związku fornali, postulat umowy zbiorowej w rolnictwie był wysuwany przez wszystkich mówców. Tym się też tłumaczy powszechność i żywotność strajku robotników rolnych na Lubelszczyźnie.

Po tym zjeździe, odbytym w końcu sierpnia 1919 roku, Sekretariat Centralny odbył swe pierwsze posiedzenie. Na posiedzeniu tym ustaliliśmy plan pracy. Przede wszystkim najważniejszą rzeczą była sprawa nawiązania kontaktu organizacyjnego w powiatach, a w niektórych powiatach działały już oddziały, naturalnie, trzeba było, korzystając z posiadanych adresów, skomunikować się z nimi wszystkimi przez rozesłanie okólników. Przyjęto moją propozycję, aby zażądać od lokalnych działaczy związkowych nadesłania do centrali projektów umów zbiorowych, jakie chcieliby mieć na swoich terenach. Komunista Dąbrowski powiedział wówczas, że to nasze zwrócenie się do dołów organizacyjnych z żądaniem nadesłania projektów umów jest niepotrzebne, bo my to sami lepiej potrafimy. Sekretariat Centralny jego propozycję odrzucił. Następnie wybrano komisję w składzie trzech osób, której powierzono opracowanie projektu statutu. Przewodniczącym Komisji Statutowej został Marian Nowicki.

Do biura centrali posypały się niezliczone ilości projektów umów zbiorowych określające według oceny każdego terenu warunki pracy i płacy. Nie trzeba taić, że skala ocen była duża.

Przede wszystkim uderzało, że projektodawcy nadsyłali swe propozycje tyczące się wysokości ordynarii, nie licząc się np. z wydajnością gleby u siebie. Projekty domagały się jednakowej wysokości ordynarii we wszystkich powiatach. Weźmy np. Lubelszczyznę. Od Lublina i Puław aż do Tomaszowa Lubelskiego żądali 16 kwintali zboża. Oczywista można było taką rzecz przeprowadzić drogą akcji strajkowej, ale wyegzekwowanie tej wysokości we wszystkich powiatach Lubelszczyzny było niemożliwe do osiągnięcia. Trzeba stwierdzić w ogóle, że w tych powiatach, gdzie wybuchały żywiołowe strajki, to ziemianie pod naciskiem strajkujących przyjmowali wszelkie warunki, jakie im stawiano. Ale na terenach powiatów o słabszej glebie, robotnicy mieli na papierze przyznane wysokie ordynaria, lecz nie mogli wydostać ich od pracodawców. Dlatego też problem zróżniczkowania skali zarobków był koniecznością z wyraźnym dążeniem, aby te różnice nie przyczyniły się do obniżenia stopy życiowej robotników rolnych. Zdawałem sobie sprawę, że po otrzymaniu od oddziałów bogatego plonu projektów umów zbiorowych zajdzie konieczna potrzeba przestudiowania całego zagadnienia problemu agrarnego państwa i porównania naszych wniosków wynikających z realnego położenia ekonomicznego Polski nie tylko na wsi, ale i w mieście, z projektami i postulatami ogółu robotników rolnych.

W tym celu powołaliśmy specjalną komisję, w której objąłem przewodnictwo, i komisja nasza zaprosiła do współpracy kilku wybitniejszych studentów Wyższej Szkoły Gospodarstwa Wiejskiego. Czas płynął szybko, a zbliżał się już termin zawarcia umów zbiorowych dla wszystkich kategorii robotników rolnych z nowym rokiem służbowym, rozpoczynającym się 1 kwietnia.

Jak wyglądały czworaki?

Ogólnie należy stwierdzić, że mieszkania dla robotników rolnych w byłym zaborze rosyjskim z małymi wyjątkami były znacznie gorsze jak mieszkania w Poznańskim, na Pomorzu, na Górnym Śląsku, a nawet w Małopolsce pod zaborem austriackim. Muszę stwierdzić, że w okresie Dwudziestolecia Polski Niepodległej prawie nie budowano nowych mieszkań dla robotników zatrudnionych na folwarkach. A izby mieszkalne dla fornali urągały najprymitywniejszym potrzebom ludzkim. W jednej izbie o obszarze najwyżej trzy metry szerokiej na trzy i pół metra długiej, mieściło się wszystko. Mieściły się nierzadko nawet małe prosięta. Podczas deszczu biedne żony robotników musiały robić przeprowadzki z jednego kąta w drugi, zależnie gdzie przeciekał dach. Dlatego paragraf 22 umowy zbiorowej zawierał jeden z szczegółowych punktów wyliczających warunki, jak powinno wyglądać mieszkanie pracownika rolnego. Punkt pierwszy paragrafu 22 Umowy Zbiorowej brzmiał następująco:

„Mieszkanie pracownika musi się składać co najmniej z jednej izby z podłogą drewnianą oraz komory”.

Drugi punkt brzmiał tak:

„Izby winne być wytynkowane, a co najmniej dokładnie wylepione, ze szczelnymi drzwiami i oknami na zawiasach”.

Z tych krótkich cytat wynika, jak precyzyjnie była ujmowana sprawa należytego urządzenia dachu nad głową pracowników rolnych.

Tylko tragizm polegał na tym, że nie było sposobu w ówczesnych warunkach wyegzekwowania przepisów odnoszących się do mieszkań robotników rolnych. Z punktu widzenia formalno-prawnego na podstawie artykułu 22 umowy mógł robotnik rolny zerwać umowę najmu w każdym czasie podczas roku służbowego, gdy pracodawca złamał przepisy dotyczące izb mieszkalnych, ale tragedia robotników polegała także na tym, że nie mogli zerwać umowy, chociaż mieli do tego pełne prawo, ponieważ w Polsce było poważne bezrobocie. Czas między 1 stycznia, a 1 kwietnia był istną Sodomę i Gomorę każdego roku. Niesumienni obszarnicy sami osobiście, albo przez swych administratorów bardziej świadomym robotnikom domagającym się przestrzegania warunków umowy zbiorowej wręczali „konotatki”, a także wypowiedzenie pracy w tym okresie, co na przednówku równało się skazaniu człowieka i jego licznej rodziny na poniewierkę. Nie kończyło się na tym, bo obszarnicy bez żadnych skrupułów ludzkich na swych zjazdach powiatowych, wręczali sobie wzajemne listy zwolnionych z pracy robotników, po to, aby im uniemożliwić zgodzenie się w innym folwarku.

Tym nieludzkim traktowaniem robotników rolnych przez obszarników należy tłumaczyć powszechny pęd wszystkich robotników rolnych do uregulowania warunków pracy i płacy na piśmie. Zachowanie się ziemian, szczególnie gdy echa rewolucji ucichły, a władze administracyjne i policja omal na skinienie palcem były do dyspozycji obszarników, zmieniło się i obszarnicy nie chcieli dopuścić do tego, aby robotnik wyprostował grzbiet i mógł domagać się wykonania przepisów umowy zatwierdzonych przez ministerstwo pracy i opieki społecznej.

Z odległości czasu, muszę zaznaczyć z wielkim wstydem i niesmakiem, że większość obszarników traktowała swoich fornali jak niewolników. Było coś ohydnego w tym widowisku, gdy z całym cynizmem i brutalnością wyciągali oni ręce do pocałowania fornalom i ich żonom podczas powitania. Jasnym jest, że w walce o zawarcie i wykonywanie umów zbiorowych, obszarnicy widzieli uszczuplenie swych feudalnych przywilejów, niezgodnych i sprzecznych z uczuciami współczesnego człowieka. Dlatego bronili się wszystkimi sposobami, aby nie dopuścić do powstania możliwości, żeby zatrudniony fornal na folwarku mógł pozywać obszarnika przed Komisję Rozjemczą w rolnictwie, która w zastępstwie sądów rozstrzygała spory i sprawy wynikłe na tle umów zbiorowych.

Bardzo często myślę o przeszłości, szczególnie, gdy wspominam zaciekłość obszarników w walce ze Związkiem Robotników Rolnych, a w szczególności z Zarządem Głównym, na którego czele stałem.

Liczba pozwanych obszarników przed Komisję Rozjemczą była niestety bardzo znaczna. Sumy zasądzone od obszarników na rzecz robotników rolnych w ciągu roku były jak na warunki polskie astronomiczne. Toteż zatrzymuję się nieco dłużej nad moralnością i etyką obszarników, w odniesieniu do ciężko pracujących fornali obrządzających czwórkę koni, a czas pracy wedle paragrafu siódmego punkt pierwszy wynosił dziennie dziewięć godzin i dwadzieścia minut na dobę jako przeciętna roczna.

Tutaj chcę podać dla stwierdzenia prawdy, że stosunki między fornalami, a obszarnikami w Poznańskim były znacznie lepsze, tak samo na Pomorzu, niż w Kongresówce, szczególnie w paragrafach tyczących się regularnego płacenia i wynagrodzenia. Większość obszarników z Poznańskiego i Pomorza była solidniejsza w zakresie trzymania się warunków najmu w podpisanych przez nich umowach zbiorowych. Czy ten stan rzeczy wynikał z obyczaju gospodarki pod zaborem niemieckim czy ze zwykłej solidności ludzkiej? Walczyli na konferencjach przy ustalaniu warunków pracy i płacy, ale z chwilą podpisania umowy, uważali za punkt honoru jej dotrzymać. Jeśli chodzi o województwo wileńskie i nowogrodzkie to tam panowała na folwarkach większa bieda, z wyjątkiem właścicieli latyfundiów. Procent niedotrzymujących umowy był stosunkowo mniejszy jak w Kongresówce. Aby zakończyć szkic do zobrazowania tła, na którym rozgrywały się zacięte walki w obronie godności ludzkiej bandosów polskich, chciałbym na chwilę zatrzymać się nad warunkami życia i pracy robotników rolnych na Wołyniu. Ogólnie z przyjemnością stwierdzam, że ziemianie na Wołyniu traktowali akcję naszą, chociaż najpóźniej zakończyliśmy ten proces zawierania umów zbiorowych, przyzwoicie i liczba niedotrzymanych zawartych umów była minimalna. Gdy chodzi o ziemie krakowskie i śląskie, to na nich obszarnicy dotrzymywali w 90% zawartych umów. Stosunek do robotników był przeważnie ludzki. Nie mogę pominąć co działo się w zamożnej i w olbrzymiej większości rolniczej części Polski, w Małopolsce Wschodniej. Po prostu z nadludzkim wysiłkiem, dzięki orzeczeniu Nadzwyczajnej Komisji Rozjemczej, ustalającej warunki pracy i płacy dla robotników rolnych tam właśnie zatrudnionych, wprost wymogłem na rządzie, aby robotnicy zatrudnieni tam wiedzieli co się im należy za ich ciężką pracę. Wstyd przyznać się, że Związek Robotników Rolnych nie miał tam możliwości działania organizacyjnego, bo władze administracyjne nie dopuszczały naszych funkcjonariuszy na ziemie południowo-wschodnie. Nic zatem dziwnego, że Małopolska Wschodnia była widownią domowych pacyfikacji ludności przez nieodpowiedzialnych i z punktu widzenia państwowego szkodliwych władz administracyjnych. Dla ścisłości wymieniam województwo tarnopolskie, stanisławowskie i część lwowskiego.

Wciąż muszę wracać myślą do początków ruchu, a więc do dużych trudności organizacyjnych. Przede wszystkim komuniści zdwoili energię, by wywołać strajk jesienią 1919 roku. Przez długi okres czasu reakcja endecka wraz z obszarnikami nie szczędziła mi zarzutów i oskarżeń o wywołanie strajku podczas kopania kartofli. Nigdy w tym czasie i później kierownictwo związku, ani ja osobiście, nie staraliśmy się z tych zarzutów tłumaczyć, ale ten okres i to na samym wstępie naszej działalności był bardzo ciężki dla mnie i dla towarzysza Mariana Nowickiego. Wyjaśnić należy, jak doszło do tego strajku w niektórych powiatach. Komuniści wspólnie z ludowcami zabiegali o to, żeby Centralny Sekretariat oficjalnie ogłosił strajk. Rozumiałbym, gdyby chodziło tu o natychmiastową podwyżkę płac lub zastosowanie strajku przy wykopkach. Ale nie. Komunistom wspieranym, jak już powiedziałem, przez ludowców, chodziło o zrobienie jak największego zamętu na wsi, więc reforma rolna zajmowała w ich taktyce najwięcej miejsca. Ponieważ nie mogli oni wymóc na pepesowcach zgody na strajk, więc wywoływali dzikie strajki tam, gdzie mieli zależnych od siebie organizacyjnie funkcjonariuszy, sekretarzy i instruktorów związku. W tych miejscowościach właśnie wybuchały strajki.

Z początku strajk ogarnął liczne powiaty. Sejm zareagował na strajk uchwałę o wprowadzenie stanu wyjątkowego na wniosek posłów z prawicy, za którymi głosowali ci sami ludowcy, którzy naciskali na nas wspólnie z komunistami, abyśmy jako związek ogłosili strajk powszechny w rolnictwie. Posłowie z PPS, kiedy nastąpiło głosowanie za tym wnioskiem prawicy o stanie wyjątkowym, byli do głębi oburzeni, że ludowcy dążący do wywołania strajku rolnego głosowali za uchwałę wzywającą rząd do stosowania represji poprzez aresztowania i kary od jednego miesiąca do sześciu miesięcy więzienia dla biorących udział w strajku. Wysokość kary zależała od decyzji starosty. Odwołanie od tych kar wnosić można było do ministra spraw wewnętrznych. Naturalnie, minister Stanisław Wojciechowski, wbrew swym przekonaniom, musiał firmować stosowanie tych represji.

Strajk, tak jak szybko został przez komunistów wywołany, tak się zaczął szybko załamywać z chwilę aresztowania funkcjonariuszy i delegatów folwarcznych. Klub poselski PPS wystąpił w sejmie z ostrą krytyką zarządzeń administracyjnych, ja z Jędrzejem Moraczewskim po bardzo burzliwym posiedzeniu sejmu zgłosiliśmy się do ministra spraw wewnętrznych. Stanęło między nami tak, że Zarząd Główny będzie zgłaszał na ręce ministra spraw wewnętrznych odwołania od decyzji starostów zgodnie z obowiązującymi przepisami. W każdym razie w ciągu miesiąca czasu liczba aresztowanych zmniejszyła się wydatnie i nie było już nowych aresztowań. Strajk ten był dla ludowców nieprzyjemną sprawą, bowiem było to nowym faktem, że głosowali oni razem z prawicą za uchwałą wzywającą do wprowadzenia stanu wyjątkowego, a co za tym idzie i represji. Także strajk ten przekreślił usiłowania ludowców utrzymania swych wpływów wśród służby folwarcznej, które sami tak sromotnie pogrzebali. Wespół z Marianem Nowickim odbyliśmy konferencję z członkami Komisji Centralnej Związków Zawodowych. Ustaliliśmy, że praca organizacyjna na folwarkach nie może być ani na chwilę przerwana. Tam, gdzie aresztowano funkcjonariuszy, trzeba było na gwałt delegować nowych ludzi z nowymi pełnomocnictwami, którzy ochotniczo zgłosili się do pracy w związku. Dość znaczna ilość tych ochotników pozostała w pracy społecznej na wsi w przyszłości i wytrwała aż do wybuchu wojny. Muszę stwierdzić, że spora ilość komunistów, których wydostaliśmy przez nasze interwencje w ministerstwie spraw wewnętrznych z więzienia, zerwała ze swoją partią, uważając, że sam pomysł dzikich strajków podczas kopania kartofli, gdy omal każdy dzień decyduje o jakości zbiorów ze względu na porę przymrozkową, był uderzeniem w robotników po miastach i narażał miasta na brak głównego artykułu żywnościowego. Ci, co opuścili szeregi komunistyczne, byli to ludzie politycznie i społecznie wyrobieni. Niektórzy z nich byli potem bardzo czynni w szeregach PPS.

Zawierucha strajkowa skończyła się. Szał propagandowy prawicy endeckiej przeciwko Związkowi ucichł, a przeważna część ziemian zdawała sobie sprawę z faktu, że iść ze Związkiem nie jest dobrze, ale bez Związku jest jeszcze gorzej. Krótko mówiąc, ziemianie uświadomili sobie to, że należy uznać Związek Robotników Rolnych jako jedyną realną reprezentację robotników rolnych. Co też się odbiło na poważnym udziale ekonomistów w ministerstwie pracy i opieki społecznej przy ustalaniu warunków pracy i płacy dla robotników rolnych. Nie chcę wybiegać naprzód, zaznaczając, że czytelnicy wkrótce dowiedzą się, jak takie konferencje w ministerstwie się odbywały.

Czas dwu miesięcy na opracowanie statutu oraz przygotowanie projektu umowy zbiorowej ubiegł szybko i zachodziła potrzeba zwołania zjazdu dla uchwalenia projektu nowego statutu i przedyskutowania i ustalenia projektów umowy zbiorowej w rolnictwie dla wszystkich kategorii robotników rolnych. Przez ten czas, chociaż byliśmy zajęci niezliczonymi kłopotami, wywołanymi przez dziki strajk ogłoszony przez komunistów, oraz normalną pracą organizacyjną, komisja statutowa, na czele której stałem, przy wydatnej pomocy generalnego sekretarza Komisji Centralnej Związków Zawodowych posłaZygmunta Żuławskiego,  biorącego z urzędu udział w naszych pracach, redagowała projekt Statutu. Żuławski liczył bardzo słusznie, że do wielkiej rodziny Związków Zawodowych przybywa nowy związek, najliczniejszy ze wszystkich związków liczbowo. Powtarzał stale ze mną w rozmowie:

– Jak się uporasz ze stworzeniem normalnej organizacji zawodowej przy skromnym moim udziale, pozostanie nam wtedy jeszcze przyłączenie Związku Kolejarzy do wspólnej rodziny.

Tak się złożyło potem, że asystowałem właśnie przy powzięciu uchwały przez Związek Kolejarzy na ich zjeździe we Lwowie w roku 1920, na którym kolejarze przystąpili do Komisji Centralnej Związków Zawodowych.

Projekt statutu mieliśmy gotowy w porę, jak było uchwalone dwa miesiące temu na zjeździe przy Oboźnej. Tak samo ramy do umowy zbiorowej były gotowe, chociaż warunki tyczące się tak stawek płacy, jak i pracy nie mogły być przez nas traktowane jako sztywne, które strona przeciwna, a więc ziemiaństwo, przyjmie bez oporu. Na ten opór byliśmy przygotowani.

Na trzy tygodnie przed zjazdem wysłaliśmy okólnik do wszystkich naszych oddziałów. W skład oddziałów wchodziło od jednego do trzech powiatów, zależnie od ilości majątków w tych powiatach. Nowy statut przewidywał trzystopniową organizację: koło folwarczne na samym dole, potem oddział powiatowy, organizacyjnie związany bezpośrednio z centralą i centrala. W okólniku poleciliśmy zwołanie powiatowych zjazdów, na których miano dokonać wyboru delegatów na zjazd krajowy. Przy czym ustalono, że delegaci z wyboru i ich ilość zależne były od liczby członków płacących składki. Był to pierwszy organizacyjny zjazd przygotowany według statutu, który miał być przez zjazd przedyskutowany i następnie uchwalony. Sala przy Oboźnej była za szczupła, aby wszyscy delegaci mogli się w niej pomieścić. Więc zjazd odbył się w lokalu Okręgowego Komitetu PPS w Alejach Jerozolimskich nr 6.

W miarę odbywania się zjazdów powiatowych, na których wybierano delegatów, otrzymywaliśmy listy wybranych już delegatów. Z tych list i informacji o zjazdach wynikało, że w zjeździe krajowym układ sił delegatów przedstawiał się następująco: PPS mogła liczyć na 40 do 45% delegatów, komuniści na 25%, ludowcy koło 10%, reszta była politycznie niewiadoma, raczej bezbarwna. Na część tej ostatniej grupy mogłem liczyć, że podczas obrad i dyskusji przyłączy się do delegacji z Lubelszczyzny, na czele której stał Józef Niski, sekretarz tamtejszego oddziału, pepesowiec, późniejszy poseł na sejm. Umówiłem się z Sekretarzem Generalnym Zygmuntem Żuławskim, że zaproponuję go na przewodniczącego zjazdu. Uważałem, że bardzo będę zajęty Statutem, no i projektami umowy zbiorowej. Żuławski się zgodził. Niestety, nie było to tak proste, jak wspólnie ustaliliśmy. Fornale, naród nieufny, nie lubi nowych, nieznanych twarzy. W dniu ustalonym przez uchwałę Centralnego Sekretariatu zaczęli się zbierać delegaci na sali. Niski bardzo zręcznie rozmieścił swoich ludzi na sali. Nie przypuszczałem, że jest on aż tak sprytny. Już później po zjeździe mówił mi, że inaczej nie można było zrobić, gdyż nie było wiadome, iloma ludźmi dysponują komuniści, którzy chcieli zrobić to samo, co Niski, ale popełnili błąd, biorąc mandaty fornali i wręczając je bezceremonialnie robotnikom fabrycznym, sprowadzonym przez siebie na zjazd. Fornale jednak ten chwyt taktyczny komunistów przechwycili i zaczęła się awantura na sali, że zabierają im mandaty, które otrzymali w swych oddziałach. Wkroczyłem więc w sam środek sporu. Zażądałem zwrotu wszystkich mandatów od komunistycznych sekretarzy i oddania prawdziwym posiadaczom, mającym upoważnienie do reprezentowania swych członków organizacji. Nie obeszło się bez walk na pięści i pod wymownym argumentem twardej pięści fornalskiej komunistyczni sekretarze musieli zwrócić posiadaczom ich mandaty. Gdy sala się uspokoiła, Niski zabrał głos i zażądał, aby sprawę przywłaszczenia sobie mandatów fornalskich przez komunistycznych sekretarzy przekazać wybranej przez zjazd komisji mandatowej, która miała się zająć tymi sekretarzami, stawiając wniosek, aby winnych oszustw mandatowych usunąć z sali obrad. Tak się złożyło, że ta burza wybuchła, zanim zjazd zdołał dokonać wyboru przewodniczącego. Zaproponowałem, aby przystąpiono do wyboru prezydium zjazdu. Nie od razu zgodzono się na moją propozycję, by przewodniczył Żuławski; dość duża grupa domagała się, abym ja przewodniczył zjazdowi. W tym momencie oddałem przewodnictwo Żuławskiemu, jako Sekretarzowi Generalnemu, aby on przeprowadził wybór prezydium. Nie wiem dlaczego Żuławski zrobił mi kawał, bo na moją propozycję, aby go wybrano na przewodniczącego, Żuławski odmówił, zasłaniając się tym, że ja będę lepszym przewodniczącym. Zjazd prawie jednomyślnie wybrał mnie. Do prezydium weszli: Niski z Lubelszczyzny, Froncz z Grójeckiego, Baranowski z Krasnystawskiego, Zasada z Kutnowskiego i Świderski z Skierniewickiego. Sekretarzował Marian Nowicki.

Po ustaleniu porządku obrad pod narady zjazdu weszły poszczególne punkty.

Złożyłem najpierw sprawozdanie imieniem Centralnego Sekretariatu. Potem zreferowałem projekt nowego statutu. Jeżeli chodzi o projekt umowy zbiorowej, to tow. Nowicki złożył szczegółową analizę propozycji nadesłanych przez oddziały.

Dyskusja nad moim sprawozdaniem z działalności Sekretariatu Centralnego była stosunkowo krótka. Cechowała ją duża rzeczywistość. Ludowcy zachowali się przy dyskusji nad sprawozdaniem powściągliwie, kilku z nich przemawiało i kładli nacisk na konieczność walki o reformę rolną. Rola komunistów w dyskusji sprowadziła się do tego, że twierdzili, iż statut obecny jest dobry i nie należy go zmieniać. Odpowiadając ludowcom, zwracałem uwagę na to, że statut nie może być przeszkodą do walki o reformę rolną. Użyłem rzeczowych argumentów, że organizacja nie może wiecować co miesiąc, musi mieć ramy i czas do pracy, a wszystkie złote myśli, jakie panowie tutaj będą mieli, zechcą skierować łaskawie do prezydium.

Dyskusja nad statutem zajęła zjazdowi pół dnia, łącznie z moim referatem. Zjazd nowy statut zgłoszony przeze mnie w imieniu Centralnego Sekretariatu uchwalił przytłaczającą większością głosów. Tu należy zaznaczyć, że komuniści nie chcieli zmiany statutu, ponieważ chcieli wiecować co najmniej raz na miesiąc, a nowy statut kładł kres temu.

Przystąpiliśmy następnie do omawiania projektu umowy zbiorowej. Jak już wyżej powiedziałem, wszystkie wnioski z terenu referował tow. Marian Nowicki. Z miejsca chciałem ustawić tak sprawę, żeby przy każdej propozycji zabierali głos tylko ci, którzy mają inne propozycje, np. w sprawie wysokości ordynarii, pensji, opału, działki pod kartofle i utrzymania krów. Naturalnie, komuniści starali się, mając porozumienie z ludowcami czy występując bez tego porozumienia, licytować na zjeździe z tymi projektami, które miały realne podstawy do ich przyjęcia przez pracodawców. Z powodu tego nie można było tego samego dnia obrad ustalić warunków wynagrodzenia. Stanąłem na stanowisku, że nowo wybrany Zarząd Główny po przedyskutowaniu wszystkich spraw związanych z życiem i pracą fornali na folwarkach, będzie musiał na podstawie wypowiedzi delegatów ściśle zaprotokołowanych przystąpić do ostatecznego opracowania projektu umowy zbiorowej, w ten sposób, aby objąć wszystkie kategorie robotników w rolnictwie. Ponadto nadmieniłem, że zjazd musi wybrać pięcioosobową komisję, upoważnioną do pertraktacji ze Związkiem Ziemian, a przy udziale głównego Inspektora Pracy. Zaznaczyłem również, że Centralny Sekretariat będzie i powinien brać udział w pertraktacjach. Propozycję zjazd uchwalił.

Zjazd pod koniec drugiego dnia po wyczerpaniu wszystkich wniosków wybrał do Zarządu Głównego: Kwapińskiego, Nowickiego, Baranowskiego Władysława z Warszawy, Baranowskiego Władysława z Lublina, Chodyńskiego z Ciechanowa, Wojtysiaka z Chełmicy, Biedrzyckiego z Grójca, Zasadę z Kutna, Kisiela z Włocławka, Babika z Lipna i innych. Oraz Olszewskiego Józefa z Rypina, Makaruka z Piotrkowa, Tadeusza Turka z Pułtuska, Kiełbasiewicza Stanisława z Inowrocławia, Dziubakiewicza Wacława z Zamościa, Walentego Chlebosza z Kalisza, Kempczyńskiego Wincentego z Płocka, Franciszka Dynowskiego z Miechowa, Piotra Kluszczyńskiego z Grójca i Leona Szlezingera z Turka.

Jan Kwapiński

__________________________

Powyższy tekst to rozdział książki Jana Kwapińskiego pt. „Moje wspomnienia (1904-1939)”, Księgarnia Polska w Paryżu, Paryż 1965.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *