Stanisław Brzozowski

Ich rewizjonizm

[1907]

Nie ma dnia, w którym by myśl mieszczańska nie święciła jakiegoś nowego triumfu.

Tylko są to triumfy dziwnej natury.

Nie płyną one z dzieł przez myśl tę dokonanych, nie z jej własnej żywotności, nie z zadowolenia własnej dumy przez własną siłę – nie. Duma ta i radość płyną jedynie z niepowodzeń w obozie nieprzyjaciół: oni nie zwyciężają, więc jeszcze ja mam prawo żyć. Słońce jeszcze nie wschodzi, jeszcze więc nie minęła moja godzina…

Myśl mieszczańska triumfuje w oczekiwaniu kamiennego gościa – ale jest to brawura, która ginie za najlżejszym szmerem.

Myśl społeczna mieszczaństwa żyje niepowodzeniami walki robotniczej, każdy najbardziej znikomy wypadek świadczący o nowej trudności napotkanej przez dzieło wyzwolenia pracy wprawia w zachwyt myśl nawet „postępową” klas posiadających.

Wypowiada się w tym wiernie dziejowe stanowisko współczesnego mieszczaństwa. Z dniem każdym staje się ono coraz bardziej przeszkodą tylko w życiu ludzkości; tak też odczuwa swoją rolę.

Myśl mieszczańska stara się dowieść żywotności swojej przez powstrzymanie w rozwoju myśli robotniczej.

Póki walka i praca klasy robotniczej nie osiągną skutku, póty będę istnieć – tak formułuje się stanowisko klasy mieszczańskiej.

Dlatego też, gdy usiłuje ona swoje prawa dziejowe uzasadnić, mówi o rewizjonizmie:

– Rewizjonizm!

Myśl mieszczańska miałaby drogę o wiele pewniejszą do stwierdzenia swojej siły, drogę, po której szła ona, dopóki reprezentowała żywą i rozwijającą się klasę – drogę twórczości i pracy.

Doprawdy nie jest to zbyt dumny i pewny grunt mówić: póki socjalizmowi się nie powodzi, ja mogę istnieć. Czuć się zawisłym od niepowodzeń, jakie napotyka w swoim rozwoju coraz to liczniejsza, coraz bardziej uświadomiona część ludzkości, czuć się zależnym w swym istnieniu od tego tylko, że inni łamią się z trudnościami i giną, szczególniej, gdy się samemu przyczynia do wytwarzania tych trudności – jest podstawą, na której bardzo tylko wątpliwej wartości filozofia da się zbudować. Gdy się nie opiera swej roli na swym pozytywnym znaczeniu dla ludzkości, jeżeli się opiera ją jedynie na trudnościach wewnętrznych i zewnętrznych, z jakimi walczy kierunek życia, którego niesłuszności dowieść się nie może, jeżeli się żyje tylko tym, że ludzkość nie jest w stanie zrealizować myśli, wielkość której się pojmuje – reprezentuje się tylko niemoc, tylko niedołęstwo, tylko niedolę ludzkości.

Ludzkość wolna i rządząca sama sobą – byłaby wielka. Niech będzie mała, byle dla nas miejsce w niej się znalazło.

Giordano Bruno mówił, iż myśl wykonywa ten ruch, te loty, do których nie jest zdolne nasze nędzne ciało, myśl czyni w duchu te postępy, których nie może wykonać „ignobile e dissolubile composto”. Więzić myśl, przykuwać ją do swego własnego istnienia, którego się nie szanuje – to się nazywa upadłością myśli.

A swego istnienia mieszczaństwo nie szanuje.

Jego sztuka mówi nam o obrzydzeniu, jakie czuje ono dla siebie.

Ale to nic. Żyć, żyć gardząc sobą, ale żyć.

Wyrzec się myśli, wyrzec się logiki, wyrzec się godności, ale żyć.

Sztuka warstw posiadających mówi nam, że duszą się one. Sztuka ich to jęk: wyzwólcie nas od nas samych…

A myśl ich mówi: ludzkość nie będzie wielka, nie będzie wolna, nie będzie szlachetna i my będziemy żyć…

Ale czy nie nadużywamy słów, nazywając wielką sprawą wyzwolenie pracy…

Potrzeba dowodzić, że szlachetniejsze jest istnienie, które wymaga nadzoru i władzy nad sobą, niż istnienie wolne, przez myśl własną i wolę rządzone!…

Tego musimy dowodzić!

Wielkie cienie twórczej myśli mieszczańskiej, Locke, Smith, Kant, Fichte, Rousseau, pytają spojrzeniem zgasłych oczu: gdzież jest praca naszego życia?

Od tego czasu, mędrcy i prorocy, zaszedł rewizjonizm mieszczański.

Żyliście i myśleliście dla ludzi, którzy uważali swoje istnienie, swój byt za formę i warunek rozwoju powszechnego życia, którzy w sobie witali dojrzewającą do swobody ludzkość.

Ci teraźniejsi myślą:

Ludzkość nie może być wolna – bo my chcemy żyć!

Ludzkość nie może być zdrowa – bo my chcemy żyć.

Ludzkość nie może żyć pracą własną przez rozum rządzoną – bo my chcemy żyć.

Człowiek pozostanie na zawsze istotą lekceważenia i pogardy godną – bo my chcemy żyć.

Artyści, pisarze, satyrycy – przekonajcie nas, że człowiek jest śmiesznym, chorym na obłęd wielkości zwierzęciem, że roi tylko w malignie o swobodzie. Plujcie, o plujcie na człowieka: my chcemy żyć bez godności, bo żyć z godnością jest za ciężko…

Wielkość, godność, pogarda, duma…

Tu nie o to już idzie.

Jest ona moc święta i nieubłagana, nie znająca słabości: Prawda.

Wyzwolenie pracy jest ideą prawdziwą…

Wyrok zapadł.

I myśl mieszczańska wie o tym; ona żyje jak niesumienny człowiek, przewlekając proces od instancji do instancji.

Ona wie, że przegra.

Sprawę własną już przegrała w sumieniu własnym.

Ale nim wyrok zapadnie, ja może umrzeć zdołam…

A „après nous le déluge…”.

Idźcie, idźcie, polscy myśliciele, pisarze, poeci, idź, garstko, której duma i wielkość były moim snem najukochańszym, w ten świat bez jutra; zakosztuj słodyczy i dumy, jaką daje przeświadczenie, że się jest sercem, głową, myślą – życia bez godności, bez jutra, bez innej wiary, jak tylko w upadek ludzkości.

Ale przecież śniły się wam samotne turnie, śniły się baszty ducha, wybiegające w przyszłość.

Marzenia i sny!

To także pewna postać rewizjonizmu…

Literatura, sztuka, myśl rosną przez swobodny, rozrastający się, wierzący w siebie stosunek człowieka do świata. Mieszczaństwo to jest atmosfera, w której człowiek nie pozostaje w bezpośrednim stosunku do niczego. Strefa pośrednia i przejściowa.

Tylko praca, tylko fizyczna, mięśniowa praca, jest tą podstawą, tym sposobem zachowania się ludzkości, które stwarzają przyrodniczo istniejącą podstawę ludzkości.

Tylko pracując człowiek zapanowywa nad przyrodą, wciąga w siebie niejako, wdycha świat i nim rośnie.

Myśl nowoczesna, uznawana i przez oświecone mieszczaństwo, dowiodła, że człowiek nie jest żadnym wybrańcem, żadnym pomazańcem nadprzyrodzonych potęg, że wobec chaosu sił i życia, jakim jest świat pozaludzki, ma on tylko siebie, tylko swoje życie, jako jedyne źródło własnej mocy i siły. Człowiek nie ma nic prócz życia.

Życie zachowuje samo siebie albo przystosowując się do gotowych warunków istnienia lub też stwarzając własne swoje środowisko.

Nie potrzebuję mówić, że wszystkie postępy uczynione przez ludzkość związane są z przewagą nieustannie rosnącą tego drugiego sposobu zachowania się w porównaniu z pierwszym: postęp jest dziełem czynnego przetwarzania świata przez pracę, nie biernego przystosowania się do raz na zawsze danych warunków istnienia.

Nie uznajemy antropocentrycznego przesądu o prawie każdego człowieka do życia gotowym życiem. Nie uznaje go przyroda. Prawo swoje stwarza sam człowiek, stwarzając sobie przez pracę świat posłuszny swojej woli.

Cała nowoczesna historia od czasu epoki wielkich odkryć i wynalazków, epoki Odrodzenia, jest historią tworzenia się tego prawa, opartego na pracy.

Jest to historia odrodzenia człowieka, brania przez niego świata w posiadanie. Wszystko, co staje pomiędzy człowiekiem a światem, pomiędzy siłą pracy a przyrodą, stanowiącą jej przedmiot i podłoże, jest zaprzeczeniem postępu, przeszkodą na jego drodze.

Prawo posiada człowiek tylko spełniając jakąś konieczną rolę w procesie pracy.

Prawo posiada on tylko o tyle, o ile życie jego jest cząstką i siłą stającego się, rozwijającego się życia, nie przeszkodą.

Taką jest jedyna podstawa prawa rzeczywistego, nie opierającego się na teologicznych fikcjach.

Stojąc na tym gruncie, stoimy na stanowisku klasycznej myśli mieszczańskiej z okresu, gdy mieszczaństwo występowało przeciwko społeczeństwu przywilejów, krępujących rozwój produkcji, swobodne obcowanie człowieka z przyrodą.

Czy mam przypominać mieszczańskim zwolennikom socjalistycznego rewizjonizmu dogmat, przekazany przez wielką myśl mieszczańską, kiedy rzecznikami jej byli wielcy twórcy myśli niezależnej, kiedy myśl mieszczaństwa była istotnie myślą ludzkości, kiedy ideę strajku powszechnego rozwijał Mirabeau.

Stanowisko to nie zostało przezwyciężone od tego czasu.

Myśl ludzka nie wykazała, nie dowiodła, że istnieje jakikolwiek inny typ życia, mający samoistne znaczenie wobec przyrody, prócz pracy.

Gdy się chce walczyć z Marksem, trzeba obalić tę podstawową myśl. Dopóki ona pozostaje nietknięta, wszystkie rewizjonizmy należą co najwyżej do dziedziny sensacji.

Walka klasy pracującej do niczego innego nie zdąża, jak tylko do przekształcenia społeczeństwa w organizację pracy, do przekształcenia społeczeństwa w ten sposób, aby wszystkie stosunki zachodzące pomiędzy jego członkami były uwarunkowane przez konieczność pracy. Prawo – to stosunki międzyludzkie przez konieczność pracy uwarunkowane; idzie o to, aby nic innego prawa nie kształtowało.

Na tej tylko podstawie może oprzeć się ono.

Jest to jedyny typ życia wytrzymujący krytykę przyrody.

Proponujemy rozpisanie konkursu, przyrzekając nagrodę temu, kto dowiedzie, że istnieje jakiś inny prócz pracy sposób działania, wytwarzający przyrodnicze, istniejące w świecie przyrody skutki.

Człowiek, który dzieła tego dokona, będzie filozoficznym zbawcą mieszczaństwa.

Mieszczaństwo rewizjonizmem tylko się pociesza. Ocalenie właściwe może znaleźć tylko w magii.

Jeżeli nie – nie. To jest jedyna droga, jaka pozostaje.

Postępowymi, żywotnymi są tylko te urządzenia ludzkości, które są wiernym odbiciem konieczności pracy, to jest urządzenia, które samą pracą, jej rozwój tylko odbijają, które ona sama wytwarza rosnąc.

Ustrój kapitalistyczny oparty jest nie na koniecznościach pracy, lecz na koniecznościach zysku. W społeczeństwie kapitalistycznym wykonalna jest tylko ta praca, która gwarantuje zysk dla kapitału. Jeżeli konstelacja warunków jest taka, że przedsiębiorstwo jakieś przestaje przynosić zysk kapitaliście, zatrudniona w nim energia przestaje być użytkowana.

Sama zdolność pracy nie jest dostateczną, aby praca mogła być wykonana w społeczeństwie kapitalistycznym.

Miliony rąk bez zatrudnienia, miliony ust głodnych…

To nie wystarcza.

Te ręce nie należą do tych ust.

Póki z zaspokojenia ust przez te ręce nie zrodzi się zysk, póki tu nie ma miejsca na zysk, ręce pozostaną bezwładnymi, usta będą sinieć z głodu.

Miliony rąk pozostają bez zatrudnienia, jeżeli warunki społeczne i ekonomiczne chwili nie są tego rodzaju, aby praca ich przynosiła zysk właścicielom kapitału.

Prawo dzisiejsze jest gwarancją kapitału i zysku, nie pracy.

Praca nie występuje tu jako siła społeczna przez sam fakt swojego istnienia. Dla społeczeństwa kapitalistycznego istnieje ona tylko o tyle, o ile przynosi zysk.

Ekonomia kapitalistyczna, myśl kapitalistyczna tworzą mistyfikację, uznając za podstawę istnienia ludzkości w przyrodzie zysk od kapitału.

Narastanie pracy, narastanie zdolności pracy, jej wzrastająca samodzielność i dojrzałość, jej dojrzewanie do własnego nad sobą kierownictwa – to podstawa jedyna. Stworzenie typu swobodnego pracownika jest właściwym zadaniem ludzkości, która pragnie być wolna, tj. nie zależeć od przypadku.

Dopóki myśliciele kapitalistyczni nie dowiodą, że tylko praca stwarzająca zysk dla właściciela kapitału jest postacią energii, istniejącej przyrodniczo, dotąd żaden rewizjonizm mieszczaństwu nie pomoże.

Jest ono jeszcze faktem, ale fakt ten znaczy tylko: niedojrzałość, niewola ludzkości.

Nie rewizjonizmu potrzeba kapitalizmowi, lecz magii i księdza:

Dowodu, że chleb rodzi się nie na polach, lecz na papierze kuponów akcyjnych.

Dopóki to nie zostanie udowodnione, przezwyciężonym legalnym bezprawiem jest wszelkie prawo, opierające się na stanie posiadania, nie mogące się wylegitymować jako konieczność pracy.

Klasa robotnicza walczy dziś o prawo, o prawo jedyne, jakie daje się pomyśleć wobec przyrody takiej, jaką jest.

Nasza przyroda, przyroda, o jakiej mówi nam nauka, uznaje ludzkość tylko za jedną z sił walczących i ścierających się pomiędzy sobą. Ma ludzkość to, co zdobędzie.

Czy znacie jakiś inny sposób zdobywania czegoś na przyrodzie prócz pracy?

Prawda, są jeszcze wirujące stoły.

Toteż jeszcze raz, nie rewizjonizm, lecz okultyzm, magia, spirytyzm, teologia. Nie Maxwell, Hertz, Poincare, Darwin, Mieczników – nawet nie Locke, nie Smith, nie Fichte, nie Voltaire ani Rousseau, ale śp. Leon XIII, Pius X, i może jeszcze pan Jerzy Kurnatowski i jego francuscy mistrzowie w solidarności społecznej.

Trzeba dowieść, że robotnikowi zdaje się tylko, gdy myśli, że wszędzie i zawsze ma ręce i że te ręce są zawsze zdolne wytwarzać materialne skutki.

W świecie przyrody tak to się przedstawia.

Ale to złudzenie.

W świecie kapitalistycznym ręka staje się dopiero ręką, gdy wytwarza zysk dla właściciela kapitału.

Ręka, która by chciała pracować, wytwarzając nie zysk, lecz same przedmioty, byłaby jakąś potworną ręką, w tym świecie ręce mają znaczenie i rzeczywistość tylko wtedy, gdy kapitał zysk z nich czerpie. Wprawdzie niezależnie od tego, jak się czuje kapitał, mamy wszyscy wołające o jedzenie żołądki, ale to rezultat nieprzystosowania.

Gdy konstelacje są takie, że kapitał nigdzie zysku przed sobą nie widzi – maszyny przestają być maszynami, ręce rękoma, ludzie ludźmi. Wszystko to staje się złudzeniem.

Trzeba obalić całą naukę przyrodniczą, aby to wszystko uzasadnić. Trzeba dowieść, że przyroda, materia itd. są tylko formą istnienia kapitału i zysku, same przez się są tylko złudzeniem.

Węgiel – np. co to jest węgiel? – myśli p. Stanisław Garski [1]. Własności naturalne itd. to tylko wyobrażenie.

Robotnik bierze węgiel i rzuca do pieca. Powstaje proces utlenienia, rozwija się energia itp. Wszystko to pozory. Węgiel właściwie zostaje uduchowiony. Zostaje wciągnięty w wiry psychiki społecznej. Robotnikowi zdaje się, że on bierze węgiel szczypcami albo ręką – materialistyczne złudzenie! Dokonywa się tej czynności za pomocą „apercepcji społecznej”.

Na początku istnieje apercepcja.

Apercepcja ta ujmuje świat – przyrodę, przetwarza je i w ten sposób wypracowuje swą treść. Właśnie o to chodzi. Świat dopiero wtedy zaczyna istnieć, gdy może być ujęty przez kapitał jako podłoże wytwarzające zysk.

Świat nie wytwarzający zysku jest lichym, pozornym światem – myśli giełda. Kapitał zaczyna cyrkulować: wszystko się ożywia. On naprawdę jest sam przez się, świat jest niczym. Nie ma żadnej przyrody, żadnego człowieka, jest tylko: apercepcja.

Dziś być filozofem, znaczy to ulegać tym mistyfikacjom, jakie wytwarza proces cyrkulacji kapitalistycznej, mistyfikacjom, które Marks analizuje w III tomie „Kapitału”, które zresztą są aż nadto oczywiste dla każdego, kto jest w stanie myśleć o przyrodzie i życiu – nawet poza obrębem kapitalistycznej produkcji!

Licha mitologia na użytek kapitalistycznego katzenjammeru nazywa się dziś etyką, teorią poznania, czasami aż metafizyką.

Każda forma społecznego istnienia w myśli ludzi do niej należących, lub pod jej wpływem ukształtowanych, uchodzi za jedyną możliwą formę istnienia, za normę ludzkiego życia, za życie samo. Poza obrębem jej zaczyna się dla myśli, która z formą tą tak całkowicie się zrosła – nicość absolutna, chaos.

Myśl krytyczna od dawna już uznała cały gmach świadomości ludzkiej za dzieło ludzkie. Wie ona, że jedyna rzeczywistość to działalność ludzka.

Ludzkość pracą swą obejmująca glob ziemski, sama stwarzająca własne swoje cele: to jest jedyna rzeczywistość dla nas dostępna. Myśl mieszczaństwa sama skodyfikowała te wyniki w osobie swojego ostatniego klasycznego filozofa, Feuerbacha. Ale już Feuerbach był wówczas dla mieszczaństwa zbyt głęboki, ludzki i prawdziwy.

Mieszczaństwo łudziło się czas jakiś, że reprezentuje swobodną ludzkość. Teraz zrozumiało, że reprezentuje ono tylko eksploatację pracy przez kapitał.

Dziś ten charakter występuje coraz wyraźniej i wyłączniej.

Mieszczaństwo dzisiejsze już nie jest w stanie nawet reprezentować swobodny rozwój kapitału. Uznaje ono rozwój sił ekonomicznych o tyle tylko, o ile służy on jako podstawa dla obecnych kapitalistów.

Żąda ono już dziś, aby jego interesy, interesy zysku były ochraniane nawet przeciwko rozwojowi samego kapitalizmu produkcyjnego.

Domaga się ceł ochronnych.

Zakłada związki dla niedopuszczenia obniżenia cen.

Jest pasożytem nawet z punktu widzenia własnej kapitalistycznej tradycji.

Nie prowadzi i nie jest w stanie prowadzić żadnej klasowej, jednolitej akcji, nawet ekonomicznej.

Zyski dla obecnych reprezentantów stanu posiadania, oto jego jedyny cel i sprawdzian.

Marks wyobrażał sobie inaczej przyszłość kapitalizmu.

On idealizował mieszczaństwo.

Myślał, że będzie ono tworzyć i zdobywać coraz to nowe produkcyjne siły. Mieszczaństwo dzisiejsze powstrzymuje rozwój ekonomiczny byle żyć, byle rozwój ten nie przybrał charakteru groźnego dla jego obecnego stanu posiadania.

Marks myślał, że kapitalizm zginie w jednej z tych ostrych gorączkowych walk, w jakich organizm walczy raczej z nadmiarem sił niż słabością.

Kapitalizm przybiera charakter choroby chronicznej, jak skrofuły.

Nie chce on zdobywać, nie chce walczyć, chce tylko żyć quand même.

I to własne swoje zwyrodnienie nazywa myśl kapitalistyczna przesileniem w socjalizmie. Łudzi się, że całą ludzkość zarazi swą niemocą, niewiarą, bezkostnością.

Byle żyć, byle żyć… gotowi są oni na wszelkie ustępstwa, które pozostawiają nietkniętymi warunki życia kapitalistów.

Oni chcą dużo zrobić dla robotników, aby pozostali tylko najemnymi robotnikami.

– Zrozumiejcie przecież, że jeżeli wy nie będziecie najemnymi robotnikami, my nie będziemy mogli być kapitalistami.

My zaś nie możemy być niczym innym.

To się nazywa solidarnością społeczną.

Przez miłość bliźniego proletariat powinien stracić energię, odwagę, konsekwencję myśli.

–    My przyznajemy, że mamy wobec was obowiązki! – wołają ci sentymentalni posiadacze do robotników.

Nie! Nie macie żadnych!

Praca ma tylko prawa, które sama sobie stwarza.

Nie może mieć obowiązków klasa, która nie ma żadnego prawnego bytu.

Prawo wyrasta tylko z pracy.

Klasa robotnicza nie żąda łaski ani miłosierdzia, ona stwarza prawo, prawo wolnej, pracującej ludzkości…

– Bez kapitalizmu? – woła przerażony rentier.

I wyciąga wniosek:

Salariat perpétuel ou je te tue.

Myślałem, że mam na imię: rozum i wola.

Omyliłem się, nazywam się:

Zysk i bagnet…

I to jest rewizjonizm kapitalizmu.

Stanisław Brzozowski

__________________________

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Przeglądzie Społecznym”, w numerach 22 i 23 z 22 i 29 lipca 1907. Następnie włączono go do poszerzonej – w stosunku do wydania oryginalnego, przygotowanego przez autora – wersji zbioru „Kultura i życie”, pod redakcją Mieczysława Sroki (I tom „Dzieł” Brzozowskiego), Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1973. Przedrukowujemy go za tym ostatnim źródłem.

Przypis:

1. „Etyka i materialistyczne pojmowanie dziejów” – ze zdziwieniem przeczytałem pochlebną recenzję tej pretensjonalnej i zarozumiałej, a niżej wszelkiego poziomu filozoficznej krytyki stojącej książczyny w „Kurierze Lwowskim”, napisaną przez L. Kulczyckiego. Z przerażeniem dowiedziałem się z tej recenzji, że książeczka p. Garskiego ma być tłumaczona na język rosyjski. Komuż zależy na tak złośliwym kompromitowaniu polskiej umysłowości?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *