Emil Haecker

Edward Dembowski i rewolucja krakowska 1846 r.

[1933]

Zginął młodo, ale pozostawił po sobie pamięć niestrudzonego działacza o świetnych zdolnościach, niespożytej energii i płomiennym entuzjazmie, jednego z pierwszych krzewicieli socjalizmu na ziemiach polskich, rewolucjonisty, którego krótki żywot był jednym pasmem poświęceń i bohaterstwa. Potomek arystokratycznej rodziny, całym sercem ukochał lud, jemu poświęcił wszystkie swe trudy i śmiercią męczeńską przypieczętował swe apostolstwo.

Urodził się Edward Dembowski w kwietniu 1822 r. w Warszawie i jako 8-letnie, blade i wątłe dziecko patrzał z okien mieszkania na Nowym Świecie na burzę rewolucyjną w pierwszych dniach powstania listopadowego. Ojciec jego Leon, senator i kasztelan Królestwa Polskiego, był w czasie powstania 1830-31 r. stanowczym przeciwnikiem Lelewela i czerwonych rewolucjonistów z Towarzystwa Patriotycznego, a gorliwym stronnikiem ks. Czartoryskiego i Chłopickiego i przyjacielem osobistym Barzykowskiego. Majętny arystokrata ze starego rodu, który wydał szereg kasztelanów, wojewodów, biskupów i arcybiskupów, Leon Dembowski węzłami rodzinnymi i pojęciami związany był ze stronnictwem arystokratycznym, konserwatywnym. W tym też duchu usiłował wychować swego syna Edwarda, kształcąc go starannie z początku we wsi swej Klementowicach, a od r. 1836 w Warszawie. Inne jednak wpływy przeważyły; rychło syn odbiegł od poglądów ojca i znalazł się na wprost przeciwnym biegunie. Obok niepospolitych zdolności ujawnił Edward wcześnie charakter niezwykle samodzielny. Mając lat 18, ukończył kurs nauki uniwersyteckiej. W tymże czasie postanowił ożenić się z młodszą od siebie o dwa lata kuzynką swą Anielą Chłędowską, w której od dzieciństwa kochał się z wzajemnością. Ojciec Edwarda sprzeciwiał się temu małżeństwu i zabrał syna z sobą w podróż po Europie; gdy jednak powrócili do Warszawy po roku, musiał ustąpić wobec silnej woli syna. Uposażył więc Edwarda majątkiem ziemskim wartości 200 000 złp., gotówką 100 000 złp. i kamienicą kupioną za 76 700 złp., po czym Edward Dembowski ożenił się z Anielą Chłędowską, w której pozyskał kochającą i inteligentną towarzyszkę życia, prac i poświęceń.

Dom referendarzostwa Chłędowskich, rodziców Anieli, wywarł na kierunek przekonań Edwarda Dembowskiego wpływ silny, niweczący wpływy wychowania ojcowskiego. Panowała w tym domu atmosfera polityczna wprost przeciwna owemu światu, do którego należał ojciec Edwarda. U Chłędowskich schodzili się w r. 1831 belwederczycy, mieszkał Nabielak, później zbierało się rozwiązane Towarzystwo Patriotyczne. Tu oddziałały na umysł młodocianego Edwarda prądy demokratyczne i rewolucyjne.

Głębszy jeszcze wpływ w tym kierunku wywarł na Dembowskiego starszy odeń o 10 lat brat cioteczny Henryk Kamieński, syn generała poległego bohaterską śmiercią pod Ostrołęką, sam również waleczny uczestnik powstania 1831 r., z którego wyniósł ranę otrzymaną w bitwie pod Warszawą i krzyż „virtuti militari”. Kamieński był jednym z najwybitniejszych polskich myślicieli socjalistycznych w dobie około połowy XIX stulecia. Literatura polityczna demokracji z 1831 roku, reprezentowana głównie przez Maurycego Mochnackiego, wykazuje wpływ filozofii Schellinga. Natomiast na pokolenie nieco młodsze, do którego należał Kamieński, wywarła już wpływ filozofa Hegla. W Niemczech w owym czasie filozofa ta posłużyła Marksowi i Engelsowi do zbudowania gmachu socjalizmu naukowego. Popchnęła ona w kierunku socjalistycznym i myślenie Kamieńskiego, który od filozofii Hegla zapożyczywszy ideę ciągłego rozwoju zastosował ją do społeczeństwa w sposób zbliżający się już nieco do materializmu ekonomicznego Marksa i Engelsa, chociaż żyjąc w kraju rolniczym, nieprzemysłowym, o ustroju pańszczyźnianym, nie mógł oczywiście dojść do ostatecznych konsekwencji, do których doszli dwaj wielcy twórcy socjalizmu naukowego, żyjący na rozwiniętym przemysłowo zachodzie Europy. Poglądy swe teoretyczne przedstawił Kamieński w wydanej w Poznaniu w r. 1845 „Filozofii ekonomii materialnej”. Za sprężynę rozwoju społecznego uważa on rozwój idei tak samo jak Hegel, lecz usiłując określić prawa rozwoju historycznego, dochodzi do wniosku że własność to treść i istota wewnętrznego układu społecznego i wraz z nim ulega przeobrażeniom. Rozwój ten doprowadzi, zdaniem Kamieńskiego, kiedyś do ustroju socjalistycznego, opartego na powszechnym prawie do pracy i wzajemności usług pomiędzy ludźmi; ustrój ten będzie przejściowym i w dalszej przyszłości wyniknie zeń ustrój zupełnie komunistyczny, polegający na wspólnej własności ziemi i rozdawnictwie owoców pracy stosownie do potrzeb.

Praktyczne swe poglądy polityczne wyłożył Kamieński w słynnej swej książce „O prawdach żywotnych narodu polskiego”, którą wydrukował w r. 1844 w Brukseli pod pseudonimem Filareta Prawdoskiego, oraz w wydanym w roku następnym w Paryżu „Katechizmie demokratycznym”. Głosił on w „Prawdach żywotnych” konieczność zespolenia powstania narodowego z rewolucją społeczną, przez którą naówczas rozumiano zniweczenie przywilejów szlachty, zniesienie pańszczyzny i uwłaszczenie włościan. Groził on szlachcie wyraźnie: „gdyby klasy wyższe nie chciały się pobratać z ludem i miały stawać się zaporami rewolucji społecznej, bez której nie może być powstania skutecznego”, rewolucja w takim razie „czerwoną chorągiew rozwinąć będzie musiała” i zwrócić się przeciw szlachcie.

Poglądy te były programowym wyrazem dążeń tajnej organizacji spiskowej w Warszawie, kierowanej przez Kamieńskiego, a mającej na celu przygotowanie powstania. Jednym z najwybitniejszych działaczy tej organizacji był Dembowski, który też wraz z Kamieńskim przebył ewolucję przekonań poprzez filozofię Hegla ku socjalizmowi.

Edward i Aniela Dembowscy zaraz po ślubie weszli w wir życia umysłowego i politycznego ówczesnej młodej Warszawy. Dokoła nich, Kamieńskiego i poetki Narcyzy Żmichowskiej, pisującej pod pseudonimem Gabrieli, skupiało się grono młodych i zapalonych kobiet oraz młodych i zdolnych literatów; grono to zasłynęło pod nazwą entuzjastek i entuzjastów.

Brał też Dembowski udział w życiu ówczesnej cyganerii warszawskiej, do której należał szereg młodych poetów i literatów. Kieszeń Dembowskiego nieraz ich wspomagała; swoim nakładem drukował on poezje tych początkujących autorów.

Aby stworzyć organ literacki dla tych nowych prądów umysłowych założył Edward Dembowski w r. 1842 kwartalnik pod tytułem „Przegląd Naukowy”, wychodzący w zeszytach poważnej objętości, a redagowany przezeń do spółki z Hipolitem Skimborowiczem. W „Przeglądzie Naukowym” zamieścili Dembowski i Kamieński szereg artykułów na temat filozofii Hegla. Dembowski modyfikował heglowską teorię rozwoju społecznego, jednak nie w sposób ekonomiczno-materialistyczny, jak to później uczynił Kamieński w swej „Filozofii ekonomii materialnej”, lecz z natury entuzjasta, czynił to w sposób idealistyczny, wielce dlań znamienny: obok myśli, w której Hegel widział wyłączny, istotny żywioł świata, stawiał Dembowski uczucie za syntezę, czyli, jak on ją nazywał, strojność myśli i uczucia uważał twórczość, tę zaś za jednoznaczną z bytem.

Uczucie równoprawne z myślą, z nich zrodzona twórczość, twórczość istotą bytu – w tej formule filozoficznej zawarty był portret duchowy człowieka czynu, entuzjastycznego działacza, rewolucjonisty pełnego poświęcenia i energii, jakim był Dembowski.

W rzeczywistości też poza tą filozofią i literaturą krył się czyn praktyczny: nielegalna robota polityczna, tajna działalność spiskowa. Pierwszą od czasu upadku powstania listopadowego tajną organizację patriotyczno-demokratyczną w Warszawie założyli w r. 1836 przysłani tam przez galicyjskie Stowarzyszenie Ludu Polskiego emisariusze Gustaw Ehrenberg i Aleksander Wężyk. Organizacja ta, znana pod nazwą Świętokrzyżców, wykryta została przez policję w r. 1838. W tym czasie, kiedy Szymon Konarski poniósł śmierć męczeńską na szubienicy w Wilnie, organizację Świętokrzyżców w Warszawie zniszczyły masowe aresztowania. Na jej gruzach powstała jednak natychmiast w r. 1839 nowa organizacja tajna, nazwana Związkiem Narodu Polskiego, która rozrosła się silniej niż poprzednia, rozgałęziła się w Królestwie Polskim, objęła ster przygotowań do powstania narodowego w kraju i weszła w ścisły sojusz z równoczesnym chłopskim spiskiem komunistycznym ks. Piotra Ściegiennego, który przez dziewięć lat prowadził propagandę wśród chłopów w Lubelskim i Kieleckim. Kierownikami Związku byli Kamieński i Dembowski.

Dembowski dostarczał głównie funduszów na propagandę. Wydatki na „Przegląd Naukowy” i inne wydawnictwa literackie, a w jeszcze większym stopniu wydatki na robotę konspiracyjną rychło pochłonęły jego gotówkę, toteż wnet sprzedał swą kamienicę przy ul. Mazowieckiej, aby mieć środki na dalszą działalność.

Związek miał na celu przygotowanie powstania. Sprzysiężeni wyznaczyli termin wybuchu powstania na czas pobytu cara Mikołaja w Warszawie wiosną 1844 r. W jesieni 1843 na ostatniej schadzce spiskowców, która się odbyła, ułożono, że Władysław Więckowski, Aleksander Karpiński i Adam Gross mieli dać sygnał do powstania w Królestwie, Dembowski w Poznańskiem, a przykład tych dwóch dzielnic miał pociągnąć za sobą Galicję. Już od kilku miesięcy mnożyły się aresztowania związkowców i uczestników spisku ks. Ściegiennego, chociaż jeszcze na prawdziwy ślad tych organizacji władze nie trafiły. Bezpośrednio po wspomnianym posiedzeniu Związek został wykryty przez policję. Więckowski, Karpiński, Gross i inni zostali aresztowani.

Dembowskiemu dzięki szczęśliwemu przypadkowi udało się ujść zagranicę. Żandarmi przybyli do niego do Klementowic, aby go aresztować, nie zastali go jednak w domu. Dembowski przestrzeżony, nie wrócił już do domu, lecz wyjechał do Poznania. Żona jego, Aniela, pozostawiła córeczkę na opiece ojca Edwarda w Klementowicach, a sama pospieszyła za mężem do Poznania, przedostawszy się pieszo przez kordon rosyjski.

Rząd rosyjski skonfiskował majątek Edwarda Dembowskiego i zagroził konfiskatą jego ojcu Leonowi, odbierając mu tym możność zaciągnięcia pożyczki hipotecznej i zmuszając tym samym do zaciągania pożyczek u lichwiarzy, co go w ciągu kilku lat zupełnie zrujnowało majątkowo.

Znalazł się tedy Dembowski w Poznaniu w bardzo złych warunkach materialnych, zmuszony pracą literacką zarabiać na utrzymanie swoje i żony, o co było dość trudno, jakkolwiek pisał bardzo dużo.

Stosunki prasowe były tu względnie dość pomyślne. Od wstąpienia Fryderyka Wilhelma IV na tron pruski w r. 1840 cieszyło się Poznańskie znaczną wolnością druku. „Cenzura – pisał Jędrzej Moraczewski w liście do Janowskiego w styczniu 1845 – dosyć wszystko przepuszcza, tylko nienawidzi wyraźnego przyznawania się do komunizmu, nienawidzi zgoła tego wyrazu”. Unikając jednak tego wyrazu, poznańscy uczeni i publicyści owego czasu, znajdujący się pod wpływem filozofii Hegla, zajmowali się żywo doktrynami socjalizmu francuskiego i przechylali się ku nim, zwłaszcza filozof Karol Libelt i historyk Jędrzej Moraczewski [stryjeczny dziadek późniejszego premiera i działacza lewicowego, Jędrzeja Moraczewskiego, który otrzymał imię na jego cześć – przyp. redakcji Lewicowo.pl], który wydawał w Poznaniu poważne czasopismo naukowe pt. „Rok”.

W tym środowisku Dembowski zapoznał się z teoriami socjalistycznymi i stał się gorącym wyznawcą socjalizmu. W szeregu artykułów, zamieszczonych w „Roku” w latach 1843 i 1844, uzasadniał on konieczność urzeczywistnienia się ustroju socjalistycznego. Jako zwolennik filozofii Hegla, widział Dembowski w historii ludzkości nieustanny rozwój. Każdy ustrój społeczny musi ustąpić innemu, wyższemu, gdy większość społeczeństwa uzna istniejący stan rzeczy za niesprawiedliwy, a inną formę społeczną za sprawiedliwą. Od absolutyzmu poprzez konstytucję i republikę dąży rozwój historyczny do socjalizmu, czyli „stanu jedni społecznej, dziś przewidywanego tylko w teoriach saint-simonistów i fourierystów, który jednak, gdy zostanie uświadomiony i przyjęty przez większość, musi się stać rzeczywistością”. Wierzył tedy Dembowski niezłomnie, że temu „dążeniu czasu żadna się siła nie oprze”.

Artykuły Dembowskiego (mimo trudnego stylu i języka, gdyż Dembowski starał się stworzyć polską terminologię filozoficzną i w tym celu urabiał nowe wyrazy) były ogromnie poczytne i zjednały mu rychło uznanie. Chociaż był dopiero młodzieńcem w 22. roku życia, wysunął się na czoło ruchu umysłowego w Poznaniu i przez młodych za moralnego kierownika był uważany. Napisał on w tym czasie ciekawą książkę „Piśmiennictwo polskie w zarysie” i oprócz „Roku” zasilał pracami także inne postępowe pisma poznańskie, „Dziennik Domowy” i „Tygodnik Literacki”.

W tymże czasie kuzyn jego Henryk Kamieński wydał pod pseudonimem Filareta Prawdoskiego swoje słynne „Prawdy żywotne” i „Katechizm demokratyczny”. Poglądy polityczne tu wyrażone odznaczały się najskrajniejszym radykalizmem, już Manifest Towarzystwa Demokratycznego groził bezwzględnym postąpieniem szlachcie, gdyby się opierała uwłaszczeniu chłopów, które miało stanowić podstawę akcji powstańczej: „przelana krew bratnia spadnie na głowy tych, co w zapamiętaniu własny egoizm nad wspólne dobro i wyjarzmienie ojczyzny przeniosą”. Kamieński jeszcze ostrzej przeciw szlachcie występuje: „Gdyby nie mogła się odbyć rewolucja w powszechnej całego narodu jedności, ale walką wewnętrzną i rozlewem krwi naznaczyć się musiała, niechaj natenczas jakimkolwiek kosztem nastąpi, byle się stała”. Przez rewolucję społeczną rozumiał Kamieński uwłaszczenie chłopów i uważał ją za warunek nieodzowny rewolucji narodowej. Na pytanie: „co myśleć o szlachcie, która by przeciwną była rewolucji społecznej i nadaniu własności ludowi?”, odpowiada Kamieński: „jedno z dwojga, albo nie pojmuje zbawienia ojczyzny, albo go nie chce, przekładając nad nie swój interes majątkowy – w obu wypadkach, czy to nieświadomość, czy zła wola, równie są szkodliwe i ścigane być muszą, a do milczenia i niemożności szkodzenia jakim bądź kosztem przywiedzione”. „Rewolucja społeczna może się udać wbrew i pomimo szlachty. W takim razie niestety musiałaby się krwią szlachecką zmazać i po niej stąpałby lud, spiesząc do walki o niepodległość”.

Takie same poglądy głosił Dembowski w swoich powiastkach tendencyjnych, pisanych popularnie, a drukowanych w „Dzienniku Domowym” i „Tygodniku Literackim”. Bije z nich niechęć do szlachty i niewiara w jej wartość moralną, a bezwzględna wiara w lud. W jednej z owych powiastek emisariusz agitujący wśród włościan opowiada chłopu o zbliżającym się nowym ustroju społecznym, w którym „lud cierpieć nie będzie, bo nie będzie panów ani chłopów, tylko ludzie, a wszyscy kochać się będą”. „Cóż by się zaś stało z panami?” – pyta wieśniak, na co emisariusz odpowiada: „Zginą, którzy nie zechcą być ludźmi, a będą nad człowieczeństwo przenosić swój klejnot szlachecki; a którzy zechcą kochać wszystkich, jak braci, ci będą kochani i cały im się świat nowy cnoty i uczuć otworzy, którego dziś nie znają”.

Taka panowała wówczas atmosfera polityczna w Poznaniu. Poeta poznański Ryszard Wincenty Berwiński dał tym poglądom wyraz w słynnym swym wierszu „Marsz w przyszłość”, w którym ukazuje, że „ziemia obiecana, bez tyrana i bez pana, czeka nas morzem krwi” i woła: „pomódlmy się do obucha, uściśnijmy noże”. Na ten wiersz odpowiedział przejęty grozą Zygmunt Krasiński w swym „Psalmie miłości”: „Hajdamackie rzućcie noże!…”. Na co znów Słowacki w poemacie „Do autora Trzech psalmów” replikował Krasińskiemu, drwiąc zeń: „A tyś zląkł się?! syn szlachecki!” i broniąc gorąco wiary w dojrzałość ludu polskiego. Rychło wypadki galicyjskie rozwiały złudzenia rewolucjonistów. Zanim to jednak nastąpiło, panował w Poznaniu nastrój niezachwianej wiary w lud jako główny czynnik przygotowywanego ruchu rewolucyjnego.

A Poznań był właśnie centralnym ogniskiem tych przygotowań. Towarzystwo Demokratyczne, którego Centralizacja miała siedzibę w Wersalu pod Paryżem, stworzyło w Poznaniu organizację spiskową. Tu zetknął się z nią Dembowski i mimo swego młodocianego wieku uzyskał w niej szybko wpływ przemożny. Wnet posiadł sympatię Moraczewskich, Karola Libelta i wszystkich w ogóle, którzy go poznali. Oprócz niezwykłych zdolności umysłowych posiadał dar zjednywania sobie serc.

„Przy nadzwyczaj wątlej postaci – pisze o nim Żmichowska, która go dobrze znała w czasach warszawskich – przy dość miękkim wychowaniu, żelazna jego organizacja nie upadała pod żadnym nadużyciem zbytków i trudu, egoizmu i poświęcenia. Ach! żal mi teraz, że napisałam to słowo: egoizm. On i egoizm? On, co tak szafował zdrowiem, majątkiem, szczęściem, co dla przyjaźni lub szlachetnego celu byłby swe dobre imię oddał bez wahania i nazwać go egoistą!… Nigdy się nie cofnął przed żadnym środkiem, który mu osiągnięcie celu ułatwiał. Z upodobaniem nawet wybierał machiawelsko-zręczne podstępy, chociaż cała natura zdawała się raczej do gwałtownych ciągnąć go czynów… Był odważnym jak lew, był w gruncie serca szlachetnym jak epopeja; jeśli kłamał, to ze zbytku gorączkowych myśli, z maligny lub fantazji tylko…”.

Władysław Kosiński, który go dobrze poznał podczas jego pobytu w Poznańskiem, nazywa go „apostołem wolności, przepełnioną miłością i poświęceniem bez granic duszą”.

Centralizacja celem przygotowania powstania usiłowała utworzyć    tajne komitety w kraju. Dotąd jednak ze wszystkich trzech zaborów w udało się jej to tylko w Poznańskiem. Z Galicją zdołała zaledwie słabe nici nawiązać, a w Królestwie napotkała na opozycję ze strony Henryka Kamieńskiego, który tam po ucieczce Dembowskiego stał na czele rozgałęzionej organizacji spiskowej Związku Narodu Polskiego. Kamieńskiemu Towarzystwo Demokratyczne było zbyt umiarkowane pod względem przekonań socjalnych i za mało energiczne działaniu: zasadniczo zaś odmawiał emigracji prawa kierowania ruchem w kraju. W „Prawdach żywotnych” pisał: „czyż emigracja nie ma brać udziału w urządzeniu przyszłego powstania? odpowiadamy śmiało: nie – tysiąc razy nie”. Emisariusze Towarzystwa Demokratycznego napotykali tedy w Królestwie na zasadniczy opór „stronnictwa prawd żywotnych”. Kamieński miał też wpływy w Poznańskim, gdzie pozyskał sobie gorliwego agitatora w osobie Władysława Kosińskiego, syna Amilkara, słynnego generała Legionów.

Nadto zbliżony był do Kamieńskiego swymi przekonaniami socjalistycznymi Walenty Stefański, księgarz w Poznaniu, który niezależnie od Towarzystwa Demokratycznego założył w Poznańskiem i w Prusach Zachodnich rozgałęzioną organizację spiskową, rekrutującą się przeważnie z robotników i włościan, a nazwaną Związkiem Plebejuszów. Stefański był zwolennikiem zniesienia prywatnej własności ziemskiej i przeobrażenia jej w gminną w chwili wybuchu powstania.

Po przybyciu do Poznania Dembowski stanął od razu po stronie Stefańskiego i uzyskał ogromny wpływ na spiskowe koła poznańskie, nadając ruchowi spiskowemu wielki rozpęd. Pod wpływem nalegań Dembowskiego o przyspieszenie terminu wybuchu powstania i ze względu na rosnące znaczenie radykalnej organizacji Stefańskiego, Centralizacja Towarzystwa Demokratycznego widziała się zmuszoną paktować z tą opozycją. Przysłała tedy do Poznania Wiktora Heltmana, któremu w listopadzie 1845 r. udało się za pomocą ustępstw na rzecz radykalnej opozycji doprowadzić do zlania się obu organizacji i wybrania wspólnego komitetu. Dembowski mimo sympatii dla Stefańskiego i Kosińskiego zajmował w tej sprawie stanowisko pojednawcze. „Poza ścisłą demokracją – pisze Kosiński – byli jeszcze pojedynczy, ale w bardzo małej liczbie, socjaliści pomiędzy spiskowymi. Do nich należał także Edward Dembowski, jakkolwiek dla zgody poświęcał swe osobiste zdania”. Gdy doszło do zgody, Dembowski napisał do Warszawy do swego kuzyna Kamieńskiego, aby i on ze swą organizacją poddał się kierownictwu centralnego komitetu poznańskiego. Listu tego nie doręczono jednak Kamieńskiemu, gdyż ten właśnie został aresztowany.

Gdy się to jednak działo, bawił Dembowski już tylko chwilowo, i to tajnie w Poznaniu, albowiem już przed rokiem został stamtąd wydalony. Jakkolwiek cenzura w Poznaniu była względnie łagodna i jakkolwiek ostrożnie unikano w druku słowa komunizm, jednakowoż władze pruskie zrozumiały istotną tendencję artykułów Dembowskiego, zamieszczonych w „Roku” i w „Tygodniku Literackim”. Pisał on zresztą dość wyraźnie: „Wolność jest celem żywota ludzi, wolność tylko być może, gdzie nie ma własności”; „zniesienie własności odbyć się może tylko przez bezwzględną wspólność, lud będzie miał własność, nikt z pojedynczych osób nie będzie jej miał”. Wskutek tych artykułów został Dembowski w jesieni 1844 r., po rocznym pobycie w Poznańskim, wydalony przez policję z granic państwa pruskiego za szerzenie przekonań komunistycznych. Żonie jego policja pruska pozwoliła pozostać, ale nie w mieście Poznaniu. Pozostała tedy Aniela Dembowska u znajomych na wsi w Poznańskiem wraz z dwojgiem dzieci, a nosząc w łonie trzecie, które przyszło na świat w kilka miesięcy po wyjeździe męża.

Wydalony z zaboru pruskiego Dembowski wyjechał do Galicji jako emisariusz centralnego komitetu poznańskiego. Działalność agitacyjna i konspiracyjna w Galicji wypełniła mu tedy cały rok 1845. Był to dlań rok wytężonej, gorączkowej pracy. Jego to głównie dziełem była rewolucja, która wybuchła w r. 1846 i skończyła się tak tragicznie, zatopiona w morzu krwi przez chłopów, których wyzwolić miała.

Dembowski rozwinął w Galicji niezmordowaną działalność, zadziwiającą nadludzkim prawie wytężeniem. „Niski i szczupły blondynek, w ruchach nie dość zgrabny, lecz w obejściu gładki i uprzejmy, wyróżniał się Dembowski od innej młodzieży żywością temperamentu, uporem w postanowieniu, a wytrwałością w przedsięwzięciu”. Tak opisuje go w swej „Kronice rewolucji krakowskiej w r. 1846” Józef Wawel-Louis, który, mając lat 14, znał go w owym czasie. Słowami pełnymi zachwytu scharakteryzował Dembowskiego Jędrzej Moraczewski: „Olbrzymem nazwać można Edwarda Dembowskiego z twarzą i postawą młodzieńca piętnastoletniego. Strzeżony przez wszystkie policje, chwytany, zamykany i puszczany z więzienia, nieraz osobiście w ciągu dni kilkunastu dawał spiskowym objaśnienia w Poznaniu, Krakowie i Lwowie, odbywał zjazdy nad Renem. Pokazywał się jak ognik w ciemnej nocy na bagnach, jak duch wymarzony w powieściach ludu. Nie znał niebezpieczeństwa, a poświęcenie brał za obowiązek”.

Mimo że kolei jeszcze wówczas w Galicji nie było, mimo że policja i żandarmi nań czyhali, Dembowski zjawiał się z zadziwiającą szybkością w różnych punktach kraju, przemierzał Galicję od końca do końca, częstokroć w najrozmaitszych przebraniach.

Wincenty Pol, który wówczas do organizacji spiskowej należał i znał Dembowskiego, opisał go entuzjastycznie w wierszu pt. „Emisariusz”, zaczynającym się od słów „Znacie młodzieńca, co z jasnym włosem…”. Wedle zdania niektórych, autorem tego wiersza, ogłoszonego po raz pierwszy bezimiennie w r. 1848., był inny spiskowiec ówczesny, Władysław Ludwik Anczyc. Wiersz ten opisuje, jak Dembowski ruchliwie pojawia się w różnych miejscach, przebrany za żebraka, to za górala, lub za Cygana itd., i niestrudzenie agituje wśród ludu; ostatnia zwrotka wiersza tego brzmi:

Znacie człowieka, co zaparł siebie,
Co dla Ojczyzny, braci, wolności
Przebiegł pół świata o suchym chlebie,
Wyrzekł się żony, dziatek, miłości,
Co mu wiatr zesiekł wychudłe lica,
Chlebem powszednim cierpienia, troski,
Uściskiem stryczek, grób, szubienica,
To emisariusz – Edward Dembowski,
Co za to wszystko w chwili skonania
Chce tylko słyszeć dzwon zmartwychwstania.

Dembowski przebywał w Galicji pod nazwiskami: Rogowski, Kowalski, Borkowski i Łagowski.

Na czele organizacji spiskowej w Galicji stał hr. Franciszek Wiesiołowski, właściciel Wojsławia w obwodzie tarnowskim, człowiek inteligentny i ofiarny, szczery demokrata, uczestnik dawniejszych spisków, członek dawnego Stowarzyszenia Ludu Polskiego. W Galicji wschodniej działał od r. 1844 emisariusz Towarzystwa Demokratycznego Teofil Wiśniowski, również uczestnik dawniejszych spisków, który w r. 1835-6 razem z Wiesiołowskim siedział w więzieniu; sąd lwowski, który w r. 1847 skazał Wiśniowskiego na śmierć, tak go scharakteryzował w wyroku: „jest człowiekiem niezwykłych zdolności, o bystrości i darze orientacyjnym przechodzącym zwykłą miarę, pamięci fenomenalnej, o spiżowym charakterze i sile woli, łamiącej wszelkie przeszkody”.

Ale właściwą agitację za powstaniem rozpoczął w Galicji dopiero Dembowski, który tu przybył w lutym 1845. Chcąc przezwyciężyć powszechną gnuśność, głosił Dembowski, że z wyjątkiem Galicji wszędzie już powstanie jest przygotowane, że w Poznańskiem organizacja spiskowa jest silna, a w Królestwie przeniknęła ona nawet do wojska rosyjskiego i wybuch rychło może nastąpić. Była to przesada, ale Dembowski stale trzymał się tej metody w swojej agitacji, bo znał naturę polską, owo wieczne oglądanie się na to, co już zrobili inni; wierzył, że przykład, chociażby zmyślony, pobudza do działania; instynktem agitatora wiedziony, szedł za zdaniem ze znanego wiersza Goethego: „so lass mich scheinen, bis ich werde”. Jednakowoż metoda ta, pomocna nieraz w agitacji, w polityce może mieć najzgubniejsze skutki, wytwarzając złudzenia, które wiodą następnie do fałszywych rachub politycznych, a przez to do klęsk. Ten los nie minął też i Dembowskiego, który, wiedziony swym płomiennym temperamentem i gorącą żądzą czynu, wszelkimi środkami parł do przyspieszenia powstania.

Dembowski, który objął kierownictwo ruchu w Galicji zachodniej, z konieczności musiał agitować wśród szlachty, bez której zdaniem Wiesiołowskiego przedsięwzięcie nie mogło się udać. Ale ani Dembowski nie czuł się dobrze w tej sferze, bo szlachty nie lubił i nie wierzył w nią, ani też szlachta do niego nie odnosiła się z sympatią. Był on dla niej za rewolucyjny, nie ufała mu, o spisku poznańskim mówiła, że to spisek komunistyczny i na szkodę szlachty utworzony; co więcej, zgoła nie wierząc słowom Dembowskiego, ani mówić z nim nie chciała, lecz wysłała do Poznania Adolfa Bobrowskiego, właściciela Grójca, aby się tam wywiedział o celach spisku; a nawet gdy Bobrowski przywiózł z Poznania zapewnienie, że powstanie nie będzie komunistyczne, lecz wyłącznie narodowe, szlachta galicyjska z niechęcią odnosiła się do spisku i zamierzonego powstania.

Na zupełnie inne usposobienie natrafił Dembowski wśród warstw uboższych; oficjaliści, dzierżawcy, młodzież mieszczańska, inteligencja miejska, robotnicy – oto były żywioły, wśród których Dembowski czuł się dobrze; tu agitował z całym zapałem, tu słowa jego znajdowały żywy oddźwięk, tu pozyskiwał sobie serca. „Gdy wpadł w zapał, to piorunującą wymową porywał wszystkich…” – pisał o nim w swym pamiętniku Robert Nabielak. Chętnie też w przebraniu chłopskim agitował wśród chłopów. Że agitacji wśród chłopów nie uczyniono podstawą całej działalności, jak tego pragnął Dembowski, to okazało się największym błędem; bo gdy już rzeź się rozpoczęła, gdy chłopi schwytanych powstańców wiązali, a jeden z powstańców, Goslar, związany i bity, przemówił do chłopów, odzywali się chłopi z westchnieniem: czemuście to pierwej tak do nas nie gadali?

Julian Goslar był uczniem i gorącym wielbicielem Dembowskiego. Liczył wówczas lat dwadzieścia kilka. Syn spensjonowanego urzędnika-Niemca w Tarnowie, był jednak całą duszą Polakiem. Wcześnie osierocony, z lekcji utrzymywał siebie i dwóch młodszych braci. Wydalony z gimnazjum tarnowskiego za czytanie historii polskiej, stał się agitatorem organizacji spiskowej, a zarazem utrzymywał się z guwernerki w dworkach wiejskich. W latach 1844 i 1845 był Goslar przez jakiś czas guwernerem dwóch synów Wojciecha Mańkowskiego, rządcy majątku Zarębki koło Kolbuszowy; wywarł on na umysły obu tych pupilów swoich niezatarty wpływ: młodszy z nich, Antoni Mańkowski, stal się później jednym z pierwszych pionierów ruchu robotniczego i założycieli partii socjalno-demokratycznej w Galicji, a i starszy, Konstanty, położył zasługi około ruchu socjalistycznego, syn zaś Konstantego, Mieczysław Mańkowski, odegrał wybitną rolę w pierwszych robotniczych kółkach socjalistycznych w Krakowie, następnie w partii „Proletariat” w Warszawie i w pierwszych wielkich procesach socjalistycznych w Krakowie w r. 1880 i w Warszawie w r. 1885. Goslar agitował zwłaszcza chętnie wśród chłopów. Młodzieniec wielkich zdolności, szczerze ludowi oddany, przejął się Goslar całkowicie zasadami socjalistycznymi Dembowskiego. W r. 1846 został Goslar w Haczowie przez chłopów schwytany, zbity i torturowany aż do utraty przytomności, wydany w ręce władz, przewieziony do Lwowa, skazany został na 20 lat więzienia w Kufsteinie, skąd go jednak wyswobodziła rewolucja w marcu 1848 r. Wrócił wtedy do Galicji, potem czynny był w rewolucji wiedeńskiej, skąd udało mu się szczęśliwie ujść z powrotem do Galicji, gdzie dalej prowadził robotę spiskową, aż wydany władzom przez pewnego szlachcica w Bocheńskiem, został wywieziony do Wiednia, gdzie go skazano na śmierć i powieszono w r. 1854.

W jesieni 1845 r. działał Goslar w Sądeckim jako ustanowiony tam przez Dembowskiego agent rewolucyjny. Wydał on wtedy odezwę do chłopów tak rewolucyjną i tak ostro występującą przeciw pańszczyźnie, że przestraszyła ona nawet szlacheckich demokratów należących do spisku. Przez swego szkolnego kolegę, księdza Kmietowicza, wikarego w Chochołowie, oddziaływał Goslar na spisek górali chochołowskich.

Taka agitacja wśród ludu była jednak niestety bardzo rzadką i wyjątkową. Warto wspomnieć jeszcze o zorganizowaniu 600 robotników cukrowni w Tłumaczu przez braci Ludwika i Franciszka Eliasiewiczów.

Ale szlachta niechętnym okiem spoglądała na agitację wśród ludu. Na zjeździe spiskowców w Wojsławiu w październiku 1845 r. potępiła ona wspomnianą odezwę Goslara. Dembowski ujął się za Goslarem i wystąpił z planem, by zupełnie pominąć obszarników i rozpocząć bezpośrednio między ludem propagandę na wielką skalę. Sprzeciwili się temu Wiesiołowski i Wiśniowski, którzy byli zdania, że chłopi przy swej ciemnocie, jeśli pójdą przeciw szlachcie, to pójdą za rządem austriackim, że zatem trzeba, by szlachta pociągnęła ich na stronę narodową przez dobrowolne usamowolnienie ich. Dembowski jak w Poznaniu, tak samo i tu „dla zgody poświęcił swe osobiste zdanie”. Na tymże zjeździe przeznaczono Dembowskiego na kierownika roboty spiskowej we Lwowie.

Nie udał się jednak Dembowski od razu do Lwowa, bo zmuszony był wyjechać w listopadzie wraz z Wiesiołowskim do Poznania celem doprowadzenia do zgody między komitetem Towarzystwa Demokratycznego a stronnictwem Stefańskiego, o czym już pisaliśmy. Zgodę doprowadzono do skutku i zdecydowano się na rychłe powstanie. Do Galicji wysłano z Poznania dwóch emisariuszów: właściciela ziemskiego Aleksandra Brudzewskiego i poetę Ryszarda Wincentego Berwińskiego celem pociągnięcia szlachty galicyjskiej; obaj wkrótce zostali przez władze austriackie aresztowani.

Teraz już i szlachta galicyjska była skłonniejsza do powstania, nawet i stronnicy księcia Czartoryskiego, na jego zlecenie, przyłączyli się do ruchu. Spostrzegła bowiem szlachta, że grozi jej straszne niebezpieczeństwo, bo rząd austriacki na swoją korzyść zaczyna wyzyskiwać ucisk pańszczyźniany chłopów, łudząc ich, jakoby był ich jedynym przyjacielem, opiekunem i obrońcą, buntując ich przeciw panom, aby za pomocą masy chłopskiej sparaliżować ruch narodowy. Teraz więc szlachta galicyjska sama zaczęła nalegać na przyspieszenie wybuchu powstania w przekonaniu, że tylko powstanie i nadanie równocześnie własności chłopom może ją uratować od niechybnej rzezi, którą rząd na wielką skalę przygotowywał. Ale na uwłaszczenie było za późno, gdy już szlachta miała nóż na gardle, na powstanie za wcześnie, gdy lud nie był uwłaszczony i do wolności wychowany…

Dembowski 18 grudnia przybył do Lwowa i ze zwykłą sobie energią utworzył tam organizację rewolucyjną, do której w ciągu kilku tygodni zdołał wciągnąć do 700 akademików i młodzieży robotniczej, założył i wydawał tygodniowe pisemko rewolucyjne „Kosa”, a nawet rozpoczął propagandę wśród wojska. W tym celu pod cudzym nazwiskiem wstąpił jako szeregowiec do pułku Nugent i zdołał pozyskać dla sprawy wielu żołnierzy i oficerów tego pułku.

W ogóle brawura Dembowskiego była bezprzykładną. Policja była na jego tropie, rozpisała za nim listy gończe, wyznaczyła za jego ujęcie 1000 złr. nagrody, ale Dembowski nigdy nie tracił humoru i przytomności umysłu i zawsze, nawet gdy był już zupełnie osaczony, umiał wymknąć się z sideł policyjnych. To przebrany za lokaja dostaje się do domu jednego z wysokich urzędników rządowych we Lwowie, aby wysłuchać planów rządowych; to znów przebrany za Żyda handlarza roznosi po domach ukryte w towarze proklamacje i naraża tym wszystkich handlarzy lwowskich na rewizje, sam jednak wymyka się jak zwykle szczęśliwie.

Robocie Dembowskiego we Lwowie przeciwdziała popularny tam już wówczas Franciszek Smolka, jeden z kierowników dawnego Stowarzyszenia Ludu Polskiego, który, skazany na śmierć, po zniesieniu wyroku śmierci został właśnie po czterech latach wypuszczony na wolność. Smolka był zdania, że powstanie bez ludu się nie uda, nie wierzył zaś, żeby można było lud w jednej chwili na stronę powstania pociągnąć. Ostrzegał Dembowskiego, że ruch chłopski może się zwrócić przeciw powstaniu. Dembowski na próżno usiłował przekonać Smolkę, a nawet groził mu szubienicą. Smolka oświadczył, że spiskowi będzie przeciwdziałać i powstrzymywać tych, co dążą do własnej zguby.

Mimo to robota spiskowa we Lwowie czyniła postępy, a nawet Wiesiołowskiemu udało się tam zawiązać komitet szlachecki.

Dnia 24 stycznia 1846 r. odbył się w Krakowie zjazd delegatów organizacji spiskowych ze wszystkich trzech zaborów, przy udziale przybyłego na zjazd z Poznania Ludwika Mierosławskiego, wyznaczonego na naczelnego wodza przyszłego powstania. Na tym zjeździe ułożono plan powstania i wybrano Rząd Narodowy, do którego weszli: Karol Libelt jako przedstawiciel zaboru pruskiego, Ludwik Gorzkowski jako przedstawiciel Rzeczypospolitej Krakowskiej, Jan Tyssowski jako przedstawiciel Galicji, Jan Alcjato jako przedstawiciel Towarzystwa Demokratycznego, Wiktor Heltman jako sekretarz; jako reprezentanta Królestwa miano powołać Władysława Dzwonkowskiego, oraz przybrać przedstawicieli Litwy i Rusi.

Termin wybuchu powstania wyznaczył zjazd na noc z 21 na 22 lutego.

Manifest krakowski

Rząd austriacki nie przypatrywał się bezczynnie wzrostowi ruchu, którego różne oznaki nie mogły ujść czujności policji. Przede wszystkim postanowił rząd ubezpieczyć się co do wojska: było go w Galicji mało, bo zaledwie 30 tysięcy, nie miało dostatecznej amunicji, a co najważniejsza, rząd nie mógł bynajmniej ufać jego wierności. Aby sobie wierność żołnierzy pozyskać, rząd w styczniu 1846 r. skrócił czas służby wojskowej z 14 na 8 lat. Tą reformą pozyskał sobie rząd wojsko, a zarazem zrobiła ona bardzo dobre wrażenie na ludności wiejskiej.

A o lud wiejski rządowi najbardziej chodziło. Nienawiść chłopa pańszczyźnianego do dziedzica postanowił rząd Metternicha wyzyskać dla swoich celów. Starostowie podburzali więc chłopów przeciw panom, głosząc, że cesarz kocha chłopów, a tylko panowie są ciemięzcami chłopa i nawet w tym tylko celu chcą zrobić powstanie przeciw cesarskiemu rządowi i odbudować Polskę, aby chłopa pozbawić jego jedynego opiekuna. Przy ówczesnych stosunkach agitacja ta starostów padała na urodzajną glebę. Przykazywali więc starostowie i komisarze z polecenia rządu chłopom, by w razie wybuchu powstania napadali na zbierających się powstańców, mordowali lub zbitych i związanych odstawiali do władz; za każdego zabitego lub żywo dostawionego spiskowca wyznaczali starostowie chłopom nagrody pieniężne, zapewniając im zarazem zupełną bezkarność za mordowanie „ciarachów” i za rabowanie dworów szlacheckich. Jednym z najgorliwszych w tym względzie starostów był osławionej pamięci starosta tarnowski Breinl, który do przeprowadzenia swego planu użył wpływowego wśród chłopów Szeli. Chłopi tym chętniej posłuch dawali tym podszeptom, ile że właśnie okropną cierpieli nędzę, bo rok 1845 był rokiem strasznego nieurodzaju i klęsk elementarnych.

Tak się ubezpieczywszy, rząd przystąpił do działania. W nocy z 11 na 12 lutego rozpoczęła policja aresztowania spiskowców we Lwowie. Dembowski uniknął aresztowania dzięki temu, że właśnie był na prowincji. Następnej nocy ponowiły się aresztowania we Lwowie. 11 lutego aresztował Breinl kilku spiskowców w obwodzie tarnowskim i dostał w swe ręce cały plan powstania w tym obwodzie. 16 lutego nadeszła do Krakowa wiadomość o aresztowaniu przez rząd pruski Mierosławskiego, Libelta i innych przywódców spisku w Poznańskim. 18 lutego wojsko austriackie pod komendą generała Collina obsadziło Kraków.

Wobec tych wypadków bawiący w Krakowie członek Rządu Narodowego i przedstawiciel Towarzystwa Demokratycznego Alcjato 18 lutego rozesłał zawiadomienie, że odwołuje się wybuch powstania, po czym wyjechał do Paryża.

Odwołanie powstania było krokiem fatalnym. Sparaliżowało ono cały ruch, który mimo wszystkich nieprzyjaznych okoliczności nie byłby jeszcze zupełnie beznadziejnym, gdyby nie to odwołanie. Do jednych bowiem miejscowości doszło na czas, do innych nie. Powstało wskutek tego okropne w skutkach zamieszanie. Ci, którzy odwołanie na czas otrzymali, nie poszli na wyznaczone punkty zborne; inni, którzy go nie dostali, spieszyli na punkty zborne, ale nie zastawali tam spodziewanej siły, nie umiejąc sobie wytłumaczyć powodu niestawienia się reszty spiskowców; będąc zaś, wskutek zamieszania sprawionego owym nieszczęsnym postępkiem Alcjaty, w za małej liczbie, padali łatwo ofiarą band chłopskich, które, uzbrojone w kosy, cepy, widły i siekiery, napadały na nich. Powstańcy często nie bronili się nawet chłopom, bo jako demokraci woleli raczej ponieść męczeństwo, niż rozpoczynać powstanie od przelewu krwi chłopskiej. Tak postąpił Wiesiołowski, gdy chłopi napadli jego i jego towarzyszów w Lisiej Górze pod Tarnowem. A chłopi, którzy nie rozumieli, że powstanie niesie im wyzwolenie, a wierzyli święcie w słowa cesarskich starostów i komisarzy, dawali w całej pełni upust swej nienawiści i zemście za wielowiekowy ucisk pańszczyźniany, znęcając się okrutnie na powstańcach, których dążeń politycznych i społecznych nie znali, a w których widzieli tylko znienawidzonych szlachciców. Wiązali ich i mordowali powoli, rżnęli ich piłami, wypalali im oczy, obdzierali ze skóry; trupy i związanych rannych odwozili do starostw, gdzie otrzymywali nagrody pieniężne za każdego zabitego lub żywcem dostawionego; napadali na dwory szlacheckie, mordując mieszkańców i rabując mienie. Najwpływowszym i najokrutniejszym wodzem chłopów był Jakub Szela.

Rzadkie tylko były wyjątki w Galicji, a to w tych nielicznych wsiach, gdzie stosunek dziedzica lub rządcy do chłopów był szczególnie ludzki, albo gdzie dotarła osobista agitacja Dembowskiego lub Goslara. Chlubny też wyjątek stanowił Chochołów, gdzie górale należeli do spisku pod wodzą organisty Andrusikiewicza i ks. Kmietowicza, i nieuwiadomieni o odwołaniu wybuchu, urządzili powstanie w niedzielę 22 lutego, ale nazajutrz pobici zostali przez ciemnych chłopów z Czarnego Dunajca. Poza tym w całej Galicji szalała okropna rzeź, tzw. rabacja.

Zupełnie inaczej niż w Galicji zachowali się chłopi w Rzeczypospolitej Krakowskiej, gdzie stosunki pańszczyźniane były mniej uciążliwe, oświata większa, a nie było austriackich starostów. Tu chłopi chętnie i dzielnie wzięli udział w ruchu powstańczym.

Wśród spiskowców w Krakowie odwołanie powstania wywołało wzburzenie; pod wpływem energicznego rewolucjonisty Mikołaja Lisowskiego, 24-letniego lekarza, postanowili oni powstania nie odraczać, przeciwnie, wybuch w Krakowie przyspieszyć. Do ich zdania przyłączyli się dwaj jedyni członkowie Rządu Narodowego, którzy po odjeździe Alcjaty pozostali w Krakowie: Gorzkowski i Tyssowski.

Ludwik Gorzkowski, niskiego wzrostu, chudy, żółtej cery, słabego zdrowia, liczył wówczas lat 32. Znakomity fizyk, autor cennej rozprawy naukowej o związku elektryczności z magnetyzmem, ciepłem i światłem, był adiunktem przy katedrze fizyki na uniwersytecie krakowskim, lecz gdy w r. 1838 dostał się do więzienia za udział w tajnym Stowarzyszeniu Ludu Polskiego, odebrano mu tę posadę, jak już wspomnieliśmy, i odtąd utrzymywał siebie i rodzinę swą z lekcji prywatnych. Więzienie nadwątliło jego zdrowie. Gorąco oddany sprawie niepodległości narodowej i wyzwolenia ludu, brał bardzo czynny udział w spisku i zajmował w nim stanowisko skrajnie radykalne; chętnie mówił o tym, że imiennik jego Karol Gorzkowski już w r. 1795 organizował spisek chłopski.

Jan Józef Tyssowski urodził się w Tarnowie w r. 1811, miał więc w tym czasie lat 35. Syn ubogich rodziców, utrzymywał się w gimnazjum, a później na uniwersytecie we Lwowie z lekcji. W r. 1831 poszedł do powstania, w którym służył jako artylerzysta. Po upadku powstania wrócił obdarty i bosy do Lwowa i znowu wziął się do studiów prawniczych. Uczucie patriotyczne i przekonania rewolucyjne pociągnęły go do Związku Węglarzy. Ściągnąwszy na siebie podejrzenie policji został uwięziony i z uniwersytetu wydalony. Studia prawnicze ukończył w Wiedniu, gdzie uzyskał doktorat i otrzymał posadę rządową praktykanta konceptowego, którą jednak wnet rzucił zatęskniwszy za krajem. Wrócił do Lwowa i utrzymywał się z udzielania lekcji języka francuskiego. Oczywiście podjął znowu swą dawną działalność spiskową i został członkiem tajnego Związku synów ojczyzny. Ożeniwszy się z ubogą kuzynką przyjął posadę sekretarza u ks. Sanguszki w Gumniskach pod Tarnowem, później zaś posadę rządcy dóbr hr. Kuczborskiego w pobliżu Krakowa. W tym czasie gorliwy udział biorąc w propagandzie spiskowej, poznał się z Dembowskim i z Gorzkowskim, na którego polecenie został wybrany do Rządu Narodowego. Wykształcony, zwłaszcza w dziedzinie prawa i ekonomii, prawy i pełen poświęcenia, bardzo wymowny, miły w obejściu, łatwo zjednywał sobie ludzi. Wzrostu miernego, dobrze zbudowany, o twarzy męskiej, lecz łagodnej, był człowiekiem wielkich zdolności, lecz charakteru zbyt łagodnego i miękkiego.

Kraków od 18 lutego zajęty był przez wojska austriackie. Generał Collin małymi oddziałami poobsadzał też miasteczka Rzeczpospolitej Krakowskiej: Krzeszowice, Chrzanów i Jaworzno. Już 20 lutego wieczorem rozpoczęły się w Krakowie rozruchy, strzelanina na ul. Św. Anny, zabijanie szpiegów policyjnych.

Właściwe powstanie rozpoczęło się jednak na wsi. Tegoż dnia wieczorem oddziały chłopskie pod dowództwem spiskowców rozbiły załogi austriackie w Chrzanowie, Jaworznie i Krzeszowicach; część żołnierzy zdołała uciec do Prus, kilku do Krakowa. W nocy oddziały chłopskie wkroczyły do Krakowa i połączyły się z powstańcami z przedmieść i miasta. Wojsko generał Collin zgromadził był już wieczorem na rynku i silne patrole porozsyłał po mieście. Krwawe walki z tymi patrolami trwały od rana, a potem przez cały dzień 21 lutego aż do wieczora. W ciągu dnia przybywały coraz nowe oddziały chłopskie. Gdy noc zapadła, dokoła miasta rozbłysły ogniska obozowe powstańców. Collin ściągnął wszystkie patrole i drugą noc, przenikliwe zimną i wilgotną, trzymał całe swe wojsko pod bronią na rynku; całe wojsko kaszlało i ledwie trzymało się na nogach.

Nazajutrz, w niedzielę 22 lutego, Collin widząc, że się nie oprze przeważającym siłom powstańców, wycofał się z całym swym wojskiem z Krakowa przez most na Podgórzu. Tu wojsko spędziło jeszcze dwie noce bezsenne w pogotowiu, aż Collin, nie doczekawszy się posiłków i obawiając się ataków ze strony powstańców krakowskich, we wtorek 24 lutego o godz. 2 nad ranem wyszedł z wojskiem z Podgórza i cofnął się ku Wadowicom. Błędem było, że powstańcy krakowscy nie napadli na cofającego się Collina, którego wojsko z łatwością pobić mogli, brak im jednak dowódcy.

Razem z wojskiem austriackim uciekli z Krakowa rezydenci państw ościennych i policja i tchórze i biskup i generał Chłopicki. A Prądzyński i inni generałowie i wyżsi oficerowie wojska polskiego z 1831 r., mieszkający w Krakowie, nie chcieli przyjąć dowództwa, wymawiając się podeszłym wiekiem lub chorobą.

Natychmiast po opuszczeniu Krakowa przez wojsko austriackie wieczorem 22 lutego  szlachta i bogatsze mieszczaństwo krakowskie zgromadziło się w domu Wodzickiego i wybrało komitet bezpieczeństwa, który udał się na odwach i ogłosił, że władzę bierze w swoje ręce. Tymczasem jednak lud dowiedział się o istnieniu Rządu Narodowego, więc nie chciał słyszeć o komitecie bezpieczeństwa, lecz tłumnie udał się przed Krzysztofory, gdzie Rząd Narodowy miał siedzibę, i wznosząc na jego cześć entuzjastyczne okrzyki odprowadził jego członków triumfalnie na odwach. Widząc to, komitet bezpieczeństwa dobrowolnie ustąpił. Okrzyknięto więc Rząd Narodowy i odczytano jego „Manifest do Narodu”, przyjęty przez tłumy hucznymi głosami potakiwania i pochwały.

Ten Rząd Narodowy powstał był w sposób następujący: Jak wspomnieliśmy, w chwili wybuchu powstania było w Krakowie tylko dwóch członków Rządu Narodowego, wybranego przez zjazd styczniowy: Gorzkowski i Tyssowski. Ci dobrali sobie jako trzeciego członka Aleksandra Grzegorzewskiego, byłego uczestnika powstania z r. 1831, właściciela wsi w Królestwie Polskim, zamieszkałego od roku w Krakowie; na sekretarza zaś powołali Karola Rogawskiego, młodego uczonego i literata, właściciela dóbr w Jasielskim. Ukonstytuowawszy się w ten sposób jako Rząd Narodowy i kamienicę Krzysztofory w rynku, w której naradę odbyli, ustanowiwszy jego siedzibą (w następnych dniach przeniesioną do Szarej Kamienicy), podpisali o godzinie 8 wieczorem 22 lutego protokół swego ukonstytuowania, a Tyssowski podyktował z pamięci Manifest, ułożony podobno przez aresztowanego już w Poznaniu Libelta. Manifest ten następnie ludowi odczytano, a nazajutrz, w poniedziałek, wydrukowano w nr 1 „Dziennika Rządowego Rzeczypospolitej Polskiej”.

Manifest ten Rządu Narodowego, który podobno w pierwotnej redakcji Libelta brzmiał jeszcze piękniej, prościej i silniej, jest jednym z najwspanialszych dokumentów polskiej myśli rewolucyjnej. Najważniejszy jego ustęp opiewał:

„Jest nas dwadzieścia milionów, powstańmy razem jak mąż jeden, a potęgi naszej żadna nie przemoże siła; będzie nam wolność, jakiej dotąd nie było na ziemi; wywalczymy sobie skład społeczeństwa, w którym każdy podług zasług i zdolności z dóbr ziemskich będzie mógł użytkować, a przywilej żaden i pod żadnym kształtem mieć nie będzie miejsca; w którym każdy Polak znajdzie zabezpieczenie dla siebie, żony i dzieci swoich; w którym upośledzony od przyrodzenia na ciele lub na duszy znajdzie bez upokorzenia niechybną pomoc całego społeczeństwa; w którym ziemia, dzisiaj przez włościan warunkowo tylko posiadana, stanie się bezwarunkową ich własnością, ustaną czynsze, pańszczyzny i wszelkie tym podobne należytości, bez żadnego wynagrodzenia, a poświęcenie się sprawie narodowej z bronią w ręku będzie wynagrodzone ziemią z dóbr narodowych”.

W dalszym ciągu Manifest zawiera wezwanie: „Nie kalajmy się pijaństwem ani rabunkiem, nie plammy poświęconej broni samowolnością lub morderstwem bezbronnych różnowierców i cudzoziemców, bo nie z ludami, ale z ciemiężcami naszymi bój prowadzimy”.

„Cały Manifest – pisze konserwatysta Wiktor Kopff w swoich »Wspomnieniach z ostatnich lat Rzeczypospolitej Krakowskiej« – tchnął komunizmem i oburzał świat cywilizowany”. Co w tym Manifeście mogło świat cywilizowany oburzać, tego nikt chyba nie pojmie, jak tylko zakuty konserwatysta galicyjski. Co się zaś tyczy komunizmu, to istotnie Manifest owiany był duchem socjalistycznym, jakkolwiek wyraźnie obiecywał tylko zniesienie pańszczyzny, uwłaszczenie włościan i przyznanie obrońcom ojczyzny ziemi z dóbr narodowych, słowem nadanie włościanom prywatnej własności ziemi, a więc reformę wcale niesocjalistyczną, natomiast socjalistyczne dążenia ujawniał w formie mniej określonej. Jednakowoż obietnica zapewnienia każdemu Polakowi i jego rodzinie utrzymania i możności użytkowania z dóbr ziemskich podług zasług i zdolności – była wyrażeniem popularnych pośród ówczesnych socjalistów francuskich, haseł prawa do pracy i organizacji pracy. Obietnica wprowadzenia ustroju społecznego na tych zasadach opartego, jako też jasno wyrażona zasada powszechnego ubezpieczenia socjalnego płynęły bezsprzecznie z ducha socjalizmu i nadawały Manifestowi charakter socjalistyczny. Toteż Manifest ten Rządu Narodowego z 22 lutego 1846 roku z wielkim uznaniem przyjęto wówczas w kołach socjalistycznych zachodniej Europy.

Rewolucjoniści krakowscy zdawali sobie z tego sprawę, że idee ich, wyrażone tak pięknie w Manifeście, oznaczają przewrót społeczny. W nr 4 „Dziennika Rządowego Rzeczypospolitej Polskiej” pisał młody Walerian Kalinka, że Polska w tej rewolucji zajaśniała apostolstwem idei, że posłannictwem ludzkości jest przeniesienie nieba na ziemię. „Bracia – pisał dalej Kalinka – dla nas potomność niestarty zbuduje pomnik, zapisze na karcie obrońców i dobroczyńców ludów, wszystkich tysiące milionów, które tę kulę ziemską zamieszkują. Bo walka Polaków jest walką całego świata, walką wolności przeciw niewoli, cywilizacji przeciw obskurantyzmowi, tolerancji przeciwko fanatyzmowi!… Dzień 22 lutego, w którym wezwano 20 milionów Polaków do walki na zabój przeciwko swym ciemięzcom, rozwinął sztandar wolności i otworzył epokę, od której zaczynać się będzie nowa era, era braterstwa Ludów, a śmierci carów!”.

Niestety do wiadomości chłopów galicyjskich Manifest krakowski wówczas nie doszedł i dojść nie mógł. W tym tkwił cały tragizm tej rewolucji.

Tymczasem zaraz nazajutrz, w poniedziałek 23 lutego, nastąpiło przesilenie w Rządzie Narodowym. Wybuchł zatarg między Gorzkowskim a Tyssowskim, wskutek pojednawczego stanowiska, jakie Tyssowski zajął wobec stronnictwa wsteczników krakowskich. Gorzkowski ustąpił z rządu i w nocy Tyssowski został obwołany dyktatorem. Obwieścił o tym Tyssowski w odezwie, którą wydał 24 lutego. Tegoż dnia popołudniu przybył do Krakowa Dembowski.

W czasie wybuchu powstania znajdował się Edward Dembowski w drodze cło Krakowa. W dniu 24 lutego rano zjawił się on w Wieliczce, z której wojsko austriackie wycofało się ubiegłej nocy ze strachu przed rewolucją. Dembowski porozumiawszy się z Dyzmą Chromym, który w Wieliczce stał na czele organizacji spiskowej, zwołał górników i mieszczan przed magistrat, odczytał manifest Rządu Narodowego i wygłosił przemowę, w której przedstawił zmiany społeczne, jakie niosła rewolucja. Porwał słuchaczów. Przeszło 200 górników i mieszczan od razu wyruszyło do Krakowa, aby zaciągnąć się w szeregi powstańcze. Dembowski ustanowił w Wieliczce władzę rewolucyjną dla miasta i salin z Dyzmą Chromym na czele, po czym w południe udał się do Krakowa. Kasę salinarną, zawierającą 120 tysięcy złr. skonfiskowano z polecenia Dembowskiego. 20 000 złr. zostawiono na miejscowe potrzeby, a 100 000 złr. tegoż dnia popołudniu odwieziono pod eskortą Rządowi Narodowemu do Krakowa. Poprzedniego dnia przywieziono Rządowi Narodowemu 100 000 rubli skonfiskowanych w rosyjskiej rządowej kasie górniczej w Olkuszu. Pieniędzy miała więc rewolucja dość dużo na pierwsze potrzeby.

Przybycie Dembowskiego do Krakowa nadało ruchowi rewolucyjnemu silniejszy rozmach. Mianowany przez Tyssowskiego drugim sekretarzem obok Rogawskiego, od razu zdobył sobie stanowczy wpływ na dyktatora. Tegoż jeszcze dnia założył Dembowski klub rewolucyjny, między którego pierwszymi członkami znajdował się wspomniany już Walerian Kalinka, w tym czasie zapalony rewolucjonista i dyrektor kancelarii Rządu Narodowego, późniejszy historyk, ksiądz i stańczyk.

Mimo przewagi moralnej, jaką Dembowski od razu uzyskał nad dyktatorem, jednakowoż równocześnie zarysowała się między nimi różnica w kwestii wówczas najważniejszej, w kwestii stosunku do rzezi chłopskiej.

Dembowskiego oczerniło wielu współczesnych, że on to wywołał rzeź szlachty i że ją apoteozował. W ten sposób zniesławiono pamięć jednego z najszlachetniejszych szermierzy wolności. Bronisław Trentcwski w swych „Wizerunkach duszy narodowej”, wydanych pod pseudonimem Ojczyźniaka, wręcz mu zarzucił autorstwo rzezi i zestawił go z Szelą: „Dembowski idzie do Galicji i przyprawuje chłopstwo do rżnięcia szlachty… Patrz, jak radykalnie poczyna sobie wilk, wpadłszy do owczarni: czymże różnią się odeń Szela i Dembowski”. Opowiadano sobie o Dembowskim najróżniejsze anegdoty. To jakaś dama – jak pisze hr. Ludwik Dębicki w swych „Dawnych Wspomnieniach” – miała w Tarnowie na rynku podczas pierwszego przywożenia powstańców, zabitych i poranionych przez chłopów, widzieć przebranego Dembowskiego, wykrzykującego: „to dobrze, krew się leje, z tego wypłynie Polska”; to znów Wawel-Louis w swej „Kronice rewolucji krakowskiej” twierdzi, jakoby Dembowski miał w Wieliczce do Dyzmy Chromego o rzezi w tarnowskim powiedzieć: „dobrze się dzieje, bo już krew się leje”. Ile w tych plotkach prawdy, nie wiadomo; wątpić jednak można w prawdziwość tych opowiadań. Wprawdzie Dembowski ostro występował przeciw szlachcie i powtarzał: „zginą, którzy nie zechcą być ludźmi”, ale podczas rabacji ginęli właśnie ci, którzy chcieli być ludźmi i dać ludowi wyzwolenie; wszak rżnięto współtowarzyszów i przyjaciół Dembowskiego, wszak między uwięzionymi i poranionymi przez chłopów w Lisiej Górze był jego najbliższy przyjaciel Wiesiołowski. Tego nie mógł Dembowski chcieć, ani się z tego radować. Czy Dembowski i pokrewni mu duchem emisariusze demokratyczni agitacją swą wśród chłopów przyczynili się do wywołania rzezi? Czy Dembowski po wybuchu rzezi witał ją jako zdrowy objaw rewolucyjny? Oto pytania, na które postaramy się tu odpowiedzieć.

Między Dembowskim a Wiesiołowskim i większością spiskowców był od początku spór o kwestię agitacji wśród ludu. Dembowski chciał miedzy chłopami rozwinąć agitację na wielką skalę. Wiesiołowski i Wiśniowski uważali to za rzecz przedwczesną i niebezpieczną i, jak widzieliśmy, zjazd w Wojsławiu zabronił mu tego. Przedtem już jednak Dembowski oraz jego uczniowie, jak Goslar, agitowali wśród chłopów, a i potem wyłamywali się spod uchwały zjazdu, bo głęboko wierzyli, że tylko udział mas ludowych zapewnić może ruchowi powodzenie i że lud da się dla sprawy pozyskać, jeżeli się otwarcie i bez zastrzeżeń stanie po stronie ludu i jego interesów klasowych. W artykule „Rewolucja i Lud”, zamieszczonym w nr 2 „Dziennika Rządowego Rzeczypospolitej Polskiej” opowiada sam Dembowski: „Ja żyłem z ludem galicyjskim, pracowałem z nim konspiracyjnie, ogłaszałem mu rewolucję społeczną, widziałem w Tarnowskim Mazurów, w Samborskim Rusinów, jak całą duszą chwytali rewolucyjną sprawę i apostołowali ją dalej pomiędzy swoimi gromadami”. Nie ulega wątpliwości, że głosząc chłopom rewolucję społeczną, przez którą wówczas rozumiano zniesienie pańszczyzny i uwłaszczenie, mówił Dembowski do chłopów, jak sam pisze, „jasno i wyraźnie, żeby go pojęli i rozumieli”, a więc niechybnie w duchu i tonie „Prawd żywotnych” i „Katechizmu rewolucyjnego” Henryka Kamieńskiego, to znaczy ostro przeciw szlachetczyźnie; że w tych mowach Dembowskiego i jego uczniów brzmieć musiała ta sama nuta, co w owym wierszu Berwińskiego o chwytaniu za obuch i za noże. Być może, że tu i ówdzie ciemni chłopi nic więcej z tych mów lub odezwy Goslara nie zrozumieli i słyszeli w nich zachętę do rżnięcia szlachty. Ale że tak było, to może być tylko dowolnym domysłem, dowodów na to nie ma. Natomiast są dowody, że było odwrotnie, że gdzie do chłopów dotarła agitacja rewolucyjna, tam rzezi nie było, tam chłopi bronili dworów przed rabacją. Opowiada Antoni Mańkowski w swoich osobistych wspomnieniach o Goslarze, drukowanych w r. 1887 w lwowskim czasopiśmie „Ruch”, że wieś Zarębki, w której agitował poprzednio Goslar, stanowiła w czasie rabacji chlubny wyjątek: „Zarębianie podczas ruchu zachowali się po obywatelsku, ponieważ uzbroiwszy się w widły, cepy i kosy stanęli przy dworze naszym na straży i odparli atak zgrai z sąsiedniej wsi Cmolasa; praca Goslara ukazała się tu w czynie Zarębian”. Zresztą najwymowniejszy przykład, do czego wiodła agitacja rewolucyjna wśród ludu, stanowi powstanie chochołowskie.

Rabacja wybuchła właśnie wskutek zaniechania propagandy rewolucyjnej wśród chłopów. A gdy wybuchła, Dembowski oceniał ją trzeźwo, jako zjawisko dziejowe, które nieuchronnie wyniknąć musiało z istniejących sprzeczności klasowych. Mniemał jednak, że ruch ten chłopski da się jeszcze pokierować w inne łożysko i rozbudzoną energię klasową chłopów wyzyskać z pożytkiem dla sprawy rewolucyjnej. I to oto jedyne złudzenie, które w jego poglądzie na sprawę chłopska można by Dembowskiemu zarzucić. Ale i to nie byłoby złudzeniem, gdyby w całym kraju było dużo takich działaczy jak Dembowski.

We wspomnianym artykule „Rewolucja i Lud”, napisanym jeszcze w tym samym dniu, w którym przybył do Krakowa, a więc w piątym dniu rzezi, upatruje Dembowski winę po stronie ogółu szlacheckiego: „Ex-szlachta galicyjska dziwi się, że lud za nią nie idzie do boju!! Lud ma iść za ex-szlachtą do boju, kiedy ona nie ogłasza mu społecznej rewolucji, nie umiejąc jej ogłosić lub nie chcąc”. Wypomina Dembowski szlachcie, że nie chciała go słuchać. „Wczoraj jeszcze błagano mnie w Wieliczce, gdym miał ogłosić rewolucję społeczną, abym tego zaniechał, bo mówili: Lud na nas uderzy, powiąże nas, to jak tamci z Krakowa przyjdą, to dopiero rewolucję ogłosimy. I za takimiż to ludźmi miałby lud do broni podążyć?”. Dembowski twierdzi, że rewolucyjne pod względem społecznym wystąpienie szlachty byłoby lud na stronę powstania pociągnęło: „Dziwić się wcale nie można, że lud do broni za złą ex-szlachtą nie idzie i że nie powstanie tam, gdzie nie wie, o co się rzecz toczy. Ale przemów tylko do serca włościaninowi polskiemu, pokaż mu faktem, że mu Wolność, Równość, Braterstwo niesiesz, a nie łudzisz Go próżnymi obietnicami. Przemów doń jasno i wyraźnie, żeby cię pojął i zrozumiał, przemów jego serdeczną, prostą mową, a Wieśniak polski z całą duszą rzuci się w objęcia Rewolucji. O, kochajcie tylko Lud i głoście mu Rewolucję społeczną, a uwierzy wam, a pójdzie za wami choćby w piekło”. I kończy zapytaniem: „nie miałżeby Lud nasz uwierzyć w Rewolucję, ukochać ją całym sercem, gdy Rewolucja nasza jest Apoteozą Ludu?”.

Tak patrząc na sprawę musiał Dembowski być stanowczym przeciwnikiem wszelkiego wrogiego wystąpienia przeciw ruchowi chłopskiemu, nie dlatego, jakoby był zwolennikiem rabacji, lecz wychodząc z założenia, iż „nie surowa sprawiedliwość, ale apostolstwo, oparte na wielkiej miłości ludu, przekonać może chłopów, że rewolucja ich dobro ma na celu”. Z tego punktu widzenia sprzeciwiał się wszelkiemu karaniu uczestników rzezi. Już „Prawdy żywotne”, przewidując możliwość takich wypadków, w których by chłop sam zaczął wymierzać sobie sprawiedliwość, głosiły: „Ze złem, którego cofnąć niepodobna, potrzeba się zgodzić. Myśleć natenczas o karceniu nadużyć, które wśród takiego stanu rzeczy mogą się wcisnąć, jest rzeczą niepodobną, bo trzeba by na to wdać się w wojnę z ludem zamiast iść na nieprzyjaciela”.

Wojny z chłopami Dembowski zatem nie chciał i, gdy dyktator Tyssowski napisał odezwę, w której obok obietnicy zniesienia pańszczyzny, groził karą śmierci za wszelkie mordy i rozboje, Dembowski odmówił podpisania tej odezwy. Bez jego podpisu ukazała się ona w nr 2 „Dziennika Rządowego” z podpisami Tyssowskiego i Rogawskiego. Natomiast napisał Dembowski inną odezwę „do wszystkich Polaków umiejących czytać”, która się pojawiła w nr 3 „Dziennika Rządowego” z 25 lutego. Krótka, jędrna ta odezwa, popularnie napisana, ogłasza bezwarunkowe zniesienie przywilejów szlacheckich i pańszczyzny, oraz uwłaszczenie chłopów, zapowiada nadanie gruntów bezrolnym, a karami nie chłopom grozi, lecz szlachcie: „Kto by was do pańszczyzny lub danin przymuszał, ten ukarany zostanie”. Rozumne i szlachetne stanowisko, zajęte w artykule „Rewolucja i Lud” i w tej odezwie, posłużyło wstecznikom do stworzenia oszczerczej legendy, spotwarzającej pamięć Dembowskiego.

W tejże odezwie znajduje się również jeden ustęp o wybitnym piętnie socjalistycznym, mianowicie zapowiedź, że Rzeczpospolita Polska „dla rzemieślników warsztaty narodowe założy, gdzie płaca za robotę będzie dwa razy większa, niż ją dziś pobierają”. Już poprzedniego dnia dyktator Tyssowski w instrukcji dla komisarzy powiatowych polecił, żeby „wszystkim dla Rządu pracującym płacić przynajmniej dwa razy tyle, ile zwykle za podobną pracę się płaciło”, ale przepis ten ma charakter dorywczy, a dopiero odezwa napisana przez Dembowskiego zapowiada wprowadzenie warsztatów narodowych jako stałej instytucji społecznej. Zapowiedź tę okrzyczeli przeciwnicy Dembowskiego jako wnoszenie przezeń do rewolucji pierwiastka komunistycznego. Warsztaty narodowe stanowiły w tych latach jedno z najważniejszych żądań ówczesnych socjalistów francuskich, zwłaszcza Ludwika Blanca; wpływ jego idei o organizacji pracy widocznym jest zarówno w tej odezwie, jako też w pierwszym Manifeście Rządu Narodowego.

Podziwiać zaiste należy nadzwyczajną energię, ruchliwość i płodność Dembowskiego. Czego on w jednym dniu zdziałać nie zdołał! W dniu 24 lutego, jak widzieliśmy, przed południem zajął Wieliczkę, popołudniu zaś, przybywszy do Krakowa w ciągu kilku godzin napisał wspaniały artykuł, objął urzędowanie, załatwił szereg spraw, starł się z dyktatorem, wyprawił oddział powstańczy do Galicji, założył klub rewolucyjny, a jeszcze w nocy czekała go niespodzianka, mianowicie partia wsteczników krakowskich, tych samych, którzy w dwadzieścia lat później utworzyli stronnictwo stańczyków, a składająca się z arystokracji, bogatego mieszczaństwa i profesorów uniwersytetu, niezadowolona była z dyktatury Tyssowskiego, mimo pojednawczego stanowiska, jakie wobec niej zajmował, a już całkiem nastraszyło ją przybycie Dembowskiego i jego pierwszy artykuł. Więc podczas gdy Dembowski zakładał klub rewolucyjny, arystokraci, bogaci mieszczanie i profesorowie naradzali się w mieszkaniu rektora uniwersytetu Adama Krzyżanowskiego i na wniosek osławionego później dziennikarza Hilarego Meciszewskiego postanowili tejże nocy urządzić zamach stanu, by władzę chwycić w swoje ręce i pozbyć się Dembowskiego. W nocy z 24 na 25 lutego wykonali zamach stanu Józef i Henryk Wodziccy, Michał Badeni, profesorowie: Kajsiewicz, Michał Wiszniewski, Antoni Zygmunt Helcel, były dyrektor policji krakowskiej Jacek Mieroszewski, bankier Wincenty Wolff, Hilary Meciszewski i Erazm Skarżyński, były porucznik z powstania 1831, którego Tyssowski świeżo mianował był naczelnym wodzem armii powstańczej. Około godziny 3. wtargnęli do sali Rządu Narodowego w Szarej Kamienicy i ogłosili dyktatorem Michała Wiszniewskiego, profesora literatury polskiej na uniwersytecie krakowskim. Tyssowski, który spał w Krzysztoforach, zbudzony i uwiadomiony o tym, co się stało, pospieszył do Szarej Kamienicy, gdzie nastąpiła burzliwa scena. Tyssowski już się skłonił do ustąpienia i tylko wymógł na nich przysięgę, że dotrzymają obietnicy usamowolnienia i uwłaszczenia chłopów – gdy wtem Dembowski zbudzony i uwiadomiony o zamachu, zebrawszy naprędce tłum ludzi, wpadł do sali z pistoletem w ręku, wypędził Wiszniewskiego i przywrócił do władzy Tyssowskiego, na którego odtąd zupełny już wpływ uzyskał. W ten sposób uporał się Dembowski z kontrrewolucją. Błąd jednak zrobił, że nie odebrał naczelnej komendy nieudolnemu Skarżyńskiemu za jego współudział w zamachu stanu. Wspaniałomyślności Dembskiego, który zasiadał w trybunale rewolucyjnym, zawdzięczali swe uwolnienie Meciszewski i Mieroszewski, oskarżeni o zainicjowanie zamachu stanu; wyrok śmierci wydał trybunał tylko na Wiszniewskiego, wiedząc, że ten zdążył już uciec do Prus.

Z inicjatywy Dembowskiego wysłano jeszcze 24 lutego z Krakowa oddział powstańców do Galicji. Komendę nad tym oddziałem miał poznańczanin, pułkownik Suchorzewski, który przedtem służył w wojsku pruskim. Z początku wyprawa ta miała nadzwyczajne powodzenie; okazywało się dość łatwym zjednywanie chłopów, którzy domagali się tylko, żeby im zniesienie pańszczyzny dano na piśmie. Niestety zmarnowała tę wyprawę nieudolność, karygodna lekkomyślność i niedbalstwo Suchorzewskiego, który tracił czas, wojnę traktował jak kulig i mimo zbliżania się nieprzyjaciela rozgościł się 26 lutego wygodnie ze swymi ludźmi w najlepsze w oberży w Gdowie. W ten sposób zaszedł go znienacka major Benedek na czele nielicznego oddziału wojska austriackiego i znacznych gromad chłopów. Powstańcy z łatwością mogli byli pobić Benedeka, ale gdy ten zastał ich zupełnie nieprzygotowanych, bez wodza, bo Suchorzewski pojechał do sąsiedniego dworu na śniadanko, nic dziwnego, że bardzo tanio zdobył sobie Benedek w Gdowie sławę zwycięzcy, którą utracił dopiero w dwadzieścia lat później pod Sadową.

Klęska gdowska wywołała popłoch w Krakowie. Jeden tylko Dembowski nie tracił ducha. Wciąż myślał o pozyskaniu chłopów galicyjskich dla sprawy rewolucji. W przebraniu chłopskim udał się na lewy brzeg Wisły do sąsiednich wsi galicyjskich i agitował tam wśród chłopów. Wtedy powziął myśl urządzenia tej propagandy na wielką skalę i wyzyskania do tego celu wpływu księży na lud wiejski.

Z inicjatywy Dembowskiego wyruszyła tedy z Krakowa w piątek 27 lutego, w pochmurne, dżdżyste popołudnie, ogromna procesja uroczysta, w której wzięło udział przeszło 30 księży i zakonników w ornatach i komżach, z krzyżami i chorągwiami, dalej tłum ludu co najmniej 50 osób, między nimi kobiety i dzieci. Na czele szedł Dembowski w białej sukmanie chłopskiej z krzyżem w ręku. Towarzyszył procesji oddział zbrojny z 40 strzelców złożony. Procesja miała iść od wsi do wsi i apostołować wśród chłopów rewolucję. Śpiewając pieśni nabożne, przeszła procesja przez most na Wiśle, przez Podgórze ku Wieliczce. Ponieważ jednak chłopów nie spotykano po drodze, a wieczór zapadał i deszcz lał, przeto koło cmentarza podgórskiego postanowiono zawrócić, przenocować w Podgórzu i wyruszyć nazajutrz o świcie ku Wieliczce. Właśnie doszła procesja do Podgórza, gdy dały się słyszeć strzały.

Generał Collin, otrzymawszy od Benedeka wiadomość o jego zwycięstwie w Gdowie, ruszył ku Podgórzu z posiłkami, które ze Śląska otrzymał i około godz. 6 wieczorem zbliżył się pod same koszary w Podgórzu. Zawiniła tu nieudolność Skarżyńskiego, który zaniedbał ufortyfikować Podgórze. Collin wyparł z koszar powstańców w chwili, gdy procesja wracała. Dembowski, słysząc strzały, zbiera kilku strzelców i wyprzedza z nimi o kilkadziesiąt kroków procesję, do której tymczasem z Krzemionek strzelać zaczyna wysłany przez Collina przeciwko niej oddział wojska. Dembowski dąży do rynku podgórskiego, aby się połączyć z powstańcami. Zastępuje mu drogę oddział austriackiej piechoty. Dembowski pragnie się przebić i ze swymi strzelcami rzuca się na wojsko austriackie; wywiązuje się walka. Dembowski zostaje ujęty i rozbrojony. Trzej żołnierze prowadzą go przez rynek w kierunku kościoła do stojącej tam kompanii rezerwy, ale uszedłszy kilka kroków Dembowski wyrywa jednemu z nich karabin, zamierza się nim uwolnić, w tejże chwili jednak zostaje przez postępującego za nim żołnierza przeszyty kulą, a po upadku na ziemię, przebity jeszcze trzykroć bagnetem.

Tak poległ Edward Dembowski.

Śmierć ta przeszła jednak niespostrzeżenie wśród walki, w której padło 28 zabitych i wielu rannych. Współcześni nie mogli uwierzyć, że Dembowski zginął. I długo jeszcze krążyły legendarne pogłoski, że żyje, że zdołał ujść, że organizuje nowe powstanie wśród chłopów, że go widziano w Londynie, że pod Nowym Targiem stoi w Karpatach na czele znacznych sił powstańczych itp. Jeszcze w 8 miesięcy później rozeszła się pogłoska, że ukrywa się w Poznańskim; władze pruskie urządzają za nim poszukiwania i rewizje, a prezes policji poznańskiej Minutoli wykrzykuje ze złością, że „tym razem ten szatan Dembowski już mi nie ujdzie”.

A Dembowski tymczasem leżał pochowany na cmentarzu podgórskim. W dwa lata później, gdy wybuchła rewolucja 1848 roku i nastały krótkotrwałe dni wolności, ze składek postawiono na jego grobie skromny pomnik kamienny i odsłonięto go bardzo uroczyście. Gdy znowu zapanowała reakcja, absolutystyczne władze austriackie wyłupały z tego pomnika tablicę z napisem. I taki zniszczony, odrapany stoi do dziś dnia ten pomnik szlachetnego bohatera sprawy ludowej, jednego z pierwszych socjalistów polskich.

„Zwycięstwa” Benedeka w Gdowie i Collina w Podgórzu złamały rewolucję krakowską. W dniu 3 marca Collin zajął Kraków, po czym Austria koniec położyła istnieniu wolnej Rzeczypospolitej Krakowskiej, zagarniając ją i wcielając do Galicji. Przez ten zabór został Kraków na długi czas zrujnowany; ludność jego, która od r. 1830 do 1845 wzrosła z 32 na 45 tysięcy, po zaborze tak zmalała, że w roku 1850 wynosiła tylko 39 tysięcy mieszkańców. W całej Europie demokraci i socjaliści protestowali przeciw zaborowi Krakowa; protesty te nie zdołały jednak skłonić rządów mocarstw cło interwencji. W Londynie urządzili socjaliści wielką manifestację międzynarodową na rzecz Polski 29 listopada 1847 roku; był to uroczysty obchód rocznicy polskiego powstania listopadowego; na obchodzie tym pamiętne mowy wygłosili Marks i Engels; międzynarodowy ten obchód urządzono z okazji odbywającego się właśnie w Londynie międzynarodowego zjazdu Związku komunistów; na owym to zjeździe Marks i Engels otrzymali polecenie napisania „Manifestu komunistycznego”, który później stał się programem proletariuszów wszystkich krajów.

Na razie triumfował absolutystyczny rząd austriacki. Urzędowa „Wiener Zeitung”, pisząc u schyłku 1848 roku o nieudałej rewolucji galicyjskiej 1846 roku, taki wyraz dała triumfowi reakcji: „Demokracja polska, wypielęgnowana w Paryżu na łonie Saint-Simona i Fouriera, nie znalazła przychylnego ucha u prostodusznych, choć może gburowatych Mazurów i Rusinów, ufających więcej rządowi austriackiemu, aniżeli teoriom wylęgłym na brzegach Sekwany”.

Potoki krwi przelanej przez „prostodusznych, choć gburowatych” nieco chłopów i zabór Krakowa nie nasyciły jeszcze żądzy zemsty rządu Metternicha. Na niedobitków rzezi posypały się wyroki. We Lwowie zawiśli na szubienicy w r. 1847 Teofil Wiśniowski i Józef Kapuściński, a więzienia stanu w Spielbergu i Kufsteinie zapełniły się spiskowcami polskimi, których wyswobodziła dopiero rewolucja marcowa w r. 1848.

Krótkotrwała i tragiczna była rewolucja krakowska 1846 roku, ale zapisała się w historii narodu polskiego jako epokowe zdarzenie dziejowe, dzięki nowej idei społecznej, jaką ujawniła, dzięki duchowi socjalistycznemu, wniesionemu w nią przez Edwarda Dembowskiego i wyrażonemu w pamiętnym „Manifeście” Rządu Narodowego z 22 lutego.

I w Polsce, i w Europie zachodniej tak zrozumiano znaczenie ideowe tej rewolucji; „Manifest komunistyczny”, napisany przez Marksa i Engelsa z polecenia Związku komunistów i wydany w kilku językach z początkiem 1848 r. w końcowym rozdziale, kreślącym wytyczne polityki komunistów w poszczególnych krajach, zawiera o Polsce zdanie następujące: „W Polsce popierają komuniści partię, która w rewolucji agrarnej widzi warunek odzyskania niepodległości narodowej, tę samą partię, która wywołała powstanie krakowskie w roku 1846”.

Ale partia ta nie odżyła już po rzezi, która na długie lata sparaliżowała akcję demokratyczną w Galicji. Dopiero w ćwierć wieku później zupełnie zmienione stosunki ekonomiczne i polityczne umożliwiły pierwszy zaczątek ruchu socjalistycznego w tym kraju.

Emil Haecker

______________________________________
Powyższy tekst to fragment książki Emila Haeckera – „Historia socjalizmu w Galicji i na Śląsku Cieszyńskim”, tom I – 1846-1882, Nakładem Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego Oddział im. Adama Mickiewicza w Krakowie, Kraków 1933. Od tamtej pory nie wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł. Tytuł fragmentu pochodzi od redakcji Lewicowo.pl. Na obrazku grafika anonimowego autora, przedstawiająca Edwarda Dembowskiego tuż przed pojmaniem i śmiercią. Na potrzeby Lewicowo.pl tekst przygotował Piotr Kuligowski.

7 komentarzy nt. “Edward Dembowski i rewolucja krakowska 1846 r.

  1. Wspaniala praca. Jestem inzynierem, polityka nie interesuje mnie, ale dziwie sie iz zyjac blisko 90 lat o tych sprawach nie slyszalem. O dwuch powstaniach ale nie a takiej zawsietosci miedzy szlachta i chlopami. Moze to mieszkalem w miescie. Pewnie wstydzimy sie o tym pisac.

  2. Witam, wspaniałe opracowanie dziękuję.
    Mam jednakże pytanie, odnośnie dzieci Edwarda. W opracowaniu mowa jest tylko, że żona Amelia i córka Julia, a wiecie coś może o jego synach Edwardzie i Czesławie.
    Pytam, gdyż jestem potomkiem Edwarda Dembowskiego, jego syna Edwarda i wnuka Mikołaja. Od Mikołaja w dół do czasów obecnych, wszystko jest mi znane, i od Leona, ojca Edwarda. Potrzebuję info. o synach Edwarda

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *